Intencje zapewne są szczere, a wsparcie włączających się w jego akcje ludzi — poruszające. Nie zdajemy sobie jednak sprawy, że długofalowy efekt nieprzemyślanych zbiórek, które kreują zbiorową wyobraźnię, może mieć bardzo poważne konsekwencje dla przyszłych pokoleń.
Czy może być coś złego w tym, że tiktoker chce uszczęśliwić dziewczynkę chorą na raka, zbierając dla niej obserwujących w social mediach, żeby mogła poczuć się prawdziwą tiktokerką?
Albo czy to źle, że organizuje zbiórkę na leczenie chłopców z dystrofią mięśniową Duchenne’a — chorobą o ciężkim przebiegu, której leczenie kosztuje 12 mln zł dla jednego dziecka?
Albo na dzieci chore na raka jak w legendarnej zbiórce?
Tak. Tak. I tak. Choć brzmi to dość okrutnie.
„Widzę to tak” to cykl, w którym od czasu do czasu pozwalamy sobie i autorom zewnętrznym na bardziej publicystyczne podejście do opisu rzeczywistości. Zachęcamy do polemik.
Piotr Artur Hancke, znany pod pseudonimem Łatwogang, ma na TikToku 3,2 mln obserwujących. I to wykorzystuje.
Od czasu legendarnego dziewięciodniowego streamu, podczas którego zebrał 282 mln zł na leczenie dzieci chorych na raka, zorganizował już dwie kolejne akcje.
W jednej zbierał 12 mln zł na leczenie dystrofii mięśniowej Duchenne’a dla ośmioletniego Maksa, podczas przejazdu rowerem Gdańska do Zakopanego relacjonowanego na żywo w internecie.
W kolejnej zbiera tym razem nie pieniądze, a obserwujących, jednak nie dla siebie, ale dla kilkuletniej Mai, która walczy z mięsakiem kości ramiennej — bardzo agresywnym nowotworem złośliwym. Jeśli profil Mai na TikToku zbierze milion obserwujących, Łatwogang przebiegnie 24 maratony w 24 dni.
Te wszystkie akcje tiktokera w pierwszym odruchu wywołują serdeczny uśmiech. Ale w każdej z nich kryje się niebezpieczeństwo.
W pierwszej — o czym pisaliśmy w OKO.press — ukrył się przekaz, że tego typu zrywy mogą zdziałać więcej niż rozwiązania systemowe. Nie mogą, chyba że chcemy obciąć budżet na leczenie w Polsce do 1 promila obecnych wydatków. Zaznaczmy przy tym wyraźnie — to nie teoria spiskowa, nikt tego przekazu nie umieścił celowo i z wyrachowaniem.
Ale jednak powstała społeczna emocja przeradzająca się w narrację, że NFZ ma jakieś pieniądze na zdrowie, których nie chce oddać społeczeństwu w postaci świadczeń zdrowotnych, tylko zazdrośnie trzyma je w kieszeni. Musimy sobie więc radzić sami, poza systemem.
To z kolei tworzy przekonanie, że państwo to „oni”. Oni są źli, są w kontrze do „my”. Dlatego „my” nie chcemy dawać „im”. A „oni” nie chcą dawać „nam”. I tak możemy dawać swoje pieniądze innym potrzebującym ludziom, ale z pominięciem aparatu państwa, który jest nam wrogi.
A wrogom nie chcemy oddawać swoich ciężko zarobionych pieniędzy, nie chcemy więc płacić podatków i składek. Wierzy w to młode pokolenie, które czerpie wiedzę o świecie z social mediów (według badania CBOS z 2025 roku 39 proc. osób w wieku 18-24 lata wskazuje media społecznościowe jako główne źródło informacji o świecie, a jednocześnie tylko 2 proc. w tej grupie czerpie wiedzę z prasy, a 3 proc. z radia).
To samo pokolenie nie wierzy w państwo. Nie rozumie, że usługi publiczne, które uznaje za normalność, finansuje się z podatków. A tradycyjne media nie są w stanie mu tego wytłumaczyć, bo przegrywają z zasięgami TikToka.
Oszacujmy z grubsza skalę tej przegranej. Legendarny stream Łatwoganga w szczytowym momencie oglądało 1,6 mln ludzi, łącznie zebrał 97 mln wyświetleń. Nawet jeśli cała tradycyjna prasa mówiłaby jednym głosem, wyjaśniając, że podatki to nie kradzież (a niestety często sugerują, że jednak kradzież), nie dotrze do tylu ludzi. A już tym bardziej nie tych młodych, którzy jeszcze podatków nie płacą, ale zaraz wejdą w ten etap życia. I płacić nie będą chcieli. A politycy staną się wtedy już zupełnie bezsilni.
Łączny roczny nakład prasy obecnie, licząc z e-wydaniami, to ok. 250 mln egzemplarzy. Mamy ok. 250 dni roboczych w roku, więc wychodzi ok. 1 mln dziennie. Oczywiście nikt nie gwarantuje, że 1 mln wydań gazety przeczyta 1 mln osób i że każdy przeczyta gazetę od deski do deski, czyli również ten jeden tekst o tym, że podatki są niezbędne.
To długi proces, pokoleniowy, ale młodzi odrywają się od państwa. A państwo nic nie robi. Eksperci mówią: edukacja. Ale państwo dalej nic nie robi, bo „państwo” działa w trybie „czterolatek”, od wyborów do wyborów.
Wkrótce po legendarnym streamie Łatwogang ruszył z kolejną zbiórką. Podczas transmitowanej na żywo trasy pokonanej rowerem przez całą Polskę zbierał na ekstremalnie drogą terapię genową stosowaną w leczeniu dystrofii mięśniowej Duchenne’a. Pisał o tym szeroko w OKO.press Sławomir Zagórski, bo z tą zbiórką też jest pewien problem.
I wcale nie taki, że przynajmniej część wpłacających mogła się poczuć wprowadzona w błąd — terapia za 12 mln zł nie uratuje życia chłopca, choć tak sugerował Łatwogang.
„Miałem zrobić jak najdłuższą przerwę medialną, ale po prostu wpadłem na pomysł który uważam za dobry i wiem że może pomóc komuś uratować życie dlatego go realizuje jak najszybciej”
- napisał na swoim profilu Łatwogang w związku ze zbiórką 12 mln zł na leczenie ośmioletniego Maksa (pisownia oryginalna).
To leczenie może najwyżej pomóc spowolnić rozwój choroby u chłopca. Ale nie musi. I to właśnie w tym rzecz.
Terapia jest dostępna w Stanach Zjednoczonych, ale nie w Europie. W lipcu 2025 Europejska Agencja Medyczna (EMA) podjęła decyzję o niedopuszczeniu jej na rynek europejski. Dlaczego? Bo uznała, że nie ma wystarczających dowodów, że ekstremalnie drogi lek rzeczywiście pomaga pacjentom.
Z kolei amerykańska agencja FDA lek na rynek dopuściła, dysponując tymi samymi badaniami, bo z kolei uznała, że rzeczywiście nie ma dowodów ponad rozsądną wątpliwość, ale należy dać pacjentom szansę.
Do czego nas to prowadzi? Bez poznania szczegółów do przekonania, że polskie państwo jest złe, bo nie chce ratować życia dzieci z ciężką chorobą i trzeba je ratować w USA.
[Łatwogang zaapelował do prezydenta i rządu o sfinansowanie terapii genowej dla dzieci chorych na DMD w Polsce, bo sam nie rozumiał, w czym problem. I wywołał tym apelem burzę.]
Ale prowadzi nas to do czegoś jeszcze. Sławomir Zagórski w swoim tekście w OKO.press pisał o prawie do nadziei, ale także prawie do ochrony przed fałszywą nadzieją. Tego drugiego prawa niestety często nie respektujemy. A karmieni fałszywą nadzieją rodzice mogą stać się niebezpiecznym narzędziem w rękach szarlatanów.
Dokładnie takim paliwem podlewany był współczesny ruch antyszczepionkowy. A zdesperowanych rodziców dzieci z autyzmem na barykady prowadził lekarz — Andrew Wakefield. W 1998 roku opublikował on na łamach prestiżowego czasopisma naukowego „The Lancet” artykuł o związku szczepionki przeciwko śwince, różyczce i odrze z występowaniem u dzieci autyzmu.
To wywołało najpierw szok, potem burzę. Krytycy jego wyników badań natychmiast wskazywali, że opisana została zbyt mała liczba przypadków, nie ma grupy kontrolnej, a badacze odwoływali się często nie tyle do faktów, ile przekonań zdesperowanych rodziców. Wakefield z kolei nawoływany przez lata przez środowisko naukowe nie chciał powtórzyć swoich badań i poddać weryfikacji swoich kontrowersyjnych tez.
Ostatecznie pod 12 latach udowodniono, że lekarz dopuścił się manipulacji, a jego artykuł został wycofany. Związków szczepionek z autyzmem u dzieci nie udowodniono. A mimo to rodzice na całym świecie ciągle woleli (i wolą do dziś) wierzyć Wakefieldowi, który, jak się okazało, za publikację artykułu otrzymał 400 tys. funtów od firm prawniczych, które szykowały się do procesów przeciwko producentom szczepionek.
Wakefield wyrządził tym samym ogromną szkodę dla zdrowia publicznego i zbiorowej odporności, bo panika rodziców wywołana jego „odkryciami” znacząco obniżyła wyszczepienie populacji.
Jaki tu związek ze zbiórką Łatwoganga? Zdesperowani, zrozpaczeni rodzice chorych dzieci są w stanie odrzucać naukowe przesłanki, jeśli dzięki temu znajdują nadzieję albo wyjaśnienie swojego nieszczęścia. A skutki tego mogą być czasem niszczycielskie.
Wydawałoby się, trzecia, ostatnia akcja Łatwoganga to już czyste dobro, chodzi przecież o to, żeby spełnić marzenie dziewczynki, która chce zostać tiktokerką. Ciężko chorej dziewczynki.
No, może poza tym, że jak wyjaśniał niedawno w OKO.press Michał Rolecki, tak ekstremalny wysiłek, jakim jest przebiegnięcie 24 maratonów w 24 dni, może być naprawdę szkodliwy dla organizmu. Ale nie w tym rzecz.
Z raportu fundacji Inspiring Girls Polska z 2023 roku wynika, że aż 38 procent chłopców i 31 procent dziewcząt marzy o karierze w mediach społecznościowych.
Badanie IQS z 2021 roku („Aspiracje dziewczynek w Polsce”) mówi, że 48 proc. dziewcząt w wieku 10-15 lat uważa prowadzenie kanału na YouTube, Instagramie lub TikTok za atrakcyjną opcję kariery.
Z kolei amerykańskie badania z 2023 roku przeprowadzone przez firmę Morning Consulting wskazują, że aż 57 proc. młodych w USA z pokolenia Z chce zostać influencerami.
Oczywiście, takie badania prowadzone przez prywatne firmy mają swoje cele marketingowe i ich użyteczność naukowa jest mocno ograniczona. Ale pozwalają jednak dokonywać pewnych porównań, szczególnie jeśli wykonywane są równolegle w kilku krajach.
Takie badanie przeprowadziła firma badawcza Harris Poll na zlecenie Lego. Dzieci w wieku od 8 do 12 lat w różnych krajach zapytano, kim chcą zostać w przyszłości. Miały jednak tylko pięć opcji do wyboru, co już jest mocno manipulujące wynikiem: astronautą, muzykiem, zawodowym sportowcem, nauczycielem lub vloggerem/youtuberem.
Jednak na podstawie tych wyników widać, że istnieje duża różnica pomiędzy dziećmi z tzw. Zachodu oraz z Chin.
Najczęstszą odpowiedzią wśród dzieci w Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii było: chcę zostać vloggerem/youtuberem — odpowiednio 29 proc. i 30 proc. Na drugim miejscu był zawód nauczyciela – 26 i 25 proc. Na ostatnim miejscu astronauta — po 11 proc.
Tymczasem w Chinach najpopularniejszą odpowiedzią był właśnie astronauta — aż 56 proc. Zawód vloggera/youtubera zajął za to ostatnie miejsce – 18 proc.
Nie ma w tym przypadku. I nie chodzi tylko o to, że nad dostępem do social mediów w Chinach pieczę trzyma państwo, więc są one mniej atrakcyjne dla młodzieży i dzieci. Tam zresztą przemysł influencerski również jest silny.
Rzecz w tym, że Chiny świadomie kreują zainteresowania i marzenia dzieci właśnie za pośrednictwem mediów społecznościowych.
W trosce o przyszłość kraju, gospodarki, rozwój nauki. Jednym słowem, w trosce o miejsce w światowym wyścigu technologicznym.
Wspomniał o tym nawet niedawno były premier Mateusz Morawiecki. W poniedziałek 8 czerwca 2026 roku, gdy pojawił się w Gorzowie Wielkopolskim na pierwszym wspólnym spotkaniu z drugim płucem PiS Przemysławem Czarkiem, postulował: „Precz z ogłupianiem naszych dzieci!”
„Dlaczego chiński TikTok podsuwa chińskim dzieciom mądre rebusy, działania matematyczne, algorytmy, filmiki zachęcające do uczenia się matematyki, do wiedzy inżynierskiej. A ten sam TikTok Polakom, Niemcom czy Hiszpanom podsuwa same idiotyzmy?” – pytał Morawiecki.
I nie był to żaden fejk. Takie same tezy na temat różnicy pomiędzy zachodnim i chińskim TikTokiem kilka miesięcy wcześniej stawiał prezydent Francji Emmanuel Macron. A zespół The Cube weryfikujący fakty w Euronews przeprowadził testy z wykorzystaniem sieci VPN, udając 13-latka w obu wersjach TikToka. I okazało się, że Macron z Morawieckim mają rację.
Nie dość więc, że w Chinach TikTok to narzędzie edukacyjne promujące w atrakcyjnej formie naukę przedmiotów ścisłych, ale też historii i wartości narodowych (jakkolwiek by je oceniać), to jeszcze Chiny i tak wprowadziły ograniczenia w korzystaniu z platformy dla dzieci poniżej 14. roku życia — scrollować można nie dłużej niż 40 minut dziennie w godzinach 6.00-22.00.
Zresztą dzieci mają jedynie dostęp do treści dla nich bezpiecznych. Tymczasem zachodnia wersja TikToka niby wprowadza podobne ograniczenie, ale z łatwością można je samemu wyłączyć. A jak już się wyłączy, można bez przeszkód oddawać się „gniciu mózgu”. Tak, w zachodniej cywilizacji ciągłe, nadmierne pochłanianie bezwartościowych treści, w których króluje TikTok, doczekało się już swojej nazwy – „brain rot”.
I tu wracamy do szlachetnej akcji Łatwoganga, w której chodzi o to, żeby spełnić marzenie o zostaniu gwiazdą w świecie polegającym na „gniciu mózgu”.
To nie jest ocena marzenia kilkuletniej dziewczynki. Nikt nie powinien oczekiwać od niej, że oprócz walki z bardzo agresywnym mięsakiem kości będzie toczyć równolegle jeszcze drugą – z wzorcami kulturowymi współczesnego świata.
To również nie jest krytyka Łatwoganga, który zresztą sam jest produktem tego świata.
To alarm skierowany do nas wszystkich.
I do państwa, bo to rola państw, żeby ten świat kształtować. Tak jak w przypadku podatków. Ale państwa Zachodu walkę z BigTechami wciąż przegrywają. Może dlatego, że bardziej zajęte są toczeniem innych bitew — ostatnio głównie z prawicowymi populistami. A tymczasem to jedna i ta sama walka.
Media
Polityka społeczna
Zdrowie
antyszczepionkowcy
Big Tech
influencer
ochrona zdrowia
social media
zbiórki publiczne
Dziennikarka ekonomiczna, absolwentka Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej na Uniwersytecie Jagiellońskim oraz podyplomowych Studiów Systemu Finansowego i Polityki Monetarnej Instytutu Nauk Ekonomicznych Polskiej Akademii Nauk. Publicystka, producentka wideo online, autorka podcastów, host w studio TV na żywo. Byłam przywiązana do tematyki gospodarczej od kilkunastu lat, głównie w zakresie makroekonomii, finansów i bankowości oraz rynku mieszkaniowego. Obecnie gospodarka jest dla mnie interesująca przede wszystkim w połączeniu z kontekstem społecznym oraz politycznym. Wcześniej byłam związana ze Spidersweb.pl, Money.pl i Onetem, a jeszcze wcześniej z „Gazetą Giełdy Parkiet”. Współpracowałam także z „Dziennikiem Gazetą Prawną” i „Gazetą Wyborczą”.
Dziennikarka ekonomiczna, absolwentka Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej na Uniwersytecie Jagiellońskim oraz podyplomowych Studiów Systemu Finansowego i Polityki Monetarnej Instytutu Nauk Ekonomicznych Polskiej Akademii Nauk. Publicystka, producentka wideo online, autorka podcastów, host w studio TV na żywo. Byłam przywiązana do tematyki gospodarczej od kilkunastu lat, głównie w zakresie makroekonomii, finansów i bankowości oraz rynku mieszkaniowego. Obecnie gospodarka jest dla mnie interesująca przede wszystkim w połączeniu z kontekstem społecznym oraz politycznym. Wcześniej byłam związana ze Spidersweb.pl, Money.pl i Onetem, a jeszcze wcześniej z „Gazetą Giełdy Parkiet”. Współpracowałam także z „Dziennikiem Gazetą Prawną” i „Gazetą Wyborczą”.
Komentarze