0:00
0:00

0:00

24 września 2026

O czym marzą Europejczycy? Luka wyobraźni i nostalgia za przyszłością

przeczytasz w 15 minut

Paweł Zerka z European Council on Foreign Relations opowiada o badaniu niemal 6 tys. Europejczyków. Zapytano ich czego oczekują od Europy, dlaczego tracą wiarę w jej przyszłość i skąd biorą się luki wyobraźni i przywództwa.

Google News

O czym marzą Europejczycy? I dlaczego wątpią, że te marzenia się spełnią?

Paweł Zerka z European Council on Foreign Relations przeanalizował prawie sześć tysięcy pogłębionych wywiadów przeprowadzonych w sześciu europejskich krajach: Francji, Niemczech, Włoszech, Holandii, Polsce i Wielkiej Brytanii.

W „Drugim Rzucie Oka” Anna Wójcik rozmawia z nim o europejskich lękach, dumie, nostalgii i przede wszystkim o tym, co Zerka nazywa „luką wyobraźni” i „luką przywództwa”.

Z rozmowy dowiesz się,

  • Dlaczego aż jedna trzecia badanych należy do grupy „niepewnych” – czują się Europejczykami, ale coraz trudniej im uwierzyć, że Unia Europejska jest na właściwych torach;
  • Jak i kto powinien zasypać „lukę wyobraźni”, czyli rozdźwięk między tym, jakiej Europy ludzie chcieliby, a tym, czy potrafią sobie wyobrazić realną drogę do jej osiągnięcia;
  • Dlaczego Polacy częściej niż Francuzi mówią o „budzącej się Europie”;
  • Skąd bierze się „luka przywództwa” i jaki europejski polityk był najczęściej wskazywany jako lider;
  • Jak można mówić o błędach Unii, nie rezygnując z wiary w europejski projekt i prezydent, którego kraju potrafi to przekonująco robić.

Anna Wójcik: Dla European Council on Foreign Relations przeprowadzono swego rodzaju psychoanalizę Europejczyków. Agenci AI prowadzili pogłębione rozmowy z respondentami z sześciu krajów. Dlaczego zdecydowaliście się właśnie na taką formę badania?

Paweł Zerka: Żyjemy w dość burzliwych czasach. Mam tutaj na myśli nie tylko sytuację międzynarodową, ale też to, że zbliżamy się do roku pełnego wyborów w wielu krajach europejskich. Mam poczucie, że ten rok może wiele zmienić, jeśli chodzi o kierunek, w którym pójdzie Europa.

Dlatego tak ważne jest lepsze zrozumienie, jak Europejczycy rozmawiają o Europie i co o niej myślą. Zwłaszcza że Europa stała się dziś polem rywalizacji politycznej, a nie tylko tematem drugorzędnym.

W European Council on Foreign Relations regularnie, przynajmniej dwa razy do roku, prowadzimy standardowe badania opinii publicznej. To bardzo użyteczne narzędzie. Ale jest trochę jak z dbaniem o zdrowie: dobrze regularnie robić badania krwi, natomiast raz na jakiś czas potrzebne są także bardziej pogłębione badania, żeby sprawdzić, co naprawdę dzieje się w środku.

To badanie miało właśnie pozwolić nam zajrzeć głębiej i lepiej zrozumieć, co dzieje się w europejskiej świadomości. Wykorzystaliśmy przy tym nowe narzędzia sztucznej inteligencji, co dla niektórych osób okazało się dość kontrowersyjne.

W opisie badania czytamy, że wywiady zostały przeprowadzone z pomocą agentów AI. Rozumiem, że właśnie to dla niektórych jest kontrowersyjne?

Jeszcze kilka lat temu badacz społeczny miał zasadniczo dwie możliwości. Jeżeli chciał sprawdzić, jak rozkładają się opinie w całej populacji, robił reprezentatywny sondaż, na przykład na próbie tysiąca czy dwóch tysięcy osób, i zadawał kilka najczęściej zamkniętych pytań. Jeżeli natomiast chciał lepiej zrozumieć motywacje stojące za określonymi poglądami i dopytać ludzi, dlaczego coś powiedzieli, wybierał raczej grupy fokusowe. One pozwalają wejść znacznie głębiej, ale obejmują niewielką liczbę osób i trudno na ich podstawie wnioskować o całej populacji.

