0:00
21 grudnia 2022

Absurdalna narracja Rosji: drapieżna Polska chce rozbioru Ukrainy. Po co Kreml ją powtarza?

Najważniejsi rosyjscy politycy od miesięcy powtarzają to samo kłamstwo: Polska ma dążyć do zajęcia Zachodniej Ukrainy. Nie ma w tym cienia prawdy. Podawane w Rosji terminy „wkroczenia” polskich wojsk do Ukrainy dawno minęły. Ale to nie zmienia zachowań Kremla.

Wydrukuj

Rozkładamy na części pierwsze fałszywą rosyjską narrację o przygotowaniach Polski do aneksji części państwa ukraińskiego.

Gdyby wypowiedzi najwyższych rosyjskich polityków i urzędników były prawdziwe, polskie wojska już dawno stacjonowałyby na Zachodniej Ukrainie. A Lwów, zgodnie z wynikami referendum, zostałby przyłączony do naszego kraju. Twierdzenia Rosjan na ten temat odznaczają się wyjątkowo wysokim poziomem oderwania od rzeczywistości. Są jednak powtarzane, ponieważ służą Rosji do realizacji kilku politycznych celów.

Po pierwsze: z tej właśnie narracji wyprowadzane jest „prawo” Kremla do ingerencji w sprawy Ukrainy. Po drugie: służy ona do siania nieufności między Polską a Ukrainą. Po trzecie wreszcie: pomaga objaśniać światu, czemu Polska tak mocno zaangażowała się we wspieranie swojego sąsiada. I choć świat zachodni ma świadomość, że słowa rosyjskich polityków i urzędników nie są wiarygodne, to czasami nie wystarcza to do ich odrzucenia.

Drapieżne plany

Fałszywa narracja o aneksji Zachodniej Ukrainy jest bardzo rozbudowana. Drapieżne plany Polski mają, według kolejnych doniesień Kremla, przybierać coraz bardziej zaawansowane kształty. To już nie tylko marzenia o przyłączeniu części Ukrainy. To także oficjalne prace nad wystąpieniem z konkretnymi roszczeniami, a nawet przygotowania do przeprowadzenia referendum we Lwowie.

W internecie we wrześniu krążyły zdjęcia gotowych kart do głosowania, przygotowanych - według rosyjskich mediów - przez polską Państwowa Komisję Wyborczą. Karty były oczywiście fałszywe. Nigdy nie było ani planów referendum, ani wyliczania roszczeń terytorialnych. Kremlowską narrację wielokrotnie dementowali politycy polscy i ukraińscy. A jednak Kreml z uporem ją powtarza.

Zaczęło się od fatalnej wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego, wówczas wicepremiera, podczas wizyty w Kijowie 16 marca. „Sądzę, że potrzebna jest misja pokojowa NATO (…), która będzie w stanie także się obronić i która będzie działała na terenie Ukrainy. To będzie misja, która będzie dążyła do pokoju, do udzielenia pomocy humanitarnej, ale jednocześnie będzie też osłonięta przez odpowiednie siły, siły zbrojne" - powiedział wtedy Kaczyński.

Jego słowa zostały zinterpretowane jako pretekst do przejęcia kontroli nad częścią terytoriów ukraińskich. 19 marca wykorzystał je Siergiej Ławrow, minister spraw zagranicznych Rosji. Stwierdził wówczas:

„Ciekawe zadania mogą pojawić się z drugiej strony. Tutaj premier RP Morawiecki wysuwa teraz pomysł wysłania sił pokojowych NATO na Ukrainę. Nie wykluczam, że gdyby nagle taka decyzja zapadła zakładałoby, że takie siły pokojowe będą się składać z polskiego kontyngentu, który przejmie kontrolę nad zachodnią Ukrainą pod Lwowem i pozostanie tam przez długi czas”.

Narracja znana od 2014 roku

Dla dalszych losów tej narracji niewielkie znaczenia ma fakt, że Ławrow pomylił Morawieckiego z Kaczyńskim. Najważniejsze, że przekaz poszedł w świat. Zgodnie z zasadą działania rosyjskiej machiny dezinformacyjnej, słowa Ławrowa zostały powielone przez rosyjskie i prorosyjskie media na całym świecie oraz rozpowszechnione na wszelkich możliwych platformach społecznościowych.

Obie zainteresowane strony natychmiast zaprzeczyły. Oficjalnie nikt w kremlowski przekaz nie uwierzył, zwłaszcza polityczni partnerzy Polski i Ukrainy. Każdy, kto zna polską rzeczywistość, wie, że sugestie Ławrowa są po prostu absurdalne. Choć nie są nowe.

Narracja ta została po raz pierwszy wykorzystana przez Rosję w 2014 roku, podczas pierwszej agresji na Ukrainę, gdy doszło do zajęcia Krymu i Donbasu. Wówczas Władimir Żyrinowski, lider niewielkiej partii współpracującej z putinowską Jedną Rosją, ogłosił pomysł przeprowadzenia referendów. Miałyby się one odbyć na tych terenach Ukrainy, które wcześniej należały do innych państw – Polski, Rumunii i Węgier.

Był to okres tuż po wspieranym przez Rosję referendum na Krymie, nieuznawanym przez społeczność międzynarodową. Żyrinowskiego nikt nie potraktował poważnie, ale trudno przypuszczać, by wpadł na ten pomysł sam.

Były polski minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski informował zresztą (choć potem wycofał się ze swoich słów), że już kilka lat wcześniej Putin sugerował, iż niektóre ziemie, należące do Ukrainy, są polskie. Można przypuszczać, że myślenie o Ukrainie jako o państwie sztucznie utworzonym z nienależących do niego terenów, było na Kremlu obecne. W 2022 roku wróciło ze zdwojoną siłą.

Służby wchodzą do gry

Delikatna – w porównaniu do kolejnych odsłon narracji – wypowiedź Ławrowa była pierwszym aktem kremlowskiego spektaklu. Czy może raczej, mówiąc bardziej profesjonalnie, operacji wpływu informacyjnego. O tyle różnej od tych opisywanych w podręcznikach na temat bezpieczeństwa państwa, że realizowanej jawnie, a nie w ukryciu.

W maju o „działaniach Polski zmierzających do zajęcia zachodnich terytoriów Ukrainy” informował sam Nikołaj Patruszew, szef Federalnej Służby Bezpieczeństwa Rosji.

„Tak zwani zachodni partnerzy kijowskiego reżimu również nie sprzeciwiają się wykorzystywaniu obecnej sytuacji do własnych egoistycznych interesów i mają specjalne plany wobec ziem ukraińskich. (…) Najwyraźniej Polska już przechodzi do działań zmierzających do zajęcia zachodnich terytoriów Ukrainy” — stwierdził 31 maja, podczas spotkania w sprawie bezpieczeństwa narodowego i wskazał na polskiego prezydenta: „Żywym tego potwierdzeniem była wizyta w Kijowie prezydenta RP Dudy, a także jego wypowiedzi, że granica polsko-ukraińska wkrótce przestanie istnieć.”

To była manipulacja. Duda w Kijowie powiedział jedynie, że granica polsko-ukraińska powinna łączyć, a nie dzielić. Wyraził w ten sposób (oczywisty dla obywateli UE) chęć pogłębienia współpracy między państwami, a nie ich połączenia. Nie było również żadnych działań dotyczących przejęcia jakichkolwiek terenów Ukrainy.

„Klasyczne halucynacje rosyjskich mediów. Prawda jest bezwarunkowa: Rosja zajmuje terytorium Ukrainy, masakruje ludzi i niszczy infrastrukturę” – tak słowa Patruszewa skomentował na Twitterze Mychajło Podoliak, doradca Szefa Kancelarii Prezydenta Ukrainy.

Fałszywe mapy i rozkazy

Wielokrotnie na ten sam temat wypowiadał się też szef wywiadu zagranicznego Rosji Siergiej Naryszkin. W kwietniu powiedział, że Polska już przygotowuje się do wejścia na zachodnią Ukrainę razem z innymi „zainteresowanymi krajami”. W czerwcu – że „rozważa scenariusz rozbioru Ukrainy”. Gdy polskie władze zaprzeczały, Naryszkin wyjaśniał, iż zdenerwowanie Warszawy wynika z ujawnienia jej planów przez rosyjski wywiad. Zaś prokremlowskie media publikowały fałszywe mapy, na których przyłączano do Polski część terytoriów ukraińskich.

Zrzut ekranu

Aby wzmacniać oficjalne wypowiedzi, w sieci publikowano fałszywe dokumenty – najczęściej była to podrobiona wojskowa korespondencja. W czasie majowego weekendu wypuszczono fałszywy „Rozkaz Nr 24/P3/P7 Szefa Sztabu Generalnego WP z dnia 27 kwietnia 2022 roku”, adresowany do „generała Brygady Wojska Polskiego Grzegorza Grodzkiego”.

Wynikało z niego, że trzy jednostki Wojska Polskiego mają być w krótkim czasie doprowadzone do stanu pełnej gotowości. Następnie zostaną skierowane do „ochrony obiektów infrastruktury krytycznej przed rosyjską agresją w Obwodzie Lwowskim i Wołyńskim na Ukrainie”. Fałszywkę rozpowszechniano z komentarzem: „Wojsko Polskie jest gotowe do wysłania wojsk na Ukrainę Zachodnią, wynika z rozkazu dowódcy Sił Zbrojnych RP”.

Polski pułkownik w Ukrainie?

Kolejną nieprawdziwą informację rozprowadzano na początku czerwca. Oto – według rosyjskiej propagandy - w ukraińskim Siewierodoniecku miały zostać znalezione dokumenty polskiego pułkownika Dariusza Majchrzaka. W sieci prezentowano je jako dowody na obecność pułkownika na terenie Ukrainy. Sprawa była o tyle poważna, że płk Dariusz Majchrzak to prorektor Akademii Sztuki Wojennej w Warszawie.

„Dokumenty można uznać za pierwszy dowód udziału polskiego personelu wojskowego w działaniach wojennych przeciwko Rosji” – stwierdzono na rosyjskim portalu SouthFront. Tyle że dokumenty niczego nie dowodziły. Na zdjęciach pokazano jedynie fragmenty samochodowej karty pojazdu. Wystawiono ją na Dariusza Majchrzaka, który musiał być pierwszym właścicielem samochodu, ale pozostałe jego dane personalne nie pasowały do prorektora ASzWoj-u. Fałszywka była łatwa do zweryfikowania, mimo to przez kilka dni intensywnie rozprowadzano ją w sieci.

Fałszywe referendum

W ostatnich dniach września poziom absurdalności rosyjskich działań wykroczył poza dotychczasową skalę. Było to tuż po pseudoreferendach, zorganizowanych na terenach okupowanych w Ukrainie na temat przyłączenia do Rosji republik: Donieckiej i Ługańskiej. Wyniki podano 28 września – oczywiście były skrajnie korzystne dla Rosji.

Tego samego dnia w sieci pojawiły się zdjęcia referendalnych kart do głosowania z pytaniem o przyłączenie… obwodu lwowskiego do Polski. Było na nich widać pieczęć z napisem „Państwowa Komisja Wyborcza RP” oraz karton, zaplombowany czerwoną taśmą z takim samym napisem. Co ciekawe, podróbka znów była łatwa do wykrycia: wzór pieczęci różnił się od używanego przez PKW, zaś plomba nie była oznaczona numerem, choć ten jest obowiązkowy na plombach PKW. (Szerszy fact-checking można przeczytać na portalu fakenews.pl)

Zrzut ekranu

Wszystkie fałszywki przygotowywano więc tak, jak gdyby dbałość o szczegóły i łatwość weryfikacji nieprawdziwych informacji nie miały znaczenia. Dementowanie ich nie wpływało na działania rosyjskich propagandzistów. Mimo wielokrotnych zaprzeczeń i wykazywania nieprawdy przez różne podmioty zagraniczne – kontynuowali przekaz.

