0:00
23 sierpnia 2020

Koniec romansu, opozycja zrywa z wyborcami. Potrzebuje terapeutów, nie spindoktorów [WIDZĘ TO TAK]

Opozycja potraktowała wyborców jak przemocowy partner: zdradziła z największym wrogiem, zrobiła burdę w mieszkaniu, wypłaciła pieniądze ze wspólnego konta, a na koniec jeszcze przekonywała, że miała dobre intencje. Zerwanych więzi z elektoratem nie da się naprawić bukietem kwiatów i jednym „przepraszam"

Wydrukuj

Podstawowe zadanie polityka wybranego do parlamentu to reprezentacja własnych wyborców: ich dążeń, poglądów, interesów, wrażliwości i świata wartości. Natomiast główne zadanie zgromadzenia reprezentantów, jakimi są Sejm i Senat, to tworzenie poczucia (nawet jeśli jest złudne), że jesteśmy jedną polityczną wspólnotą: razem dzielimy sukcesy, przeżywamy klęski, korzystamy z owoców wzrostu i zaciskamy pasa w trudniejszych czasach.

Że jedziemy na tym samym wózku, niezależnie od tego, czy należymy do tej części wspólnoty, która wybiera, czy do tej, która jest wybierana.

Ta więź między wyborcami i politykami jest dla demokracji równie ważna jak trójpodział władzy czy wolne media. Gdy zostaje zerwana, system demokratyczny zmienia się w dystopijną karykaturę współczesnej korporacji giełdowej:

  • z zarządem dbającym wyłącznie o interes akcjonariuszy (w naszym przypadku - aparatu partyjnego);
  • z menedżerami średniego szczebla z naręczem pustych frazesów o wartościach, którymi kieruje się firma (posłowie i spindoktorzy);
  • oraz z wyalienowanymi pracownikami, których głos w zarządzaniu firmą liczy się tylko teoretycznie (w naszym przypadku to wyborcy).

Taka firma może działać i przynosić zyski, a system polityczny funkcjonować i wypełniać wiele ze swoich zadań, ale nie będzie już w pełni systemem demokratycznym. Rosnąć za to będą frustracja, gniew i zniechęcenie, które w końcu wybuchną i zatrząsną całym systemem.

Toksyczna korporacja może do pewnego stopnia wymienić pracowników, politycy nie mają takiego komfortu - nie mogą na rynku zatrudnić sobie nowego społeczeństwa.

By zrozumieć, jak ogromny błąd - być może ostateczny, jeśli chodzi o obecną konfigurację partyjną - popełniła opozycja parlamentarna w przypadku ustawy o podwyżkach dla posłów i senatorów, przyjrzyjmy się, jak w Polsce przebiegają relacje między reprezentowanymi a reprezentantami. Czyli mówiąc po ludzku - między politykami a wyborcami.

Tekst publikujemy w naszym cyklu „Widzę to tak” – od czasu do czasu pozwalamy sobie i autorom zewnętrznym na bardziej publicystyczne podejście do opisu rzeczywistości. Zachęcamy do polemik

PiS jak Romeo, jego zwolennicy - jak Julia

Paradoksalnie autorytarna prawica rządząca Polską od 2015 r., z biegiem lat coraz intensywniej skupiona na własnych interesach, stanie konta osobistego i maksymalnym rozszerzaniu klientystycznego układu władzy, zachowała znakomity kontakt z własnymi wyborcami. W badaniach OKO.press regularnie potwierdza się, że elektorat PiS murem stoi za partią, jej decyzjami personalnymi i politycznymi. Mało wśród niego wahań i wątpliwości.

Oczywiście po części wynika to z patriarchalnej struktury obozu Zjednoczonej Prawicy, opartej na figurze ojca założyciela Jarosława Kaczyńskiego, który rozsądza spory, strąca w przepaść lub wywyższa, a wszystko rzecz jasna w interesie zwykłych obywateli, o których - jak głosi propaganda - myśli dniami i nocami. Ale to nie całe wyjaśnienie.

Jego dopełnieniem jest hipoteza, że PiS po prostu lubi swoich wyborców, a wyborcy lubią PiS.

Pięć lat monotonnej, marketingowej glątwy, jak to Prawo i Sprawiedliwość działa w imieniu suwerena, w interesie zwykłych ludzi, a przeciwko egoistycznym elitom, przestało być pustosłowiem, a stało się "rzeczywistym złudzeniem" dla 30 - 40 proc. wyborców głosujących na partię Kaczyńskiego.

