Co naprawdę dzieje się na granicy z Białorusią? Ilu jest migrantów, jaka jest skala problemu? Jak można go rozwiązać, a co robią rządzący? Tryptyk publicystyczny Tomasza Thuna-Janowskiego (LUDZIE-SŁOWA-WŁADZA) wchodzi w merytoryczną polemikę z narracją mainstreamu
„Na granicy są ludzie walczący o przetrwanie. Ten fakt coraz bardziej nam umyka, jakby człowieczeństwo uchodźczyń i migrantów było tu nieistotnym szczegółem, jakby przestali być ludźmi. Przypominanie tego w debacie publicznej jest traktowane jako wyraz szantażu moralnego lub aktywistyczne rozemocjonowanie. Władze pomagają nam więc w zapominaniu o tym, co wciąż dzieje się na wschodzie Polski. A my chętnie się na to godzimy.
Czy ktoś z was wyobraża sobie, jak odbywa się pushback osoby chorej, rannej lub przemarzniętej? To dzieje się niecałe 3 godziny drogi od Warszawy” – pisze Tomasz Thun-Janowski. I podsuwa nam przed oczy lustro.
W cyklu „Widzę to tak” OKO.press przedstawia niezwykły tekst autorstwa Tomasza Thuna-Janowskiego*, od 2021 roku angażującego się w pomoc uchodźcom i migrantom na naszej wschodniej granicy.
Autor nie sięga jednak po sugestywne obrazy cierpień i okrucieństw, jakich doświadczają uchodźcy i migrantki, próbuje raczej ocenić skalę zjawiska, cytując oficjalne dane i opracowania organizacji społecznych. Zwraca uwagę na powszechny mechanizm wyparcia, jaki stosujemy, by uniknąć konfrontacji z prawdą o tym, jak Polska traktuje ludzi na granicy.
Analizuje język, jakim posługuje się władza, opisując granicę z Białorusią i swoją własną politykę. Najważniejszym słowem jest „bezpieczeństwo”.
Odnosi się wreszcie do całej polskiej polityki migracyjnej i pokazuje, że jest ona narzędziem polityki, wybranym sposobem utrwalania władzy. Inna rzecz, czy skutecznym.
Nie chcąc zniechęcać rozmiarem artykułu, rozprawę Thuna-Janowskiego (także w znaczeniu polemiki z dominującą narracją) podzielimy na trzy części, według zarysowanych wątków: LUDZIE, SŁOWA i WŁADZA, licząc na to, że Czytelniczki i Czytelnicy znajdą czas, by spojrzeć na to, co naprawdę dzieje się na granicy i zastanowić się razem z Autorem, co nam to mówi o rządzących i o nas samych. Pierwszy odcinek – poniżej.
Kolejne odcinki w poniedziałek i wtorek (10 i 11 listopada 2025)
Niedawno zaczął się piąty rok kryzysu humanitarnego na granicy polsko-białoruskiej. Historie i zdarzenia, które kiedyś zajmowały znaczące miejsca w mediach, dziś wzbudzają zdecydowanie inne emocje społeczne, a w mediach zeszły na dalszy plan.
Jak dziś wygląda sytuacja na Podlasiu? Nie patrzymy już na wciąż trwający dramat, przysłonił go nam populistyczny i brunatny kurz.
Nie kwestionuję instrumentalizacji migracji dokonywanej przez białoruskie służby. Nie kwestionuję także aktów agresji, które zdarzają się na granicy. Ale nie zmienia to faktu, że mamy do czynienia z walczącymi o przetrwanie ludźmi. Ten fakt coraz bardziej nam umyka, jakby człowieczeństwo uchodźczyń i migrantów było tu nieistotnym szczegółem, jakby przestali być ludźmi.
Przypominanie o tym w debacie publicznej jest traktowane jako wyraz szantażu moralnego lub aktywistyczne rozemocjonowanie. Władze pomagają nam więc w zapominaniu o tym, co wciąż dzieje się na wschodzie Polski. A my chętnie się na to godzimy.
