Prawa autorskie: Slawomir Kaminski / Agencja Wyborcza.plSlawomir Kaminski / ...
28 grudnia 2021

Dlaczego PiS przegrał z epidemią? Kaczyński strzelał ręką na spalonym, a ma pretensje do sędziów

Jarosław Kaczyński obwinia sądy, bo sam nie umie doprowadzić do powstania poprawnych przepisów o zwalczaniu pandemii. Jest jak zły elektryk, który proponuje wyprucie instalacji ze ścian, zamiast po prostu wymienić żarówkę

W słynnym już (bo udzielonym nie klęcznikowi, tylko dziennikarzom) wywiadzie Jarosława Kaczyńskiego dla Interii wicepremier i prezes Prawa i Sprawiedliwości podzielił się z obywatelami bezradnością w reagowaniu na klęski, które spadły na Polskę - wśród nich znalazła się śmiercionośna epidemia.

Kaczyński twierdzi między innymi, że obostrzeń covidowych nie da się w Polsce wyegzekwować, a winne są temu sądy. Prezes tłumaczy to tak: "Sądy są tutaj ostatnią instancją - bez ich zreformowania, namówienia, by przestrzegały prawa, bo w gruncie rzeczy o to chodzi, trudno o zmianę. To wpływa na funkcjonowanie całego państwa, na różnych szczeblach i trzeba to brać pod uwagę”.

Jeśli chodzi mu o to, że obostrzeń covidowych nie dało się wyegzekwować z powodu postawy sądów, to ma rację. Tyle że myli przyczynę ze skutkiem.

To prawda, że od momentu wprowadzenia covidowych restrykcji policja ścigała ludzi, a sądy ich później uwalniały od kary. Ale nie dlatego, że nie lubią władzy, a lubią covid. Rządowe zakazy i obostrzenia covidowe były po prostu napisane źle, zawierały dziury i jako takie nie mogły być podstawą do karania. Jak to w ogóle jest możliwe, że władza, która dysponuje większością w parlamencie, ma swojego prezydenta, swój Trybunał Przyłębskiej, podporządkowała sobie niezależne instytucje i praktycznie wszystko może - nie jest w stanie napisać porządnego prawa, które skłoni ludzi do bezpieczniejszych zachowań w pandemii?

Prześledźmy, jak to było.

Trzeba się zastanowić, biorąc pod uwagę realia i niechęć znacznej części społeczeństwa [do szczepień], co możemy tutaj zrobić. Wracam do sprawności państwa: sądy są tutaj ostatnią instancją - bez ich zreformowania, trudno o zmianę
Oceń wypowiedź
PrawdaFałsz
Interia,27 grudnia 2021

Jak rząd zabrał się za przepisy o maseczkach

Po kilku tygodniach niepewności (gdy słyszeliśmy, że "maseczki można robić ze staników" a do majtek można włożyć lód) w marcu 2020 roku władza nabyła pewności, że maseczki jednak przydadzą się w pandemii. Ba, sprowadziła je nawet do Polski największym samolotem świata (fakt, nie miały odpowiednich certyfikatów bezpieczeństwa, ale to szczegół), a potem wydała polecenie, żeby je nosić.

I jak to zrobiła? Rozporządzeniem rządu na podstawie ustawy z 2008 roku o zapobieganiu chorobom zakaźnym. A ustawa ta pozwalała jedynie zobowiązać do noszenia maseczek chorych lub podejrzanych o zakażenie - a nie wszystkich. Kiedy do sądów zaczęły trafiać sprawy o brak maseczki, te nie miały innego wyjścia jak je oddalać. Nakaz noszenia maseczek był bezprawny – choć rządowy.

No dobrze, powiecie, każdemu może się zdarzyć. Wiosną 2020 r. rząd przygotowywał dziesiątki nowych przepisów w tarczach antykryzysowych, nie dopatrzył wszystkiego. Ale o tym, że "rozporządzenie maseczkowe" ma fatalny w skutkach błąd - nie ma właściwego umocowania w ustawie - było wiadomo już po miesiącu od wprowadzenia nowych przepisów, ponieważ od maja 2020 roku Rzecznik Praw Obywatelskich słał do premiera ostrzeżenia. W końcu też sama policja przyznała (we wrześniu 2020 roku, że zaczyna brać pod uwagę ułomność przepisów o maseczkach i tak bardzo już ludzi nie ściga.

Jak rząd miał ważniejsze rzeczy od pandemii

No i w październiku 2020 roku (kiedy opadł kurz po kolejnej rekonstrukcji rządu i wszedł do niego Jarosław Kaczyński - a Julia Przyłebska właśnie wydawała wyrok na kobiety w sprawie aborcji), przepisy ustawy "epidemicznej" z 2008 roku zostały zmienione.

Myślicie, że to koniec? Jasne, że nie. Bo do tej nowelizacji opozycja wstawiła przepisy o podwyżkach dla medyków, których rząd wypłacać nie miał zamiaru. Dlatego ustawa legalizująca nakaz noszenia maseczek czekała spokojnie na podpis prezydenta, aż większość rządowa przepchnie przez parlament inną ustawę zabierającą podwyżki medykom.

Ustawowa podstawa do obowiązku noszenia maseczek, uchwalona w październiku, weszła w życie z końcem listopada 2020 roku (!) - w drugiej fali pandemii, kiedy nikt już nie wierzył, że władzy należy ufać w kwestii obostrzeń covidowych.

Natomiast pierwsze 8 miesięcy epidemii władza zmarnowała na zajmowanie się wyborami kopertowymi, przenoszeniem normalnych wyborów prezydenckich na niekonstytucyjny termin, ściganiem osób LGBT+, rekonstrukcją rządu i rozważaniami, czy nie wyrzucić z niego Zbigniewa Ziobro. Oraz aborcją.

Jak prawo Kaczyńskiego działało w R.

Zakazu wychodzenia z domu i trzymania należytego dystansu porządnie zalegalizować się nie dało - bo ustawa “epidemiczna” nie daje do tego podstawy. Karanie ludzi za wychodzenia z domu "bez uzasadnionej potrzeby” na podstawie rozporządzenia, bez oparcia w ustawie, nie utrzyma się przed sądem - Konstytucja wyraźnie mówi, że obywatele mają wolność poruszania się po terytorium Rzeczypospolitej, a wolność tę może ograniczyć jedynie ustawa.

Jak to wygląda, można posprawdzać na podstawie kasacji, jakie w tej sprawia słał RPO do Sądu Najwyższego. Był bowiem sąd w mieście R. “w centralnej Polsce”, który orzekał po myśli władzy. RPO ściągnął stamtąd wyroki wydawane za łamanie obostrzeń i zanalizował. Odtworzył, co się działo w okolicach R. (można to sobie poczytać samemu zaznaczając na stronie rpo.gov.pl kategorie: "kasacje karne do SN" oraz "koronawirus i epidemia w Polsce").

W skrócie wyglądało to tak. Zbliżała się Wielkanoc 2020 (obchodzona 12 kwietnia). Po mieście R. i okolicach krążyły radiowozy. A to zdybały kochanków, którzy "bez uzasadnionej potrzeby" wyszli z domu w nocy i spotkali się na pustej ulicy, a to przydybali kolegów, którzy rozmawiali ze sobą pod sklepem (mój absolutny zachwyt budziło to, że sklep stał przy ulicy Wolności).

Policja robiła z tego notatki i słała je do sądu, a ten wydawał wyroki nakazowe (procedura dla spraw prostych, kiedy nie ma wątpliwości, co się naprawdę stało). Sąd w R. wymierzał po 100, 200, 300 czasem 400 zł grzywny – czasem ograniczał się do nagany. Sąd Najwyższy wszystkie te wyroki pouchylał.

Czytelniczkę może poruszyć tu fakt, że część z tych ludzi została przyłapana przez policję zaraz po tym, jak cała Polska zobaczyła 10 kwietnia na placu Piłsudskiego cały rząd bez maseczek oddający hołd ofiarom katastrofy smoleńskiej. A potem prezes pojechał na zamknięty cmentarz na grób rodzinny.

"W Polsce generalnie potrzebna jest zasadnicza reforma państwa, dostosowanie konstrukcji naszego państwa do pewnych cech polskiego charakteru, wyciągnięcie wniosków z ostatnich doświadczeń" - mówi teraz w rozmowie z Interią Kaczyński. Ale być może wystarczyłoby, gdyby władza nie łamała ostentacyjnie obostrzeń covidowych?

Czytelnik może zapytać, czy nie trzeba było po prostu uchwalić ustawy o pandemii, która dawałaby rządowi prawo do wydawania zakazów i nakazów rozporządzeniami. Odpowiedź brzmi: nie, nie trzeba było, bo takie ustawy już są. Tylko wyjąć i używać – to ustawy o stanach nadzwyczajnych (wyjątkowym, klęski żywiołowej lub wojennym). Rząd o nich wie – skoro użył tych rozwiązań teraz, w strefie nadgranicznej.

"W utrwalonym już orzecznictwie Sądu Najwyższego zasadnie wskazywano, że nałożenie nakazów i zakazów w zakresie podstawowych praw i wolności obywatelskich może mieć miejsce jedynie w sytuacji wprowadzenia jednego z trzech stanów nadzwyczajnych, o których mowa w przepisie art. 228 ust. 1 Konstytucji RP. Szczegółowe uregulowania dotyczące funkcjonowania organów władzy publicznej, a także reguły i zakres dokonywania tych ograniczeń wolności i praw człowieka winny natomiast, stosownie do treści art. 228 ust. 2 Konstytucji RP znaleźć odzwierciedlenie w regulacjach ustawy" - pisał Sąd Najwyższy.

Tyle że obostrzenia wydawane na tej podstawie nie mogą obowiązywać bez końca, a sam stan nadzwyczajny podlega kontroli parlamentu.

Czyli można było ludzi ratować, ale za cenę ograniczenia swojej władzy. A tego władza nie chciała - zwłaszcza, że w czasie i po zakończeniu stanu nadzwyczajnego nie można od razu przeprowadzać wyborów prezydenckich. A władza postanowiła te wybory przeprowadzić za wszelką cenę.

Dziś zaś prezes Prawa i Sprawiedliwości mówi nam, że w zasadzie to parcie do głosowania było bez sensu – bo o prezydencie myśli źle i od dawna z nim nie rozmawia.

Jak władza użyła przepisów covidowych jako pałki na kobiety

Kiedy na przełomie 2020/21 władza w zasadzie przestała egzekwować obostrzenia covidowe, a obywatele przestali się nimi przejmować jako oczywiście absurdalnymi i nic nie znaczącymi, jedna grupa ludzi nadal była nimi atakowana. To protestujący w obronie praw kobiet po wyroku TK Przyłębskiej.

Tu atak na obywateli miał cechy czystej represji. Za "brak zachowania należytej odległości" mógł być ukarany ktoś, kto stał samotnie, z dala od innych, za brak maseczki – osoba przemawiająca na zgromadzeniu. I to wszystko szło równolegle do trzymania ludzi w policyjnych kotłach i do traktowania ich gazem (choć policja doskonale wie, że substancje drażniące układ oddechowy przyspieszają rozprzestrzenianie się covidu).

W Ostrowcu Świętokrzyskim policja chciała ukarania kobiet, które na demonstracji stanęły na boku i zdjęły maseczki, żeby zapalić. Do sądu policjanci dostarczyli bogatą dokumentację fotograficzną, na podstawie której sąd (uważany w mieście za "mocno partyjny") doszedł do wniosku, że trzy palaczki są bardzo dobrymi znajomymi. Muszą więc wspólnie spędzać czas – i wspólny papieros na otwartej przestrzeni nie stanowił poważnego zagrożenia...

Liderki Ogólnopolskiego Strajku Kobiet są obecnie ścigane przez prokuraturę za sprowadzenie "niebezpieczeństwa dla życia lub zdrowia wielu osób albo dla mienia w wielkich rozmiarach" (art. 165 KK) i grozi im do ośmiu lat więzienia. Śledztwa w tej sprawie prokuratura prowadziła w wielu miejscowościach (np. na Dolnym Śląsku, nawet wobec młodziutkich kobiet, które pierwszy raz zabrały głos w przestrzeni publicznej).

Jak Kaczyński grał w piłkę nożną

Nikt oczywiście nie wpadł na pomysł, by z tego artykułu ścigać Julię Przyłębską za zorganizowanie długo odkładanej rozprawy ws. aborcji na początku drugiej fali, choć było jasne, że temat jest niezwykle drażliwy społecznie A kiedy prokurator Ewa Wrzosek chciała sprawdzić, czy rządzący organizujący wybory w pandemii bez podstawy prawnej (bo organizowali je, choć parlament nie przyjął jeszcze stosownych przepisów) nie naruszyli przypadkiem art. 165 kk, śledztwo zostało jej odebrane i natychmiast umorzone. A w jej telefonie zamieszkał Pegasus.

Kaczyński załatwił już swojej drużynie grę na boisku, w którym opozycja ma pod górkę i do tego światło w oczy – a on i jego koledzy mają z górki. Ale i tak nie potrafią normalnie strzelić bramki. Tylko ręką i na spalonym.

A zatem – jaka reforma wymiaru sprawiedliwości mogłaby mu pomóc?

Udostępnij:

Agnieszka Jędrzejczyk

historyczka z wykształcenia. Od 1989 r. przez 22 lata redaktorka w Gazecie Wyborczej, potem przez 10 lat urzędniczka, m.in. w Biurze Rzecznika Praw Obywatelskich Adama Bodnara. Od 2021 r. w OKO.press

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne