Waldemar Żurek wszedł do Ministerstwa Sprawiedliwości jako szeryf gotowy do rozliczeń. Po roku jego kadencji więcej jest politycznego klinczu niż przełomu, choć resort może wskazać także kilka realnych sukcesów
Anna Wójcik, OKO.press: Waldemar Żurek sprawuje funkcje Ministra Sprawiedliwości i Prokuratora Generalnego od roku. Po ubiegłorocznej rekonstrukcji rządu wiele mediów przedstawiało ministra Żurka jako kogoś, kto będzie prowadził bardziej ofensywną politykę niż jego poprzednik Adam Bodnar. Zwłaszcza że ministrowi Żurkowi przyszło pracować w warunkach kohabitacji z prezydentem Karolem Nawrockim. Przewidywania, że prezydent Nawrocki będzie szeroko korzystał z narzędzi pozwalających hamować politykę rządu, rzeczywiście się sprawdziły. Czy sprawdziła się także prognoza dotycząca ministra Żurka? Czy okazał się ofensywnym ministrem?
Krzysztof Izdebski, członek zarządu Fundacji im. Stefana Batorego: Zanim odpowiem na to pytanie prostym „tak” lub „nie”, muszę poczynić pewne zastrzeżenie. Stanowisko Ministra Sprawiedliwości jest, delikatnie mówiąc, bardzo wymagające. Szczególnie w ostatnich latach.
Zresztą zawsze było to stanowisko, na którym łatwo było wpaść na mieliznę. Pamiętamy różne przypadki odejść ministrów sprawiedliwości w trudnych okolicznościach. Na przykład Zbigniewa Ćwiąkalskiego, ministra sprawiedliwości w rządzie PiS w latach 2007-2009, który później odszedł z polityki, wrócił do działalności jako adwokat i wykładowca. Wcześniej podobne trudne doświadczenia miała sędzia Barbara Piwnik, ministra sprawiedliwości w rządzie Leszka Millera.
Okoliczności, które zastał minister Adam Bodnar w 2023 roku, były wyjątkowo trudne. Zarówno podczas jego kadencji, jak i obecnie, za czasów ministra Waldemar Żurka, prezydent wywodzi się z konkurencyjnego obozu politycznego, który odpowiada za rozkład wymiaru sprawiedliwości. Dlatego ministrowi sprawiedliwości jest obecnie niezwykle trudno działać.
Odpowiadając na pytanie: minister Żurek chyba nie spełnia wszystkich marzeń i oczekiwań, które z nim wiązano. Poprzeczkę zawieszono jednak niezwykle wysoko.
Anna Wójcik: Po wyborach parlamentarnych w 2023 roku mieliśmy wielką euforię i pragnienie, przynajmniej części wyborców obecnej koalicji rządzącej, aby szybko przeprowadzić rozliczenia. Jednocześnie w OKO.press od początku pisaliśmy, że w demokracji nie dzieje się to tak szybko. Istnieją różne ograniczenia. Są instytucje, w których znajdują się osoby zdolne do hamowania zmian. Poza tym wiele rzeczy po prostu wymaga czasu. Taka narracja nie zawsze odpowiadała jednak marzeniom i emocjom wyborców. Jakie emocje wiązano wtedy z ministrem Żurkiem?
Krzysztof Izdebski: Były to emocje trochę z obszaru popkultury, wręcz westernu. Minister Żurek był przedstawiany jako szeryf albo kowboj. To zresztą ciekawa figura, bo pamiętam, że Zbigniew Ziobro także lubił, gdy tak o nim mówiono. Ziobro był jednak chyba czarnym szeryfem, a Żurek miał być szeryfem na białym koniu, który przyjeżdża do miasteczka opanowanego przez bezprawie, aby wymierzyć sprawiedliwość i przywrócić praworządność.
W naszych głowach powstał więc obraz takiej postaci. Sam minister Żurek na początku kadencji dodatkowo go wzmacniał, publikując w mediach społecznościowych filmiki, na których występował na przykład z siekierą. Tworzył w ten sposób wizerunek szeryfa, który będzie „ociosywał” – mówiąc oczywiście w dużym cudzysłowie – „pisowskie złogi” w prokuraturze i życiu publicznym.
Tymczasem wracamy do wszystkich ograniczeń, o których mówiłaś. Minister Żurek stał się niewolnikiem oczekiwań dotyczących rozliczeń – zapewne również własnych, ale przede wszystkim oczekiwań swojego środowiska.