Uczyńmy na wstępie jedno zastrzeżenie – w tym tekście nie napiszę wiele o politykach skrajnej prawicy – Konfederacji oraz Prawa i Sprawiedliwości. Bynajmniej nie dlatego, że nie ponoszą odpowiedzialności za rozkręconą antyimigrancka kampanię nienawiści. Oni jednak nie wygrali wyborów obietnicami przestrzegania prawa, przywiązania do europejskich wartości i szanowania społeczeństwa obywatelskiego. Robili i robią mniej więcej to, co o migracji mówią.
Niestety w przypadku polityków aspirujących do miana liberalnych demokratów mamy w tej sprawie do czynienia z groźną hipokryzją i realizacją krótkoterminowych interesów kosztem praworządności państwa i ludzkiego życia. Trzeba także odnotować, że ostatnie deklaracje premiera Donalda Tuska o wypowiedzeniu Europejskiej Konwencji Praw Człowieka istotnie zmieniają w tym zakresie polityczną mapę, na dobre sytuując niegdyś centrowo-liberalną partię w coraz ciaśniejszym prawym rogu. Słowa szefa rządu, gdyby wprowadził je w czyn, zostawią bez podstawowej ochrony prawnej także polskie obywatelki i obywateli, a Polskę wepchną na ścieżkę do polexitu.
Mniej więcej na wiosnę 2024 r. bardzo popularne wśród rządzących stało się słowo „instrumentalizacja”. Premier Tusk używał go jako usprawiedliwienia dla militaryzacji i zamykania wschodniej granicy. Rządzący uznali, że to słowo będzie dobrze zastępowało rzetelny opis sytuacji na polsko-białoruskiej granicy. Miało ucinać spekulacje i wątpliwości dotyczące działań rządu, tak jakby jej znaczenie było dla wszystkich oczywiste i ilustrowało dokładnie, co się na granicy dzieje. Problem polega na tym, że jest dokładnie odwrotnie. W sprawie granicy raczej panuje powszechna niewiedza.
Mamy dwa główne źródła informacji: z jednej strony Straż Graniczną, Urząd ds. Cudzoziemców oraz kreujących oficjalną narrację polityków, z drugiej – organizacje pozarządowe zaangażowane w odpowiedź na kryzys oraz garstkę mediów wciąż interesujących się prawdziwym obrazem (dziękuję za to!).
O tym, które źródło uznamy za bardziej wiarygodne, nie decyduje ocena rzetelności przekazu, a nasze poglądy polityczne. Które z nich generuje większe zasięgi i dysponuje przez to większą siłą perswazji, pisać nie trzeba. Po początkowym zaangażowaniu społecznym w pomoc uchodźczyniom i uchodźcom z Ukrainy z czasem nastroje wokół migracji zmieniły się radykalnie. Umiejętnie podsycane przez polityków rzutują na postrzeganie sytuacji na granicy z Białorusią i to, czego chcemy (lub częściej – nie chcemy) się o niej dowiedzieć.
Tak wytworzył się wokół granicy zaklęty krąg – wierzymy, w co chcemy, wiemy to, w co wierzymy.
Obie narracje obecne w przestrzeni publicznej opisują to samo zjawisko w skrajnie różny sposób. Dane używane przez rząd w najlepszym przypadku są wybiórcze, chaotyczne, nie znamy metodologii ich zbierania. Według mniej pobłażliwej interpretacji – służą raczej do nieinformowania o realnej sytuacji na granicy [zobacz raport We Are Monitoring]. Nawet w procesie legislacyjnym przytaczane przez wnioskodawców argumenty są naginane stosownie do zapotrzebowania.
Przykłady?
Opiniując projekt zmian w ustawie zawieszających możliwość składania wniosku o ochronę międzynarodową, Helsińska Fundacja Praw Człowieka zwracała uwagę: „Wątpliwa jest podana w uzasadnieniu projektu ustawy liczba 110 595 prób nielegalnego przekroczenia granicy, odnotowanych w latach 2021-2024. Trudno bowiem stwierdzić, czym wg. Straży Granicznej jest przekroczenie granicy, skoro w rzeczywistości linia granicy przebiega kilka metrów przed zaporą, po jej zewnętrznej stronie. Każde podejście do zapory wiąże się zatem z przekroczeniem granicy państwa, a osoby, które znalazły się bezpośrednio przy zaporze, choć nadal po jej zewnętrznej stronie, de facto i de iure są już w Polsce. Nie wiadomo, czy takie sytuacje mieszczą się w ogólnej liczbie 110 595, czy liczba ta dotyczy tylko tych przypadków, w których zapora została skutecznie sforsowana.
Z pewnością jednak w podawanych przez SG danych mowa jest o przypadkach przekroczeń granicy, a nie o osobach przekraczających tę granicę. Liczba przekroczeń czy prób przekroczenia granicy nie jest bowiem równa liczbie osób, które usiłowały dostać się na terytorium RP. Wiadomo bowiem, że pojedyncze osoby czy rodziny, zawracane po wielokroć na terytorium Białorusi przez polską Straż Graniczną, podejmowały kilka czy nawet kilkanaście prób przejścia granicy. Dlatego liczba 110 595 nie jest informacją o liczbie osób, które próbowały dostać się do Polski przez granicę polsko-białoruską”.
28 października 2025 na Podlasiu premier Donald Tusk pochwalił się kolejny raz 98 proc. skutecznością zatrzymywania prób nielegalnego przekroczenia granicy. Imponujące, prawda? Tyle że – jak już wiemy – osoby stojące przy płocie są już w Polsce (i na mocy Konstytucji podlegają jej prawnej ochronie).
Ponadto, skoro SG odmawia przyjmowania wniosków o ochronę międzynarodową, nic dziwnego, że spada liczba osób, które się do nich zgłaszają. Przedostawszy się przez płot wolą nie ujawniać swej obecności i wymykają się Straży Granicznej i jej statystykom. Rozporządzenie do ustawy zawieszającej prawo do składania wniosków o ochronę międzynarodową lakonicznie stwierdza, że zasada ta obowiązuje „na granicy” z Białorusią.
Problem w tym, że zgodnie z definicją z Ustawy o ochronie granicy państwowej granica to „pionowa powierzchnia oddzielająca terytorium Polski od innych państw”, a działania polskich służb stosują niewłaściwą, rozszerzającą wykładnię ustawy i odmawiają przyjmowania wniosków… gdziekolwiek zechcą. Zwraca na to uwagę Rzecznik Praw Obywatelskich w wystąpieniu do MSWiA z 24 października 2025. Zaznacza, że taka rozszerzająca interpretacja może być niezgodna z konstytucją.
Jeszcze inny przykład – na początku 2025 roku przy okazji uchwalania „ustawy azylowej” politycy na czele z premierem wielokrotnie mówili o cynicznym wykorzystywaniu procedury wnioskowania o ochronę międzynarodową. Rządzący starali się nas przekonać, że stosowanie prawa wobec uchodźców osłabi nasze państwo, bo liczba wniosków je sparaliżuje.
Jednak premier nie mówił prawdy. Jak czytamy na stronach Urzędu ds. Cudzoziemców oraz w najnowszym uzasadnieniu wniosku o przedłużenie „zawieszenia prawa do azylu” skierowanym przez premiera do Sejmu liczba wniosków o ochronę od osób przekraczających granicę polsko-białoruską była niewielka.
MSWiA we wspomnianym projekcie rozporządzenia podaje, że na granicy PL-BY od 27 marca 2024 do 26 października 2024 roku (przed wprowadzeniem ustawy o zawieszeniu prawa do azylu) złożono 2458 wniosków o ochronę międzynarodową. Średnio daje to 350 wniosków na miesiąc, czyli w całym roku 2024 ok. 4200 wniosków. Jednocześnie według UdSC całkowita liczba wniosków w całym kraju w roku 2024 wyniosła 17 tys. z czego 12,9 tys. to Ukraińcy, Białorusini (wobec których nie zawieszono prawa do ochrony międzynarodowej) i Rosjanie, którzy nie przechodzą w sposób nieuregulowany przez polsko-białoruską granicę. Wychodzi zatem podobna liczba – nieco ponad 4 tys. wniosków. Dodatkowo rząd, we wspomnianym rozporządzeniu, otwarcie twierdzi, że „podejmowane dotąd środki okazały się niewystarczające do wyeliminowania zagrożenia”, ale nie przeszkadza to w ich kontynuacji
Czy nie powinno budzić zdumienia, że polskie państwo po wybuchu pełnoskalowej wojny w Ukrainie było w stanie przyjąć kilka milionów osób (z których około miliona zostało w Polsce do dziś), ale nie jest w stanie obsłużyć wielokrotnie mniejszej liczby wniosków od osób przekraczających polsko-białoruską granicę?
Można i trzeba zgodnie z prawem międzynarodowym tych ludzi obsłużyć, ale decyzja polityczna jest inna. Czy w tej reakcji na migrację przez białoruską granicę nie ma aby udziału ukrywany rasizm? Wszak politycy i polityczki KO lubią powtarzać, że chodzi o ograniczenie „napływu migrantów z krajów Afryki i muzułmańskich”. Przy czym słowa „z Afryki”, „tych krajów”, „krajów muzułmańskich” mają brzmieć w ich ustach groźnie.
Z drugiej strony, mamy opisy kryzysu na granicy przygotowane przez organizacje pozarządowe w raportach i analizach [HFPC i Ocalenie, Lekarze bez granic, We Are Monitoring] oraz znaczną liczbę tekstów publicystycznych, komentarzy z mediów społecznościowych, bardziej lub mniej emocjonalnych tekstów, które przetoczyły się przez różne internetowe bańki z dużym hałasem.
Niosą ogromny ładunek polaryzujących emocji, które kryzys wyzwala w zaangażowanych i niezaangażowanych osobach. Ocena ich wartości poznawczej powinna być szczególnie wyważona i ostrożna – wobec dramatów, które dzieją się na granicy, łatwo ulec emocjom. Widać to wyraźnie zarówno po stronie obrońców praw człowieka, jak i rządowej.
Mamy wreszcie głosy artystek i artystów (najbardziej znane „Jezus umarł w Polsce” Mikołaja Grynberga, „Zieloną granicę” Agnieszki Holland, „Gościa” Zviki Portnoya), które stworzyły społeczne imaginarium o dramacie kryzysu humanitarnego.
Wszystkie te głosy są ważne, ale zakładając, że polityka powinna być (przynajmniej do jakiegoś stopnia) racjonalna, w tym tekście skupię się na tym, co o kryzysie wiemy.
Jest kilka organizacji, które przyczyniają się do rozpoznania sytuacji na granicy. Jedną z nich jest We Are Monitoring, która zajmuje się m.in. budowaniem publicznie dostępnej bazy danych o kryzysie. Opisuje go w możliwie drobnych i dających się weryfikować szczegółach – raportuje kraje pochodzenia osób, które zgłosiły się do pomocowego systemu, liczbę dokonanych przez SG pushbacków, świadectwa doświadczanej przemocy (po białoruskiej i po polskiej stronie), prowadzi listę zmarłych.
Jest to najlepiej udokumentowane i rzetelne źródło wiedzy o kryzysie humanitarnym i jego ofiarach. A jednak raporty WAM, mimo że zawierają informacje, po których w praworządnym państwie powinny sypać się dymisje i rozpoczynać postępowania prokuratorskie,
nigdy nie spotkały się z adekwatną reakcją władzy.
Dotyczy to całej wiedzy gromadzonej wysiłkiem wielu organizacji (w tym Badaczek i Badaczy na Granicy i organizacji z Grupy Granica), która nie stała się też przedmiotem publicznej debaty, podstawą żadnej decyzji o wdrożeniu lub zaprzestaniu jakiegoś działania, nie uruchomiła procesów, które pozwoliłyby myśleć o rozwiązaniu kryzysu.
Jest to tym bardziej przygnębiające, że jednym z wykonawców obecnej polityki migracyjnej Polski jest prof. Maciej Duszczyk, wiceminister spraw wewnętrznych, który – mimo ignorowania wiedzy o kryzysie humanitarnym, nadal przedstawia się jako rządowy ekspert ds. migracji.
Lekceważenie krytycznych wysiłków strony społecznej przez rząd jest symptomatyczne. Ten sam protekcjonalny stosunek widać w braku reakcji na wysłuchanie publiczne zorganizowane w październiku 2024 przez Fundację Stocznia wspólnie z ministrą ds. społeczeństwa obywatelskiego Adrianą Porowską. Ponad 80 osób ze środowisk akademickich, aktywistycznych i prawno-człowieczych poddało rzeczowej krytyce przyjętą przez rząd Strategię Migracyjną na lata 2025-2030. Mimo deklaracji organizacji o gotowości do dialogu na rzecz poszukiwania rozwiązań kryzysu, mimo racjonalnych argumentów sporządzonych w oparciu o praktykę pracy z osobami uchodźczymi, wysłuchanie pozostało bez znaczącej reakcji.
Nawet zlecone w I połowie 2024 roku przez MSWiA badania Komitetu Badań nad Migracjami PAN na potrzeby rządowych prac nad polityką migracyjną zostały przez władze potraktowane wybiórczo i instrumentalnie, co wywołało sprzeciw autorek i autorów opracowania wyrażany zarówno w parlamencie, jak i oficjalnym stanowisku uczonych.
Przeanalizujmy zatem, co na pewno możemy powiedzieć o sytuacji na granicy.
Jak już wiemy, nikt nie potrafi powiedzieć, ile osób znalazło się przy płocie, ile jest po białoruskiej stronie, ani ilu dokładnie osobom udało się przedostać do Polski.
Znamy jednak liczbę zgłoszeń od osób, które zwróciły się od końca sierpnia 2021 do dziś po pomoc do organizacji społecznych – to jedynie ok. 26 000.
Zakładając, że wszystkich próbujących przejść polską granicę, jest znacznie więcej, dajmy na to, nawet 10 razy więcej, to wciąż są to małe liczby, jak na cztery lata funkcjonowania szlaku migracyjnego.
Warto więc zapytać, dlaczego polskie państwo uznało, że kryzys na granicy jest tak poważnym zagrożeniem dla państwa, że minister Duszczyk mówił nawet w Sejmie o ryzyku „naruszenia integralności terytorialnej państwa”?
W porównaniu z migracją do Europy innymi szlakami ten wschodni szlak jest wciąż mało znaczący.
Nie ma także żadnego naukowego dowodu, by przestrzeganie praw osób migrujących i procedowanie wniosków o ochronę miało przyciągać większą liczbę migrantów do danego kraju. Teza o „praworządnościowym pull-factor” z zawołaniem, że jeśli »wpuścimy tu stu, za nimi przyjdą tysiące« pozostaje czystym populizmem.
Nie ma także dowodów, że wśród osób przechodzących przez białoruską granicę są agenci Kremla i Mińska – ani rząd, ani media nigdy nie doniosły o takim przypadku. Gdyby zaś tak było, a osoby te chciałyby posłużyć się wnioskiem o azyl, by dostać się do Polski, zarejestrowanie ich i sprawdzenie miałoby nieskończenie więcej sensu.
Mimo tego władze świadomie karmią społeczeństwo tymi bezpodstawnymi wymysłami. Skutecznie.
Wymowne, że przy okazji wprowadzania coraz drastyczniejszych rozwiązań słyszymy za każdym razem ten sam argument, że teraz to już na pewno rząd zamknie cały ruch i przywróci pełną kontrolę państwa nad sytuacją na granicy.
Te zapowiedzi same się kompromitują – w piątym już roku kryzysu przez granicę nadal idą ludzie. Pomimo setek milionów wydanych (poza kontrolą społeczną) na płot, urządzenia kontroli perymetrycznej i utrzymanie mundurowych na Podlasiu, pomimo kolejnych łamiących fundamentalne prawa quasi rozwiązań.
Mniej niż w szczytowej fazie, ale wciąż idą.
Trzeba spojrzeć prawdzie w oczy: uszczelnienie granicy, rozumiane tak, jak roi sobie rząd, czyli zamknięcie ruchu migracyjnego nie jest możliwe i nigdy nie nastąpi.
A osoby, które nadal mimo utrudnień przedostają się do kraju, nie są przez polskie państwo ani skontrolowane, ani zabezpieczone.
Obietnica „zero śmierci na granicy” złożona w lutym 2024 roku wyparowała tak szybko, jak się pojawiła. Bezspornym i porażającym faktem jest liczba potwierdzonych zmarłych na granicy – 103 osoby od września 2021 do początku października 2025. Ostatnie doniesienia o zmarłych znalezionych po stronie polskiej pochodzą z lipca 2025 roku, a po białoruskiej (ale blisko polskiej granicy) – z października 2025 roku.
Do tego dochodzi około 13 000 udokumentowanych pushbacków oraz setki potwierdzonych dramatycznych zdarzeń noszących znamiona nieludzkiego traktowania, które są wynikiem polityki prowadzonej przez polskie państwo. Pamiętajmy przy tym, że potrafimy z pewnością potwierdzić tylko jakąś część tych zdarzeń, ich realna liczba jest zapewne znacznie większa.
Oczywiście, w oficjalnej narracji o granicy ta część historii nie istnieje, odpowiedzialni za te czyny zacierają ślady swojej działalności. W narracji rządu nie istnieje cierpienie ludzi w lesie, małoletni nie trafiają w ręce przemytników, chorzy nie lądują bez pomocy w Białorusi, a kobiety nie doświadczają seksualnej przemocy.
Dlaczego ta strategia jest tak skuteczna? Pewnie dlatego, że jest tak konsekwentna. Ale jest w tym coś więcej.
W grę wchodzi także nasze poczucie winy i redukcja dysonansu poznawczego.
Trudno uwierzyć, że trzy godziny drogi autem od zamożnej i pełnej życia Warszawy ludzie umierają z wyczerpania, wyziębienia, braku dostępu do wody, jedzenia i leków. Czy ktoś z was wyobrażał sobie, jak odbywa się pushback osoby chorej i przyjętej do szpitala?
Z relacji i raportów organizacji pomocowych (m.in. WAM i Lekarze bez Granic), które bardzo szczegółowo dokumentują sytuację na granicy, znamy przypadki przemocy, której migranci doświadczają ze strony służb – tuż przed wyrzuceniem do Białorusi. Znam relacje o niszczeniu telefonów, biciu, pryskaniu gazem, rozbieraniu do naga.
Nic dziwnego, że włącza się mechanizm wyparcia.
Nie chcemy przyznać, że tak jest, choć fakty krzyczą nam przed oczami, że polskie państwo dokonuje tych haniebnych czynów w naszym imieniu.
I za wszelką cenę będziemy bronić swojego wygodnego stylu życia, wyobrażenia o naszym statusie europejskich i praworządnych demokratów. Będziemy oskarżać tych, którzy te niewygodne fakty nagłaśniają i
prędzej zbijemy lustro niż zobaczymy w nim swoją prawdziwą twarz.
Jutro w OKO.press drugi odcinek tryptyku Tomasza Thuna-Janowskiego pod hasłem SŁOWA – o języku, którym posługują się władze opisując sytuację na granicy i politykę zapewniania narodowi „bezpieczeństwa”.
Uchodźcy i migranci
Donald Tusk
Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji
Straż Graniczna
Adriana Porowska
Helsińska Fundacja Praw Człowieka
Maciej Duszczyk
Polska Akademia Nauk
pushbacki
Urząd ds. Cudzoziemców
Związany zawodowo z sektorem kultury oraz sektorem praw człowieka i humanitarnym. Od jesieni 2021 roku udziela pomocy humanitarnej na granicy polsko-białoruskiej
Związany zawodowo z sektorem kultury oraz sektorem praw człowieka i humanitarnym. Od jesieni 2021 roku udziela pomocy humanitarnej na granicy polsko-białoruskiej
Komentarze