0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Foto Grzegorz Celejewski / Agencja Wyborcza.plFoto Grzegorz Celeje...

Jeszcze przed zaprzysiężeniem rządu KO, Lewicy i Trzeciej Drogi zapowiadaliśmy zielony zwrot w polskiej polityce. Wiele wskazywało na to, że politycy nowej koalicji rozumieją, że polską przyrodę należy zacząć chronić na poważnie, a cele klimatyczne traktować priorytetowo.

Ważne z perspektywy ochrony klimatu i środowiska punkty znalazły się w umowie koalicyjnej. Chodziło między innymi o ochronę i odtwarzanie mokradeł, przyspieszenie transformacji energetycznej czy walkę z zanieczyszczeniem rzek.

„Widzę to tak” to cykl, w którym od czasu do czasu pozwalamy sobie i autorom zewnętrznym na bardziej publicystyczne podejście do opisu rzeczywistości. Zachęcamy do polemik.

Natura od nowa? Tusk przeciwny

Po pół roku widać jednak, że najważniejsi politycy obozu rządzącego zarówno zmieniają retorykę, jak i przekładają ją na działanie. Najbardziej jaskrawą oznaką rezygnacji rządu Tuska (choć nie wszystkich jego członków) od proklimatycznego podejścia jest zagłosowanie przeciwko Nature Restoration Law. To europejskich regulacji zapewniających skuteczniejszą ochronę dzikiej przyrody poprzez odtworzenie rozlewisk, torfowisk czy obszarów leśnych.

Polski rząd w poniedziałek 17 czerwca zagłosował przeciwko tym propozycjom, stając w jednym rzędzie m.in. z Viktorem Orbánem, węgierskim premierem od lat podążającym w stronę autorytaryzmu i utrzymującym przyjazne stosunki z putinowską Rosją. Ten antyekologiczno-antydemokratyczny pakiet nie jest przypadkowy – politykę klimatyczną na całym świecie najsilniej kontestuje skrajna prawica.

Tusk podjął decyzję o głosowaniu wbrew stanowisku działającej przy rządzie Polskiej Rady Ochrony Przyrody i rekomendacji ministerstwa klimatu.

To cios w resort, który odpowiada za znaczące aspekty polityki państwa – w tym dystrybucję potężnych unijnych pieniędzy na transformację energetyczną.

Stanowisko Tuska ostro krytykowali zaangażowani w sprawy przyrody społecznicy. "Tylko silne, różnorodne gatunkowo i wiekowo lasy są w stanie zmagazynować odpowiednią ilość węgla czy retencjonować wodę, a zatem zapobiegać suszom i gwałtownym zjawiskom pogodowym. W nowym unijnym prawie chodzi o wyłącznie bezpieczeństwo nas wszystkich, w tym bezpieczeństwo żywnościowe. Bez zdrowych gleb, zapylaczy i wody, rolnicy nie będziemy w stanie produkować wielu kluczowych produktów żywnościowych” – komentował Radosław Ślusarczyk z Pracowni na rzecz Wszystkich Istot, ekspert Koalicji Klimatycznej.

Przeczytaj także:

A tacy byli ładni, proklimatyczni

Decyzja o sprzeciwie wobec Nature Restoration Law drastycznie kontrastuje z wypowiedziami polityków Koalicji Obywatelskiej z kampanii wyborczej przed wyborami parlamentarnymi. Możemy przypomnieć sobie między innymi płomienne wystąpienia Rafala Trzaskowskiego, który wprost mówił o potrzebie jak najszybszego odejścia od węgla i zatrzymania katastrofy klimatycznej. Słyszeliśmy wiele o przyszłości kolejnych pokoleń, sporo było słów pochwały dla działania młodzieży, której temat klimatu najbardziej leży na sercu.

Zdecydowanie wypowiadał się również Donald Tusk, który zagrzewał swoich zwolenników do walki o klimat „Katastrofa klimatyczna to nie jest abstrakcja, czy ideologia – to nieszczęście i bezpośrednie konsekwencje dla nas w Polsce. Musimy zjednoczyć siły i budować synergię z tymi, którzy najszybciej zareagowali na zmiany klimatu. Tymi najmłodszymi i najodważniejszymi. Trzeba połączyć kompetencję, wizję, odwagę i sprawczość. Chcemy Polski ciepłej, zielonej, czystej, my to wygramy. Nie mamy innego wyjścia” – mówił Tusk dwa lata temu.

Tusk zapomniał o klimacie?

Dziś wyborcy, których przekonały emocjonalne wypowiedzi Tuska czy Trzaskowskiego, mogą czuć się oszukani.

Progresywne poglądy Tuska na temat klimatu szybko wyparowały – o ile rzeczywiście je podzielał. W sprawach ochrony przyrody i transformacji energetycznej jego rząd zaskakująco często postępuje podobnie do swoich poprzedników. Sięga nawet po antyunijną retorykę w wersji soft („sami zrobimy, UE nic nam nie będzie narzucać” – tak można streścić ten przekaz).

Nature Restoration Law mogło upaść przez polski sprzeciw. Było blisko. Rozporządzenie nie upadło, bo stanowiska swojego rządu nie posłuchała ministra klimatu z Austrii. O ile propozycje zawarte w rozporządzeniu UE zostaną skutecznie przekute w krajowe prawo, będziemy mieć nieco większe szanse na uniknięcie najgorszych efektów zmiany klimatu.

Jakich efektów? Choćby wysychania naszego kraju. Jak tłumaczył w rozmowie z OKO.press prof. Wiktor Kotowski, biolog z Uniwersytetu Warszawskiego i założyciel Centrum Ochrony Mokradeł unijne prawo pomoże zatrzymać ten proces.

“Wydawało nam się, że mamy dużo wody i przez ostatnie kilkadziesiąt lat beztrosko uregulowaliśmy większość rzek i osuszyliśmy większość mokradeł. Bez odbudowy zasobów wodnych i przy ociepleniu klimatu po prostu wyschniemy” – ostrzegał naukowiec.

Odbudowa zasobów wodnych to właśnie jeden z celów Nature Restoration Law – a pozostałe cele są co najmniej równie istotne. Takie działania powinny uchodzić za obowiązek każdego odpowiedzialnego rządu. Szkoda, że najwyraźniej premier nie podziela tego poglądu.

Zielony Ład kontra PSL

Nie tylko Donald Tusk wychodzi przy tym na hamulcowego. Pisaliśmy już o trudnościach kontrolowanego przez Polskę 2050 resortu klimatu, w którym trudno dostrzec dążenie do rewolucyjnych zmian. Możliwe, że Szymon Hołownia ekologiczne ambicje musiał powściągnąć w koalicji z Polskim Stronnictwem Ludowym. W duecie z Władysławem Kosiniakiem-Kamyszem podkreśla, że walka o klimat zda się na nic, jeśli w niedalekiej przyszłości Polska zmierzy się w walce zbrojnej z agresorami ze wschodu.

W tej sytuacji trudno działać urzędnikom ministerstwa klimatu. Odpowiedzialny między innymi za leśnictwo i łowiectwo wiceminister Mikołaj Dorożała musi ścierać się z partnerami z PSL-u, którzy mają decydujący wpływ na obsadę najważniejszych stanowisk w Polskim Związku Łowieckim i Lasach Państwowych.

W lutym doszło do ostrego spięcia pomiędzy Dorożałą a wywodzącym się z PSL-owskiego środowiska Eugeniuszem Grzeszczakiem. Wspierany przez przewodniczącego Narodowej Rady Łowieckiej Łukasza Możdżonka, Grzeszczak mocno skrytykował plany ministerstwa klimatu, mówiące o zakazie polowania na niektóre gatunki ptaków i obowiązkowych badaniach lekarskich dla myśliwych.

Dorożała zagrał ostro, wzywając Grzeszczaka na dywanik. Ministerstwo kontynuuje prace nad zmianami w łowiectwie.

Progresywne reformy są o tyle trudniejsze, że retorykę zmienili też inni z najważniejszych polityków obozu rządzącego, na czele z Donaldem Tuskiem. Koalicji Obywatelskiej i PSL-owi coraz bliżej do prawicowych narracji, w których sceptycyzm wobec zasięgu i tempa zielonych reform łączy się z niechęcią wobec regulacji Unii Europejskiej. Było to widać między innymi podczas protestów rolników.

Rząd skapitulował przed rolnikami, niemal bez dyskusji godząc się na poluzowanie zasad rolniczej części Europejskiego Zielonego Ładu. Chodziło między innymi o opóźnienie regulacji uzależniającej dopłaty od spełnienia obowiązku ugorowania (pozostawiania części pól bez uprawy) i zasad używania sztucznych nawozów.

Rząd Tuska oddał tę sprawę walkowerem, zapewne obawiając się konkurencji z prawej strony. Konfederacja i PiS bez skrupułów straszą możliwymi konsekwencjami „narzuconej” przez Brukselę zielonej polityki, a koalicja powoli przesuwa się w prawo – podobnie jak w przypadku wątków bezpieczeństwa czy humanitarnego traktowania uchodźców i migrantów.

Wyborcy idą w sceptycyzm

Nie sposób rozstrzygać, co jest tu istotniejsze: czy to nastroje społeczne idą za politycznymi narracjami, czy jest odwrotnie – i to raczej politycy dopasowują się do oczekiwań wyborców. Tak czy inaczej, na pewno mamy do czynienia ze społeczno-politycznym sprzężeniem zwrotnym.

A to, że elektorat podchodzi coraz bardziej sceptycznie do ochrony środowiska i transformacji energetycznej jest faktem. Pokazuje to ostatni sondaż CBOS. Jeszcze rok temu odejście od użycia węgla w gospodarce popierało 70 proc. respondentów. W czerwcu '24 takie rozwiązanie popiera 61 proc. przepytanych przez państwową sondażownię osób.

Późniejsze osiągnięcie neutralności klimatycznej (w którym emisje gazów cieplarnianych są równe zeru) już po 2050 roku popiera aż 68 proc. pytanych, choć Unia Europejska przyjęła, że połowa XXI wieku jest nieprzekraczalnym terminem wyzerowania emisji.

Rozwój bezemisyjnej energetyki – wiatrowej, jądrowej czy słonecznej – wciąż popiera zdecydowana większość respondentów. Widać jednak, że są oni o wiele mniej przekonani o wadze inwestycji w te technologie.

Bardzo możliwe, że przyjmując ekosceptyczną optykę rządzący hodują przyszłych wyborców skrajnej prawicy, która w wątkach klimatycznych jest bardziej wyrazista i ma większy arsenał demagogicznych „argumentów”, z szerzeniem antynaukowych teorii na czele. Po co popierać KO, letnią w sprawach klimatycznej agendy, kiedy konkurencją jest ugrupowanie stawiające na odrzucenie całego Zielonego Ładu?

Dyrektywa budynkowa na językach prawicy

W kolejce na decyzje polskiego rządu czekają następne unijne regulacje skierowane na ochronę klimatu i przyspieszenie proklimatycznego zwrotu.

Niestety, część ekipy rządzącej – nawet jeśli nie przejmuje skrajnie prawicowej retoryki – oddaje pole skrajnym ugrupowaniom. Tak jest w przypadku dyrektywy budynkowej, w myśl której istniejące budynki w dużej części miałyby przejść gruntowną modernizację, a nowo budowane powstawać w oparciu o zeroemisyjne technologie. Chodzi między innymi o dokładne ocieplenie czy wykorzystanie ogrzewania opartego na pompach ciepła.

Temat podchwycili politycy prawicy i bliscy tej opcji politycznej publicyści. Bruksela w ich narracji idzie w ekologiczny absurd, a zwykli ludzie będą płacić krocie za dostosowanie się do pomysłów UE.

„Dyrektywa budynkowa to w perspektywie 10 lat będzie bilion złotych, które wydamy z własnej kieszeni, żeby zrealizować chore, ideologiczne pomysły Unii Europejskiej” – mówił w marcu Patryk Jaki z Suwerennej Polski, wspierany przez Dariusza Mateckiego.

„Jak wiadomo, temperatura rośnie, planeta płonie i będziemy się wszyscy smażyć, więc trzeba ocieplać budynki” – komentował z kolei Jan Pospieszalski, ignorując fakt, że izolacja termiczna chroni nie tylko przed zimnem, ale i ciepłem.

„Dyrektywa budynkowa realnie doprowadzi do zubożenia i tragedii milionów Polaków” – podkreślał poseł PiS Kazimierz Smoliński.

Prawica przejmuje narrację

Anna Bryłka z Konfederacji stwierdziła z kolei, że do przyjęcia jest mówienie o „dyrektywie wywłaszczeniowej”.

„Nie wiem, kto pierwszy użył tego sformułowania, nie jestem w stanie sobie odtworzyć. Są w niej jednak zapisy, które wzbudzają kontrowersje, np. preambuła, w której zaznaczono, że państwa Unii Europejskiej mają zrobić wszystko, by nie doprowadzić do eksmisji w związku z realizacją tych zapisów o renowacjach. Według mnie to oznacza, że ustawodawca zakłada, że z powodu jej implementacji może dochodzić do eksmisji” – stwierdziła w rozmowie z Energetyką24.

Prawica podgrzewa wątpliwości i ukuła kilka chwytliwych haseł, które zdążyły przebić się do mediów głównego nurtu. Jak na tym tle prezentują się politycy koalicji?

„Zupełnie nic na temat nie wiem, nic” – odpowiedziała Joanna Scheuring-Wielgus, wybrana na europosłankę z list Lewicy, zapytana o dyrektywę budynkową w RMF FM.

A zatem politycy skrajnej prawicy są przygotowani, by sensowne regulacje proklimatyczne atakować, posługując się przy tym niezgodnymi z prawdą argumentami. A jedna z ważniejszych polityczek Lewicy o sprawie nie ma pojęcia.

Dyrektywa budynkowa, czyli zero emisji z budownictwa

A powinna, bo dyrektywa budynkowa (a właściwie jej nowelizacja) mocno wpłynie na nasze życie. Ma doprowadzić do neutralności klimatycznej budynków do 2050 roku. To ważne, bo dziś budynki odpowiadają za 40 proc. konsumpcji energii w UE. Po zmianach ta wartość ma się zmniejszyć, a prąd ma pochodzić z czystych źródeł.

Jak do tego dojść?

W 2030 roku emisje z budownictwa mieszkaniowego mają zmniejszyć się o 16 proc. do 2035 o 20–22 proc.

Od 2025 roku nie będzie można dotować pieców na paliwa kopalne (w tym tych gazowych). Od 2030 roku wszystkie nowe budynki mają być bezemisyjne.

Oznacza to między innymi, że nie będą mogły być ogrzewane gazem. Ta regulacja ma wejść w życie wcześniej w przypadku nowych budynków użyteczności publicznej – będzie obowiązywała od 2028 roku. Do sumy emisji będą wliczane również te, które pojawiły się w trakcie produkcji materiałów budowlanych. Mocno emisyjne jest między innymi wytwarzanie betonu, odpowiadające za 6-8 proc. wszystkich emisji wynikających z działalności człowieka.

Co z tym gazem?

W dyskusji o dyrektywie pojawiły się też głosy o zakazie używania kotłów gazowych od 2040 roku. Czy to prawda? „Dyrektywa nie zawiera zapisów, które będą zmuszały właścicieli urządzeń grzewczych na gaz do wymontowania ich po 2040 roku. Mówi natomiast o wymogu przygotowania przez rządy krajowych planów działań »z myślą« o osiągnięciu sytuacji, w której faktycznie do 2040 roku wycofamy się z ogrzewania paliwami kopalnymi w budynkach. Może to jednak przyjąć formę np. zaplanowania wdrożenia programu wsparcia wymiany źródeł gazowych o odpowiednim budżecie i horyzoncie czasowym, czyli w polskich warunkach mogłoby chodzić o stopniową ewolucję programu Czyste Powietrze” – zwraca uwagę Aleksander Śniegocki z Instytutu Reform, zapytany o plan Brukseli przez portal SmogLab.

Mimo wszystko nie można się dziwić, że dyrektywa budzi lęki. Rząd na razie nie robi z kolei wystarczająco wiele, by je uspokoić.

O plany wokół nowych regulacji zapytaliśmy odpowiadające za ich wdrażanie ministerstwo rozwoju. Dowiedzieliśmy się między innymi, że akcja informacyjna jest dopiero planowana, a szczegółowa strategia dotycząca budynkowej rewolucji będzie znana do końca roku.

Trochę wiadomo jej finansowaniu. Termomodernizacja budynków będzie wspierana między innymi antysmogowymi programami Czyste Powietrze i Stop Smog czy Fundusz Termomodernizacji. Wspomogą nas przede wszystkim środki z KPO.

Na modernizację budynków wielorodzinnych zarezerwowano w nim 14 mld złotych. To dużo, ale wciąż dużo mniej, niż okrągły bilion złotych, o którym bez powołania się na źródła wspominał Patryk Jaki. Resort rozwoju pracuje też nad nowym narzędziem wsparcia – Społecznym Funduszem Klimatycznym.

Klimat sobie, polityka sobie

Do tych informacji trzeba jednak się dokopać – są dostępne między innymi na ministerialnych stronach. Media głównego nurtu najczęściej podają dalej cytaty z prawicowych polityków. Ich przekaz idzie w świat, nawet jeśli w większości przypadków dziennikarze weryfikują wątpliwe wypowiedzi z rzeczywistością. Rządzący tracą z kolei kontrolę nad narracją, a w końcu mogą zbliżyć się do poglądów prezentowanych przez opozycję, mając na względzie wybory prezydenckie w przyszłym roku.

Dyrektywa została przyjęta przy polskim głosie wstrzymującym się. Nie jest jednak wykluczone, że politycy koalicji w przyszłości będą przekonywać o możliwości negocjacji z Brukselą o poluzowaniu regulacji wobec wciąż uzależnionej od węgla Polski. Argumenty o dopłatach do modernizacji budynków i niższych rachunkach za ogrzewanie mogą nie zadziałać na przestraszonych przez prawicę wyborców.

Europejski Zielony Ład dopiero się rozkręca, a kolejne elementy strategii klimatycznej czekają na uchwalenie lub zrewidowanie – chodzi choćby o planowany na 2035 rok zakaz rejestracji nowych aut spalinowych.

Możliwe, że rząd w przypadku kontrowersyjnych i niepopularnych reform przyjmie jedną z dwóch strategii: bierności lub przyjmowania języka i argumentacji prawicy. Obie wydają się błędne i niebezpieczne.

;
Marcel Wandas

Reporter, autor tekstów dotyczących klimatu i gospodarki. Absolwent UMCS w Lublinie, wcześniej pracował między innymi w Radiu Eska i Radiu Kraków, publikował też w Magazynie WP.pl i na Wyborcza.pl.

Komentarze