Szczegółowy „polski scenariusz”

30 listopada szef wywiadu zagranicznego Rosji Siergiej Naryszkin w rozmowie z agencją RIA Novosti przedstawił kolejne szczegóły narracji o drapieżnej Polsce.

Opowiedział, że rosyjski wywiad właśnie uzyskał informacje, iż Warszawa „przyspiesza przygotowania do aneksji zachodnioukraińskich ziem: Lwowa, Iwano-Frankowska i większości obwodu tarnopolskiego Ukrainy.” Robi to, ponieważ obawia się, że za chwilę dojdzie do negocjacji na linii Moskwa – NATO o zakończenie wojny i interesy Polski nie zostaną uwzględnione.

„Warszawa jest przekonana, że zasłużyła na hojne odszkodowanie za pomoc wojskową udzieloną Kijowowi, udzielenie schronienia licznym ukraińskim migrantom, wreszcie niedawny atak rakietowy na terytorium Polski, który Warszawa po cichu „połknęła” za namową Stanów Zjednoczonych i wiodących krajów europejskich” – przekonywał Naryszkin. – „Prezydent RP Andrzej Duda zlecił wyspecjalizowanym służbom przygotowanie w krótkim czasie oficjalnego uzasadnienia polskich roszczeń wobec Zachodniej Ukrainy. Punktem wyjścia w trwających kwerendach archiwalnych jest masakra wołyńska z 1943 roku. (…) Warszawa jest przekonana, że informacje dostępne w archiwach państwowych wystarczą, aby wysunąć wobec Kijowa poważne żądania restytucyjne”.

Scenariusz Naryszkina był dość szczegółowy – choć absolutnie nieprawdziwy. Szef wywiadu przekonywał, że polskie władze chcą, by żądania wobec Ukrainy zostały przedstawione w formie „inicjatywy oddolnej”, podjętej przez samych Polaków. Głównie przez potomków osób, które zostały zamordowane na Wołyniu. Zaś polskie media miały otrzymać zadanie przygotowania opinii publicznej do przejęcia nowych terytoriów.

„Kłamstwa dotyczące rzekomych planów ataku Polski na zachodnią Ukrainę są powtarzane od kilku lat. (...) Celem działania rosyjskiej propagandy jest wzbudzenie nienawiści między Ukrainą i Polską, rozbijanie współpracy Polska-Ukraina, ukazywanie Zachodu jako podmiotu agresywnego wobec Rosji, zaś Polski jako <podżegacza wojennego>” – skomentował słowa Naryszkina Stanisław Żaryn, zastępca Ministra Koordynatora Służb Specjalnych.

Putin przemówił

W końcu głos zabrał sam Władimir Putin. 6 listopada, w Dniu Jedności Narodowej, podczas dyskusji z rosyjskimi historykami wspomniał, że w Polsce „idea wchłonięcia Ukrainy nie zniknęła”.

Ale szerszy kontekst narracji nadał całkiem niedawno, bo 7 grudnia. Wskazał na „polskie elementy nacjonalistyczne”, które „marzą o odzyskaniu tak zwanych terytoriów historycznych”. Przekonywał: „Marzą o tym, żeby te ziemie odzyskać z powrotem do Polski i będą o to zabiegać, mówić, co chcą. Widzimy to chociażby z ich literatury, dyskusji, wystąpień”.

Nie bardzo wiadomo, co Putin czytał i jakich dyskusji słuchał, bo akurat temat odzyskania Lwowa czy innych terenów zachodniej Ukrainy nie jest dziś widoczny w polskich dyskusjach. Nawet gdy przyjrzymy się środowiskom prorosyjskim czy antysystemowym, trudno znaleźć tego rodzaju debatę.

Ale takie postawienie sprawy posłużyło Putinowi za podstawę do uzasadnienia obecnych działań Rosji. „Jedynym realnym gwarantem integralności terytorialnej i suwerenności Ukrainy w jej obecnych granicach mogłaby być Rosja, która pomogła Ukrainie w uzyskaniu tych (zachodnich – TASS) terytoriów po II wojnie światowej – oczywiście decyzją Stalina” – powiedział prezydent Rosji.

Po co Kremlowi absurdalna narracja?

Nawet wśród tych, którzy wiedzą sporo o rosyjskiej propagandzie i informacyjnych manipulacjach, opowieść, jaką wygłosił Putin, może budzić zdumienie. Jest tak niespójna z rzeczywistością, że trudno oczekiwać, iż ktokolwiek w nią uwierzy. Oto prezydent państwa-agresora przekonuje, że jest jedynym gwarantem suwerenności kraju, który właśnie zaatakował. A tuż przed militarną agresją uznał za niezależne dwie pseudo-republiki powstałe na terytoriach, które dotychczas do tego kraju należały.

Absurd na wielką skalę. Można by pomyśleć, że to dowód na niezrównoważenie umysłowe Putina i dłużej się nad tym nie zastanawiać. Ale Putin zazwyczaj jednak wie, co mówi. Podobnie jak szefowie jego służb czy minister spraw zagranicznych. Jeśli dodamy do tego fałszywe dokumenty, karty do głosowania, doniesienia mediów o przygotowaniach do zajęcia Zachodniej Ukrainy przez Polskę, widać, iż mamy do czynienia z zaplanowaną operacją wpływu informacyjnego.

Co Kreml chce osiągnąć, realizując tę operację? Pierwszy cel jest najprostszy, wskazuje na niego wielu komentator i polityków: chodzi o zasianie nieufności między Polską a Ukrainą.

Tyle że rosyjski przekaz sięga daleko poza granice tych dwóch państw. Dziś, kiedy wypowiada się Władimir Putin czy szefowie służb, słucha ich niemal cały świat - ze względu na rolę Rosji w zakłócaniu globalnego porządku. Na Kremlu doskonale zdają sobie z tego sprawę. Świadome przekazanie pałeczki w szerzeniu opisywanej narracji na najwyższy szczebel rosyjskiej machiny dezinformacyjnej nie może być przypadkiem.

Bo Kreml chce się wtrącać w sprawy Ukrainy

Drugim celem jest wywiedzenie historycznego „prawa” Rosji do wtrącania się w sprawy Ukrainy. To o tym właśnie „prawie” mówił Putin, twierdząc, że Rosja to „jedyny realny gwarant integralności terytorialnej i suwerenności Ukrainy w jej obecnych granicach”.

Spróbujmy pojąć tę kuriozalną rosyjską logikę. Wydaje się, że według Putina Ukraina jest państwem stworzonym sztucznie przez zabranie terenów różnym krajom i „sklejeniem ich” w całość przez Stalina. Stalin jest więc ojcem i matką tego państwa. A skoro tak, to strażnikiem jego istnienia może być nie kto inny, tylko spadkobierca Stalina – czyli prezydent Rosji. I z tego właśnie powodu Rosja ma prawo decydować, co się stanie z Ukrainą. W tym także – chronić ją przed „zakusami” ze strony innych państw. Nawet jeśli takich zakusów nie ma.

W kontekście trwającej wojny w Ukrainie, wywołanej przez Rosję właśnie, taka teoria może jakoś sprzedaje się w samej Rosji, ale jest niezrozumiała poza jej granicami. Prawdopodobnie więc nie z powodu udowadniania swoich praw do Ukrainy Kreml kontynuuje ową narrację. Więc po co to robi?

Bo może mieć jeszcze jeden cel, o największym zasięgu informacyjnym i strategicznym. Chodzi o wdrukowanie zachodniej opinii publicznej przekazu o Polsce. Przekazu wyjaśniającego coś, co w wielu częściach świata jest mało zrozumiałe. Otóż na Zachodzie pojawiają się pytania, dlaczego właściwie Polska tak bardzo zaangażowała się w pomoc Ukrainie? Przecież powinna troszczyć się głównie o ochronę własnych granic, a nie o wynik konfliktu zbrojnego na terytorium swego sąsiada.