Najlepiej pokazuje to chyba sprawa „dwóch wież”, która niedawno została umorzona. Nie mogło być zresztą innego rozstrzygnięcia. Była to w gruncie rzeczy sprawa prywatna, w którą nie były zaangażowane środki publiczne, i do tego nieoczywista. Nie mogła stać się okazją czy pretekstem do rozliczenia Jarosława Kaczyńskiego. Taki obraz podtrzymywał jednak także mecenas Roman Giertych, funkcjonujący w środowisku zwolenników radykalnych rozliczeń.
Pojawia się tu zresztą kwestia etyki – pozdrawiam Naczelną Radę Adwokacką i Okręgową Radę Adwokacką w Warszawie. Roman Giertych występował jednocześnie jako polityk i pełnomocnik klienta, którego sprawa dotyczyła. Role te wyraźnie się mieszały. Rozczarowanie, które nastąpiło po umorzeniu sprawy, dobrze pokazuje towarzyszące jej emocje.
Anna Wójcik: Ministrowie Bodnar i Żurek musieli się też mierzyć z oczekiwaniami środowisk sędziowskich zaangażowanych w obronę praworządności za rządów PiS co do przeprowadzenia reformy w sądach i rozliczeń osób odpowiedzialnych za destrukcję systemu niezawisłości sędziowskiej czy represje wobec sędziów.
W 2025 roku doszedł do tego kac po wyborach prezydenckich, gdy okazało się, że plan uzdrawiania ustroju za pomocą ustaw nie wypali, ponieważ prezydent Nawrocki nie będzie ich podpisywał. Jak wiemy, te przewidywania się potwierdziły.
Z drugiej strony niekiedy mówiono, że minister Bodnar postępował zbyt formalistycznie, w granicach procedury i prawa. Stosunkowo późno odwołał głównego rzecznika dyscyplinarnego dla sędziów Piotra Schaba. Minister Żurek szybko po objęciu urzędu zdecydował się natomiast odwołać zastępców Schaba, sędziów Przemysława Radzika i Michała Lasotę. To były twarze represji stosowanych w czasach PiS wobec sędziów, którzy bronili praworządności.
Żurek przyspieszył także procedurę odwoływania prezesów sądów. Adam Bodnar konsultował się z kolegiami sądów, zanim dokonał wymiany prezesów i wiceprezesów. Żurek uznał natomiast, że wadliwie powołani sędziowie, czyli tak zwani neosędziowie, którzy dominowali w niektórych sądach, nie powinni dalej nimi kierować. Nawet jeśli kolegia sądów, w których większość stanowili neo-sędziowie, nie chciały ich odwołać.
Krzysztof Izdebski: To prawda. Trzeba jednak oddać ministrowi Bodnarowi chociażby to, że doprowadził do zmiany na stanowisku Prokuratora Krajowego. Nie było to proste i oznaczało jednak pewne udrożnienie i uniezależnienie prokuratury. W drodze konkursu powołano Dariusza Korneluka na stanowisko Prokuratora Krajowego.
Już rok temu pojawiało się przekonanie, że Waldemar Żurek pożegna się z prokuratorem krajowym Kornelukiem, który nie ma najlepszych notowań w koalicji rządzącej. Zarzucano mu między innymi zbyt wolne tempo rozliczeń. Ostatecznie do jego odwołania nie doszło.
Jeżeli chodzi o odwoływanie prezesów sądów, minister Bodnar miał chyba podejście, które – w pewnym sensie paradoksalnie, ponieważ sam nie był sędzią – w większym stopniu uwzględniało rolę środowiska sędziowskiego i je upodmiotowiało.
Skoro cała dyskusja dotyczyła przywrócenia niezależności Krajowej Rady Sądownictwa i ważnej roli sędziów w wyborze jej członków, to dla ministra Bodnara konsultowanie się ze zgromadzeniami sędziów i uzyskiwanie ich opinii mogło być ważne także z perspektywy odbudowywania zaufania do wymiaru sprawiedliwości.
Odwoływanie prezesów bez opinii zgromadzeń sędziowskich na pewno spotkało się z poklaskiem części zwolenników ministra Żurka i obozu rządzącego. Mogło jednak wywołać w społeczeństwie wrażenie, że minister Żurek robi trochę to samo, co Zbigniew Ziobro, który odwoływał prezesów sądów faksem.
Anna Wójcik: Ziobro korzystał wtedy ze specjalnych uprawnień, które przyznano mu na pół roku.
Krzysztof Izdebski: Tak, miał takie uprawnienia. Cały dramat sytuacji związanej z destrukcją wymiaru sprawiedliwości za PiS polega na tym, że wiele działań mieściło się w granicach prawa. Prawo i Sprawiedliwość stosowało bardzo kreatywną interpretację konstytucji, która jego zdaniem dawała znacznie więcej możliwości, niż faktycznie dawała. Niemniej starano się zapewnić podstawę prawną dla każdego działania.
Stąd brał się, chociażby spór dotyczący Krajowej Rady Sądownictwa i przekonanie zwolenników PiS, że przecież w 2017 roku przyjęto ustawę wprowadzającą nowe zasady, a więc wszystko odbyło się zgodnie z regułami. Poruszamy się w przestrzeni prawnej, ale przepisy prawne tworzą politycy i łatwo znajdują w nich podstawy dla swoich działań.
Anna Wójcik: Na poziomie ustaw minister Żurek w dużym stopniu kontynuuje projekty przedstawione przez Adama Bodnara. Nie mamy więc do czynienia z zasadniczą zmianą. To raczej cyzelowanie i modyfikowanie szczegółów, także w zależności od aktualnych możliwości politycznych.
Trzeba powiedzieć, że nie chodzi wyłącznie o weto prezydenta Nawrockiego. Wiele propozycji powstających w Ministerstwie Sprawiedliwości albo wcześniej zapowiadanych w kampanii wyborczej nie zawsze spotykało się z sympatią członków koalicji. Czołowym przykładem jest pomysł rozdzielenia funkcji ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego. Minister Żurek go popiera, ale projekt nie może posunąć się dalej na poziomie rządu.
Krzysztof Izdebski: Tak. Nie wynika to chyba nawet z poglądów koalicjantów Donalda Tuska, ale ze stanowiska samego premiera i polityków Koalicji Obywatelskiej, którzy nie mają silnego przekonania, że funkcje te należy rozdzielić.
Anna Wójcik: Drugim przykładem jest reforma systemu biegłych. Od wielu lat eksperci i ekspertki mówią, że system ten należy poprawić. Sądy mogłyby wtedy orzekać szybciej, ponieważ biegli sprawniej wydawaliby opinie niezbędne do rozstrzygnięcia spraw.
Dzisiaj część osób nie chce podejmować się tej pracy między innymi z powodu bardzo niskich stawek. Pojawiają się jednak przeszkody finansowe i sprzeciw Ministerstwa Finansów. Reforma systemu biegłych jest w pewnym sensie blokowana, ponieważ brakuje kilkuset milionów złotych rocznie na poprawę jego funkcjonowania.
Krzysztof Izdebski: Jest to w pewnym sensie naturalne napięcie. Minister finansów zawsze jest bardzo ważną osobą, ponieważ trzyma klucz do naszego sejfu. Reforma systemu biegłych jest niewątpliwie potrzebna. Osoby, które zetknęły się z wymiarem sprawiedliwości, znają zapewne różne, czasem wręcz anegdotyczne historie dotyczące biegłych. System ten nie jest idealny i nie budzi poczucia sprawiedliwości. Biegli formalnie nie są częścią wymiaru sprawiedliwości, ale odgrywają niezwykle ważną rolę w wyjaśnianiu spraw.
Wymiar sprawiedliwości jest generalnie niedofinansowany. Dotyczy to, chociażby, pracowników sądów, którzy nie są sędziami ani asystentami sędziów, lecz wykonują pracę administracyjną i biurową.
Cyfryzacja także postępuje stosunkowo powoli i wymaga bardzo dużych inwestycji. Jeżeli jednak chcemy przeznaczać 5 proc. PKB na zbrojenia, to gdzieś trzeba ograniczać wydatki. Budżet nie jest z gumy.
Będziemy zapewne oszczędzać między innymi na takich obszarach. Mówię „niestety” nie dlatego, że reforma biegłych jest najważniejszą rzeczą do zrobienia w Polsce, ale dlatego, że mamy kryzys zaufania do wymiaru sprawiedliwości. Reforma systemu biegłych mogłaby być odczuwalna na poziomie codziennych kontaktów obywateli i obywatelek z sądami. Mogłaby pomóc odbudowywać zaufanie do wymiaru sprawiedliwości.
Anna Wójcik: Nie możemy jednak zapominać, że w obecnym układzie politycznym największą przeszkodą w reformowaniu wymiaru sprawiedliwości jest prezydent Nawrocki.
Waldemar Żurek od początku, strategicznie, prezentował tak naprawdę podejście koncyliacyjne wobec prezydenta Nawrockiego. W październiku 2025 roku przedstawił projekt ustawy, która ma regulować status i orzeczenia sędziów powołanych w wadliwej procedurze ustanowionej za czasów PiS. Starał się przedstawiać ją jako konieczność wyjścia z ustrojowego impasu.
Na początku tego roku przedstawił kompromisowy projekt ustawy o Krajowej Radzie Sądownictwa, który pozwalał wadliwie powołanym sędziom kandydować w wyborach do Rady. Pierwsza propozycja nadal znajduje się na etapie prac parlamentarnych. Druga została zawetowana.
Krzysztof Izdebski: Sprawdzałem stan prac na 13 lipca. W lutym odbyło się wysłuchanie publiczne dotyczące pierwszego projektu i od tego czasu nic się nie wydarzyło. To ciekawe, choć oczywiście nie ma sensu budować suspensu. Gdyby ustawa przeszła przez parlament, prezydent Nawrocki prawdopodobnie również by ją zawetował.
Jeżeli chodzi o ustawę o Krajowej Radzie Sądownictwa, to z punktu widzenia osób, które broniły praworządności w latach 2015–2023, był to rzeczywiście kompromisowy projekt. Wokół tej sprawy toczyło się wiele dyskusji, pojawiały się także opinie Komisji Weneckiej. Projekt dopuszczał możliwość kandydowania do KRS osób określanych jako neo-sędziowie.
Z punktu widzenia obozu prezydenckiego nie był to jednak żaden kompromis.
Cała filozofia polityczna tego środowiska opiera się na przekonaniu, że ustawa przyjęta w 2017 roku, która odebrała sędziom możliwość wybierania sędziowskich członków KRS i przekazała ten wybór parlamentowi, była podstawowym elementem reformy. Odejście od tego rozwiązania oznaczałoby porzucenie fundamentalnego założenia tamtej polityki.
Sam uważam, że sędziowie powinni ponownie wybierać sędziowskich członków Rady. Wydaje się, że powinien być to model docelowy, jeżeli jeszcze kiedyś pojawi się możliwość jego wprowadzenia.
Trudno było jednak oczekiwać, że obóz prezydencki porzuci podstawową filozofię swojego działania i zaakceptuje projekt, chyba że prowadzono by szersze targi obejmujące inne przepisy i obszary.
Ustawa z 2017 roku była może nie matką, bo matką problemów były ustawy o Trybunale Konstytucyjnym i działania z lat 2015-2016, ale z pewnością macochą wszystkich problemów z wymiarem sprawiedliwości na poziomie sądów powszechnych i Sądu Najwyższego. Z niej wyrasta pojęcie neosędziów, które towarzyszy nam już od prawie dziesięciu lat.
Anna Wójcik: Prezydent Nawrocki konsekwentnie odrzuca podział na „paleosędziów” i „neosędziów”. Kontynuuje linię prezentowaną wcześniej przez prezydenta Andrzeja Dudę i jego środowisko.
Konsekwentnie odrzuca także orzecznictwo europejskich trybunałów, zgodnie z którym Polska powinna ustalić, jakie skutki wadliwe powołania wywierają na status sędziów i wydawanych przez nich orzeczeń.
Krzysztof Izdebski: Nie ma już w tej sprawie właściwie żadnej presji zewnętrznej. Jednym z sukcesów ministra Bodnara, który jednocześnie okazał się w pewnym sensie niezamierzoną porażką, było doprowadzenie do uruchomienia przez Komisję Europejską środków z Krajowego Planu Odbudowy i innych zamrożonych środków unijnych.
Stało się to na podstawie „Action Planu”, czyli krótkiego zestawienia pomysłów na to, jak wymiar sprawiedliwości powinien się zmienić po wyborach w 2023 roku. Środki z KPO były wcześniej wstrzymywane z powodu problemów z praworządnością.
Ich uruchomienie sprawiło jednak, że zarówno Komisja Europejska, jak i polski rząd utraciły możliwość wywierania presji finansowej na prezydenta i inne instytucje. Nie wiem, czy podtrzymanie tej presji coś by zmieniło, ale kwestia ta została w pewnym sensie odpuszczona przez obie strony.
Możemy oczywiście gdybać, ale minister sprawiedliwości, który chce reformować wymiar sprawiedliwości i przywracać praworządność na podstawie orzeczeń europejskich trybunałów, nie ma obecnie szans na przeprowadzenie kluczowych zmian.
Anna Wójcik: 10 lipca minister Żurek zaapelował do prezydenta Nawrockiego, aby powołał ponad 200 młodych prawników, którzy zdali egzamin sędziowski i czekają na decyzję prezydenta.
Mamy więc kolejną sytuację, w której nie wiadomo, czy prezydent zaakceptuje osoby pozytywnie zarekomendowane w procedurze z udziałem odnowionej Krajowej Rady Sądownictwa.
Krzysztof Izdebski: To pytanie do rzecznika prezydenta. Myślę, że toczy się tutaj pewna gra polityczna.
Jedną z rzeczy, których nauczyłem się przez lata walki o praworządność, jest to, że nie należy nadmiernie racjonalizować tego sporu.
Prezydent Nawrocki prowadzi swoją grę. Nie chodzi w niej zapewne o pryncypia.
Myślę, że prezydentowi Nawrockiemu jest zupełnie obojętne, w jaki sposób wybierani są sędziowie w Polsce. Jego działania wpisują się w dyskurs polaryzacyjny. Nie chce ułatwiać rządowi pracy, ponieważ uznaje, że każde ułatwienie może przynieść rządowi dodatkowe punkty, a już za rok odbędą się wybory parlamentarne.
Jeżeli chcielibyśmy racjonalizować decyzję z punktu widzenia interesu obywateli, należałoby powiedzieć: powołam tych sędziów. Zarówno wyborcy Koalicji Obywatelskiej, jak i zwolennicy Prawa i Sprawiedliwości chodzą do sądów i mają problemy z długim czasem oczekiwania na rozpoznanie sprawy. Im więcej sędziów w systemie, tym lepiej.
Możemy się zastanawiać, czy w Polsce w ogóle nie ma zbyt wielu sędziów albo, czy system nie powinien zostać inaczej zorganizowany. W obecnym kształcie sędziów jest jednak po prostu za mało.
Jeżeli natomiast miałbym racjonalizować decyzję z punktu widzenia logiki wyborów parlamentarnych, powiedziałbym: nie powoła tych osób. Jest to bowiem dobry sposób na pokazanie niewielkiej sprawczości ministra sprawiedliwości, który apeluje do prezydenta, ale jego apele pozostają bezskuteczne.
Do takiego wniosku skłania mnie również to, co dzieje się wokół Trybunału Konstytucyjnego: wybór nowych sędziów i faktyczna odmowa odebrania ślubowania od pięciu osób wybranych do Trybunału.
Anna Wójcik: Pięciu, bo w czerwcu na sędziego Trybunału Konstytucyjnego Sejm wybrał profesora Sławomira Patyrę.
Minister Żurek od początku sprawowania urzędu opowiadał się za obsadzaniem wakatów w Trybunale Konstytucyjnym. Koalicja rządząca wcześniej tego nie robiła, ponieważ liczyła na zreformowanie Trybunału za pomocą ustaw. Po wyborach prezydenckich plan upadł.
Teraz minister Żurek może jedynie apelować do prezydenta, bo przypomnijmy, że minister sprawiedliwości odgrywa żadnej oficjalnej roli w procesie wyboru sędziów Trybunału Konstytucyjnego.
Natomiast brak prawidłowo funkcjonującego Trybunału i niepewność co do tego, czy osoby wybrane przez Sejm zostaną dopuszczone do orzekania, pogłębiają kryzys ustrojowy i uniemożliwiają sprawne działanie instytucji państwa.
Krzysztof Izdebski: Powoduje to również ogromną niepewność co do tego, czy dana ustawa obowiązuje, czy nie obowiązuje oraz czy jest zgodna z Konstytucją. Wszystko zależy od tego, kto uznaje obecny skład Trybunału, a kto go nie uznaje.
Intuicja ministra Żurka, aby obsadzać wakaty na bieżąco, wydaje się trafna. Znalazł się on jednak w politycznym klinczu. Wcześniej podjęto decyzję, aby poczekać, aż zwolni się więcej miejsc, a następnie przeprowadzić zasadniczą zmianę w Trybunale, w tym odwołać jego prezesa.
Plan ten był chyba średnio przygotowany, ponieważ nie uwzględniał wielu czynników, w tym roli prezydenta w odbieraniu ślubowania.
Nie chcę tworzyć wrażenia, że staję po stronie sprawcy, a nie ofiary. Sędziowie bezwzględnie powinni zostać zaprzysiężeni. To, że zostali wybrani zbiorczo, nie jest przesłanką pozwalającą prezydentowi odmówić odebrania ślubowania.
Zbiorczy wybór mógł jednak ułatwić prezydentowi zastosowanie obstrukcji. Gdyby sędziów wybierano pojedynczo, byłoby mu trudniej, choć zapewne i tak próbowałby znaleźć jakiś pretekst.
Anna Wójcik: Trzeba jasno podkreślić, że prezydent uzurpuje sobie prawo do podejmowania decyzji o tym, czy odbierze ślubowanie od sędziów Trybunału Konstytucyjnego. Konstytucja nie przyznaje mu prawa do oceniania kandydatów wybranych przez Sejm. Za obstrukcję w tym obszarze odpowiada prezydent.
Krzysztof Izdebski: Potwierdza to również przypadek profesora Sławomira Patyry. On także, przynajmniej na razie, nie doczekał się zaproszenia do Pałacu Prezydenckiego, aby złożyć ślubowanie [prezydent ogłosił w końcu, że dokona zaprzysiężenia 28 lipca – red.]
W debacie publicznej pojawia się próba oceniania dorobku sędziego Patyry przez prezydenta. Wypomina mu się opinię prawną, którą przygotował w okresie odwoływania poprzedniego prokuratora krajowego Dariusza Barskiego, za kadencji ministra Adama Bodnara.
To oczywisty pretekst. Oprócz uzurpacji władzy jest to także atak na swobodę działalności naukowej. Nie zauważyłem, aby ten wątek odpowiednio wybrzmiał w debacie publicznej, a warto go podkreślić.
Nie istnieje nawet oficjalna procedura oceny dorobku kandydata przez prezydenta, ale nieoficjalnie pojawiają się oskarżenia, że profesor wydał opinię niezgodną z oczekiwaniami określonego obozu politycznego. Dla mnie jest to zamach na wolność akademicką, ponieważ profesor Patyra sporządził tę opinię właśnie jako przedstawiciel środowiska naukowego.
Anna Wójcik: Porozmawiajmy o niewątpliwych sukcesach rządu w obszarze uchwalania ustaw, które zostały podpisane przez prezydenta. Jednym z nielicznych wyjątków jest ustawa przeciwko strategicznym pozwom zmierzającym do ograniczenia udziału w życiu publicznym, czyli tak zwanym SLAPP-om.
Uchwalono „ustawę o szczególnych środkach ochrony w postępowaniu cywilnym osób uczestniczących w debacie publicznej”. Polska musiała wdrożyć unijną dyrektywę, ale przyjęta ustawa jest szersza niż wynikający z niej minimalny standard.
Udało się przekonać różne środowiska, że taka regulacja jest w Polsce konieczna. A prezydent Nawrocki podpisał ustawę.
Krzysztof Izdebski: Szereg środowisk apelował do Sejmu o jak najszybsze przyjęcie tej bardzo ważnej ustawy. Była ona kluczowa dla organizacji społecznych, które przez wiele lat promowały podobne rozwiązania również na forum unijnym.
Pod apelem podpisała się między innymi Fundacja Batorego – miałem przyjemność złożyć podpis w imieniu jej zarządu – ale znaleźli się tam również przedstawiciele Telewizji Republika czy portalu wPolityce.pl.
W tej sprawie udało się zjednoczyć różne środowiska i wyjść poza polityczną polaryzację. Być może dlatego prezydent Nawrocki nie bardzo wiedział, co z ustawą zrobić, i po prostu ją podpisał.
Nie jest to ustawa idealna. Z pewnością znajdą się rzeczy, które należy jeszcze dopracować. Dobrze jednak, że została uchwalona i że zyskała poparcie różnych środowisk.
Anna Wójcik: Warto podkreślić, że Polska jest jednym z pierwszych państw Unii Europejskiej, w których takie przepisy już obowiązują.
Krzysztof Izdebski: Klimat wokół organizacji społecznych i dziennikarzy niestety pogarsza się w całej Europie. Bycie jednym z pierwszych państw wdrażających dyrektywę może nie było więc aż tak trudne, ale niewątpliwie wymagało dużej pracy.
Nad przepisami pracowało wielu przedstawicieli środowisk społecznych i medialnych. Doradzali Ministerstwu Sprawiedliwości, które wykazywało dużą otwartość.
Niezależnie od tego, że ustawę udało się uchwalić, jest to przykład niezłej współpracy między środowiskami eksperckimi a Ministerstwem Sprawiedliwości.
Ustawa przeciwko SLAPP jest ważna, ale umówmy się: nie reformuje wymiaru sprawiedliwości jako takiego. W trakcie prac pojawiały się nawet obawy, że sądy będą musiały zajmować się większą liczbą spraw i bardziej szczegółowo je analizować, co może oznaczać dodatkowe obciążenie sądów.
Anna Wójcik: Minister Żurek ma niewątpliwie umiejętność wychodzenia do ludzi. Przekłada się to także na pomysły realizowane przez Ministerstwo Sprawiedliwości.
Niedawno wprowadzono zmiany w regulaminie urzędowania sądów powszechnych. Świadkowie, biegli i strony postępowania będą mogli występować przed sądem w pozycji siedzącej. Nowe przepisy mają poprawić komfort obywateli i zmniejszyć stres towarzyszący obecności na sali sądowej.
Krzysztof Izdebski: To ważny, choć zapewne przede wszystkim symboliczny gest. Z tego, co słyszę od kolegów i koleżanek procesualistów, nie było tak, że wcześniej zawsze zakazywano siadania.
Jeżeli ktoś prosił o możliwość zajęcia miejsca albo było widać, że jego stan tego wymaga, sędziowie zwykle na to pozwalali. Sędziowie także są ludźmi i dostrzegają takie sytuacje. Nie istniał nakaz, zgodnie z którym człowiek musi stać bez względu na okoliczności.
Oczywiście przez lata słyszeliśmy również o bulwersujących przypadkach. Rozumiem więc tę zmianę jako formalne potwierdzenie praktyki, która już częściowo funkcjonowała. Na poziomie symbolicznym jest ona ważna.
Nie można też odmówić ministrowi Żurkowi umiejętności wychodzenia do ludzi. Nie boi się konfrontacji.
Udziela wywiadów również mediom, które nie są mu przychylne i w których może spodziewać się trudnych pytań.
W pewnym stopniu zapoczątkował to już minister Bodnar, który uważał obecność w mediach społecznościowych za istotną. Minister Żurek jeszcze mocniej rozwinął ten sposób komunikowania się, czasem wykorzystując różne rekwizyty, takie jak siekiera.
Na początku mieliśmy chyba nawet miesiąc miodowy. Wiele osób, również po drugiej stronie politycznego sporu, mówiło: „Ten Żurek jest całkiem fajny”. I rzeczywiście minister Żurek jest bardzo sympatycznym człowiekiem.
Im dalej jednak w las, tym trudniej było rąbać tą siekierą. Minister Żurek przekonywał się, że oczekiwania, o których mówiliśmy na początku, były nadmierne.
Jeżeli z wszystkich reform skończyliśmy na bezpośrednio związanej z wymiarem sprawiedliwości zasadzie, zgodnie z którą świadek może siedzieć przed sądem, trudno uznać ją za zmianę spektakularną. Jest ważna, ale nie spektakularna.
Anna Wójcik: Zapewne wpływa na doświadczenie obywatela w sądzie. Uwaga opinii publicznej, o ile po ponad dziesięciu latach sporów nadal skupia się na praworządności i sądownictwie, skierowana jest jednak gdzie indziej.
Śledzimy telenowelę o peregrynacjach byłego ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry, który wyjechał z Polski, udał się na Węgry, a teraz występuje jako komentator Telewizji Republika w Stanach Zjednoczonych. Komentuje różne wydarzenia, na przykład walki MMA organizowane z okazji urodzin prezydenta Donalda Trumpa.
Mamy spolaryzowane starcie Waldemara Żurka ze Zbigniewem Ziobrą. Jak radzi sobie Żurek w tym starciu?
Krzysztof Izdebski: Chyba gorzej niż Zbigniew Ziobro. Trzeba jednak podkreślić, że Ziobro nie jest dobrym bohaterem tej historii. Jest po prostu tchórzem, który ucieka przed wymiarem sprawiedliwości. Nie podoba się to zresztą również części jego własnego obozu politycznego.
Anna Wójcik: Uważasz, że Zbigniew Ziobro miałby w Polsce zapewniony sprawiedliwy proces?
Krzysztof Izdebski: Uważam, że tak. Wierzę w polskie sądy i w to, że starają się realizować prawo do niezależnego, bezstronnego i niezawisłego sądu, zagwarantowane w art. 45 Konstytucji.
Moje wątpliwości mogłyby wzbudzać wypowiedzi przedstawicieli rządu i koalicji, którzy przesądzają winę Zbigniewa Ziobry ponad wszelką wątpliwość. Powstaje wtedy wrażenie, że jest to przede wszystkim sprawa polityczna, w której chodzi o to, aby Ziobrę dopaść i skazać, a nie bezstronnie wymierzyć sprawiedliwość.
Polscy sędziowie wielokrotnie pokazywali jednak, że potrafią być wolni od takich nacisków. Dlatego w kontekście postępowania sądowego byłbym w miarę spokojny.
Nie ma też co się oszukiwać: opinia publiczna zna już wiele informacji na temat działalności Zbigniewa Ziobry, chociażby w kontekście Funduszu Sprawiedliwości. Nie przesądzam jego winy, ale wiele wskazuje na to, że istnieją poważne podstawy do wyjaśnienia tej sprawy.
Z całą pewnością Zbigniew Ziobro powinien stanąć przed sądem. Uchyla się od tego, stosując różne triki. Minister Żurek robi chyba wszystko, co może.
Rzadko zdarza się sytuacja, w której nawet osoba podejrzewana o najpoważniejsze przestępstwa i dysponująca dużymi środkami może uzyskać najpierw ochronę w jednym z państw Unii Europejskiej, a następnie wyjechać do kraju będącego niezwykle istotnym sojusznikiem Polski i korzystać z jego ochrony.
Zbigniew Ziobro okazał się bardzo sprawnym uciekinierem. Minister Żurek robi chyba to, co może. Ta historia świadczy zdecydowanie gorzej o byłym ministrze Ziobrze niż o Waldemarze Żurku. Pokazuje również, że polityk, który naprawdę chce uciekać, ma bardzo duże możliwości.
Anna Wójcik: Do wyborów parlamentarnych pozostał nieco ponad rok. Co w tym czasie powinien i może zrobić minister Żurek? Jakie widzisz scenariusze i czego byś mu życzył?
Krzysztof Izdebski: Życzę mu przede wszystkim wytrwania na stanowisku. Nie jest łatwo sprawować urząd i ciągle słyszeć, że zaraz zostanie się odwołanym. Takie głosy docierają dziś z różnych stron. Część z nich może być po prostu efektem logiki sezonu ogórkowego.
Życzę mu także wytrwałości w realizowaniu rzeczy mniej spektakularnych, ale wpływających na poprawę funkcjonowania wymiaru sprawiedliwości.
Z tego, co wiem, trwają dość zaawansowane, choć nadal bardziej koncepcyjne niż praktyczne, prace dotyczące informatyzacji wymiaru sprawiedliwości i prokuratury.
Jest to reforma spóźniona, choć gdy spojrzymy na niektóre państwa Europy Zachodniej, na przykład Niemcy, okaże się, że Polska nie jest jeszcze aż tak bardzo zapóźniona. Byłaby to jednak zmiana rzeczywiście odczuwalna i oczekiwana przez obywateli.
Życzyłbym mu także przynajmniej częściowego zakończenia sporu o sędziów w sądach powszechnych.
Jeżeli chodzi o Sąd Najwyższy, szczerze mówiąc, nie wiem, co można zrobić. Nie widzę dużej przestrzeni do kompromisu. W odniesieniu do sądów powszechnych być może warto natomiast rozważyć inicjatywę, z którą wystąpił nowy pierwszy prezes Sądu Najwyższego.
W dużym uproszczeniu polega ona na uznaniu, że większość neosędziów pozostaje w systemie. Jednocześnie istnieje grupa kilkudziesięciu osób wyraźnie powiązanych ze światem politycznym i niespełniających kryterium niezależności. W ich przypadkach należałoby przeprowadzić indywidualne postępowania dyscyplinarne, co wymagałoby także zmiany przepisów.
Poszukiwanie kompromisu może nam się moralnie nie podobać, ale być może nie ma innej możliwości. Problem neosędziów w coraz większym stopniu staje się problemem każdego obywatela i każdej obywatelki stykających się z sądownictwem.
Przyjęcie takiego rozwiązania pokazałoby sprawczość ministra. Być może byłby to, w ocenie osób zajmujących bardzo stanowcze pozycje, kompromis „zgniły”. Mimo to mógłby stanowić dobry element dorobku Waldemara Żurka.
Bardzo chciałbym również rozdzielenia funkcji prokuratora generalnego i ministra sprawiedliwości. Ma to znaczenie nie tylko z punktu widzenia zasad praworządności i neutralnego wykonywania funkcji przez prokuratora generalnego.
Jest to ważne także dla przeciwdziałania korupcji oraz skutecznego ścigania polityków pochodzących z tego samego obozu, co minister sprawiedliwości. Przy przyszłej zmianie rządu rozdzielenie tych funkcji również może mieć ogromne znaczenie.
Sądownictwo
Karol Nawrocki
Zbigniew Ziobro
Waldemar Żurek
Ministerstwo Sprawiedliwości
biegli
Dyrektywa przeciwko SLAPP
Krajowa Rada Sądownictwa
neo sędzia
neo sędziowie
Trybunał Konstytucyjny
ustawa anty-SLAPP
Pisze o praworządności, demokracji, prawie praw człowieka. Prowadzi podcast OKO.press "Drugi rzut OKA na prawo". Współzałożycielka Archiwum Osiatyńskiego i Rule of Law in Poland. Doktor nauk prawnych.
Pisze o praworządności, demokracji, prawie praw człowieka. Prowadzi podcast OKO.press "Drugi rzut OKA na prawo". Współzałożycielka Archiwum Osiatyńskiego i Rule of Law in Poland. Doktor nauk prawnych.
Komentarze