0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Fot. Igor IVANKO / AFPFot. Igor IVANKO / A...

Stasia Budzisz: Zacznijmy od tego, że po wybuchu pełnoskalowej wojny przeciwko Ukrainie z Rosji uciekło wielu ludzi. Część z nich zadekowała się w krajach byłego Związku Radzieckiego, komuś udało się wyjechać do Ameryki Południowej albo USA, jakaś część znalazła się też w Europie.

Z wieloma z nich miałam kontakt i chyba nie przesadzę, jeśli powiem, że niemal każdy uważał się za przeciwnika Putina, opozycjonistę i dysydenta. Kiedy jednak rozmowa wychodziła poza small talk okazywało się, że to nie zawsze prawda, a motywacje ucieczki z Rosji często są bardzo pragmatyczne.

Zwykło się jednak tych, którzy wyjechali nazywać „choroszymi Ruskimi”, czyli dobrymi Rosjanami. Co o tym myślisz?

Alice Lugen: Istnieją Rosjanie, którzy szczerze potępiają putinowski reżim i jego zbrodnie. W książce cytuję moich znajomych z rosyjskiej opozycji. Większość z nich wyemigrowała na Zachód w bardzo młodym wieku i uczyła się w zachodnich szkołach. Im ufam.

Do części tzw. „choroszych Ruskich” podchodzę jednak z dużą ostrożnością.

Nie mamy pewności, co ci ludzie naprawdę myślą. Mogą być narzędziem wpływu Kremla, mówić to, co chcemy usłyszeć, a gdy zdobędą audytorium – zmienić narrację. To mechanizm znany od starożytności. Trzeba czasu, by dobrze ich poznać i zweryfikować poglądy. Aktywni opozycjoniści, których Kreml uznał za swoich wrogów, figurują w rejestrach zagranicznych agentów.

Przeczytaj także:

Ten dach ciekł już za czasów dziadka

Nazwałaś swoją książkę Imperium gniewu i do tego jeszcze wrócimy. To, co jednak dla mnie jest w Rosjanach niebywałe, to jednak nie gniew, ale właśnie bierność.

Kiedy zaczęła się wojna. patrzyłam na to, co działo się w rosyjskich miastach z wielkim zdumieniem. Ich bunt był nie tylko nieskuteczny, ale z naszej perspektywy śmieszny: pisanie na banknotach hasła „niet wojnie” czy stawianie figurek z podobnym przesłaniem w różnych miejscach.

Może będę brutalna, ale ten bunt przypominał mi pochody przedszkolaków z lat 90., kiedy chodziliśmy z plakatami z hasłem „Ratuj ziemię”. Efekt był mniej więcej taki sam.

Rozumiem, że się bali, bo przecież nikt nie chciałby spędzić życia w więzieniu, ale patrząc na to z perspektywy czasu wydaje mi się, że większość i tak uznała, że to nie ich sprawa. Teraz jestem niemal pewna, że gdyby umarł Putin i jego następca zdecydowałaby się na jakąś formę otwarcia Rosji na Zachód, to nawet najbardziej zagorzali putiniści witaliby ten zgniły Zachód z otwartymi ramionami i krzyczeli, jak bardzo czekali na obalenie reżimu.

Mam podobne odczucia.

Wydaje mi się, że po śmierci Putina i zmianie kursu może się okazać, że sto procent Rosjan działało w opozycji, co oczywiście będzie kompletnym absurdem.

Ich bierność rzeczywiście może irytować. Rosjanie myślą w sposób znacząco odmienny od nas.

Wydają się hiperczujni. Zachowują się ulegle mimo doznawanych krzywd, trochę jak osoby, które przez lata doświadczały przemocy.

Daje się zauważyć poczucie pewnej niższości i pogodzenia się z własnym losem, charakterystyczne dla społeczeństw kastowych.

Rzecz jasna, w Rosji nie ma typowego społeczeństwa kastowego, lecz funkcjonuje podobny mechanizm. Szczególnie dobrze widać go na rosyjskiej wsi. Ludzie nie mają kanalizacji ani pieniędzy na leki, korzystają z reglamentowanego prądu, czerpią wodę ze studni i mieszkają pod przeciekającymi dachami. Zapytani, jak im się żyje, odpowiadają, że źle. Zaraz jednak dodają: „Nic z tym nie można zrobić. Tu tak jest. Zawsze tak było. Taki nasz los”.