Świat pyta, Kreml odpowiada

Cóż, być może trzeba mieć polskie (lub podobne) doświadczenia historyczne i czuć wielopokoleniowy polski lęk przed Rosją, aby zrozumieć to zaangażowanie. Przypuszczam, że tego rodzaju pytania nie padają w krajach nadbałtyckich, bo tam tego rodzaju polskie lęki są zapewne doskonale zrozumiałe. Ale w innych państwach czy na innych kontynentach to już nie jest oczywiste.

I Kreml podsuwa pytającym własną odpowiedź: Polska się zaangażowała, bo ma w tym własny interes. Chce odzyskać swoje przedwojenne terytoria, a wojna daje jej na to szansę. Szykuje listę roszczeń; chce niby pokojowo wprowadzić wojska, by już nigdy ich nie wyprowadzić; przygotowuje referendum.

Tyle że dziś powszechnie wiadomo, że wypowiedzi kremlowskich polityków są niewiarygodne. A przy tej akurat narracji tyle newsów się już nie potwierdziło (choćby na temat referendum we Lwowie), że myślący człowiek musi odrzucić kolejne doniesienia. Kreml jednak kontynuuje przekaz z zastanawiającym uporem.

Efekt śpiocha

Wydaje się, że Moskwa może liczyć na pewien specyficzny efekt psychologiczny. Nazywany jest „efektem przesypiania” lub „efektem śpiocha”. Należy do grupy błędów poznawczych, czyli nieracjonalnych sposobów myślenia, wynikających z automatycznych uproszczeń stosowanych przez ludzkie mózgi. Otóż okazuje się, że nawet przekaz pochodzący od źródła o niskiej wiarygodności ma wpływ na postawy ludzi. Wraz z upływem czasu wiara w taki przekaz… rośnie.

Jak to możliwe? W pierwszym momencie po usłyszeniu nowej informacji analizujemy i ją, i źródło, z którego pochodzi. Jeśli źródło uważamy za niewiarygodne, odrzucamy informację jako nieprawdziwą. Ale im dłuższy czas mija od momentu pozyskania informacji, tym bardziej izolujemy ją od źródła i zapamiętujemy treść.

Mówiąc najprościej: news żyje w nas swoim życiem, a o niewiarygodnym pochodzeniu po prostu zapominamy. Korzystają z tego choćby twórcy reklam. Nawet gdy nie wierzymy w to, co słyszymy choćby w telewizyjnych spotach, podawane w nich komunikaty zapamiętujemy.

Tę samą metodę może wykorzystywać Kreml, serwując opowieść o drapieżnej Polsce, która chce pozbawić Ukrainę jej zachodnich terytoriów. Bo choć w pierwszym momencie narracja ta jest odrzucana głównie ze względu na źródło, po jakimś czasie w pamięci pozostaje sam komunikat. Przypomina się, gdy powraca pytanie o to, dlaczego Polska tak bardzo pomaga Ukrainie. Wtedy umysł podsuwa pytającemu gotową odpowiedź: bo ma w tym interes. A że to odpowiedź serwowana przez Kreml, który z kolei ma swój interes w kreowaniu takiego przekazu? O tym właśnie zapominamy.

Skutki rozłożone w czasie

Zaś kiedy ktoś uwierzy, że Polska ma interesy terytorialne w Ukrainie, łatwiej zaakceptuje fakt, że ma je także Rosja. A nawet że Rosja ma prawo je mieć, skoro należąca do NATO Polska szykuje się do ataku na suwerennego sąsiada. Czyli Kreml jest usprawiedliwiony, może robić to, co robi. W zasadzie przecież jedynie pilnuje swojej strefy wpływów…

I na taki efekt liczą dziś kremlowscy politycy. Że jest odłożony w czasie? Im to nie przeszkadza. Realizowanie długoterminowych operacji wpływu to niemal znak rozpoznawczy rosyjskich służb specjalnych. Właśnie obserwujemy kolejną taką operację. Niestety, przeciwko Polsce.

Udostępnij:

Anna Mierzyńska

Analityczka mediów społecznościowych, specjalizuje się w analizie dezinformacji. Z OKO.press współpracuje od 2017 roku. Autorka książki "Efekt niszczący. Jak dezinformacja wpływa na nasze życie".

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne