0:00
0:00

0:00

15 października 2026

Cyfrowa suwerenność Europy. Ambicje są wielkie, zależności jeszcze większe

przeczytasz w 10 minut

W Europie narasta poczucie, że znajdujemy się pomiędzy dwoma mocarstwami, a nasza sytuacja w ogromnej mierze zależy od decyzji technologicznych podejmowanych gdzie indziej. Czy Europa może być cyfrowo suwerenna, a jeśli tak, jak to osiągnąć?

Google News

Czy Europa może uniezależnić się od amerykańskich Big Techów? I co właściwie oznacza dziś „cyfrowa suwerenność” Unii Europejskiej? W rozmowie z Zuzanną Warso z think tanku Open Future, specjalizującą się w unijnych regulacjach cyfrowych, pytamy o skalę technologicznej zależności Europy, rozwój chmury, półprzewodników i sztucznej inteligencji, a także o to, jaką rolę mogą odegrać zamówienia publiczne i europejska polityka przemysłowa.

Rozmawiamy też o tym, czy Europa powinna próbować stworzyć własnych technologicznych gigantów, dlaczego Francja, Niemcy i Polska nieco inaczej rozumieją cyfrową autonomię oraz jak na tym tle wypadają polskie inwestycje i strategie. I dlaczego cyfrowa suwerenność to nie tylko kwestia konkurencyjności gospodarki, lecz także bezpieczeństwa, praw człowieka i funkcjonowania demokracji.

Anna Wójcik: Coraz częściej słyszymy nie tylko o strategicznej autonomii Unii Europejskiej, promowanej między innymi przez Emmanuela Macrona, ale także o suwerenności cyfrowej czy technologicznej. Co właściwie oznaczają te pojęcia? Czy mówimy o zbliżonych koncepcjach?

Zuzanna Warso, fundacja Open Future: Te pojęcia rzeczywiście bywają używane wymiennie, ale można prześledzić, jak zmieniało się ich znaczenie w ostatnich latach. Do tej listy dodałabym jeszcze otwartą autonomię strategiczną, czyli próbę pogodzenia autonomii z otwartością.

Od około 2016 roku coraz częściej mówiło się o potrzebie osiągnięcia przez Unię odpowiedniego poziomu strategicznej autonomii. Było to związane przede wszystkim z wydarzeniami politycznymi w Stanach Zjednoczonych i rosnącym przekonaniem, że USA niekoniecznie pozostaną bezwarunkowym gwarantem europejskiego bezpieczeństwa, a Europa powinna w większym stopniu stanąć na własnych nogach.

W kolejnych latach pojęcie strategicznej autonomii zaczęło obejmować coraz więcej sektorów, między innymi energetykę czy łańcuchy dostaw. Szczególnie namacalne stało się to podczas pandemii COVID-19, kiedy nagle wszyscy przekonaliśmy się, czym są zakłócenia w łańcuchach dostaw i jakie mogą mieć konsekwencje. Dyskusja stopniowo przesunęła się więc z obszaru bezpieczeństwa w stronę handlu i gospodarki.

Wtedy Komisja Europejska zaczęła mówić o otwartej strategicznej autonomii. Z jednej strony uznawała, że trzeba ograniczyć skalę europejskich zależności. Z drugiej, przyznawała, że żyjemy w zglobalizowanej gospodarce i mówienie o pełnej autonomii byłoby naiwne.

Kolejnym pojęciem była suwerenność danych. Dyskusja na ten temat nabrała znaczenia po ujawnieniach Edwarda Snowdena, kiedy okazało się, że dostęp do naszych danych mają również podmioty, które nie powinny go mieć. Już wtedy pojawiały się kwestie związane z suwerennością cyfrową, ale w ostatnich latach stały się one znacznie bardziej widoczne.

Ma to oczywiście związek z sytuacją geopolityczną – zarówno z tym, co dzieje się w Stanach Zjednoczonych, jak i z rosnącą rolą Chin.

W Europie narasta poczucie, że znajdujemy się pomiędzy dwoma mocarstwami, a nasza sytuacja w ogromnej mierze zależy od decyzji technologicznych podejmowanych gdzie indziej.

Suwerenność technologiczna jest pojęciem szerszym, a suwerenność cyfrowa odnosi się, zgodnie z nazwą, przede wszystkim do sfery cyfrowej. W praktyce jednak te pojęcia często się przenikają, bo technologie cyfrowe stanowią dziś ogromną część sektora technologicznego.

