0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Jakub Porzycki / Agencja GazetaJakub Porzycki / Age...

"Zamach smoleński" - czyli spiskowa teoria dotycząca katastrofy prezydenckiego samolotu 10 kwietnia 2010 - spełniał kryteria opowieści o narodowej krzywdzie. Taka formacja jak PiS mogła o niej tylko marzyć. Dawała okazję do idealnej wręcz definicji wroga - jako sojuszu liberalnych elit i obcych sił, budziła skojarzenia ze zbrodnią katyńską, pozwalała zapleść węzeł narodowej partii i obiecanego państwa, które wstanie z kolan.

Polska wystąpiła w niej w ulubionej od stuleci roli ofiary - atakowanej, mordowanej, upokorzonej, oszukanej i zdradzonej" (por. analizy Jana Sowy w "Fantomowym ciele króla"), a zarazem Jarosław Kaczyński obiecywał po przejęciu władzy wiktorię dumnego narodu i przywrócenie sprawiedliwości.

Smoleńskie paliwo i Tusk jako folksdojcz

Zdrada dyplomatyczna i makabryczna zbrodnia, jakiej - w narracji PiS - dopuściły się elity III RP, ukazały w "zamachu smoleńskim" antynarodowy i najgłębiej niemoralny charakter elit. Uzasadniało to wykluczania ich z polskości, co zresztą stanowi istotę "populizmu" (wg Jana-Wernera Müllera), zgodnie z którym "my i tylko my reprezentujemy naród".

Krew 96 osób na rękach Donalda Tuska miała uruchomić potężne emocje. I uruchomiła, w czym nie przeszkadzał zupełny brak logiki i sensu - bo niby po co Tusk z Putinem mieliby mordować prezydenta i elitę polityczną III RP? Poza zaspokojeniem rojeń o Polsce jako Chrystusie narodów, rzecz jasna.

Teoria zamachu pozwoliła opisać Tuska jako folksdojcza, "niemieckie popychle", a także zgłoszenie propozycji europosła Zdzisława Krasnodębskiego: „Sądzę, dla jasności sytuacji Donald Tusk powinien przyjąć obywatelstwo niemieckie” (por. też analizę hejtu antytuskowego Anny Mierzyńskiej).

Smoleńsk pomagał uporać się najpierw z rządem Platformy, później - z opozycją.

Idąc po władzę w 2015 roku, PiS skupił się na obietnicach socjalnych, ale w tle błyszczała dumna obietnica przywrócenia godności skrzywdzonego narodu. W dodatku sam Jarosław Kaczyński - jako najbardziej dotknięty, bo stracił ukochanego brata i bratową - jako gwarant bezwzględnego rozliczenia winnych zyskiwał dodatkową wartość polityczną.

Zamach smoleński był opowieścią silnie spersonalizowaną, w której Kaczyński występował w roli kustosza pamięci brata i całej mitologii smoleńskiej. Czasem tracił nerwy, jak wtedy gdy w lipcu 2017 krzyczał w Sejmie "bez żadnego trybu" do opozycji: "Wiem, że boicie się prawdy, ale nie wycierajcie sobie swoich mord zdradzieckich nazwiskiem mojej świętej pamięci brata. Niszczyliście go, zamordowaliście, jesteście kanaliami”.

Dlatego tak bolesna dla Kaczyńskiego jest piątkowa (9 kwietnia) wypowiedź o nim Donalda Tuska: "Sam najlepiej w sercu wie, ile ponosi politycznej odpowiedzialności za to, co się w Smoleńsku stało", a także krzyk z megafonu Lotnej Brygady Opozycji niosący się po Pl. Piłsudskiego, gdy Kaczyński składa comiesięczne kwiaty: "Kazałeś lądować bratu? Gryzie cię sumienie?" (zobacz film OKO.press).

Obietnica niebezpiecznie konkretna. "Gdzie jest wrak, facet?"

Mitologia smoleńska, jak to mitologia, żyła w aurze świeckich misteriów paschalnych, czyli miesięcznic smoleńskich, i natchnionych deklaracji, gdy Kaczyński miesiąc w miesiąc obiecywał dotarcie do prawdy i tym samym przywrócenie w kraju moralnego ładu. Problemy zaczęły się, gdy korzystając ze smoleńskiego mitu, w 2015 roku PiS zdobył władzę i z zamglonego smoleńskiego nieba zszedł na polityczną ziemię.

Antoni Macierewicz ruszył do boju, przedstawiając kolejne, coraz bardziej kabaretowe "dowody", że zamach był. Władze PiS obiecały, że sprowadzą do Polski wrak tupolewa.

Dla smoleńskiej religii byłoby to wydarzenie takiej rangi, jak wykupienie przez Chrobrego resztek umęczonego ciała św. Wojciecha (głowę odzyskano wcześniej). Wrak miał być relikwią polskiej suwerenności i narodowej dumy.

