PiS niechętnie przyznaje się do porażki w miastach. Gdy już musi - wskazuje, że przyczyniło się do tego straszenie Polexitem. Prawicowi dziennikarze są jeszcze bardziej radykalni: to antypisowskie media sprawiły, że miasta są "lemingradami", stały się "kulturowo obce". Receptą ma być repolonizacja mediów. Nic dziwnego, to może być czysty zysk dla mediów PiS

Publicyści okołopisowscy snują wizję, że kiedyś PiS będzie „formacją ogólnonarodową, konstytucyjną”, ale do tego trzeba przejąć te kulturowo obce media. Cisną, by partia rządząca zdecydowała się na „repolonizację mediów”.

W historii Polski była już jedna formacja polityczna, której kierownicza rola była wpisana w konstytucję. Ale marzycielom z ogródka PiS to nie przeszkadza.

Kaczyński nie ma najmniejszej wątpliwości

Jarosław Kaczyński zwołał 6 listopada konferencję, by oficjalnie podsumować wyniki wyborów samorządowych. Wnioski prezesa nie zaskoczyły: „Nasze zwycięstwo nie podlega najmniejszej wątpliwości (…) Te wyniki są dobrym prognostykiem do wyborów parlamentarnych”.

Rzeczywiście, taka wykładnia w PiS-ie i jego medialnych satelitach obowiązuje od ogłoszenia wyników pierwszej tury, choć jej zasadność jest co najmniej dyskusyjna. Propagandowy arsenał, który został wytoczony, poprawił wynik PiS z wyborów samorządowych w 2014, zarówno w ilości pozyskanych nowych wyborców, jak i zdobytych mandatów w sejmikach i radach. Ale spodziewano się więcej.

Prawdziwym ciosem była jednak przegrana w miastach. Przegrana znacząca, nie do podważenia.

Wypieranie i obrażanie

Popularną reakcją na porażkę w miastach było, podobnie jak po pierwszej turze, obrażanie wyborców i bagatelizowanie sytuacji.

  • Małgorzata Wassermann narzekała w wywiadzie powyborczym, że „ludziom nie zależy, żeby być przyzwoitym”.
  • Andrzej Gwiazda opisywał wybór Pawła Adamowicza w Gdańsku jako „piramidalną głupotę” i „obraz stanu umysłowego społeczeństwa”.
  • TVP Info ponownie pokazywała wyniki wyborów w zakładach karnych,
  • a Maciej Małecki pisał, że „ludzie głosują na osobników, którym by nie dali do popilnowania roweru na 10 minut”.

Drugą metodą wypierania porażki było sugerowanie, czy deklarowanie wprost, że miasta PiS może sobie bez szkody odpuścić. W ten sposób opowiadał o tym m.in. minister Jacek Sasin, szef Komitetu Stałego Rady Ministrów, i Jarosław Sellin, wiceminister kultury, którzy zgodnie twierdzili, że „duże miasta to tylko 15 proc. Polaków” (nie jest to prawdą, o czym pisaliśmy – mieszkańcy miast to 60 proc. społeczeństwa, a w miastach prezydenckich mieszka 15 mln Polaków).

Trzeci sposób uporania się z przegraną to promowanie narracji, że sukces w miastach nie należy, ani do PiS, ani do KO, tylko do kandydatów niezależnych.

Poniższego twitta Stanisława Janeckiego udostępniała m.in. rzeczniczka PiS, wicemarszałek Sejmu Beata Mazurek, dodając komentarz: „Propaganda sukcesu #TotalnaOpozycja w zderzeniu z faktami rozpada się jak domek z kart…”.

W podobnym duchu wypowiadał się szef kampanii wyborczej PiS Tomasz Poręba, a wiceprezes partii i szef MSWiA Joachim Brudziński stwierdził, że „totalna opozycja wystawia żabią nogę pod sukcesy bezpartyjnych”.

Według OKO.press rozkład ten wygląda następująco: 28 – KO, 5 – PiS, 66 – niezależni. Różnice w liczbach biorą się stąd, że uznawaliśmy kandydatów startujących z własnych komitetów, ale należących do partii za kandydatów partii.

W kandydatach niezależnych mieszczą się w dużej mierze postaci takie jak Paweł Adamowicz, który dostał poparcie KO po porażce jej kandydata w pierwszej turze, a po wygranej dziękował m.in. Donaldowi Tuskowi.

Jak pisze w „Do Rzeczy” Andrzej Stankiewicz – nie ma to większego znaczenia. Zdaniem dziennikarza „Schetyna i Lubnauer będą petentami” kandydatów niezależnych, takich jak Jacek Majchrowski.

Nie zmienia to faktu, że internauci nie do końca kupują takie argumenty i odbiór wyników przez zwolenników prawicy jest raczej negatywny. Jednym z najczęściej pojawiających się komentarzy to ten, że kandydaci niezależni, to „farbowane lisy Koalicji”.

Co zawiniło? Polexit

Oczywisty fakt przegranej w miastach jest dla polityków PiS także okazją do refleksji nad jej przyczyną. Wersję kanoniczną przedstawił w komentarzu powyborczym szef Kancelarii Prezesa Rady Ministrów Michał Dworczyk:

„To szaleństwo straszenia Polexitem, które zadziałało w dużych ośrodkach miejskich, a nie było związane w żaden sposób z rzeczywistością, pokazuje, że nad tymi kanałami komunikacyjnymi trzeba poważnie popracować”.

Przekaz dnia powtórzyły wszystkie prawicowe media, wyśmiewając „lemingi, które wystraszono polexitem”. Jako przyczynę gorszego wyniku w miastach wskazywali to nie tylko Jacek Sasin, Jarosław Sellin, czy Marek Pęk, ale również ludzie bezpośrednio odpowiedzialni za podsycanie takich domysłów, jak na przykład Jarosław Gowin.

W pewien sposób PiS zobaczył w rozbudzonej obawie Polaków przed Polexitem ten sam mechanizm wpływu na opinię publiczną, który  zastosował „strasząc uchodźcami” w kampanii 2015.

Nic dziwnego – według badań CBOS w 2015 jeszcze 56 proc. Polaków było za przyjmowaniem uchodźców. Strach i niechęć wobec uchodźców były paliwem politycznym, ale jeszcze nie tak silnym, jak w 2016 i 2017 roku, gdy przeciwko uchodźcom opowiadało się momentami aż 70 proc. badanych.

Skuteczne straszenie uchodźcami uważa się za jedną z przyczyn sukcesu wyborczego PiS (potwierdzeniem tego przekonania PiS była próba w ostatniej fazie kampanii „powtórzenia sukcesu” kłamliwym spotem „bezpieczny samorząd” o rzekomej fali uchodźców, którą przyjmą opanowane przez opozycję samorządy).

Nietrudno zatem dojść do wniosku, że lęk przed Polexitem może zaważyć na wyborach w jednym z najbardziej euroentuzjastycznych krajów w Europie. 80 proc. z nas czuje się obywatelami i obywatelkami UE, 77 proc. uważa, że obecność w UE wzmacnia naszą niepodległość.

Co robić? Wygaszać konflikty, łagodzić przekaz

Tymczasem konflikt z UE się zaostrza i choć oficjalnie politycy deklarują ogólnikowo, że będą przestrzegać prawa, to ich czyny nie świadczą o tym, by mieli się podporządkować orzeczeniom Trybunału Sprawiedliwości UE.

Sam prezes Trybunału Sprawiedliwości UE sugeruje, że Polska podąża śladem Wielkiej Brytanii. Do tego dochodzi prezydent Duda twierdzący, że UE to „wyimaginowana wspólnota, z której dla nas niewiele wynika”, a co więcej – zakazuje żarówek.

Choć oficjalnie politycy PiS będą nazywać Polexit wymysłem opozycji i nieuzasadnionym straszeniem, to sami zdają sobie sprawę z tego, że ten konflikt jest im nie na rękę. O wygaszaniu sporów najbardziej bezpośrednio mówił Krzysztof Łapiński, b. rzecznik prezydenta Dudy, obecnie prowadzący firmę PR, a pisał w analizie powyborczej Jacek Karnowski.

W końcu jeszcze przed wyborami Jarosław Kaczyński jeździł po Polsce z hasłem zgody narodowej (choć nie był zbyt przekonujący).

Ten kryzys wizerunkowy dotyczy nie tylko konfliktu z UE i z innymi krajami Europy, ale rozciąga się na wszystkie inne strefy. Atakowanie dorobku III RP, atakowanie przeciwników politycznych, całych grup społecznych, wieczne skonfliktowanie. Głosów tych nie było mało:

  • „Odrzucenie III RP jest mniej rozpowszechnione, a przede wszystkim – mniej głębokie, niż się to wielu wydawało”. (Piotr Skwieciński, wPolityce)
  • „PiS przegrało, bo uwierzyło we własną narrację o przebudzeniu, postawiło na tożsamościową narrację” (Rafał Ziemkiewicz, DoRzeczy)
  • „Przeciętny student w Polsce nie głosuje na Prawo i Sprawiedliwość, bo wszyscy ci wykładowcy tam wciskają im do głów, że jak chcesz być taki światowy, postępowy, to nie możesz głosować na PiS” (Marek Król, Telewizja Republika).

To łagodniejsza twarz PiS-u pozwoliła im wygrać wybory parlamentarne w 2015. Teraz – jak pisze dalej Karnowski – to złagodzenie przekazu będzie się wiązało z odwilżą w mediach publicznych, gdzie (to już nie są słowa publicysty Sieci) siermiężna propaganda zaczęła najwyraźniej przynosić skutki przeciwne od zamierzonych. Dzięki temu PiS ponownie zawalczyłby o elektorat centrowy.

Kierunek ten potwierdzać mogą chociażby słowa Kornela Morawieckiego, ojca premiera, który w rozmowie z PAP podzielił się obawą, że „PiS zmieni kurs na bardziej liberalny”.

Jakie są zagrożenia? Wygaszenie konfliktu z UE oznacza cofnięcie się przed ostatecznym pozbawieniem  sądownictwa niezależności. A całkowite przejęcie sądów, to – jak to określił sam Jarosław Kaczyński – PiS-owskie być albo nie być.

Co zawiniło? Nienawiść do PiS

„Z badań wyszło nam, że główny zarzut wobec mnie jako kandydatki na prezydenta, wysuwany przez 49 proc. osób, to to, że jestem kojarzona z PiS. To absurdalne” – opowiadała w wywiadzie powyborczym Małgorzata Wassermann, która przegrała wybory na prezydenta Krakowa.

Nie bardzo jest zrozumiałe co tu jest absurdalnego, skoro Wassermann została zgłoszona przez Komitet Polityczny PiS i to PiS zorganizował i opłacił jej kampanię.

„Szklany sufit”, który w miastach zatrzymuje poparcie dla PiS na poziomie ok. 35 proc. niezwykle barwnie na łamach wPolityce.pl opisuje Michał Karnowski:

„Granica ta wynika zatem z ograniczeń systemowych – socjologicznych i kulturowych. Czy można ją przełamać? Czy Prawo i Sprawiedliwość mogłoby tam [w miastach – przyp.] święcić dzisiaj masowe triumfy? Tak – ale tylko wtedy, gdyby przestało być Prawem i Sprawiedliwością.

Są miejsca w Polsce, gdzie albo macha się flagą biało-czerwoną albo tęczową. Gdzie każdy, kto nie z kastami, ten śmiertelny wróg. Gdzie albo się walczy ze złodziejską reprywatyzacją, albo jest się antydemokratą”.

Zdaniem Karnowskiego, PiS próbował tych ludzi przeciągnąć na swoją stronę, ale „ze stu wyciągniętych do elektoratu wielkomiejskiego w czasie ostatniego roku rąk, żadna nie została przyjęta. Ani w kulturze, ani w nauce, ani w mediach”.

Nie precyzował, które poczynania rządu uważa za to wyciąganie ręki. OKO.press nie dostrzegło żadnej.

Podobna wzgarda dotyka „wszystkich najlepszych programów PiS” („500 plus, walka ze smogiem, innowacyjność”) – one nie tylko ich nie przekonują, ale wręcz, jak to określił Karnowski, wkurzają. Karnowski mnoży przykłady – jego zdaniem protesty KOD rozpoczęły się w Warszawie, jeszcze zanim PiS powziął jakiekolwiek kroki.

Karnowski kreuje obraz wyborców niegłosujących na PiS jako chorych z nienawiści, nie myślących racjonalnie, nie mających żadnych argumentów, by Prawa i Sprawiedliwości nie popierać. Skąd więc ta niechęć i zaślepienie?

Co robić? Repolonizować media

To właśnie media – kłamliwe, napastliwe, antypisowskie, a przede wszystkim – zagraniczne – mają być winne porażce PiS-u w wielkich miastach.

Skwieciński pisze wprost – antypisowskie media sprawiły, że miasta są „lemingradami”, stały się „kulturowo obce”. Michał Karnowski nie nawołuje publicznie do repolonizacji, ale twierdzi, że „zagraniczny kapitał realizuje niepolskie cele”, a media „może nie są wszystkim, ale potrafią dać lub odebrać zwycięstwo”.

W takiej perspektywie złagodzenie retoryki nic nie da, wróg – obce media – i tak będą chciały „nas zniszczyć”. Więc PiS musi ich przechytrzyć, bo zwycięstwo w wyborach to ich być albo nie być.

„Dziś, po trzech latach te opozycyjne są u nas silniejsze niż były, kontrolują strumienie finansowe jeszcze lepiej, a te konserwatywne jak wędrowały z workami kamieni na plecach, tak wędrują” – przekonuje Karnowski, który niedługo być może dostanie kolejny worek na plecy w postaci Radia Zet, które jest na sprzedaż, a najbliżej kupna jest związana z PiS spółka Fratria, wydająca m.in. portal wPolityce, i w której zarządzie jest Jacek Karnowski, brat Michała Karnowskiego.

Obarczanie mediów winą za przegraną jest z pewnością opłacalną taktyką, gdy jest się prawicowym publicystą. W końcu w czyjeś ręce te media muszą trafić po „repolonizacji”. Dlatego podobnie PiS do boju zagrzewa drugi z braci, Jacek Karnowski: „Pasywna, reaktywna polityka w sferze cywilizacyjnej, kulturowej i medialnej, nawet jeśli jest zgodna z sondażowymi wytycznymi, jedynie ośmiela siły ancien regime’u, a u wyborców wywołuje wrażenie, że w sumie to przegrani z 2015-go roku są »oryginałem«. Tą drogą nie można dojść do wieloletnich rządów”.

Czy atak na media niePiS-wskie jest możliwy? Politycy PiS co chwila straszą repolonizacją, najczęściej powtarza to posłanka Krystyna Pawłowicz, której słów nikt nie bierze na poważnie.

Ale w ostatnich miesiącach politycy tacy jak posłanka Joanna Lichocka, była dziennikarka, czy Jarosław Sellin, wiceminister kultury, rozpuszczali wieści, jakoby projekt ustawy krążył już po ministerialnych biurkach.

Cel: formacja ogólnonarodowa, konstytucyjna

Najczęściej powtarzano jednak, że PiS nie odważy się ruszać tej sprawy w tej kadencji. Czy ugnie się pod namowami publicystów i klakierów prawicy, którzy straszyć ich będzie porażką w wyborach w 2019?

Michał Karnowski kusi PiS dalekosiężnymi wizjami, które będą możliwe do zrealizowania dzięki repolonizacji:

„Możliwe, że kiedyś PiS będzie formacją ogólnonarodową, konstytucyjną. Dziś to jednak mrzonki. Celem musi być przedłużenie mandatu, a bój będzie wyrównany i ciężki”.

Inspiracją dla „formacji ogólnonarodowej, konstytucyjnej” był zapewne węgierski Fidesz Viktora Orbána, ale „obce kulturowo” media, znając życie, dopatrzą się tu podobieństw do PZPR, którego kierownicza rola w państwie została wpisana do konstytucji.


Absolwentka Prawa i Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego. Publikowała m.in. w Dwutygodniku, Res Publice Nowej i Magazynie Kulturalnym. Pisze o polityce i mediach. Prowadzi relacje LIVE w mediach społecznościowych.


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym