Ukraińcy trafili 19 sierpnia w kolejną rafinerię i wielkie zakłady materiałów wybuchowych w Rosji. Skala dronowych ataków na Rosję, do których sama się przyznaje, gwałtownie rośnie. Rosną też kolejki przed rosyjskimi stacjami benzynowymi.
Te wiadomości łatwo mogą umknąć, przykryte obrazami płonącej Ukrainy, masakrowanej dzień w dzień rosyjskimi rakietami balistycznymi. Schowane gdzieś pod opowieściami o tym, jak wspaniały jest Zachód i jak dzielnie pomaga Ukrainie (albo i nie, gdyż się już zmęczył).
Tymczasem obrona prowadzona przez zaatakowany kraj już cztery u pół roku przerasta to, co dzielni sojusznicy są w stanie sobie wyobrazić.
W nocy 19 sierpnia ukraińskie drony przypuściły zmasowany atak na miasto Dzierżyńsk w obwodzie niżnonowogrodzkim. 800 km w linii prostej od granicy Ukrainy. Celem ataku były zakłady produkcji materiałów wybuchowych w Swierdłowie. To strategiczny zakład chemiczny i jeden z największych producentów materiałów wybuchowych w Rosji.
Ukraińskie drony trafiły dziś też w remontowaną po ostatnim ataku rafinerię w Ufie (1500 km w linii prostej). Poprzednio trafiona była na początku sierpnia.
Co ciekawe, informacje te pochodzą z niezależnych od Moskwy źródeł rosyjskich – z The Moscow Times i z Meduzy, a także z oficjalnych rosyjskich przekazów.
Ukraińcy przestali się chwalić atakami na bieżąco – potwierdzają je zazwyczaj po kilku dniach, na podstawie zdjęć satelitarnych. Jest tak prawdopodobnie dlatego, że obecne ataki nie są spektakularne i nie generują gigantycznych obłoków dymu, który z daleka potwierdza trafienie.
Ukraińcy mierzą teraz w te instalacje, które nie będą się wspaniale palić, ale też nie da się ich łatwo naprawić.
Jednak ujawnianie takich trafień jest już dla świadków niebezpieczne. Widać, że Moskwa na nich poluje: w rosyjskiej telewizji dużo jest teraz materiałów o „łapaniu szpiegów”. Scenki z brutalnym zatrzymywaniem i skuwaniem na ziemi młodych ludzi opatrywane są teraz nowym komentarzem. Zatrzymanym władza nie zarzuca już podpalenia wojenkomatu czy stacji transformatorowej, ale właśnie „przekazywanie danych” dla ukraińskich dronów. I to mogą być niestety osoby, które do tej pory potwierdzały trafienia.
O tym, że do trafień dochodzi, możemy wnioskować jednak na postawie innych niż dym objawów.
Po chwilowej stabilizacji rosną w Rosji kolejki przed stacjami benzynowymi. Lipcowy kryzys paliwowy władzom udało się opanować dzięki limitom sprzedaży i reorganizacji transportu między rafineriami a stacjami benzynowymi. Swoje zrobił też wzrost cen benzyny. Ci, których było na nią stać, zaczęli się skarżyć, że wysiadają im samochody – bo benzyna sprzedawana na stacjach jest teraz dużo niższej jakości. Ale kolejek nie było. Teraz wróciły.
I są dla władzy problemem: tworzą naturalną przestrzeń do spotkań i rozmowy o sytuacji w kraju między obcymi sobie ludźmi. Takiego zgromadzenia nie da się rozpędzić tak, jak niedawno zrobiła to władza ze zwolennikami jedynej antywojennej partii w Rosji – partii Jabłoko. Władza skreśliła ją z listy do Dumy, a zgromadzonym pod budynkiem sądu kazała się rozejść.
Kolejki pod stacją benzynową tak się nie rozpędzi. A niby-wybory do Dumy już za miesiąc.
Tymczasem wróciły w telewizji relacje z narad na „najwyższym szczeblu” w sprawie paliw. Wtorkowe (18 sierpnia) wieczorne „Wiesti” pokazały, jak dziennikarka z nabożnym szacunkiem (bo przecież inaczej nie można zwracać się do władzy) prosi ministra energii, by „pocieszył widzów, jako że mówi się, że nadchodzi kolejna fala trudności z benzyną”.
„Oczywiście” – odpowiedział minister. – „Aktywnie pracujemy nad zapewnieniem mieszkańcom Federacji Rosyjskiej i naszej gospodarce wszelkiego rodzaju paliw… Sytuacja jest trudna. Nie twierdzę, że wszystkie problemy zostały rozwiązane. Mówię tylko, że dokładamy wszelkich starań, aby zapewnić dobrobyt naszej gospodarce”.
Więcej pytań reżimowa dziennikarka nie miała. Za to niezależny „The Moscow Times”, powołując się zresztą na dane z oficjalnego portalu „Izwiestia”, podał, że w 70 proc. stacjach benzynowych w Rosji nie ma paliwa:
„Rosja stoi w obliczu drugiej fali kryzysu paliwowego: według stanu na 16 sierpnia benzyna lub olej napędowy były dostępne jedynie na 28,1 proc. stacji benzynowych w całym kraju, w porównaniu z 41 proc. przed tygodniem"
– napisał.
„Problemy na stacjach benzynowych zostały potwierdzone przez władze w co najmniej ośmiu obwodach, w tym w Kraju Krasnodarskim, obwodzie kałuskim i obwodzie niżnonowogrodzkim. Mieszkańcy co najmniej 13 kolejnych obwodów zgłaszali braki paliwa w mediach społecznościowych, w tym w
17 sierpnia korespondenci Izwiestii skontrolowali 21 stacji benzynowych w Moskwie i obwodzie moskiewskim. Tylko siedem z nich sprzedawało AI-92, sześć AI-95, a pięć AI-98. »Nowa fala braków nastąpiła w wyniku ciągłych ataków i nieplanowanych remontów w rafineriach ropy naftowej«" – wyjaśnił Igor Juszkow, główny analityk Narodowego Funduszu Bezpieczeństwa Energetycznego.
Wcześniej międzynarodowa agencja S&P Global obliczyła, że od stycznia do lipca ukraińskie siły zbrojne za pomocą ataków dronów unieruchomiły co najmniej 26 rafinerii ropy naftowej w Rosji. Siedem z nich nie przywróciło produkcji, a cztery kolejne zostały zamknięte w sierpniu.
19 sierpnia co najmniej dwie sieci stacji benzynowych w Moskwie ponownie wprowadziły limity sprzedaży paliw. Benzyny 95 nie ma w Moskwie w ogóle.
W lipcu Ukraińcy zajmowali się głównie bombardowaniem magazynów giganta sprzedażowego Wildberries, w sierpniu ponownie zajęli się rafineriami: we wspomnianej Ufie, Saratowie, Syzraniu, Ilskim, Orsku, Saławacie, Niżniekamsku. Trafili też w terminal naftowy w Noworosyjsku i kilka magazynów paliw.
Jeśli chodzi o Wildberries, którego sieć sprzedażowa niwelowała do tej pory niedobory rosyjskiej gospodarki, w tym niedobory wyposażenia wojskowego z centralnych magazynów, i wspierała mały biznes z sukcesem obchodzący antyrosyjskie sankcje gospodarcze, to poza zniszczeniem wielkich magazynów tej firmy Ukraińcy zaatakowali też jej system informatyczny, łącznie z systemem płatności.
I tu warto zwrócić uwagę na jedną rzecz: w Rosji nie ma RODO, które tworzy narzędzia ochrony prywatności. Dane osobowe są przechowywane i przetwarzane tak, by władzy i wielkiemu biznesowi było wygodnie, a nie bezpiecznie dla ludzi. Jeśli przy okazji tego ataku Ukraińcy przejęli dane klientów i dostawców, to nikt im tego w Rosji nie powie, tak jak musiało by się to stać u nas – bo problem człowieka nie jest problemem władzy.
Ludzie w Rosji mają zresztą już większe problemy. Ataki dronowe na Rosję narastają. Rosyjska armia twierdzi, że zestrzeliwuje ich po 1500 każdej doby. To 10 razy więcej niż przed rokiem.
Oczywiście nie możemy tych danych czytać wprost – rosyjska armia może kłamać i ma do tego powody. Nawet w oficjalnym obiegu powtarzają się już oskarżenia, że Rosja nie jest przygotowana do obrony przed dronami. Że należy „rozliczyć” tych, którzy zaniedbali rozwój środków antydronowych (winnym jest zawsze jakiś „ktoś” ze średniego szczebla – nigdy Putin).
Opowieści o tysiącach zestrzeliwanych dronów mogą więc być sposobem na obronę armii. Że się stara i „robi, co może”.
Inna interpretacja tych danych może być taka: rosyjska armia twierdzi, że jest w stanie zestrzelić 95 proc. ukraińskich dronów. Rosnące liczby zestrzeleń mają więc tłumaczyć, dlaczego tak dużo w Rosji jest trafień. Bo 5 proc. od 1500 to już dobre kilkadziesiąt – dzień w dzień.
Raporty o bohaterskiej działalności rosyjskiej obrony mogą też być konieczne, bo w Rosji rośnie liczba ofiar cywilnych wojny Putina. Zestrzeliwane i zbijane z kursu ukraińskie drony i rakiety spadają na obiekty cywilne. W oficjalnym obiegu informacji pojawia się to regularnie. Putin morduje więc nie tylko w Ukrainie, ale także w Rosji.
Władza jak zwykle podaje liczbę ofiar zbiorczo – by pozostały nierozpoznawalnym anonimowym tłumem. W lipcu miało zginąć w Rosji 200 osób, a 1400 zostało rannych. To liczby ciągle porównywalne z ogromnymi liczbami ofiar wypadków drogowych w Rosji, ale już robią wrażenie.
Władza robi wszystko, by zwalić za to winę na Ukrainę, a jednocześnie pokazać poddanym Putina, że sprawnie karze on sprawców. I to jest może powód, że Rosja, waląc w Ukrainę rakietami balistycznymi, stara się to robić tak, by pięknie paliło się i dymiło w telewizorze. Straty Ukrainy są makabryczne, codziennie giną tam ludzie. Ale Rosja atakuje Ukrainę także w celach propagandowych, co musi nieco ograniczać siłę rażenia.
Tymczasem o tym, że mniej widowiskowa presja na Rosję czyni sytuację dla niej coraz bardziej niebezpieczną, ostrzegł niedawno główny ekonomista rosyjskiego Wnieszekonombanku Andriej Klepacz. Informację o jego wystąpieniu wyciągnął 14 sierpnia „The Moscow Times”.
Wobec czego władze tego państwowego banku Klepacza zwolniły.
A Klepacz powiedział tak:
„Koszty sankcji i blokady ze strony Zachodu dla rosyjskiej gospodarki rosną, szkody wyrządzone przez ukraińskie ataki na porty, infrastrukturę, rafinerie chemiczne i naftowe zwiększają się, a Rosja coraz bardziej pozostaje w tyle pod względem rozwoju technologicznego.
Zostajemy w tyle. Przegrywamy w globalnej konkurencji technologicznej i ekonomicznej. Przegrywamy nie tylko z Chinami i Stanami Zjednoczonymi, ale pod pewnymi względami przegrywamy nawet z Ukrainą. Gospodarka Ukrainy jest oczywiście częściowo zniszczona, a jej sytuacja demograficzna jest katastrofalna. Ale gospodarka Ukrainy, mimo wszystko, przetrwała. Oczywiście dostają ogromną pomoc finansową (…)
Nie wygramy w tej wojnie na wyniszczenie. Żyjemy w złudzeniu, że tam wszystko się zawali. Nie zawaliło się i nie zawali. A nasze koszty rosną”.
W Rosji nadal obowiązuje wykładnia Putina, że ukraińskie ataki na infrastrukturę nie mają prawa mieć skutków gospodarczych.
19 sierpnia Putin powiedział tak: „Oczywiste jest, że na wzrost gospodarczy wpływa wiele czynników, w tym presja zewnętrzna i ataki terrorystyczne na obiekty przemysłowe i infrastrukturę. Oczywiście, takie ataki nie pociągają za sobą żadnych poważnych konsekwencji, nigdy nie miały i nie mogą ich mieć. Ale z pewnością szkodzą nam, to oczywiste. Rozumiemy to, widzimy i wiemy o tym”.
Od początku pełnoskalowej napaści Rosji na Ukrainę w lutym 2022 roku śledzimy, co mówi na ten temat rosyjska propaganda. Jakich chwytów używa, jakich argumentów? Co wyczytać można między wierszami?
UWAGA, niektóre z linków wklejanych do tekstu mogą być dostępne tylko przy włączonym VPN. Cały nasz cykl GOWORIT MOSKWA znajdziecie pod tym linkiem.
Z wykształcenia historyczka. Od 1989 do 2011 r. reporterka sejmowa, a potem redaktorka w „Gazecie Wyborczej”, do grudnia 2015 r. - w administracji rządowej (w zespołach, które przygotowały nową ustawę o zbiórkach publicznych i zmieniły – na krótko – zasady konsultacji publicznych). Do lipca 2021 r. w Biurze Rzecznika Praw Obywatelskich. Laureatka Pióra Nadziei 2022, nagrody Amnesty International, i Lodołamacza 2024 (za teksty o prawach osób z niepełnosprawnościami)
Z wykształcenia historyczka. Od 1989 do 2011 r. reporterka sejmowa, a potem redaktorka w „Gazecie Wyborczej”, do grudnia 2015 r. - w administracji rządowej (w zespołach, które przygotowały nową ustawę o zbiórkach publicznych i zmieniły – na krótko – zasady konsultacji publicznych). Do lipca 2021 r. w Biurze Rzecznika Praw Obywatelskich. Laureatka Pióra Nadziei 2022, nagrody Amnesty International, i Lodołamacza 2024 (za teksty o prawach osób z niepełnosprawnościami)
Komentarze