"Jesteśmy tej prawdy bardzo blisko. Prawda jest bardzo blisko. I jakakolwiek straszna byłaby ta prawda, musimy ją poznać" - mówił Jarosław Kaczyński w 2012 roku, a potem powtarzał to i powtarzał na kolejnych wiecach, kolejnych miesięcznicach, kolejnych latach.

Wszystko to zakończyło się klapą. Nie zwykłą porażką, ale klapą - totalną kompromitacją.

Nie udało się dosłownie nic - żaden wątek zamachu się nie potwierdził, usilne prace podkomisji Macierewicza zakończyły się niczym, jeśli nie liczyć internetowych drwin, a resztki tupolewa korodują na rosyjskiej ziemi. Upiorne nocne ekshumacje ofiar katastrofy w poszukiwaniu śladów materiałów wybuchowych dały taki sam efekt, jak wszystkie dowody i eksperymenty z parówkami i wysadzanym w powietrze kadłubem z namalowanymi oknami.

Doskonale czująca nastroje Babcia Kasia rzuciła Kaczyńskiemu w twarz pytanie, które jest najkrótszą recenzją smoleńskiej misji PiS: "Gdzie jest wrak, facet?".

„Czy zatem uda się powiedzieć Polakom, do czego doszło 10 kwietnia 2010 roku?” – zapytał Kaczyńskiego Tomasz Sakiewicz w kwietniu 2021.

„Nie mam takiej pewności, choć jest to dla mnie sprawa niezmiernie bolesna” – odpowiedział Kaczyński.

Przeczytaj także:

Nie tylko Smoleńsk. Już wcześniej dostał władzę dzięki bratu

Przez całą karierę polityczną Jarosław Kaczyński dążył do syntezy dwóch stron swej politycznej natury: poszukiwacza mitu i partyjnego urzędnika.

Mit miał wyjaśniać w prosty sposób, dlaczego to właśnie Kaczyński ma rządzić Polską. Niemal 30 lat prezes Prawa i Sprawiedliwości szukał politycznego wihajstra, narracyjnego narzędzia totalnego, które odpowie na wszystkie realne i wydumane nieprawości III RP oraz wyrąbie mu drogę do władzy. Pamiętamy lustracyjne tyrady, wydumane teorie układu, gorączkowo tkane sieci powiązań między elitami biznesowymi a służbami specjalnymi PRL - wszystko to miało wokół Kaczyńskiego zogniskować społeczny gniew i uczynić z niego polityczną trampolinę.

Ale paradoksalnie władzę dały mu zupełnie inne emocje: nadzieja, współczucie i potrzeba zmiany. I za każdym razem zawdzięczał to bratu.

Zanim doszło do smoleńskiej tragedii, w czerwcu 2000 roku niespodziewana nominacja dla Lecha Kaczyńskiego na ministra sprawiedliwości dała wiatr w żagle środowisku Porozumienia Centrum, wtedy marginalnej części coraz bardziej podupadającej Akcji Wyborczej Solidarność. Pozujący na bezkompromisowego szeryfa Lech Kaczyński szybko zdobywał popularność, bo dawał nadzieję na ukrócenie przestępczości i korupcji zrodzonej w pierwszej, pionierskiej dekadzie III RP.

W ciągu pięciu lat na tym uczuciu podlanym sosem z socjalnego frazesu Jarosław zbudował największą partię w Sejmie (2005-2007), brata Lecha uczynił prezydentem (2005-2010), a w końcu sam został premierem (2006-2007), wcześniej nadzorując premiera Marcinkiewicza (2005-2006).

Podobny, choć gorzki i tragiczny, cud polityczny miał miejsce w 2010 roku. W marcu PiS miał 25 proc. poparcia, tracąc do rządzącej od 2,5 roku Platformy Obywatelskiej, bagatela, 20 pkt. procentowych. Sam Jarosław Kaczyński w rankingu zaufania z marca 2010 był najbardziej nielubianym politykiem w Polsce, o kilka długości wyprzedzając konkurentów: jego bilans był ujemny na poziomie 22 pkt. proc. - ufało mu 29 procent, nie ufało 51 proc. ankietowanych.

Ale już trzy miesiące później ten sam Jarosław Kaczyński, bazując na współczuciu społecznym po katastrofie smoleńskiej, ale i budując wizerunek umiarkowanego polityka centrowego, który zakończy stare spory (na debatę telewizyjną sztab kandydata jechał wtedy w hippisowskich strojach, grając i śpiewając - na gitarze Paweł Poncyljusz, na wokalu Elżbieta Jakubiak i Marek Migalski - na melodię Beatlesów "Give PiS a chance", a sam Kaczyński wystosował pojednawczy apel do Rosjan), zdobył w drugiej turze wyborów prezydenckich aż 47 proc. poparcia.

Przegrał z Bronisławem Komorowskim, ale przebił bańkę - choć ta wzięta z mediów społecznościowych kategoria wówczas jeszcze nie istniała.

Patriarcha Kaczyński traci cudowne moce

Lipiec 2010 roku to była rozgrzewka przed podwójnymi wyborami pięć lat później. "Hippisów" (m.in. Jakubiak, Joannę Kluzik-Rostkowską i Migalskiego) Kaczyński szybko z partii usunął i konsekwentnie budował swoją pozycję jako kustosza narodowego mitu smoleńskiego. Tworzył samego siebie na nowo, zrzucał skórę gabinetowego machera. Ćwiczył się w roli patriarchy o wizerunku łączącym świętość papieża i determinację mściciela.

Tak wyhodował liczną bazę wyznawców, by w 2015 roku znów radykalnie skręcić do centrum, odmłodzić wizerunek partii i zaoferować Polakom, zmęczonym długofalowymi skutkami kryzysu ekonomicznego z 2008 roku, nadzieję na lepsze jutro. A więc znów władzę dała mu nadzieja, nie gniew. Tym razem z metafizyczną podszewką krwawej ofiary brata.

Lata 2010-2015 to był najlepszy czas w karierze politycznej prezesa PiS. Udało mu się do maksimum wykorzystać wszystkie swoje zasoby. Poskromił dwie bestie: metapolityki - opowieścią o Smoleńsku, i polityki gabinetowej - wasalizując wszystkich wrogów na prawicy.

Bo przypomnijmy, że mówimy o polityku, dla którego partia jest najważniejsza. O przywódcy, który w 2006 roku - jeśli wierzyć historii opisanej przez Roberta Krasowskiego w książce "Czas Kaczyńskiego" - zrezygnował z wcześniejszych wyborów (Lech Kaczyński miał rozwiązać parlament pod pretekstem nieuchwalenia budżetu) nie dlatego, że jego partia mogła przegrać, ale dlatego, że mogła... wygrać. Ale Jarosław Kaczyński miał się wtedy wystraszyć, że będzie to wygrana oparta na popularności ówczesnego premiera Marcinkiewicza. I w efekcie osłabi kontrolę prezesa PiS nad partią. Więc z wcześniejszych wyborów zrezygnował, a Marcinkiewicza wyrzucił.

Dlatego w przedbiegach przed 2015 rokiem tak ważne było dla niego pełne podporządkowanie sobie przede wszystkim Zbigniewa Ziobry, który w 2012 roku po raz pierwszy zdecydował się zagrać z Kaczyńskim o wszystko, tworząc Solidarną Polskę.

Ideologia katolicka w brudnej wersji

Sprowadzić Kaczyńskiego do smoleńskiej religii to niesprawiedliwa redukcja tej bujnej osobowości. Kaczyński trzymał się zamachu jak pijany płotu, ale jednocześnie uprawiał politykę socjalnej troski (słynne 500 plus) oraz rozgrywał partnerów i przeciwników politycznych. Rozwijał też inne wątki ideologiczne, przy czym wydaje się, że i tutaj religia smoleńska odegrała znaczącą rolę prowadząc Kaczyńskiego - czy to z wyrachowania, czy autentycznej konwersji - do przyjęcia zapisanego w programach PiS dogmatu: "w pełni jest uprawnione twierdzenie, że w Polsce nauce moralnej Kościoła można przeciwstawić tylko nihilizm".

Kaczyński wykorzystuje przy tym to, co w naukach Kościoła najbardziej konserwatywne, wykluczające i bezwzględne. Mnoży opowieści o tym, co rzekomo zagraża polskości stopionej z katolicyzmem. Jako władca populistyczny stara się budzić lęki i jednocześnie zapewniać, że przed nimi obroni.

Wybory 2015 wygrał, posługując się - jako dodatkiem do obietnic socjalnych - ksenofobią i straszeniem uchodźcami ze względu na „różnego rodzaju pasożyty, pierwotniaki, które są w organizmach tych ludzi", wielokrotnie jeszcze deklarował się jako obrońca przed "obcymi" zwykłego codziennego "bezpieczeństwa Polaków".

Przed wyborami 2019 (europejskimi i parlamentarnymi) cofnął zegar czasu o dobre 50 lat i odpalił homofobię, występując w obronie "normalnej polskiej rodziny" i krzycząc do osób LGTB: Wara od naszych dzieci. Stanął w jednym szeregu z najgorszymi hierarchami od "tęczowej zarazy", w efekcie słowa Jędraszewskiego wg sondażu OKO.press budziły zachwyt 68 proc. wyborców PiS. Straszy Brukselą i Niemcami, podsycając nastroje eurosceptyczne.

Z mizoginicznym okrucieństwem od 2016 roku walczy o nakaz rodzenia chorych i uszkodzonych płodów, by "nawet przypadki ciąż trudnych, gdy dziecko jest skazane na śmierć, zdeformowane, kończyły się porodem, by to dziecko mogło być ochrzczone, pochowane, miało imię". Protesty kobiet zatrzymały nowelizację prawa aborcyjnego w 2016 roku, udało się dopiero wyrokiem tzw. TK Julii Przyłębskiej, który OKO.press określiło tytułem: "Polska piekłem kobiet".

Z obrońcy smoleńskiej prawdy przed zdradzieckimi elitami, Kaczyński staje się strażnikiem państwa splecionego z Kościołem i ideologii bliższej soborowi watykańskiemu pierwszemu (z lat 1869-1970 ) niż drugiemu (1962-1965).

Jak pisaliśmy, ze statecznej roli „ojca narodu” Kaczyński przeszedł do statusu narodowego „nieznośnego, starszego wujka”, który podczas rodzinnej imprezy ze wszystkimi się kłóci, wyzywa, narzeka na młodzież i upadek obyczajów, i nikt już właściwie nie wie, o co mu w zasadzie chodzi. A zaufanie Polaków do niego spektakularnie się załamało - notowania ma jeszcze gorsze niż przed rozpoczęciem smoleńskiej drogi, w marcu 2010 roku.

Co zostało z Kaczyńskiego?

Czy z Kaczyńskiego z lat świetności coś jeszcze zostało? Niewiele: strzępki mitu, trochę bogoojczyźnianego fajansu i biurokratycznych dziwactw. Historia chichocząc, zatoczyła koło, a Jarosław Kaczyński stał się w 2021 do pewnego stopnia karykaturą Donalda Tuska, największego wroga. Pokładając wszystkie polityczne nadzieje w funduszach unijnych na walkę ze skutkami pandemii i zdolnościach technokraty Mateusza Morawieckiego, nie proponuje Polakom już nic poza ciepłą wodą w kranie. Już nie chce dać nam godności, prawdy i dumy. Nie chce od nas przyjęcia postawy wyprostowanej. Chce nam tylko dać pieniądze.

Z twardego przywódcy partyjnego stał się urzędnikiem średniego szczebla w szarym garniturze i przykrótkim krawacie, co to kolejnych Stefaniaków przesuwa z PAX-u do Śmaksu. I jednocześnie takim odklejonym od świata starszym panem, wyśmiewanym w biurze przez młodszych kolegów, gdy tylko odwróci się do nich plecami. A z potężnego mitu smoleńskiego, w którym przeciwnicy polityczni widzieli nawet zagrożenie wojny Polski z Rosją, ostały się jeno kolejne skecze Antoniego Macierewicza.

Czasami odegra jeszcze Kaczyński rolę mściciela - a to, gdy wyzwie opozycję od morderców, a to, gdy w stylu Jaruzelskiego wezwie prawicowe bojówki do obrony ojczyzny stojącej nad przepaścią.

Ale dzisiejsze obsesje prezesa są wtórne, reaktywne: w wojnach toczonych z LGBT, gender, Europą nie ma żadnej pozytywnej opowieści. Nie ma w tym już nadziei, nie ma nadprzyrodzonych mocy. Tylko gniew społeczny jest coraz większy - ale pasą się nim już przeciwnicy prezesa, nie on.

Sondaż OKO.press dowodzi, że Polacy mają Kaczyńskiego zwyczajnie dość: w przygniatającej większości (80 proc.) uważają, że powinien odejść z polityki. Uważa tak również 42 proc. wyborców PiS, z tego połowa uważa tak zdecydowanie.

;

Udostępnij:

Michał Danielewski

Wicenaczelny OKO.press, redaktor, socjolog po Instytucie Stosowanych Nauk Społecznych UW. W OKO.press od 2019 roku, pisze o polityce, sondażach, propagandzie. Wcześniej przez ponad 13 lat w "Gazecie Wyborczej" jako dziennikarz od spraw wszelakich, publicysta, redaktor, m.in. wydawca strony głównej Wyborcza.pl i zastępca szefa Działu Krajowego. Pochodzi z Sieradza, ma futbolowego hopla, kibicuje Widzewowi Łódź i Arsenalowi

Piotr Pacewicz

Naczelny OKO.press. Redaktor podziemnego „Tygodnika Mazowsze” (1982–1989), przy Okrągłym Stole sekretarz Bronisława Geremka. Współzakładał „Wyborczą”, jej wicenaczelny (1995–2010). Współtworzył akcje: „Rodzić po ludzku”, „Szkoła z klasą”, „Polska biega”. Autor książek "Psychologiczna analiza rewolucji społecznej", "Zakazane miłości. Seksualność i inne tabu" (z Martą Konarzewską); "Pociąg osobowy".

Komentarze