Teraz pojawiło się narzędzie, które pozwala w pewnym sensie połączyć te dwie metody. Najpierw przeprowadzasz konwencjonalny sondaż, a następnie pytasz respondentów, czy zgodziliby się na dodatkową rozmowę. Ci, którzy się zgadzają – w naszym badaniu było to około 60 proc. respondentów – rozmawiają telefonicznie albo na czacie z agentem AI. Badanie było prowadzone w sześciu różnych językach, a rozmowy następnie transkrybowano i tłumaczono na angielski, żeby można było je ze sobą porównywać.

Takie badanie jest dziś możliwe, bo przez ostatnie lata bardzo poprawiła się jakość AI, m.in. gdy chodzi o tłumaczenia. Druga rzecz jest taka, że narzędzia AI bardzo dobrze naśladują dziś sposób, w jaki rozmawia człowiek. Wiem, że brzmi to trochę niepokojąco, ale potrafi prowadzić naturalną konwersację, dopytywać i dobierać słowa do rozmówcy.

Być może za kilka lat, jeśli ludzie będą coraz bardziej niechętni sztucznej inteligencji, nie będą już tak chętni do takich rozmów. Zobaczymy. Z wielu wywiadów, które czytałem, odniosłem nawet wrażenie, że niektórzy bardziej ufali AI niż człowiekowi i dzięki temu byli gotowi powiedzieć więcej.

Może zaznaczmy tylko, że ta rozmowa jest prowadzona przez nas, dwie osoby, nie przez agentów AI.

Tak. Mogę przynajmniej ręczyć za siebie.

Niektórzy rozmawiają z chatbotami AI jak z psychoterapeutą. Zaczęliście od pytania niemal o sen. Prosiliście respondentów, żeby wyobrazili sobie, że ich znajomy zasnął pięć lat temu i właśnie się obudził. Pyta: „Jak dziś ma się Europa?”. Co mu odpowiesz? Odpowiedzi było niemal sześć tysięcy. Które z nich były dla ciebie najciekawsze?

Wiele odpowiedzi było zabawnych. Na przykład ludzie odpowiadali: „Wracaj spać”. Był też respondent z Polski, który powiedział mniej więcej: „Człowieku, spałeś pięć lat i pierwsza rzecz, o którą pytasz, to jak się ma Europa? Chyba zwariowałeś”.

Ale jeśli chodzi o wyniki, zdecydowana większość odpowiedzi była bardzo posępna. Ludzie opisywali stan Europy i ostatnie pięć lat przez pryzmat kolejnych kryzysów i poczucia, że sytuacja się pogarsza.

Trudno się temu dziwić. Problemy się nawarstwiają. Nie zdążyliśmy jeszcze w pełni wyjść z pandemii COVID-19, kiedy rozpoczęła się pełnoskalowa wojna w Ukrainie, później przyszły kolejne konflikty i pogarszająca się sytuacja gospodarcza.

Mniej więcej 70 proc. respondentów skupiało się na negatywach. Ciekawe jest jednak zestawienie tego obrazu z językiem niektórych europejskich przywódców, którzy mówią, że Europa wreszcie się obudziła, staje się bardziej niezależna i wzmacnia swoje bezpieczeństwo. Przykładem jest przemówienie Ursuli von der Leyen sprzed roku, w którym przedstawiała wizję „niepodległej Europy”.

Bardzo potrzebne jest, żeby liderzy też przedstawiali takie wizje. Ale z naszego badania wynika, że tylko kilkanaście procent respondentów rzeczywiście myśli o Europie w takich kategoriach. Co ciekawe, spośród sześciu badanych krajów najwięcej takich osób jest w Polsce.

W Polsce to aż 21 proc., a we Francji tylko 5 proc. Skąd ta relatywnie większa wiara w Europę właśnie dzisiaj w Polsce?

Muszę tutaj uważać z używaniem wielkiego kwantyfikatora „Europejczycy”. Badanie przeprowadziliśmy w sześciu krajach, podczas gdy Europa ma ich oczywiście znacznie więcej. Polska jest przy tym jedynym krajem „nowszej Unii” w naszej próbie. Pozostałe to państwa starej Unii – Francja, Niemcy, Holandia i Włochy – oraz Wielka Brytania.

Polska pod wieloma względami wypada inaczej. Po części wynika to, moim zdaniem, ze względnej świeżości naszego członkostwa w Unii. Pamięć o tym, że „wróciliśmy do Europy”, jest wciąż żywa. Stało się to niewiele ponad 20 lat temu.

Drugim elementem jest bliskość wojny w Ukrainie. Wyzwania związane z bezpieczeństwem są u nas znacznie bardziej namacalne, a gdzie indziej pozostają bardziej abstrakcyjne. Niemcy czy Francuzi mogą więc częściej skupiać się na takich kwestiach jak pogłębianie integracji czy europejska jedność, podczas gdy w Polsce dla wielu osób priorytet jest jasny: nie dopuścić do tego, by wojna rozlała się także na nasz kraj.

Być może dlatego bardziej dostrzegamy dyskusję o bezpieczeństwie w Europie. Jest ona też mocno obecna w polskich mediach. Z tej perspektywy więcej osób w Polsce niż w innych krajach może mieć poczucie, że przynajmniej pod tym względem Europa się przebudza.

Zaproponowaliście ciekawy podział. Zwykle mówimy o ludziach jako „proeuropejskich” albo „eurosceptycznych”. Wy wyróżniacie cztery sposoby myślenia o Europie: pozytywny, negatywny, niepewny oraz „disconnected” – czyli osoby właściwie odłączone od tej debaty. Jak scharakteryzowałbyś te grupy?

Sam pewnie często wpadam w narrację i dzielę ludzi na tych „za Europą” i „przeciw Europie”. Tymczasem obraz jest bardziej skomplikowany. Mamy respondentów, którzy mówią o Europie bardzo pozytywnie. Nawet jeśli dostrzegają problemy, wierzą, że Europa sobie z nimi poradzi. Stanowią jednak zdecydowaną mniejszość – mniej więcej jedną piątą badanych.

Ponad dwa razy więcej jest osób, które określiliśmy jako nastawione negatywnie. Mówią źle o Europie i jej przyszłości. Nie oznacza to jednak, że wszyscy chcieliby rozpadu Unii. Sam fakt, że mówią o Europie negatywnie, świadczy raczej o tym, że nawet jeśli chcieliby, żeby rozwijała się gospodarczo, była zjednoczona i żyła w pokoju, to jednak w pewnym sensie postawili na niej krzyżyk, a przede wszystkim na Unii Europejskiej. Jakby uznali, że po prostu nie jest już do tego zdolna.

Te dwie grupy — czy może raczej dwie tendencje: bardzo pozytywne i bardzo negatywne myślenie o Europie — są też silnie skorelowane z preferencjami politycznymi. W Polsce ponad połowę elektoratu Koalicji Obywatelskiej stanowią „pozytywni Europejczycy”, a w elektoratach Konfederacji oraz Prawa i Sprawiedliwości ponad połowę stanowią osoby mówiące o Europie negatywnie.

Ryzyko przyglądania się tylko tym dwóm grupom polega jednak na tym, że nie dostrzega się wszystkich tych, którzy nie pasują do żadnego z tych dwóch opisów.

Jest też grupa „odłączonych”, czy „odklejonych”. To mniej więcej jedna dziesiąta respondentów. To dość ciekawe, bo skoro w Polsce czasem połowa uprawnionych nie głosuje, można by sądzić, że znacznie więcej osób nie interesuje się polityką, a tym bardziej Europą. Tymczasem tylko około jednej dziesiątej badanych nie ma właściwie opinii o Europie i mówi: „Co mnie to obchodzi?”, „Nie mam zdania”, „To zbyt odległe”.

Jest natomiast jeszcze jedna trzecia respondentów i to moim zdaniem kluczowy elektorat, także z perspektywy wyborów, które odbędą się w kolejnych krajach. Określiłem ją jako „niepewnych”. Większość z nich ma serce po stronie proeuropejskiej. Czują się Europejczykami i potrafią przywołać momenty, w których byli dumni z Europy. Jednocześnie prawie nigdy nie powiedzą, że Europa się obecnie budzi albo że wszystko zmierza w dobrym kierunku. Łączy ich z grupą negatywną przekonanie, że Europa źle radzi sobie z obecnymi kryzysami.

Kiedy przyjrzysz się temu, jak opowiadają o Europie, wyłania się coś, co w raporcie nazwałem „luką wyobraźni”. Rozumiem przez nią sytuację, w której chciałbyś, żeby Europa była dostatnia, bezpieczna, zielona — cokolwiek jest dla ciebie najważniejsze — ale nie bardzo wierzysz, że może się to urzeczywistnić. Kiedy jednak pytasz, czy wierzą, że ta wizja może się urzeczywistnić, odpowiadają: „Nieszczególnie”. To raczej mrzonka, marzenie.

Wydaje mi się więc, że jest to elektorat, do którego trzeba jakoś trafić, bo wyraźnie traci wiarę w dzisiejszą Europę.

Jeśli tę wiarę stracą, a Europa coraz bardziej staje się jednym z kluczowych pól rywalizacji politycznej, niekoniecznie zagłosują na skrajną prawicę. Mogą po prostu zostać w domu, rozczarowani obecnym stanem rzeczy.

Zadajecie również pytanie o momenty, w których ludzie byli dumni z Europy. Oczywiście zależy to od tego, co w ogóle uznają za powód do dumy, więc ma też związek z ich preferencjami politycznymi i sposobem patrzenia na świat. Co najczęściej przywoływali?

Z reguły ludzie potrafią coś przywołać, choć odpowiedzi mają także swoje barwy polityczne. W Polsce wyborcy PiS czy Konfederacji częściej powiedzą, że nie mają żadnego wspomnienia, kiedy czuli dumę z Europy. Raczej odpowiedzą: „Dumny mogę być z bycia Polakiem, a nie z Europy”. Ale część z nich ma również pozytywne skojarzenia.

Osiemdziesięcioletnia respondentka z Włoch wspomniała trzęsienie ziemi w swoim regionie w 1976 roku i solidarność, jakiej doświadczyli wtedy ze strony innych krajów. Ktoś z Francji przywołał zamachy terrorystyczne z 2015 roku i solidarność, jaką wtedy okazano Francji. Holendrzy wspominali powstanie euro, pomoc dla Ukrainy, ale także Eurowizję jako moment, w którym czują się Europejczykami. Pojawia się oczywiście Erasmus.

Dla Polski bardzo charakterystyczną odpowiedzią jest natomiast po prostu: 2004 rok. Jedni mówią o dumie z wejścia do Unii, do Europy, do której zawsze – jak uważają – należeliśmy. Inni wspominają referendum i masowe poparcie Polaków dla członkostwa. Jeszcze inni pamiętają przede wszystkim swobodę podróżowania.

Ale ten sam rok może być również punktem wyjścia do krytycznej opowieści. Jeden z respondentów, wyborca PiS, mówił mniej więcej: „W 2004 roku byłem dumny, bo sądziłem, że teraz będzie lepiej. Ale później wszystko zeszło na psy i dziś mam już Unii dość”. Rok 2004 pozostaje więc kluczowym punktem polskiej wyobraźni europejskiej, tylko jest różnie interpretowany w zależności od tego, jak ktoś patrzy na Unię dzisiaj.

Piszesz również o „luce przywództwa”. Aż 44 proc. respondentów nie potrafiło wskazać żadnego kraju, instytucji ani polityka, którego uważałoby za pozytywny przykład europejskiego przywództwa. Najwięcej wskazań – wciąż tylko 8 proc. – dostał premier Hiszpanii Pedro Sánchez. Prezydent Francji Emmanuel Macron otrzymał 4 proc., a później właściwie nikt już wyraźnie się nie przebił. Czy problem polega więc również na tym, że brakuje osób, które potrafiłyby uosabiać jakąś wizję przyszłości Europy?

A ty potrafiłabyś wskazać europejskiego lidera, który inspiruje cię, jeśli chodzi o europejskie przywództwo?

Dzisiaj mamy na przykład różne „koalicje chętnych”. Odnoszę wrażenie, że poszczególne kraje próbują przewodzić w różnych obszarach. Ale nie powiedziałabym, że wśród polityków krajowych jest jedna osoba, którą uważam za politycznego lidera Europy. Wyraziści są natomiast ci, którzy Europę krytykują.

W naszym badaniu ludzie bardzo często wymieniali przywódców partii, na które sami głosują. Ponieważ jednak patrzyliśmy na średnią dla sześciu krajów, takie krajowe wskazania nie przebijały się do czołówki.

Wyborcy Koalicji Obywatelskiej wskazywali Donalda Tuska, wyborcy Konfederacji – Mentzena albo Bosaka. Pojawiał się też prezydent Nawrocki. Ale ponieważ patrzyliśmy na średnią w sześciu krajach, takie krajowe wskazania znikały.

Ciekawe było natomiast to, że choć w ogóle nie prowadziliśmy badania w Hiszpanii, aż 8 proc. respondentów wskazało Hiszpanię albo konkretnie Pedro Sáncheza jako przykład przywództwa.

Mam wrażenie, że żyjemy trochę w okresie interregnum. Były momenty, kiedy łatwiej było wskazać europejskiego lidera – na przykład Angelę Merkel albo, na początku jego prezydentury, Emmanuela Macrona. Dziś Macron w powszechnym odczuciu zbliża się do politycznej emerytury, choć wcale nie jest przesądzone, że tak się stanie. Może przeczekać jedną kadencję i, o ile dobrze rozumiem, ponownie ubiegać się o prezydenturę. Nie wiem tylko, czy ktokolwiek dziś w to wierzy.

European Council President Antonio Costa (C) pose with EU Leaders during a family photo as part of the Informal EU Leaders' Retreat at the Alden Biesen Castle, in Rijkhoven on February 12, 2026. (Photo by Ludovic MARIN / AFP)
Zdjęcie zbiorowe przywódców krajów członkowskich UE, Rijkhoven, 12 luty 2026 r. Foto Ludovic MARIN / AFP

Dlaczego właśnie „Pedrito”, Sanchez? Badanie prowadziliście wiosną tego roku, w maju. Czy znaczenie mogła mieć postawa Hiszpanii, która nie zgodziła się na udział w wojnie w Iranie, a także fakt, że Sánchez jest jednym z najbardziej otwartych przeciwników Donalda Trumpa w Europie? I czy wpływ miało również to, że coraz częściej myślimy o Europie w kategoriach rywalizacji między różnymi blokami — Chinami, Europą i Stanami Zjednoczonymi, naszym sojusznikiem, który coraz częściej bywa postrzegany także jako źródło zagrożenia?

Być może właśnie dlatego Sánchez stał się symbolem Europejczyka, który nie boi się postawić Trumpowi. Respondenci, którzy wskazywali Hiszpanię albo Sáncheza, mówili, że Europa powinna umieć się postawić i robić to tak jak Sánchez. Część podkreślała, że jako jeden z nielicznych trzyma się pewnych wartości.

Mam z Sánchezem trochę problem, ale jednocześnie cieszę się, że jest ktoś taki, kto pozwala pozostałym europejskim liderom przejrzeć się w lustrze i zadać sobie niewygodne pytania. Chodzi o wartości, o których europejscy liderzy chętnie mówią, ale których w praktyce trudno bronić. Mam tu na myśli choćby podwójne standardy w odniesieniu do potępiania agresji Rosji i Izraela, politykę migracyjną czy relacje z administracją Donalda Trumpa.

Sánchez jest w tych trzech dziedzinach jednym z najbardziej wyrazistych przykładów polityka, który nie tylko potrafi się postawić, ale rzeczywiście to robi i broni wartości ważnych zwłaszcza dla części lewicowego elektoratu.

Z drugiej strony zdaję sobie sprawę, że Sánchezowi jest łatwiej, bo jest w Hiszpanii, a nie w Polsce graniczącej z Ukrainą. Może pozwolić sobie na ostrzejszy kurs wobec Trumpa, ponieważ nie wiąże się to z tak dużym ryzykiem dla jego kraju. Jednocześnie mierzy się z dużą niepopularnością w Hiszpanii oraz skandalami korupcyjnymi dotyczącymi jego najbliższych współpracowników i rodziny.

Niedługo będą też wybory w Hiszpanii. Sondaże na razie nie wskazują, żeby Sánchez miał łatwą drogę do utrzymania władzy, choć jest fighterem, który z niejednych tarapatów już się wykaraskał. Widać też, jak wykorzystuje politykę zagraniczną i możliwość pokazania się jako wyrazisty lider do wzmacniania swojej pozycji wewnątrz kraju.

Mimo wszystko doceniam, że w europejskiej polityce ktoś potrafi pokazać, że jest alternatywa wobec polityki uległości wobec Trumpa, czy też lawirowania w sprawach polityki Izraela. Albo puszczania oczka do skrajnej prawicy w kwestiach migracji.

Tytuł twojej analizy to „Future Nostalgia” – tak samo jak album Dua Lipy z 2020 roku. To dość przewrotne pojęcie. Chodzi o tęsknotę za przeszłością czy raczej za poczuciem, że kiedyś wierzyło się w przyszłość?

Każdy może to pewnie rozumieć trochę inaczej. Dla mnie, po przeczytaniu setek tych wywiadów i przyjrzeniu się szczególnie grupie „niepewnych”, oznacza to, że wielu ludzi chciałoby wierzyć w Europę, ale dziś nie potrafi. Jednocześnie potrafią przypomnieć sobie chwile, kiedy byli z Europy dumni.

Sam zresztą mam trochę podobnie. Kiedyś kojarzyłem Europę z jasnym planem, z drogą, na której wiadomo, jaki będzie następny etap. Dzisiaj gdzieś zgubiliśmy perspektywę pozytywnej przyszłości. I właśnie tego ludziom może brakować: poczucia, że przyszłość jest nie tylko czymś, co można sobie wyobrazić, ale że naprawdę znajduje się w zasięgu ręki.

Chciałem wykorzystać ten tytuł, łączenie wody z ogniem, „nostalgii za przyszłością”. W dzisiejszej polityce bardzo dużo gra się nostalgią za przeszłością. Nie chodzi jednak o to, żeby liberałowie odpowiedzieli na to inną nostalgią. Potrzebna jest raczej polityka, która sprawi, że ludzie znowu poczują, iż dobra przyszłość jest rzeczywiście możliwa. Oczywiście nie znaczy to, że Dua Lipa właśnie o tym śpiewa.

Rozmawiamy po dorocznym orędziu Ursuli von der Leyen o stanie Unii. Skrajna prawica bardzo sprawnie zagospodarowuje lukę wyobraźni. Mówi, że „straszną Unię Europejską” po kolejnych wyborach parlamentarnych trzeba będzie zmieniać od środka. W ostatnich latach partie skrajnej i populistycznej prawicy w wielu krajach przestały mówić o wyjściu z Unii — we Francji, w Niemczech, czy w Polsce — i zaczęły raczej organizować się wokół pomysłu zmiany układu sił od wewnątrz.

Mam poczucie, że liberałowie dali się zepchnąć do defensywy i pozwolili skrajnej prawicy wyznaczyć warunki dyskusji o Europie.

Skrajna prawica bardzo upolityczniła Unię Europejską czy integrację europejską. Szybko zauważyła, a wybór Trumpa w USA jeszcze temu sprzyja, że można budować swoją pozycję na krytykowaniu Europy i wykorzystywać ją jako wehikuł do rozmowy o polityce klimatycznej, migracji czy europejskich regulacjach. Stany Zjednoczone mają przecież interes w tym, żeby pewne regulacje w Europie, przede wszystkim w polityce cyfrowej, torpedować.

Liberałowie często nie potrafili na to odpowiedzieć. To znaczy albo unikali upolityczniania Europy, albo odpowiadali komunikatami, które nie pozostawiały miejsca na niuanse.

Dostrzegam przede wszystkim dwa błędy w sposobie, w jaki proeuropejski mainstream w różnych krajach reagował na upolitycznienie integracji europejskiej przez skrajną prawicę.

Pierwszy błąd polega na tym, że zachowywał się tak, jakby miał do dyspozycji tylko dwie strategie. Pierwsza strategia to polaryzacja, znana z polskiego kontekstu i często politycznie skuteczna. Wydaje mi się jednak, że coraz mniej skuteczne z każdymi kolejnymi wyborami. Możesz polaryzować i mówić: albo jesteś za Europą, albo przeciwko niej. Kiedy ktoś ją krytykuje, reagujesz: „Jak to? Nie można jej krytykować, przecież przynosi tyle korzyści”.

W skrajnej wersji brzmi to: „To zdrada stanu, jeśli w ogóle coś kwestionujesz, bo od razu dążysz do Polexitu”. Rozumiem polityczne przesłanki takiej strategii, ale ona gubi wszystkich „niepewnych”, którzy mają serce po stronie europejskiej, a jednocześnie widzą, że wiele rzeczy nie zadziałało, że popełniono błędy albo coś trzeba naprawić. W takiej dychotomii nie ma dla nich miejsca.

Drugą strategię, którą często stosuje proeuropejski mainstream, nazywam accommodation. Chodzi o puszczanie oczka do skrajnej prawicy: żeby nie dopuścić do odpływu własnego elektoratu w stronę skrajności, zaczynasz przejmować część jej języka — na przykład w sprawach klimatycznych czy migracyjnych.

W Polsce przykładem była kampania prezydencka Rafała Trzaskowskiego i jego wypowiedzi dotyczące pomocy dla uchodźców z Ukrainy.

Ryzyko jest wtedy takie, i w tym przypadku było to doskonale widać, że nie wypadasz autentycznie. Nie wiem, czy kogokolwiek tym mobilizujesz, ale na pewno część osób demobilizujesz. To jedna warstwa problemu.

Wydaje mi się, że istnieje też jakaś „trzecia droga” — choć to sformułowanie ma dziś pewne obciążenie w polskim kontekście.

Nie jest tak, że można tylko polaryzować albo puszczać oczko do skrajnej prawicy.

Można też skuteczniej mówić do elektoratu nieprzekonanego, wątpiącego i zagubionego, ale jednak proeuropejskiego. Szukałem przykładu polityka, który to robi, i znalazłem go w Rumunii.

Prezydent Rumunii Nicușor Dan w przemówieniu na Dzień Europy zdawał się mówić do grupy „niepewnych”. Powiedział, że Europa popełniła wiele błędów. Wymienił politykę klimatyczną, migracyjną, energetyczną, zwłaszcza uzależnienie od rosyjskich paliw kopalnych.

Później powiedział jednak, że Europa jest zasadniczo tworem demokratycznym, który może korygować kurs, jeśli popełni błędy, i że ma zdolność do naprawy. To próba zniuansowania przekazu, która w jego przypadku wypadła bardzo sprawnie i autentycznie.

Byłem pod wrażeniem także dlatego, że Nicușor Dan nie mówił tego w kampanii. Po bardzo spolaryzowanych wyborach w Rumunii, które wygrał, zaczął przemawiać do społeczeństwa, wiedząc, jak bardzo jest ono podzielone w sprawach europejskich. W ten sposób próbował zmniejszyć skalę polaryzacji, zwracając się do ludzi niepewnych, którzy niekoniecznie znajdują się na jednym z dwóch biegunów.

Czyli oprócz mówienia o sukcesach trzeba też bić się w pierś i mówić o konieczności korekty kursu.

Proeuropejscy liderzy wciąż nie znaleźli odpowiedniego języka. Potrafią mówić albo o wielkich marzeniach, jak w ubiegłorocznym przemówieniu Ursuli von der Leyen o „niepodległej Europie”, albo bardzo konkretnie o bieżących problemach.

Z rozmów z Europejczykami wyciągnąłem wniosek, że brakuje tu połączenia kropek: wielkie marzenie brzmi dobrze, ale jak konkretnie mamy je osiągnąć? Co musi się wydarzyć?

Drugi biegun to bieżące zarządzanie kryzysami, których oczywiście jest mnóstwo. Jeśli jednak obywatele odniosą wrażenie, że politycy mogą zaoferować wyłącznie zarządzanie kryzysem, a nie wiadomo, do czego właściwie dążą, mogą poczuć, że Europa i poszczególne kraje po prostu dryfują.

Wtedy atrakcyjniejsi mogą się wydawać alternatywni liderzy i siły polityczne, które przynajmniej oferują jakiś kierunek.

Muszę przy tym zaznaczyć, że być może zbyt dużo mówiłem o Ursuli von der Leyen. Zarówno z wywiadów z Europejczykami, jak i z mojego własnego przekonania wynika, że za lukę wyobraźni i niezaspokojoną tęsknotę za przyszłością odpowiadają przede wszystkim liderzy krajowi. Respondenci częściej obwiniają za ten stan rzeczy przywódców państw europejskich i ich nieumiejętność porozumienia się niż liderów instytucji unijnych czy szerzej „Brukselę”.

Nie wiem, czy planujecie powtórzyć to badanie za pięć lat, ale jeśli tak, co uznałbyś za miernik sukcesu? Czy chodziłoby o to, żeby mniej osób należało do grupy „niepewnych”? „Odklejonych” jest tylko 10 proc., więc rozumiem, że ta grupa prawdopodobnie pozostanie podobna. Czy sukces oznaczałby raczej, że w większej liczbie krajów więcej respondentów uważa, że Europa ma przyszłość?

Nie miałbym problemu z tym, gdyby rozkład pomiędzy ludźmi, którzy myślą o Europie pozytywnie, negatywnie albo powątpiewają, pozostał podobny. Dla mnie testem nie są wyniki ewentualnie powtórzonego badania, ale wybory, które odbędą się w poszczególnych krajach w najbliższych latach. One pokażą, w jakim stopniu to, co obywatele myślą i mówią o Europie, wpływa na sytuację polityczną w poszczególnych państwach, a co za tym idzie — na kierunek, w którym pójdzie Europa.

To, że około jednej trzeciej elektoratu w badanych przez nas krajach stanowią „niepewni”, którzy mają trudność z wyobrażeniem sobie, że Europa może osiągnąć swoje ambitne cele, jest niepokojące przede wszystkim dlatego, że liderzy zdają się nie dostrzegać tej grupy w wystarczającym stopniu i nie mówią do niej.

Sam fakt, że ludzie powątpiewają, nie jest dla mnie problemem. Sam zresztą w tej chwili zapisałbym się do tej grupy i być może za pięć lat nadal w niej będę.

Myślę, że istnieje też zdrowy sceptycyzm i nie ma nic złego w tym, że część ludzi nie jest do końca przekonana, czy Europa sobie poradzi. Ważne, żeby politycy dostrzegali tę grupę.

Jest to istotne w szerszym ujęciu, ale szczególnie dziś, kiedy, jak mówi się w polskiej polityce, w kolejnych wyborach „idzie na żyletki” i nie można sobie pozwolić na utratę nawet części wyborców. Gdy liderzy nadmiernie polaryzują albo zbyt mocno puszczają oczko do osób z przeciwległego bieguna, ryzykują utratą elektoratu, który może okazać się decydujący.

Na zdjęciu Anna Wójcik
Anna Wójcik

Pisze o praworządności, demokracji, prawie praw człowieka. Prowadzi podcast OKO.press "Drugi rzut OKA na prawo". Współzałożycielka Archiwum Osiatyńskiego i Rule of Law in Poland. Doktor nauk prawnych.

Komentarze