Dach przeciekał już wtedy, gdy ich dziadek był mały. Do dziś nikt go nie naprawił.

Pogodzili się z tym, że trzeba po prostu podstawić miseczkę na deszczówkę. Nas taka postawa złości i oburza, a oni idą na wybory i po raz kolejny głosują na Putina.

Zrujnowane chałupy i błotnista droga
Wieś Woskriesieńskie pod Petersburgiem, 2014 r. Fot. Olga Maltseva / AFP

Zaczadzeni nienawiścią

Gdyby Putin to widział, to by nigdy… Stara zasada: car dobry, ale bojarzy źli.

Właśnie. Można nią wyjaśnić niemal wszystko.

To brzmi trochę jak jakaś forma narodowego niewolnictwa, czegoś, co płynnie przeszło z pańszczyzny w gułagi, a potem – w zależność od oligarchiczno-korupcyjnego systemu, który od wieków przede wszystkim charakteryzuje przemoc.

Jest jeszcze strach, który również ciągnie się od czasów carskich.

Iwan Groźny stworzył opryczninę, aparat terroru mający utrzymywać poddanych w posłuszeństwie. Pomysł nie zniknął, zmieniały się jedynie jego formy i nazwy. Nie ma większego znaczenia, czy formacja nazywała się Carska Ochrana, Czeka, NKWD, KGB czy dziś FSB. Istotne jest to, że przy władcy funkcjonuje służba, która nie zawahają się użyć siły wobec nieposłusznych obywateli, o czym obywatele doskonale wiedzą.

Strach może rodzić bierność i wycofanie, ale piszesz jednak o gniewie. Jak się hoduje gniewnych ludzi?

Szczuciem na innych: na Zachód, na przeciwników politycznych, zdrajców ojczyzny, również tych rzekomych.

Zaszczepianie nienawiści zaczyna się bardzo wcześnie. Już w przedszkolach działa Junarmia – kontrowersyjna, promilitarna i prowojenna organizacja powołana przez rosyjskie Ministerstwo

Obrony. Kilkanaście krajów nałożyło na nią sankcje. Liczy ponad dwa miliony dzieci i młodzieży. Wielu jej członków deklaruje, że w przyszłości będzie walczyć z wrogami Rosji, że ich pozabija, gdy dorośnie. To dość niepokojące.

Zwłaszcza że celem jest Zachód. A czym on jest dla typowego Rosjanina?

Od wieków niewiele się w tym zakresie zmieniło. Już w czasach napoleońskich pojawiła się idea, że z Zachodu nadchodzi zło. Pogląd ten ugruntowały powstanie dekabrystów, II wojna światowa, zimna wojna oraz dzisiejsza sytuacja polityczna. Okresy względnie poprawnych relacji z Zachodem, przypadające na przykład na czasy Gorbaczowa czy Jelcyna, były jedynie wyjątkami w historii i trwały kilka lat.

Tymczasem przez stulecia w Rosjanach utrwalało się przekonanie, że Zachód jest pełen wrogów. Ta spirala nieufności nakręca się od pokoleń.

Putin jak Chrystus

Margarita Simonian, szefowa koncernu Russia Today i jedna z naczelnych propagandystek Rosji, niedawno w jednym z wywiadów porównała miłosierdzie Putina do Jezusa Chrystusa, a inne jego cechy do Stalina. Zaznaczyła, że jeśli chodzi o tę postać, to Putin jest uosobieniem tylko dobrych cech.

To nic nowego. Już w 2007 roku pod Niżnym Nowogrodem powstała sekta, która umieściła portret Putina w ikonostasie cerkwi i oddawała mu cześć.

Przed wyborami w 2012 roku rozpowszechniano zdjęcie przedstawiające barwne promienie z cerkiewnych witraży układające się nad głową Putina niczym wskaźnik. Z okazji 60. urodzin prezydenta powstała organizacja Komitet Narodowy +60. Miała zajmować się przygotowaniem jubileuszu, ale działa do dziś.

Jej członkowie regularnie piszą do patriarchy Cyryla z apelem o uznanie Putina za świętego. Powołują się nawet na badania socjologiczne, z których to podobno wynika, że 90 procent obywateli darzy prezydenta szczególną estymą i modli się o jego zdrowie. Komitet postuluje również, aby po śmierci Putina zabezpieczyć jego zwłoki na potrzeby przyszłego procesu kanonizacyjnego.

W Kościele prawosławnym świętym można zostać dopiero po śmierci, jednak pojawili się zwolennicy kanonizacji jeszcze za życia. Chodzi oczywiście o to, by nikt nie ośmielił się wytykać błędów świętej lub niemal świętej osobie. Pomazańców Bożych przecież się nie krytykuje. Kiedy oddawałam książkę do druku, Komitet rozesłał do cerkwi w całym kraju pismo z zaleceniem wywieszenia pełnowymiarowego portretu Putina z aureolą nad głową. Ich zdaniem to ochroni Rosję i wzmocni państwo.

To jest niezwykle poddańcze.

Fascynowało mnie to zagadnienie. Z cerkwią walczono na początku istnienia Związku Radzieckiego, za rządów Lenina i we wczesnym okresie władzy Stalina.

Zakładano, że na szczycie jest miejsce tylko dla jednej postaci: albo dla wodza, albo dla bóstwa. Później jednak podejście się zmieniło. Gdy Andropow stał na czele KGB, przeprowadzono gruntowne analizy, aby sprawdzić, czy religia i kult wodza rzeczywiście się wykluczają. Okazało się, że jest wręcz przeciwnie. Założenia z czasów Lenina były po prostu błędne.

Społeczeństwo religijne wykazuje większą gotowość do oddawania czci, rzadziej kwestionuje słowa autorytetów i chętniej podporządkowuje się ich zaleceniom. Łatwiej więc ulega kultowi wodza, jest posłuszniejsze, mniej skłonne do buntu i podatniejsze na dezinformację. Wymorzone cechy z punktu widzenia dyktatora. Po cóż je zwalczać?

Agresja tradycyjnymi wartościami

Stąd ten powrót do tzw. tradycyjnych wartości, mówienie o Rosji jak o orędowniczce i obrończyni rodziny. Zresztą, to się rozlało poza jej terytorium i te tendencje są coraz silniejsze na Zachodzie.

Kreml wykorzystuje wiedzę o manipulacji ludźmi. Z pewnością bierze pod uwagę także czynnik religijny. Pod rządami Putina Rosja bardzo się rozmodliła, ale nie oznacza to, że społeczeństwo przeżyło jakieś głębokie nawrócenie ani że sam Putin go doświadczył.

To raczej dowód na to, że jednym z filarów putinowskiego systemu władzy jest Rosyjski Kościół Prawosławny.

Kreml wykorzystuje religijność do realizacji własnych celów politycznych. We wszystkich krajach dawnego bloku wschodniego istnieją mniej lub bardziej aktywne środowiska prorosyjskie, często wspierane lub inspirowane przez Moskwę. Niezależnie od państwa głoszą podobne rzeczy.

Odwołują się do wyższych idei i tradycyjnych wartości, deklarując, że chcą chronić ludzi przed moralną degrengoladą. W ich mocno uproszczonej, czarno-białej wizji świata Rosja stoi na straży prawdziwych wartości, podczas gdy Zachód jest z gruntu zły, głupi, nieuchronnie zmierza do ognia piekielnego albo przepaści.

Winni są obcy

A po co hoduje się w społeczeństwie tyle gniewu? Co z tego będzie mieć Rosja w przyszłości?

Jeśli wiadomo, że w kraju wkrótce zrobi się ciężko, władza musi odpowiednio przygotować na to społeczeństwo. Trzeba znaleźć sensowne uzasadnienie. Historia pokazuje, że każdy szanujący się dyktator miał jakiegoś wroga.

To jego obwiniał za zaniedbany kraj, biedę, nierówności, kryzysy czy konieczność wydawania ogromnych pieniędzy na zbrojenia, tłumacząc, że państwo nieustannie musi przygotowywać się do wojny.

Gdy pojawiają się poważne niedobory, społeczeństwo staje się niezadowolone i rozgniewane. Sztuka polega jednak na tym, by odpowiednio pokierować tym gniewem. Niech ludzie złoszczą się na wrogów, a nie na własnych przywódców. Ten mechanizm widać jak na dłoni. Kiedy na Krymie cywile nie mogą kupić paliwa, mają obwiniać za to Ukraińców lub Amerykanów.

Gdy w Rosji płoną rafinerie, powinni złościć się na NATO wspierające Ukrainę. Nigdy na wodza, co rozpętał wojnę.

W rosyjskim Instagramie pojawił się komentarz, po ataku na moskiewską rafinerię, że ktoś próbuje włączyć Moskwę do wojny między Rosją a Ukrainą.

Ten komentarz pokazuje, jak skutecznie działa powyższy mechanizm. W świadomości wielu Rosjan za wszystkie problemy w Rosji odpowiadają: Ukraińcy, NATO, CIA, MI6, HUR, Unia Europejska, Brytyjczycy, a przede wszystkim Amerykanie.

Nie ich własny rząd. Nie ich wódz lub oni sami.

Wspieramy władzę, choć się nie interesujemy

Wiele miejsca poświęcasz cywilom, którzy są włączeni w prowadzenie wojny. Od pensji odlicza się im jedną dniówkę miesięcznie i przekazuje ją na armię, organizuje się zbiórki pomocowe dla żołnierzy, patriarcha Cyryl święci torpedy, które będą leciały na ukraińskie miasta na oczach wiernych. Z jednej strony to wypierają, z drugiej wspierają. Jak to rozumieć?

Putin z lewej, patriarcha Cyryl z prawej, w tle Szojgu w mundurze generalskim
Putin, Szojgu i Cyryl. Fot Alexey NIKOLSKY / SPUTNIK / AFP

To jeden z paradoksów współczesnej Rosji.

Już na początku swojej pierwszej kadencji prezydenckiej Putin zaczął wdrażać państwowe programy ideologiczne, takie jak „Wychowanie patriotyczne obywateli Federacji Rosyjskiej”, realizowany od 2001 roku. Dziś ten program zbiera swoje żniwo.

Obejmował wszystkich obywateli – od przedszkolaków po emerytów. Jeśli spojrzymy na wyniki badań Centrum Lewady, okaże się, że w niektórych okresach nawet 80 procent respondentów deklarowało poparcie dla rosyjskiej inwazji na Ukrainę.

Nie chodzi jednak wyłącznie o oświadczenia. Znacznie ważniejsza jest praktyka. Od patriotów oczekuje się konkretnych działań. W 2011 roku Putin powołał Ogólnorosyjski Front Narodowy. Organizacja prowadzi akcję pod hasłem „Wszystko dla Zwycięstwa”. W ciągu pierwszych dwóch lat wojny zebrała w przeliczeniu około 2,5 miliarda złotych na wsparcie działań wojennych. Z powodu koszmarnej biurokracji w rosyjskiej armii żołnierze często wolą prosić cywilów o wyposażenie inne niż broń.

W Rosji wspieranie wysiłku wojennego określa się mianem wolontariatu.

W Ukrainie mamy przecież podobną sytuację.

Ale w jednym przypadku wsparcie dotyczy agresji, a w drugim obrony przed napaścią. To krańcowo odmienne sytuacje i nie są etycznie równoważne.

Owszem, ale w Rosji powszechna jest narracja, że to nie ona napadła na Ukrainę, więc zmanipulowani cywile mogą działać z innych pobudek.

Powszechne jest przekonanie, że ani Związek Radziecki, ani Rosja nigdy na nikogo nie napadły.

Pytanie tylko, co nas interesuje bardziej: fakty czy przekaz propagandowy?

Klasyczna propaganda, płynąca z rosyjskich mediów od rana do nocy, została ostatnio wzmocniona przez sztuczną inteligencję. Powstała rosyjska wersja Wikipedii, nazywa się RuWiki. Serwis wykorzystuje AI do odpowiadania na pytania użytkowników. Problem polega na tym, że model był trenowany wyłącznie na treściach, które przeszły przez rosyjską cenzurę i zostały zaakceptowane przez Roskomnadzor.

Przetestowałam go, korzystając z adresu IP wskazującego na Moskwę. Według RuWiki Związek Radziecki nie napadł na Polskę 17 września 1939 roku. Serwis jest polecany uczniom i studentom jako źródło wiedzy.

Podglądani przez internet

Ruszył też narodowy komunikator Max. Co to za stwór?

Wymyślono go, ponieważ w pewnym momencie służby przestały panować nad Telegramem. Max jest obowiązkowo instalowany w nowych smartfonach i tabletach, co wynika wprost z przepisów prawa. Bez niego nie da się korzystać z wielu usług publicznych, od umówienia wizyty u lekarza po załatwianie spraw urzędowych. Ewentualnie jest to tak utrudnione, że większość obywateli decyduje się go zainstalować.

Prywatność w tym komunikatorze praktycznie nie istnieje.

Nie ma szyfrowania end-to-end, wszystko pozostaje pod pełną kontrolą rosyjskich władz, w tym FSB.

Wróćmy do podejścia to wojny. W Rosji, jak piszesz, zaangażowane są w nią także dzieci.

Tak. Działa tam wiele szkół wojskowych dla kadetów, a ich liczba z roku na rok rośnie. Oprócz tego funkcjonuje Junarmia. Uczniowie w szkołach regularnie piszą listy do żołnierzy walczących na froncie. W ramach zajęć praktyczno-technicznych przygotowują dla wojska różnego rodzaju wyposażenie: wyplatają siatki maskujące, dziergają koce, szyją bieliznę, kompletują racje żywnościowe i pakują apteczki.

Można odnieść wrażenie, że znaczną część obowiązków związanych z zaopatrzeniem armii przerzucono na cywilów.

Obywatele kategorii B

Walki na froncie w zasadzie też. Poruszasz kwestię mniejszości narodowych i etnicznych, którymi Rosja walczy głównie na froncie. Jest ich w Rosji ponad 190 i stanowią główne mięso armatnie w rosyjskiej armii. Jak bardzo ci ludzie mają świadomość, że są wykorzystywani nie tylko teraz, ale ogólnie eksploatowani jako ludy podbite i skolonizowane przez Rosję?

To zależy, kogo i gdzie zapytasz.

Najlepiej znam Ural i społeczność Mansów. Wśród nich panuje ogromne poczucie niesprawiedliwości.

Wiadomo, że większość rosyjskich bogactw naturalnych znajduje się w regionach, a nie w Moskwie czy Petersburgu. Jednocześnie to właśnie regiony czerpią z nich najmniejsze korzyści. Otrzymują jedynie ochłapy, podczas gdy większość zysków przejmuje Moskwa.

Chanty-Mansyjski Okręg Autonomiczny posiada jedne z największych na świecie złóż ropy naftowej i gazu ziemnego. Ogromnymi zasobami dysponuje również Jakucja. Co czwarty diament na świecie pochodzi z Rosji, a znaczna jego część jest wydobywana właśnie tam. Można by więc oczekiwać, że Jakucja będzie wyglądać jak Dubaj. Tymczasem w wielu miejscach przypomina skansen XIX-wiecznej wsi.

Do tego dochodzi kwestia środowiska.

Rosja od lat traktuje część syberyjskich terenów jak zaplecze dla uciążliwej działalności. Przewozi tam odpady, a wojsko lokuje składowiska i stary sprzęt. Moskwa nie ma zwyczaju konsultować decyzji z lokalnymi społecznościami. To poważny problem, bo rosyjskie śmietniska łącznie mają rozmiar Szwajcarii.

Na dodatek mniejszości etniczne i ludność rdzenna są często traktowane pogardliwie jak obywatele drugiej kategorii. Można spotkać się z agresywnymi określeniami pod ich adresem, typu „banda syberyjskich dzikusów”. Rasizm wobec mieszkańców wielu regionów Rosji jest przeogromny.

„Nie-ruskich” nie szkoda

Na początku wojny po rosyjskim Instagramie latały rolki, w których młode dziewczyny, Słowianki, mówiły, że mają nadzieję, że nie będą mobilizować „ruskich chłopaków”, a tych z Syberii, bo „ruskich” szkoda.

A tamtych nie szkoda… Dzieje się tak dlatego, że w Rosji funkcjonuje nieformalny podział na obywateli kategorii A i kategorii B.

Pierwsi mają więcej praw i w praktyce cieszą się znacznie większą ochroną. „Rusofobami” nazywani są nie tylko mieszkańcy Zachodu, lecz także mieszkańcy własnego kraju, którzy krytykują Moskwę, na przykład Mansowie, Buriaci, Ewenkowie, Jakuci, Czeczeni czy Dagestańczycy.

Tymczasem ich krytyka wynika przede wszystkim z poczucia, że są traktowani jak obywatele drugiej kategorii. Sprzeciwiają się ograniczaniu prawa do nauki we własnym języku, do zachowania i kultywowania swojej kultury oraz religii. W wizji promowanej przez Kreml cała

Rosja powinna być możliwie jednolita, również pod względem tożsamości i wyznania, z dominującą rolą prawosławia.

Polska też nie jest przychylna mniejszościom. U nas też się wetuje się prawo nazwania śląszczyzny czy wilamowszczyzny językami.

W Rosji jest to dużo bardziej agresywne, drapieżne, systemowe, uwikłane w rasistowskie poglądy. Moskwa przypomina sobie o mniejszościach przede wszystkim wtedy, gdy trzeba iść na wojnę i ginąć za pomysły Putina. To nie jest zadanie dla obywateli kategorii A.

Mieszkańców stolicy regularnie pyta się w badaniach opinii publicznej, czy wśród obywateli Federacji Rosyjskiej są grupy, z którymi nie chcieliby mieć do czynienia.

Około 70 procent wskazuje narody Kaukazu, przede wszystkim Czeczenów i Dagestańczyków. Brak akceptacji widać również w języku. Wiadomo, że w tak ogromnym kraju nie istnieje jeden wariant języka rosyjskiego.

Za najbardziej prestiżową uchodzi odmiana moskiewska.

Osoby mówiące z wyraźnym regionalnym akcentem lub naleciałościami dialektalnymi bywają deprecjonowane i mają mniejsze szanse na zajmowanie odpowiedzialnych stanowisk. Nierzadko są wyśmiewane i obrażane, określane pogardliwie jako „niedouczone tłuki z jakiegoś syberyjskiego zadupia, które nie potrafią nawet normalnie mówić”.

17 września'39 nie było

Chciałabym jeszcze nawiązać do tego, w jaki sposób w rosyjskiej propagandzie przedstawiana jest Polska. Jeśli jeszcze dekadę temu w ogóle nie byliśmy obecni w tych narracjach, to teraz chyba wybijamy się na prowadzenie, zaraz obok Ukrainy i państw bałtyckich. Jak się o nas mówi?

Jako o państwie wrogim i niewdzięcznym. Wybrzmiewa również żal, że staliśmy się krajem silnym i szybko się rozwinęliśmy. Rosji nie podoba się, że państwo, które przez dziesięciolecia znajdowało się w jej strefie wpływów, a po jej opuszczeniu zaczęło sobie dobrze radzić, rozwija gospodarkę, umacnia pozycję. Z perspektywy Kremla jest to zagrożenie, a zarazem dowód na porażkę kremlowskiego modelu sprawowania władzy.

Według rosyjskiej propagandy powinniśmy być Moskwie wdzięczni i bić pokłony, zamiast prowadzić niezależną politykę. Dlatego pojawiają się narracje, że Warszawa od wieków jest rosyjskim miastem albo że Stalin podarował Polsce ziemie północne i zachodnie, o czym Kreml rzekomo może nam w każdej chwili przypomnieć.

Ponadto Rosję irytuje polsko-ukraińską współpracą. Dlatego robi wszystko, by ją osłabić oraz skłócić Polaków z Ukraińcami. Rosyjska dezinformacja obecna w polskim internecie stara się także podważać zaufanie do organizacji międzynarodowych i sojuszy, zwłaszcza NATO. Chce obrzydzić nam sojuszników, straszyć, skłócać.

Sankcje działają na gospodarkę, ale czy na Rosjan?

Chciałabym jeszcze zapytać o sankcje. Mówi się, że one nie działają. Jakie jest twoje zdanie?

To również element rosyjskiej propagandy. Prawda jest taka, że sankcje działają i to bardzo wyraźnie. Nie dajmy sobie wmówić, że jest inaczej, bo właśnie na tym zależy Rosji. Sankcje można porównać do włożenia kija w szprychy wojennej machiny. Nawet jeśli spowolnią ją tylko o dziesięć procent, cel zostanie osiągnięty. A spowolniły bardziej.

Z powodu sankcji w Rosji wszystko staje się droższe, bardziej skomplikowane i trwa dłużej. Moskwa oczywiście szuka sposobów na ich obchodzenie. Jednak mimo starań sankcje są nieznośne dla przemysłu zbrojeniowego. Zwiększają koszty, wydłużają produkcje.

A jaki jest stosunek Rosjan do sankcji?

Zaskakujący. Sankcje nałożone po aneksji Krymu oraz inwazji na Ukrainę nazywane są „antyrosyjskimi”.

Z badań wynika, że znaczna część społeczeństwa nie łączy ich bezpośrednio z wojną.

Wiele osób uważa je za efekt wszechobecnej rusofobii i jest przekonanych, że Zachód jedynie szukał pretekstu. Wedle ich narracji: gdyby nie było Ukrainy, Zachód wymyśliłby coś innego, bo zwyczajnie zawziął się na Rosję. Dochodzi do tego niepisana umowa społeczna: nie można narzekać na skutki sankcji, aby nie dawać Zachodowi satysfakcji. Choćby się paliło i waliło, nie wolno się skarżyć, bo wróg usłyszy i się ucieszy.

W uszach mam pytanie, które często od Rosjan słyszę od początku inwazji: czego wy ciągle od nas chcecie?

To fundamentalne pytanie. Wielu Rosjan nie dostrzega związku przyczynowo-skutkowego między wywołaniem wojny a krytyką Rosji oraz nałożonymi sankcjami. Dominuje narracja o zachodnim spisku.

Rosja należy do FSB

Kiedy w końcu Putin umrze…

Wtedy Komitet Narodowy planuje rozpocząć proces kanonizacji.

to jaka będzie Rosja?

Taka, na jaką pozwoli FSB.

Nie znamy przyszłości, więc każda prognoza obarczona jest ryzykiem. Warto jednak pamiętać, że dziś Rosją rządzi Putin, ale Putin nie spadł przecież z Księżyca. To dawny dyrektor FSB, a rosyjskie służby specjalne stanowią jeden z głównych filarów władzy w tym kraju. Każdy następca będzie musiał zostać zaakceptowany przez służbę, przez system i zyskać zaufanie ludzi, którzy go tworzą.

Nie wykluczam, że sankcje i wyczerpanie wojną sprawią, iż sytuacja stanie się dla Kremla trudna do wytrzymania. Wówczas może pojawić się pomysł, aby na czele państwa stanął ktoś w rodzaju pseudodemokraty, który nieco złagodzi retorykę wobec Zachodu, poprawi relacje międzynarodowe. Będzie mówił o pokoju, porozumieniu, nowym otwarciu czy niefortunnych decyzjach z przeszłości. Będzie bardzo uważnie dobierał słowa. Nie musi to jednak oznaczać, że Rosja rzeczywiście się zmienia.

Tylko, że ma nóż na gardle i coś musi zrobić.

Właśnie. To może oznaczać, że gospodarka się prawie udusiła, rubel szoruje po dnie, a skutki sankcji stają się coraz bardziej odczuwalne. Z poważnymi kłopotami boryka się na przykład rosyjska flota. Z powodu sankcji Airbus i Boeing nie serwisują rosyjskich samolotów ani nie dostarczają części zamiennych.

Pod Nowosybirskiem pilot Airbusa musiał awaryjnie posadzić samolot na polu z powodu problemów technicznych. Coraz częściej pojawiają się trudności z serwisowaniem wind, ponieważ wiele niezbędnych części jest objętych sankcjami. To jednak zaledwie wierzchołek góry lodowej. Konsekwencje sankcji ujawniają się stopniowo.

Jeżdżenie dziś do Rosji jako dziennikarka jest bardzo niebezpieczne. Jednak w ostatnim roku ten kraj odwiedziło wielu polskich blogerów. Niestety ich relacje najczęściej zdradzały brak zrozumienia, gdzie w ogóle są i dlaczego zostali wpuszczeni do tego kraju z możliwością nagrywania vlogów. Ci, których obserwowałam, nie znali też rosyjskiego, więc tym trudniej było im ogarnąć rzeczywistość, w której się znaleźli.

Kiedy byłaś ostatnio w Rosji?

Przed pełnoskalową inwazją.

Dziś już bym tam nie pojechała, bo to zbyt niebezpieczne. Dużo podróżuję, ale nigdy do krajów, przed którymi ostrzega MSZ i w których polskie służby nie dadzą rady pomóc w razie potrzeby. W Rosji może wydarzyć się absolutnie wszystko. Nie mamy żadnej gwarancji, że uda się z niej wyjechać.

W rosyjskim kodeksie karnym znajduje się przepis szczególnie niebezpieczny dla dziennikarzy i szeroko rozumianych twórców internetowych. Mam na myśli artykuł 276, dotyczący szpiegostwa. Jest on sformułowany tak absurdalnie szeroko, że niemal każdą rzecz da się pod niego podciągnąć.

Nawet zbyt długie patrzenie się na płot zamkniętego miasta typu ZATO spełnia kryteria definicyjne.

Rosja chętnie zaprasza do siebie osoby z Zachodu, aby za ich pośrednictwem pokazywać, że świetnie sobie radzi, a sankcje rzekomo nie działają. Niektórzy twórcy, często nieświadomie, stają się narzędziem rosyjskiej propagandy, są wodzeni za nos. Osoba, która nie orientuje się w realiach, a dodatkowo nie zna języka, może nawet nie zdawać sobie sprawy, w co została wplątana i do jakich celów wykorzystana.

Rosja – kraj odcięty od świata

Można powiedzieć, że historia znów zatoczyła koło, bo dzisiejsi 30-40 latkowie są ostatnimi – w pewnym sensie – ludźmi, którzy mieli szansę w miarę swobodnie pojeździć po Rosji, pracować tam dziennikarsko, jakoś ten kraj poznać.

Gdybyśmy wiedzieli, że to okno się zamknie, pewnie chłonęlibyśmy ją bardziej. Teraz weszliśmy w czas, kiedy Rosja jest zamknięta i nie wiadomo, kiedy na nowo się otworzy. Nie ma więc teraz młodych ludzi, prócz blogerów, którzy mieliby szansę poznać Rosję. Jeśli pojawi się owy pseudodemokrata po Putinie i Rosja otworzy granicę, trzeba ją będzie odkrywać na nowo.

I to może się okazać problematyczne. Będziemy rozmawiać z Rosjanami wychowanymi w putinizmie, którzy chodzili do putinowskich szkół. Z ludźmi przez lata szczutymi przeciwko Zachodowi, w tym przeciwko Polsce, o której słyszeli, że jest wroga i niewdzięczna.

Będziemy rozmawiać z wychowankami Junarmii, którzy uczyli się ostrzyć noże i przeładowywać broń na wypadek wojny z Zachodem, w tym z Polską. Dzieci, które dziś chodzą do zindoktrynowanych, putinowskich szkół, w przyszłości będą pracować w dyplomacji czy w międzynarodowych firmach. Z nimi będziemy musieli nawiązywać kontakty, bo Rosja nie leży przecież na innej planecie – to kraj, z którym sąsiadujemy.

Z dziennikarskiego punktu widzenia stosunkowo łatwo nawiązuje się relacje z pokoleniem z czasów jelcynowskiej transformacji, które dorastało już po rozpadzie ZSRR. Nie wtłaczano im do głów radzieckiej propagandy, a część z nich mieszkała za granicą i miała szerszą perspektywę.

Myślę, że za 10-20 lat dialog okaże się znacznie trudniejszy.

W czasach Gorbaczowa i Jelcyna wiele historycznych kwestii między Polską a Rosją zostało przynajmniej częściowo wyjaśnionych, choćby sprawa Katynia jako zbrodni NKWD.

Pod rządami Putina część tych ustaleń została podważona.

Dziś oficjalna narracja w Rosji głosi, że Katyń to zbrodnia niemiecka, a ataku na Polskę 17 września w ogóle nie było.

Putin przypomina, że Polacy byli jedynym narodem, który zasiadł na Kremlu, a w rocznicę wyparcia polskich sił z Moskwy obchodzi się najważniejsze święto, czyli Dzień Jedności Narodowej. Dzieci wychowuje się w niechęci do Polski i z tym pokoleniem będziemy kiedyś musieli prowadzić dialog. Nie mamy w tej materii doświadczenia. W czasach ZSRR stanowiliśmy część bloku wschodniego, patrzono na nas przez palce. Dziś jesteśmy wrogiem, jak całe NATO.

Na zdjęciu Stasia Budzisz
Stasia Budzisz

Stasia Budzisz, tłumaczka języka rosyjskiego i dziennikarka współpracująca z "Przekrojem" i "Krytyką Polityczną". Specjalizuje się w Europie Środkowo-Wschodniej. Jest autorką książki reporterskiej "Pokazucha. Na gruzińskich zasadach" (Wydawnictwo Poznańskie, 2019).  

Komentarze