Ta debata została zresztą w pewnym sensie zinstytucjonalizowana na poziomie Unii – w Komisji Europejskiej mamy dziś komisarza odpowiedzialnego za suwerenność technologiczną, bezpieczeństwo i demokrację. Można uznać to za kulminację dyskusji trwającej od lat.

W których obszarach Unia Europejska jest dziś najmniej suwerenna cyfrowo? Gdzie jej zależność od podmiotów spoza Europy jest największa?

Można o tym myśleć przez pryzmat tak zwanego stosu technologicznego czy cyfrowego, czyli infrastruktury cyfrowej złożonej z kolejnych warstw. To oczywiście uproszczenie, ale pozwala dobrze zobrazować skalę problemu.

Niestety Unia Europejska jest zależna właściwie na każdym poziomie tego stosu. Zacznijmy od półprzewodników: według dostępnych danych udział Europy w światowym rynku wynosi około 9–10 proc. Jeśli chodzi o usługi chmurowe, około 70 proc. europejskiego rynku znajduje się w rękach trzech firm: Amazon Web Services, Microsoftu i Google’a. Europejscy dostawcy mają około 15 proc.

Podobnie jest z oprogramowaniem. Mamy oczywiście europejskie firmy, ale nadal jesteśmy bardzo zależni od kilku największych graczy. Z ankiety przeprowadzonej przez Proton wynikało, że ponad 70 proc. instytucji korzysta z nieeuropejskiego oprogramowania. Do tego dochodzą sztuczna inteligencja, platformy konsumenckie i media społecznościowe, gdzie również dominują podmioty spoza Europy. Ta zależność występuje więc właściwie na każdym poziomie.

Skoro zależność od amerykańskich technologii jest aż tak duża, to czy realnie da się ją zmniejszyć?

Dyskusja o suwerenności cyfrowej jest w istocie rozmową o kilku różnych problemach. Czym innym jest zależność szpitala albo systemu podatkowego od zagranicznego dostawcy usług chmurowych, a czym innym brak europejskiego odpowiednika sieci społecznościowej. Jeszcze czymś innym jest korzystanie przez wojsko z rozwiązań dostarczanych przez amerykańskie firmy.

Z jednej strony mamy więc kwestie gospodarcze, z drugiej – bezpieczeństwo, a z trzeciej – debatę publiczną i nasze codzienne funkcjonowanie online. Kiedy mówimy, że około 80 proc. usług cyfrowych jest nieeuropejskich, trzeba najpierw zapytać: jaki dokładnie problem chcemy rozwiązać?

Musimy przyjąć, że z częścią tych zależności Unia rzeczywiście powinna sobie poradzić. Pytanie brzmi, gdzie interweniować w pierwszej kolejności. Które usługi są kluczowe? W jakich obszarach nie możemy pozwolić sobie na utratę dostępu, a gdzie korzystanie z usług nieeuropejskich nie stanowi aż takiego problemu?

Czym innym jest ryzyko, że przestanie działać system w szpitalu, a czym innym fakt, że europejskie firmy wydają miliony euro na licencje zagranicznego oprogramowania. Te pieniądze, zamiast pozostawać w europejskiej gospodarce, trafiają do amerykańskich firm, które mogą je dalej inwestować i wzmacniać swoją pozycję. Powstaje swego rodzaju błędne koło.

Ponad rok temu państwa europejskie przyjęły deklarację na rzecz europejskiej niezależności cyfrowej. Ważną rolę odegrały w tej inicjatywie Francja i Niemcy. Czy cyfrowa suwerenność jest projektem rozwijanym przez całą Unię, czy przede wszystkim napędzają go Paryż i Berlin?

To zdecydowanie debata europejska, ale poszczególne państwa odgrywają w niej różne role. Francja i Niemcy nadal w dużym stopniu ją kształtują.

Francja tradycyjnie mocniej opowiada się za autonomią strategiczną, jest bardziej skłonna prowadzić aktywną politykę przemysłową i przywiązuje większą wagę do europejskich dostawców oraz europejskiej własności. Historycznie jest też bardziej sceptyczna wobec zależności od Stanów Zjednoczonych.

Niemcy są ostrożniejsze wobec samego języka suwerenności i autonomii, co także ma swoje historyczne uwarunkowania. Ze względu na strukturę niemieckiej gospodarki więź transatlantycka jest tam silniejsza. Ale pod wpływem ostatnich wydarzeń również to podejście zaczyna się zmieniać. Francja i Niemcy mają więc duży wpływ na kierunek tej debaty, ale z pewnością nie jest to wyłącznie projekt tych dwóch państw.

Jakie są dziś ambicje Unii w zakresie cyfrowej suwerenności i co realnie można osiągnąć w ciągu kilku lat? Na poziomie unijnym mamy dziś nowe inicjatywy dotyczące półprzewodników, chmury, sztucznej inteligencji, otwartego oprogramowania.

Ambicje są rzeczywiście ogromne. Kluczowe pytanie brzmi jednak, ile z nich uda się zrealizować. Nowe inicjatywy próbują odpowiedzieć na problemy występujące na różnych poziomach stosu technologicznego i pokazują, że unijne instytucje wyciągają wnioski z doświadczeń ostatnich lat.

Dobrym przykładem jest akt w sprawie chipów 2.0. Poprzednia wersja koncentrowała się przede wszystkim na badaniach, rozwoju i innowacjach. Teraz Komisja Europejska mówi: nie wystarczy stworzyć podaż, potrzebujemy także popytu na europejskie produkty. To właśnie popyt ma pozwolić zwiększyć skalę produkcji.

Widzimy więc przejście od myślenia głównie o badaniach i innowacjach w stronę bardziej aktywnej polityki przemysłowej.

Podobnie jest w przypadku usług chmurowych. Jednym z narzędzi mają być zamówienia publiczne, które mogą wspierać europejskich dostawców i dawać im przestrzeń do rozwoju. Chodzi o to, żeby część zamówień, które dziś w ogromnej mierze trafiają do amerykańskich Big Techów, przekierować do firm europejskich. To, co rzeczywiście uda się osiągnąć, pozostaje jednak pytaniem otwartym. Wiele z tych propozycji jest dopiero na etapie procesu legislacyjnego.

Pojawiają się też poważne zastrzeżenia, zwłaszcza dotyczące polityki wobec sztucznej inteligencji. Mam wrażenie – i nie jestem w tym odosobniona – że próbujemy naśladować model amerykański, wejść do tego samego wyścigu i stworzyć europejskie odpowiedniki amerykańskich gigantów technologicznych.

Po pierwsze, nie jestem pewna, czy to dobry pomysł. Po drugie, prawdopodobnie jest to po prostu niemożliwe. Natomiast jeśli chodzi o zamówienia publiczne i bardziej podstawowe usługi chmurowe, uważam, że kierunek jest właściwy.

Czyli Komisja Europejska sama zaczyna stosować rozwiązania, które UE zaleca państwom członkowskim?

Tak, są już takie przykłady. Jednym z nich jest duży, wart około 80 mln euro przetarg na usługi chmurowe ogłoszony przez Komisję Europejską. Kwestie suwerenności technologicznej odegrały w nim bardzo dużą rolę.

Ale mamy też przykłady pokazujące, jak głęboko nasze dotychczasowe zależności są zakorzenione. Często przywołuję fakt, że Komisja Europejska korzysta z Microsoft Teams. Kiedy masz spotkanie z kimś z Komisji, zazwyczaj dostajesz link właśnie do Teamsów. W kontekście debaty o cyfrowej suwerenności jest to dość symptomatyczne.

W Unii trwa obecnie dyskusja o budżecie na lata 2028–2034. Czy cyfrowa suwerenność jest w nim jednym z priorytetów?

Zdecydowanie tak. Trzeba jednak pamiętać, że Komisja Europejska zaproponowała zwiększenie unijnego budżetu, co spotkało się z oporem części państw członkowskich. Na bardziej podstawowym poziomie pytanie brzmi więc, czy Unia w ogóle zwiększy środki, które może przeznaczać na cele strategiczne.

Kwestia suwerenności pojawia się bardzo wyraźnie w propozycji utworzenia Europejskiego Funduszu Konkurencyjności. Miałby on połączyć różne źródła finansowania, które są dziś bardzo rozproszone. To jeden z głównych zarzutów wobec obecnego unijnego budżetu – mamy wiele funduszy, ale są one rozczłonkowane i nie zawsze dobrze skoordynowane. Jednym z filarów Funduszu Konkurencyjności ma być tak zwane przywództwo cyfrowe. To dość aspiracyjne określenie, ale kwestie suwerenności są w tej propozycji bardzo wyraźne.

Pojawiają się również w nowym programie wspierania badań naukowych „Horyzont Europa”. Chodzi między innymi o lepsze połączenie finansowania badań z późniejszym rozwojem i skalowaniem technologii. Dziś często jest tak, że projekt albo firma otrzymują środki na wczesnym etapie rozwoju, a później mają problem z przejściem do kolejnej fazy i osiągnięciem odpowiedniej skali.

Na poziomie unijnym zaczyna się więc wyłaniać pewna wizja cyfrowej suwerenności. Ale mamy 27 państw członkowskich. Czy widać między nimi znaczące różnice?

Zdecydowanie. Jak już wspomniała, różnica między kierunkiem preferowanym przez Francję a podejściem popularniejszym w Niemczech jest bardzo wyraźna.

Warto też pamiętać, że cyfrowa suwerenność ma wiele wymiarów i poszczególne państwa koncentrują się na różnych z nich. Jeśli mówimy na przykład o oprogramowaniu open source, bardzo ciekawe rzeczy dzieją się w Danii. Jeśli mówimy o cyfryzacji administracji – naturalnym przykładem jest Estonia. Ale to nie jest wyłącznie kwestia poziomu państw czy Unii Europejskiej.

Bardzo wiele może się wydarzyć na poziomie regionalnym i lokalnym.

Często przywoływanym przykładem jest land Szlezwik-Holsztyn, gdzie władze zdecydowanie przechodzą na wolne oprogramowanie. Duże ambicje w tej dziedzinie ma również Amsterdam. Nie wszystko musi więc być inicjowane przez Brukselę albo rządy krajowe. Dużo można zrobić na poziomie regionów, miast, a nawet poszczególnych instytucji.

Problem polega na tym, że administracja jest często przyzwyczajona do kupowania określonego, sprawdzonego oprogramowania. Potrzebna jest więc także zmiana kulturowa. Osoby odpowiedzialne za technologie w instytucjach muszą mieć odwagę zrobić krok w stronę większej autonomii.

Jak na tym tle wypada Polska? Mamy rządową chmurę obliczeniową, polski otwarty model językowy PLLuM, rozwijamy infrastrukturę superkomputerową dla AI, przyjęto też Strategię Cyfryzacji Polski do 2035 roku. Jak oceniasz te działania?

Uderza mnie sprzeczność między ambitnymi strategiami i częścią pozytywnych inicjatyw a praktyką zamówień publicznych w Polsce. Mamy na przykład raport Instratu analizujący zamówienia na oprogramowanie biurowe. Wynika z niego, że ogromna większość postępowań bezpośrednio albo pośrednio eliminuje rozwiązania i dostawców innych niż Microsoft.

Z jednej strony mamy więc działania zmierzające do zwiększenia suwerenności, a z drugiej – praktykę pokazującą, że na poziomie wdrażania wciąż jesteśmy daleko od sytuacji idealnej. W przypadku Polski trzeba też pamiętać o szczególnym położeniu geopolitycznym. Hasła dotyczące uniezależniania się od Stanów Zjednoczonych brzmią inaczej w Paryżu, a inaczej w Warszawie. Różnice między państwami wynikają więc nie tylko z ich możliwości gospodarczych i technologicznych, ale także z uwarunkowań politycznych i geopolitycznych.

W Polsce jest głośno o powstających „fabrykach AI”. Czym w zasadzie są i czy Europa ich potrzebuje?

Dyskusja o fabrykach AI jest dla ciekawa także na poziomie języka. Przeszliśmy od mówienia o „chmurze” do mówienia o „fabrykach”, co dobrze oddaję zwrot w kierunku myślenia o industrializacji.

Unia Europejska przejęła to określenie w swojej polityce dotyczącej sztucznej inteligencji. Najpierw inwestowano w superkomputery, a część z nich została później przekształcona w tak zwane fabryki AI. W dużym uproszczeniu są to centra danych połączone z całym ekosystemem, który ma ułatwiać firmom i instytucjom dostęp do mocy obliczeniowej.

Teraz mówi się już nie tylko o fabrykach AI, ale także o gigafabrykach. To ma być zupełnie inna skala. Gigafabryki mają w pewnym sensie naśladować największe centra danych budowane przez amerykańskie firmy technologiczne.

Pojawia się ważne pytanie: czy w Unii Europejskiej rzeczywiście potrzebujemy takiej infrastruktury na własne potrzeby? Czy nie okaże się, że budujemy ogromną infrastrukturę, która ze względu na skalę musi być współfinansowana przez podmioty prywatne, a później w dużej mierze będą z niej korzystać firmy spoza Europy, bo to one generują dziś największe zapotrzebowanie na moce obliczeniowe?

W Europie trwa dziś również wielka dyskusja o konkurencyjności i o tym, jak zapewnić wzrost gospodarczy oraz dobrobyt mieszkańców. Centralnym punktem odniesienia pozostaje raport Draghiego. Jak cyfrowa suwerenność wpisuje się tę debatę?

Obecnie dominują argumenty związane z konkurencyjnością i obawami o produktywność europejskiej gospodarki. Ale kwestie bezpieczeństwa są równie istotne. Szczególnie ciekawe są sytuacje, w których oba argumenty się łączą. Rozwój własnych technologii może zwiększać konkurencyjność Europy i wzmacniać jej bezpieczeństwo. Potrzeba większej autonomii cyfrowej jest również konsekwencją obecnej sytuacji geopolitycznej.

Z drugiej strony pojawiają się obawy dotyczące militaryzacji gospodarki i tego, co to oznacza dla innych europejskich priorytetów. Na pierwszym planie pozostają jednak kwestie ekonomiczne: konkurencyjność i produktywność. Raport Draghiego nadal jest najważniejszym punktem odniesienia. Bezpieczeństwo jest natomiast bardzo wyraźnym kontekstem i dostarcza debacie o cyfrowej suwerenności dodatkowego paliwa.

A co z tego wszystkiego wynika dla nas jako obywatelek i obywateli? Czy w dyskusji o cyfrowej suwerenności wystarczająco mocno wybrzmiewa ochrona naszych prawa i wolności czy demokracji?

Te wątki również są obecne. Na początku warto jednak zapytać, w jakim stopniu obywatelom rzeczywiście zależy na cyfrowej suwerenności. Badania pokazują, że deklaratywnie chcemy być bardziej niezależni, mieć większą kontrolę nad tym, gdzie przetwarzane są nasze dane, kto ma do nich dostęp i kto czerpie korzyści z używanych przez nas usług.

Ale praktyka wygląda zupełnie inaczej. Bardzo niewiele osób przechodzi od poziomu „to jest dla mnie ważne” do poziomu „coś z tym zrobię”. Można więc pytać, w jakim stopniu jest to przede wszystkim debata polityczna, a w jakim kwestia, którą ludzie rzeczywiście uznają za istotną w codziennym życiu.

Czego innego oczekujemy od państwa czy Unii Europejskiej, a czego innego od siebie. Możemy chcieć, żeby państwo systemowo ograniczało zależność od Big Techów, ale sami nadal korzystamy z tych samych usług. Ale może rosnący sceptycyzm wobec Stanów Zjednoczonych przekłada się na nasze wybory technologiczne?

Wśród mieszkańców UE zdecydowanie wzrósł sceptycyzm wobec Stanów Zjednoczonych. Jednak nadal niewiele osób łączy nieufność wobec amerykańskiej administracji z aktywną rezygnacją z konkretnych usług czy produktów. W praktyce wygrywają wygoda, łatwość obsługi i przyzwyczajenie. Nawet jeśli na poziomie politycznym czy deklaratywnym jesteśmy sceptyczni wobec Big Techów, to kiedy przychodzi co do czego, nadal korzystamy z ich narzędzi.

Od instytucji publicznych oczekujemy często większej konsekwencji, ale sami niekoniecznie jesteśmy gotowi zrobić podobny krok.

Gdybyś mogła wskazać jedno działanie, które w ciągu najbliższego roku powinno zostać podjęte na poziomie unijnym albo przez państwa członkowskie, żeby zwiększyć cyfrową suwerenność Europy, co by to było?

Bardzo wierzę w potencjał zamówień publicznych. Gdyby nasze instytucje publiczne, jak biblioteki, szkoły, szpitale czy urzędy, miały odwagę rezygnować z rozwiązań, o których wiemy, że nam nie służą, mogłoby to wywołać efekt kuli śniegowej i doprowadzić do naprawdę dużej zmiany. Dopóki jednak będziemy w szkołach uczyć się przede wszystkim obsługi Microsoft Worda, trudno mi sobie wyobrazić cyfrowo suwerenną Europę.

Na zdjęciu Anna Wójcik
Anna Wójcik

Pisze o praworządności, demokracji, prawie praw człowieka. Prowadzi podcast OKO.press "Drugi rzut OKA na prawo". Współzałożycielka Archiwum Osiatyńskiego i Rule of Law in Poland. Doktor nauk prawnych.

Komentarze