Poczucie, że są naprawdę reprezentowani, a władza naprawdę jest sprawowana w ich imieniu, od 2015 roku umacniało się wraz z każdym przelewem z programów socjalnych takich jak 500+, czy 13. emerytura oraz bezpardonowymi konfliktami wywoływanymi przez partię Kaczyńskiego, które propaganda przedstawiała jako spory z elitami w interesie "zwykłych ludzi".

Od 2015 r. z każdym miesiącem coraz ostrzejszej polaryzacji i konfliktu politycznego więź między populistyczną prawicą a jej elektoratem coraz mocniej się zacieśniała. Im opozycja bardziej podkręcała retorykę przeciwko PiS, tym miłość była gorętsza: Ukochana Partia była jak Romeo, jej Ubóstwiani Zwolennicy - jak Julia. To wyklęte przez świat uczucie rosło wraz z gniewem tych, którzy próbowali je zniszczyć.

Krótkie chwile namiętności

Tymczasem związek opozycji z jej wyborcami był od początku małżeństwem z rozsądku, z wybuchającymi kłótniami o byle drobiazg i elementarnym brakiem zaufania.

Z jednej strony gdy Ryszardowi Petru wypsnęło się podczas sporu o Trybunał Konstytucyjny w marcu 2016, że w postawie PiS widzi "światełko w tunelu", zaraz wśród części wyborców pojawiły się podejrzenia o konszachty z PiS.

Z drugiej - w wyborach 2019 Grzegorz Schetyna zignorował sprzeciw części wyborców oraz aktywistów (m.in. Obywateli RP) i wystawił w wyborach do Senatu b. ministra w rządzie PiS Kazimierza Michała Ujazdowskiego.

Regularnie od 2016 roku aktywiści apelowali do partii o większe otwarcie list wyborczych na ludzi spoza układów partyjnych i regularnie byli mniej lub bardziej uprzejmie ignorowani.

Emblematycznym przykładem braku zaufania był konflikt o miejsce na liście KO do Sejmu dla Iwony Hartwich, jednej z liderek protestu osób z niepełnosprawnością i opiekunów. Najpierw obiecano jej biorącą "trójkę", później bez konsultacji w wyniku partyjnych układanek przesunięto na "siódemkę", a gdy wybuchła awantura, przywrócono ją na poprzednią pozycję.

Politycy opozycji marzyli tylko o tym, żeby wyborcy dali im wreszcie święty spokój i pozwolili "robić politykę", a wyborcy w napadach bezsilnej złości czatowali na najmniejszy sygnał zdrady. Obie strony w poczuciu, że wiedzą lepiej jak wygrać z Kaczyńskim.

Kiedy powstawały Komitet Obrony Demokracji i Obywatele RP, politycy myśleli głównie o tym, jak te ruchy przejąć lub zmarginalizować, by swoją masowością nie zagrażały partyjnym strukturom. Wyborcy fantazjowali zaś o jakimś innym, lepszym partnerze politycznym, z którym można zawrzeć związek z miłości, a nie rozsądku. Stąd m.in. cykliczne i natrętne poszukiwanie coraz to nowego "lidera opozycji".

Krótkie chwile namiętności zdarzały się przed wyborami, a kończyły rozczarowaniem, niespełnieniem i wzajemnymi oskarżeniami.

Efekt? Wyborcy irytują się na polityków opozycji, politycy - na wyborców. Po wyborach prezydenckich i dobrym wyniku Rafała Trzaskowskiego wydawało się, że może związek uda się odbudować, ale 14 sierpnia politycy ostatecznie go zerwali.

W sprawie podwyżek dla posłów opozycja potraktowała wyborców jak przemocowy partner: zdradziła z największym wrogiem, zrobiła burdę w mieszkaniu, wypłaciła pieniądze ze wspólnego konta, a na koniec przekonywała, że miała jak najlepsze intencje. Zerwanych więzi z elektoratem nie da się naprawić bukietem kwiatów i jednym "przepraszam". Trzeba o wiele więcej.

Fala społecznego gniewu

Tajemnicą poliszynela jest, że politycy opozycji tak naprawdę nie wiedzą, co takiego się wydarzyło i nie potrafią zrozumieć, o co właściwie ten cały raban. Zaskoczenie jest totalne.

Nie ulega wątpliwości, że podwyżki dla posłów i ministrów, a także polityków samorządowych są albo potrzebne, albo przynajmniej można o nich poważnie dyskutować. Zwłaszcza pensje sekretarzy stanu w ministerstwach są relatywnie niskie, jak na ogrom pracy i odpowiedzialności, który spoczywa na urzędnikach tego szczebla. Podobnie rzecz ma się z samorządowcami, którzy podejmują decyzję o dużych inwestycjach, kluczowych dla swoich społeczności.

Prawo regulujące tę część rzeczywistości jest prawdopodobnie niezbędne, zwłaszcza, jeśli będzie wiązać wynagrodzenia władzy z obiektywnymi wskaźnikami - średnią zarobków / medianą / płacą minimalną.

Jednak uchwalenie takiej ustawy powinno być poprzedzone szeroką debatą, nie tylko o samych pensjach, ale również - jak słusznie wskazał w OKO.press dr Adam Gendźwiłł - o standardach pracy i kompetencji w administracji publicznej. Klasa polityczna powinna odpowiedzieć obywatelom, czy np. ma wolę odbudowywać służbę cywilną i jakie będą kryteria fachowości, gdy wyższe zarobki - jak głosi ta opowieść - pozwolą zatrudniać w ministerstwach wysokiej klasy profesjonalistów. Głośno o tym wszystkim powinna krzyczeć opozycja, zwłaszcza, że ustawę zgłosił PiS.

A jak się zachowała? Przypomnijmy.

  • Ustawa o podwyżkach była procedowana wbrew podstawowym zasadom dobrej legislacji, na chybcika, bez dyskusji, jednym słowem - po PiS-owsku. To, co opozycja przez ostatnie pięć lat krytykowała z użyciem największych słów, przeciwko czemu kładła się Rejtanem, nagle stało się w 100 proc. akceptowalne.
  • Ustawa została też przyjęta po zawarciu tajnego porozumienia z PiS, czyli w opowieści opozycji - z diabłem, z największym wrogiem sprawującym nad Polską niemal dyktatorską władzę.
  • Posłowie przyznali sobie podwyżki w czasie największego kryzysu gospodarczego od lat i pierwszej recesji w Polsce od 30 lat, w chwili, kiedy wielu obywateli ma obcięte pensje, albo jest zwalnianych z pracy.
  • Opozycyjni macherzy od narracji i przekazu uznali, że ów pakt oraz ekstraordynaryjny tryb uchwalenia ustawy o gigantycznych podwyżkach w czasie recesji da się wyjaśnić... troską o samorządowców. Tak wynika z ujawnionych wytycznych dla posłów Platformy Obywatelskiej. Trudno o większą pogardę dla inteligencji wyborców. (Ustawa została skądinąd bezlitośnie skrytykowana przez Związek Miast Polskich, kóry oświadczył, że jest ona "nieprzemyślana, nielogiczna, a przede wszystkim – wbrew wyrażonej w uzasadnieniu intencji poszanowania autonomii samorządów – niezgodna z Konstytucją RP i Europejską Kartą Samorządu Lokalnego".)
  • Mimo wybuchu wściekłości obywateli w piątek 14 sierpnia, jeszcze 15 i 16 sierpnia politycy przekonywali się nawzajem, że nie można zrobić ani kroku wstecz, ulegać "medialnej histerii", że podwyżki być muszą, a ludzie zapomną. Opozycja z pełną premedytacją poszła na wojnę z własnymi wyborcami.

Skutek mógł być tylko jeden: wezbrała ogromna fala społecznego gniewu, czasem przybierając formy nieakceptowalne. W kuluarach słyszy się, że poza ostrą krytyką posłów spotyka również mnóstwo zwykłego hejtu, a nawet gróźb przemocy fizycznej.

Wielu posłów opozycji na tak zmasowaną krytykę nie zasługuje: bo albo wstrzymali się od głosu, albo zagłosowali za pod presją liderów, albo w ogólnym zamieszaniu nie do końca rozumieli konsekwencje feralnego głosowania. A wyborcy nie niuansują, kierują swój gniew przeciwko wszystkim, nawet tym, którzy nie dość mocno podkreślali, że zagłosowali przeciw. Wszystkim przysługiwało domniemanie winy.

Koalicja Obywatelska

  1. Tomasz Aniśko
  2. Cezary Grabarczyk
  3. Klaudia Jachira
  4. Monika Rosa
  5. Franciszek Sterczewski
  6. Michał Szczerba
  7. Małgorzata Tracz
  8. Urszula Zielińska
  9. Tomasz Zimoch

Lewica

1. Magdalena Biejat 2. Agnieszka Dziemianowicz-Bąk 3. Daria Gosek-Popiołek 4. Maciej Konieczny 5. Paulina Matysiak 6. Adrian Zandberg 7. Marcelina Zawisza

PSL -Kukiz’15

1. Jolanta Fedak 2. Paweł Kukiz 3. Paweł Szramka 4. Agnieszka Ścigaj 5. Stanisław Tyszka 6. Stanisław Żuk

Konfederacja

1. Konrad Berkowicz 2. Krzysztof Bosak 3. Grzegorz Braun 4. Artur Dziambor 5. Krystian Kamiński 6. Janusz Korwin-Mikke 7. Jakub Kulesza 8. Dobromir Sośnierz 9. Krzysztof Tuduj 10. Michał Urbaniak 11. Robert Winnicki

Z PiS-u wstrzymało się dwóch posłów: Wojciech Maksymowicz i Michał Wypij, z Koalicji Obywatelskiej – 12, między innymi Grzegorz Schetyna i Joanna Mucha, z Lewicy – jedna, Wanda Nowicka.

A to wśród wielu posłów powoduje wielkie emocje, reporterzy polityczni relacjonują, że po raz pierwszy posłowie i posłanki płakali im do słuchawki mówiąc o całej sytuacji. Wiele osób czuje się zdradzonych czy oszukanych przez liderów. Emocje rosną, a wraz z nimi prawdopodobieństwo kryzysu wśród opozycyjnych klubów parlamentarnych.

Nie było jeszcze ani jednego sondażu po aferze podwyżkowej, ale jest niemal pewne, że za to, co się stało, zapłaci tylko opozycja. Wyborcy PiS wybaczą swoim reprezentantom, zwłaszcza, że politycy PiS od razu skłamali, że to oni chcieli podwyżek lecz opozycja. Trochę dziwne, dlaczego nikt z PiS nie głosował przeciw, ale elektorat PiS nie takie rzeczy kupuje. Romeo nie pozwoli skrzywdzić Julii.

Tymczasem elektorat opozycji może być tym razem bezlitosny.

Tego kryzysu nie da się przeczekać

By przetrwać dzisiejszy kryzys, partie opozycyjne muszą zacząć od początku: od szacunku dla wyborców, poważnego podejścia do ich oczekiwań i aspiracji, od próby budowania prawdziwych więzi, a nie tylko tych opartych na jednym "biznesowym" pakcie - odsunięciu PiS od władzy.

Nie od rzeczy byłyby pewnie zmiany personalne, by zaznaczyć nowe otwarcie. Ale przede wszystkim opozycja powinna podziękować na jakiś czas spindoktorom myślącym nad tym, jak przypudrować kompromitację, tylko zatrudnić terapeutów, którzy pomogą jej przepracować własne emocje, oczekiwania elektoratu, spoważnieć, wyjść z fazy dziecinności i nauczyć się budować relacje na mocnych podstawach.

Paradoksalnie partiom opozycyjnym przeszkadza własna strukturalna słabość. Mała liczba członków oznacza kiszenie się we własnym sosie i słaby kontakt z bazą. Brak zaplecza społecznego daje złudzenie braku odpowiedzialności przed wyborcami. Z kolei struktura oligarchiczna aparatu partyjnego daje małe pole manewru tym politykom, którzy chcieliby swoje formacje zmieniać.

Na obecnym zamieszaniu pewnie zyska Szymon Hołownia, stracą Koalicja Obywatelska i Lewica, dla tej ostatniej może to oznaczać spadek pod wyborczy próg. Nie wiemy, jak w klubie Lewicy zachowa się partia Razem, która głosowała przeciw podwyżkom. Nie wiemy też, czy Rafał Trzaskowski jest w stanie stworzyć ruch odrębny od Platformy Obywatelskiej - teoretycznie moment jest idealny, ale może również działać "przekleństwo PO": ponieważ jest kojarzony z partią, po aferze podwyżkowej ludzie mogą się zniechęcić do jego inicjatywy.

Ale nawet jeśli preferencje partyjne niewiele się zmienią, wielkim błędem byłoby myśleć, że to tylko taki sobie marginalny kryzysik, że da się go przeczekać, że nic nie musi się zmienić, a politykę da się robić jak zwykle.

Nie wszyscy politycy w Sejmie to pazerni aparatczycy i karierowicze. Nie wszyscy to "złodzieje i nieudacznicy" - jak głosi populistyczna antypartyjna pieśń. Ale ci sprawiedliwi, altruistyczni posłowie i posłanki muszą podjąć wysiłek naprawy swoich formacji politycznych.

Bez próby działania staną się coraz bardziej sfrustrowani, marginalizowani i bezsilni, a za trzy lata już ich w polityce nie będzie. Natomiast ci co z radością głosowali za podwyżkami - zostaną.

Ktoś w końcu na nich zagłosuje, jeśli nie będzie innego wyboru.

Udostępnij:

Michał Danielewski

Wicenaczelny OKO.press, redaktor, socjolog. W OKO.press od 2019 roku, pisze o polityce. Wcześniej przez ponad 13 lat w "Gazecie Wyborczej". Pochodzi z Sieradza

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne