Europejczycy latami słyszeli od Donalda Trumpa: wydawajcie więcej na obronność. Teraz problemem nie są pieniądze, a to, że USA mogą nie mieć czego sprzedać. Eksperci ostrzegają, że najbliższe 3-4 lata to najbardziej newralgiczny czas dla bezpieczeństwa Europy.
Z jednej strony bowiem faktem stanie się już pewnie częściowe wycofanie amerykańskich wojsk z kontynentu (na razie była mowa o wycofaniu 5 tysięcy żołnierzy z Niemiec, a prezydent Trump zapowiadał, że na tym się nie skończy; w tym tygodniu okazało się, że wstrzymane jest również wysłanie do Polski 4-tysięcznej brygady rotacyjnej kawalerii). Z drugiej Rosja, po wygaszeniu wojny w Ukrainie, może już odbudować siły na tyle, by być gotowym do ataku na któreś z państw NATO. Na takie ryzyko wprost wskazuje najnowszy raport bezpieczeństwa holenderskiego wywiadu wojskowego MIVD, o którym na łamach OKO.press pisała Anna Mierzyńska.
O takim zagrożeniu mówili też eksperci podczas konferencji Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych „Strategic Ark” w Warszawie.
„Nasi szefowie sztabów uważają, że Europa znajduje się w tzw. »oknie podatności« od teraz do mniej więcej 2030 roku [gdy zrealizowane zostaną najważniejsze inwestycje zbrojeniowe zaplanowane w ramach unijnego planu Gotowość 2030 – red.]. Jeśli wojna w Ukrainie zostanie wygaszona, a Putin nadal będzie u władzy, to takie okno zwiększonego zagrożenia istnieje” – mówił podczas konferencji François Heisbourg, ekspert Międzynarodowego Instytutu Studiów Strategicznych (IISS) w Londynie.
Problemem w relacjach transatlantyckich nie jest już tylko polityczna niepewność co do ewentualnego amerykańskiego wsparcia dla państw NATO w przypadku inwazji oraz ogólnie trudne relacje z Waszyngtonem, przejawiające się m.in. w torpedowaniu handlu transatlantyckiego poprzez nakładanie ceł. Coraz częściej chodzi o bardzo praktyczne pytanie: czy Stany Zjednoczone będą w stanie dostarczać uzbrojenie dla wszystkich sojuszników jednocześnie? Wojna w Ukrainie, konflikt na Bliskim Wschodzie i przygotowania USA do rywalizacji z Chinami zaczynają bowiem coraz mocniej obciążać amerykański przemysł zbrojeniowy.
– Wojna w Iranie może spowodować, że sprzedaż międzynarodowa zostanie dla amerykańskiego przemysłu obronnego zablokowana
– ostrzegała Alina Polyakova, szefowa waszyngtońskiego think tanku CEPA, czyli Central European Policy Analysis. Ona także argumentowała, że problem między USA a Europą nie sprowadza się już wyłącznie do politycznych napięć, ale do twardych ograniczeń produkcyjnych i logistycznych amerykańskiego przemysłu zbrojeniowego ze względu na to, że Stany Zjednoczone jednocześnie wspierają Ukrainę, angażują się militarnie na Bliskim Wschodzie i przygotowują do strategicznej rywalizacji z Chinami. A część najbardziej zaawansowanych systemów – przede wszystkim rakiety przechwytujące, obrona powietrzna i amunicja precyzyjna – nie może być produkowana szybko i masowo.
– Już teraz w Stanach Zjednoczonych zaczynają się ciche rozmowy o konieczności produkcji przede wszystkim na potrzeby bezpieczeństwa wewnętrznego i obrony własnego terytorium – mówiła Polyakova. Ostrzegała, że może to oznaczać ograniczenie eksportu części uzbrojenia do sojuszników.
Opóźnienia w dostawach sprzętu wojskowego z USA do Europy to nie są już wyłącznie spekulacje ekspertów. Reuters informował w kwietniu, że administracja USA zaczęła ostrzegać część europejskich sojuszników, w tym państwa regionu Morza Bałtyckiego i Skandynawię, przed możliwymi opóźnieniami dostaw uzbrojenia. Według agencji „wojna przeciwko Iranowi zaczęła nadwyrężać amerykańskie zapasy części kluczowego uzbrojenia i amunicji”. Problem dotyczy przede wszystkim systemów obrony powietrznej, rakiet i zaawansowanej amunicji, których produkcji nie da się szybko zwiększyć.
Według źródeł agencji opóźnienia mają dotyczyć m.in. dostaw broni zamówionej w ramach tzw. Foreign Military Sales program, czyli rządowego programu sprzedaży uzbrojenia sojusznikom. W ramach tego programu Polska od 2023 roku złożyła zamówienia m.in. na czołgi Abrams, helikoptery Apache, HIMARS-y, oraz amerykański system obrony powietrznej i przeciwrakietowej średniego zasięgu Patriot. Polskie Ministerstwo Obrony Narodowej potwierdzało w kwietniu i maju, że istnieje ryzyko opóźnień w dostawach.
Są też już konkretne przypadki opóźnień w Europie. Reuters poinformował 13 maja, że dostawy Patriotów dla Szwajcarii zostały przesunięte o 5–7 lat, częściowo przez wcześniejsze obciążenie wojną w Ukrainie, a teraz dodatkowo przez konflikt z Iranem. Szwajcarzy zamówili pięć baterii systemu Patriot w 2022 roku, które miały do nich dotrzeć w 2027-2028 roku. Ale to nie jedyny problem. Jak informuje szwajcarski dziennik „Tages-Anzeiger” Amerykanie drastycznie podnieśli też ceny zamówionych baterii. Zakup Patriotów miał kosztować Szwajcarię 2,3 mld franków, a teraz okazuje się, że będzie nawet o 50 proc. wyższy. Szwajcarzy zaczęli rozważać zakup alternatywnych systemów z Europy, Izraela i Korei Południowej.
To nie wszystko. 20 marca agencja Associated Press pisała, że USA przesuwają Patrioty z Europy na Bliski Wschód, a część amerykańskich urzędników otwarcie alarmowała o powstałych w ten sposób lukach w europejskiej obronie przeciwlotniczej. Dwa systemy Patriot miały zostać przesunięte z Niemiec do Turcji, co potwierdziło tureckie ministerstwo obrony. Z Europy zabierane są też pociski do Patriotów. Według Associated Press tylko w ciągu pierwszych kilku dni wojny z Iranem miało zostać zużytych ok. 943 pocisków Patriot.
USA używają na Bliskim Wschodzie Patriotów do zestrzeliwania tanich irańskich dronów, co jest ogromnym marnotrawstwem.
Patrioty to nie artyleria 155 mm, której można produkować setki tysięcy sztuk rocznie. To skrajnie zaawansowane technologicznie pociski przechwytujące. Lockheed Martin dopiero zwiększa produkcję: z ok. 600 rocznie, do planowanych 2000 rocznie pod koniec dekady. – Czyli sami Amerykanie przyznają, że obecne moce produkcyjne są niewystarczające wobec globalnego popytu – mówił podczas konferencji „Strategic Ark” François Heisbourg.
Problemy z wydolnością amerykańskiego przemysły zbrojeniowego to kolejny powód, dla którego Europejczycy muszą jak najszybciej zwiększyć własną produkcję. – Nie będziemy zamawiać broni, której Amerykanie nie będą nam w stanie dostarczyć – mówił podczas dyskusji François Heisbourg. Rozwój mocy produkcyjnych branży zbrojeniowej w Europie to teraz najważniejsze zadanie dla branży i decydentów, którzy odpowiednimi programami rządowymi i ułatwieniami przepisów mogą wesprzeć branżę. To w tym ma pomagać unijny program SAFE, którego tak nie chciało Prawo i Sprawiedliwość.
Europa przyspiesza inwestycje we własny przemysł zbrojeniowy, rośnie nacisk na „europejską preferencję” w zakupach uzbrojenia, a europejskie firmy próbują uniezależnić się od części amerykańskich systemów. „Financial Times” pisał już w 2025 roku, że europejskie koncerny gwałtownie zwiększają produkcję amunicji, rakiet, czołgów i systemów obrony powietrznej.
Szwedzki Saab, niemiecki Rheinmetall czy norwesko-fińskie Nammo notują rekordowe zamówienia i rozbudowują moce produkcyjne. Nammo inwestuje dziś „20 razy więcej” w sprzęt produkcyjny niż przed wojną w Ukrainie. Francuzi pracują nad odpowiednikami HIMARS-ów i pocisków manewrujących Tomahawk, a Airbus, Leonardo i Thales rozmawiają o stworzeniu europejskich sojuszy przemysłowych zdolnych konkurować z amerykańskimi gigantami. Problemem pozostają jednak rozdrobnienie europejskiego rynku i wieloletnie uzależnienie od technologii USA.
„Europa nadal potrzebuje USA bardziej niż kiedykolwiek, ale jednocześnie zaczyna odkrywać, że Ameryka może nie być w stanie uzbroić wszystkich sojuszników naraz, a przyszły kryzys może wyglądać inaczej niż dotąd: nie »czy USA chcą pomóc?«, tylko: »komu USA pomogą najpierw?«. To zupełnie nowy etap debaty transatlantyckiej” – mówił podczas konferencji „Strategic Ark” François Heisbourg.
Ta kwestia będzie zapewne tematem zbliżającego się szczytu NATO w Ankarze. Poza tym, że przed szczytem będzie trwało rozliczanie państw sojuszu z tego, czy rzeczywiście zwiększają wydatki obronne zgodnie z założeniami z zeszłorocznego szczytu w Hadze (sukcesywnie do 5 proc. PKB w 2030 roku), a szczyt w Ankarze będzie momentem weryfikacji realnych decyzji budżetowych, to będzie musiał zostać poruszony problem realnych zdolności produkcyjnych.
Mówił o tym Radosław Sikorski podczas rozmowy z Andrijem Sybihą, ukraińskim ministrem spraw zagranicznych, który namawiał Amerykanów na inwestycje zbrojeniowe w Europie.
„USA także napotykają dziś wąskie gardła produkcyjne. Musicie zwiększyć moce produkcyjne, a amerykańskie firmy są bardzo mile widziane, by robić to razem z nami tutaj, w Europie” – mówił szef polskiego MSZ.
Ważnym tematem dyskusji podczas konferencji „Strategic Ark” było też to, w jakim stanie są relacje transatlantyckie. Czy jesteśmy świadkami rozpadu powojennego sojuszu, czy raczej transformacji relacji między partnerami?
Alina Polyakova z CEPA argumentowała, że z punktu widzenia USA Europa nadal pozostaje kluczowym partnerem strategicznym – nie tylko militarnym, ale też technologicznym i gospodarczym. Według niej relacje transatlantyckie nie rozpadają się, lecz przechodzą głęboką przebudowę. Jej zdaniem ostra retoryka administracji Trumpa wobec Europy jest wyrazem frustracji, a częste krytykowanie Europy nie oznacza, że USA przestały uważać ją za ważną. Gdyby Waszyngtonowi nie zależało na Europie, nie poświęcałby jej tyle uwagi politycznej i dyplomatycznej.
„To nie jest administracja, która mówi, że Europa jej nie obchodzi. To administracja bardzo sfrustrowana niektórymi decyzjami państw europejskich. Gdyby USA nie zależało na Europie, dlaczego mówiłaby o niej tak dużo?” – mówiła Polyakova.
Alina Polyakova uderzała też w pojawiającą się w Europie pokusę, by w odpowiedzi na napięcia z Waszyngtonem szukać większego pola manewru w relacjach z Pekinem. W ostatnich miesiącach do Chin pojechali m.in. prezydent Francji Emmanuel Macron, premier Wielkiej Brytanii Keir Starmer i kanclerz Niemiec Friedrich Merz. Każda z tych wizyt miała własny kontekst: Francja próbowała rozmawiać z Pekinem o handlu i Ukrainie, Wielka Brytania o „resecie” relacji, a Niemcy o współpracy gospodarczej i problemie chińskiej nadprodukcji. Nie były to więc proste próby zastąpienia USA Chinami, ale dobrze pokazywały, że europejscy liderzy szukają sposobu na zmniejszenie kosztów niepewności w relacjach transatlantyckich.
Polyakova ostrzegała, że takie myślenie ma granice. Jej zdaniem Chiny nie oferują Europie „idealnego partnerstwa”, lecz budują zależności — zwłaszcza technologiczne i infrastrukturalne. – Chiny strategicznie tworzą zależności, których nie będziemy w stanie szybko zerwać – mówiła. Dlatego, przekonywała, Europa i USA są sobie potrzebne nie tylko w obronności, ale także w rywalizacji technologicznej: chodzi o to, kto zbuduje globalną infrastrukturę cyfrową i czy będzie ona oparta na technologiach zachodnich, czy kontrolowana przez Pekin. – Musimy pracować z partnerem, którego mamy, a nie z tym, którego chcielibyśmy mieć” – mówiła Polyakova.
Polyakova mówiła też, że jej zdaniem „przyszłość relacji transatlantyckich znajduje się w Europie Środkowo-Wschodniej” i podawała Polskę jako przykład państwa szybko zwiększającego wydatki obronne i utrzymującego dobre relacje z USA.
„Wycofywanie się USA z Europy nie zaczęło się od Trumpa i pewnie na Trumpie się nie skończy. Ale tworzy niebezpieczną lukę, którą może wykorzystać Rosja” – mówił François Heisbourg, ekspert Międzynarodowego Instytutu Studiów Strategicznych w Londynie. – Relacje transatlantyckie osłabiają się od lat – mówił Heisbourg.
Jako wcześniejsze punkty zwrotne wskazał:
Najbardziej optymistycznie o relacjach Europy z USA wypowiadał się Anthony B. Kim, ekspert niegdyś ważnego, republikańskiego think tanku Heritage Foundation, a obecnie protrumpowskiego zaplecza intelektualnego obozu MAGA. Zdaniem Kima obecne napięcia w relacji Europy z Waszyngtonem to „nic wyjątkowego”, bo są czymś „naturalnym” i „historycznie powtarzalnym”. Ekspert Heritage Foundation apelował też, by patrzeć na relacje transatlantyckie w dłuższej perspektywie, a nie przez pryzmat bieżących sporów.
– Przechodzimy przez pewnego rodzaju turbulencje. Ale życie nie przebiega liniowo i relacje transatlantyckie też nie. Podziały w relacjach transatlantyckich istniały zawsze, tylko w różnym stopniu. Nie sądzę, by z długoterminowej perspektywy było to coś wyjątkowego. Ten podział może ostatecznie okazać się czymś pozytywnym i konstruktywnym – mówił Kim.
Przeciwko takiemu ujęciu tematu mocno zaprotestował obecny na sali Eugeniusz Smolar, członek Rady Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych. Smolar zauważył, że obecna administracja USA zantagonizowała Europę do tego stopnia, że nawet takie ugrupowania jak antyeuropejska Alternatywa dla Niemiec, Zjednoczenie Narodowe we Francji, czy Giorgia Meloni we Włoszech „nie chcą mieć już z USA do czynienia”. Smolar wspomniał też o kontrowersyjnym dokumencie wyprodukowanym przez Heritage Foundation, Projekcie 2025, który stanowi swego rodzaju projekt autorytarnej przebudowy państwa.
– Jestem być może jedyną osobą na tej sali, która przeczytała Projekt 2025 napisany przez autorów związanych z Heritage Foundation. To bardzo niepokojący dokument. To projekt ideologiczny, który jest dziś wdrażany w Stanach Zjednoczonych w bardzo niebezpiecznym, autokratycznym kierunku. Kiedy mówi pan o sojuszu transatlantyckim, wspomina pan Polskę, Litwę, Estonię, Szwecję, ale nie mówi pan o Francji, Niemczech czy Wielkiej Brytanii. Jak można sobie wyobrażać relacje transatlantyckie z Polską jako ich osią? – mówił Smolar, dowodząc, że obecna administracja USA świadomie pogłębia podziały między Europą Zachodnią a Europą Środkowo-Wschodnią, próbując budować relacje z wybranymi państwami regionu kosztem jedności europejskiej.
Bezpieczeństwo
Rosja
USA
Emmanuel Macron
Friedrich Merz
Radosław Sikorski
Keir Starmer
Donald Trump
NATO
Heritage Foundation
obronność
program SAFE
SAFE
wydatki zbrojeniowe
Dziennikarka działu politycznego OKO.press. Absolwentka studiów podyplomowych z zakresu nauk o polityce Instytutu Studiów Politycznych PAN i Collegium Civitas, oraz dziennikarstwa na Uniwersytecie Wrocławskim. Stypendystka amerykańskiego programu dla dziennikarzy Central Eastern Journalism Fellowship Program oraz laureatka nagrody im. Leopolda Ungera. Pisze o demokracji, sprawach międzynarodowych i Unii Europejskiej. Publikowała m.in. w Tygodniku Powszechnym, portalu EUobserver, Business Insiderze i Gazecie Wyborczej.
Dziennikarka działu politycznego OKO.press. Absolwentka studiów podyplomowych z zakresu nauk o polityce Instytutu Studiów Politycznych PAN i Collegium Civitas, oraz dziennikarstwa na Uniwersytecie Wrocławskim. Stypendystka amerykańskiego programu dla dziennikarzy Central Eastern Journalism Fellowship Program oraz laureatka nagrody im. Leopolda Ungera. Pisze o demokracji, sprawach międzynarodowych i Unii Europejskiej. Publikowała m.in. w Tygodniku Powszechnym, portalu EUobserver, Business Insiderze i Gazecie Wyborczej.
Komentarze