20 listopada 2022

Izrael: między nacjonalizmem a ortodoksją. Jak zatrzymać religijny fundamentalizm? [OBIREK]

Sytuacja Izraela po ostatnich wyborach jest paradoksem historii. Ideowi spadkobiercy założycieli Państwa Izrael znaleźli się na politycznym marginesie, zaś ich religijni przeciwnicy, którzy zwalczali świeckie państwo, będą w najbliższej przyszłości decydować o jego charakterze

Jeden z komentatorów mojego ostatniego tekstu w OKO.press, w którym zastanawiałem się jak wyprowadzić polski katolicyzm z niewoli polityki, zaproponował alternatywny tytuł: „Jak wyprowadzić polską politykę z niewoli katolicyzmu?”. Redakcja słusznie zwróciła uwagę, że „Autor przedstawia problem uwikłania polityki i religii z perspektywy tej ostatniej, stąd tak sformułowany tytuł”. I dodała, że „oczywiście obie dziedziny powinny zostać »uwolnione« od siebie”. Tak właśnie pojmuję zadanie pisania o wzajemnych uwikłaniach w różnych kontekstach religijnych i politycznych. Okazuje się bowiem, że te same mechanizmy upolitycznienia religii i ureligijniania polityki występują globalnie.

Kolejną próbą będzie analiza sytuacji polityczno-religijnej w Izraelu. Po wyborach 1 listopada 2022 roku powstała tam interesująca konstelacja partii, które weszły do 120 osobowego Knesetu. Zwyciężyła partia Likud byłego premiera Benjamina Netanjahu. Komentarzy nie kryli zaskoczenia, a nawet przerażenia, zdecydowaną wygraną prawicowych partii. Niepokój budził zwłaszcza fakt, że radykalne ugrupowanie Religijny Syjonizm stało się trzecią siłą polityczną w kraju, zdobywając 14 mandatów.

Wszystko wskazuje na to, że premier Netanjahu stworzy koalicję z radykalnymi partiami religijnymi i nacjonalistycznymi. Będzie to więc najbardziej prawicowy rząd w Izraelu od powstania państwa w 1948 roku. Zaistniała sytuacja jest wynikiem długiej i skomplikowanej historii żydowskiego państwa. Bez, choćby powierzchownej znajomości tej historii, nie sposób zrozumieć politycznych wyborów dzisiejszych Izraelczyków.

„NIEDZIELA CIĘ ZASKOCZY” to cykl OKO.press na najspokojniejszy dzień tygodnia. Chcemy zaoferować naszym Czytelniczkom i Czytelnikom „pożywienie dla myśli” – analizy, wywiady, reportaże i multimedia, które pokazują znane tematy z innej strony, wytrącają nasze myślenie z utartych ścieżek, zaskakują właśnie

Świecki Izrael skręca w prawo

Warto sobie od razu uprzytomnić, że

od początku Państwo Izrael było projektem świeckim, w większości lewicowym.

Sprzeciwiali się mu niemal wszyscy liderzy grup religijnych. Proces przesuwania w prawo izraelskiej sceny politycznej rozpoczął się w latach 70. XX wieku, wraz z rosnącą popularnością prac Ze’ewa Żabotyńskiego, prawicowego teoretyka i działacza syjonistycznego (1880-1940). Miały one wpływ na izraelską politykę, gdy urząd premiera objął Menachem Begin.

Tak więc dzisiejsza sytuacja polityczno-religijna ma w sobie coś z paradoksu historycznego. Ideowi spadkobiercy ojców założycieli Państwa Izrael znaleźli się na politycznym marginesie, zaś jego przeciwnicy będą w najbliższej przyszłości decydować o jego ideowym charakterze.

Jak do tego doszło?

Uwaga nie tylko metodologiczna

Moje pierwsze zetknięcie z Izraelem miało miejsce w 1983 roku. Wtedy, razem z moim przyjacielem, włoskim jezuitą Luigi Oitaną, który był również moim wykładowcą nauk biblijnych, spędziłem w Izraelu kilka tygodni. Odwiedzaliśmy głównie miejsca związane z Biblią, i to zarówno Nowym, jak i Starym Testamentem.

Był to więc, jak dla większości chrześcijan, kontakt z Ziemią Świętą. Jednak Luigi zwracał mi również uwagę na współczesny Izrael, podkreślając, że jest to państwo ponowoczesne i przednowoczesne jednocześnie. Od tamtego czasu zacząłem o Izraelu czytać coraz więcej, próbując zrozumieć ten paradoks.

Moje zainteresowanie tym państwem weszło w nowy etap, gdy w 2005 roku związałem moje życie z Izraelką. Od tamtego czasu odwiedzam Izrael kilka razy w roku. Coraz liczniejsze więzy rodzinne, przyjacielskie i akademickie sprawiają, że ten kraj stał się moim drugim domem. Z tego również powodu odkrywam coraz więcej analogii z Polską. Poniższe uwagi są więc zapisem czegoś więcej, niż tylko reporterskiej ciekawości.

Współczesny syjonizm daleki od religii

Nie będę nawet próbował zestawić podstawowej listy lektur na temat syjonizmu. Wspomnę jedynie te najważniejsze, których lektura jest wprost niezbędna, jeśli chcemy zrozumieć, jak to się stało, że ponad tysiąc osiemset lat po stłumieniu przez cesarza rzymskiego Hadriana powstania Bar Kochby (135 roku n.e.), w połowie XX wieku to państwo pojawiło się znowu na mapie politycznej świata.

W czasie wojny żydowskiej (66-70) doszło do zniszczenia państwa żydowskiego i zburzenia świątyni. Stanowiło to kres religii żydowskiej, skoncentrowanej na kulcie świątynnym, i dało początek judaizmowi rabinicznemu, opartemu na studiowaniu i komentowaniu Biblii.

W tym czasie pojawiły się dwie inne religie monoteistyczne odwołujące się również do Księgi. Najpierw chrześcijaństwo w I wieku n.e., a następnie islam w VII wieku. Obie te religie stanowiły negatywny punkt odniesienia dla Żydów, którzy stanowili mniejszość religijną w krajach zdominowanych bądź to przez chrześcijaństwo, bądź przez islam.

Dopiero w połowie XIX wieku pojawiła się myśl o powołaniu do życia państwa żydowskiego. Stało się to głównie dzięki projektowi syjonistycznemu, opracowanemu w Europie przez takich teoretyków jak Moses Hess, Leo Pinsker, Max Nordau, Ahad Ha-Am, Josef Haim Brenner, wspomniany już Ze’ew Żabotyński, Berl Katznelson i najważniejszy z nich, Teodor Herzl (1860-1904). Niezależnie od dzielących ich różnic, każdy z wymienionych ojców założycieli współczesnego syjonizmu był daleki od religii.

Projekt syjonistyczny był odpowiedzią na klęskę asymilacji żydowskiej z jednej strony i, z drugiej, na wzrastające w Europie nacjonalizmy, w których antysemityzm odgrywał coraz większa rolę. Żydzi, poddani powtarzającym się falom prześladowań, pogromów i politycznej dyskryminacji w chrześcijańskiej Europie, doszli do wniosku, że jedynym rozwiązaniem ich problemów będzie powstanie własnego państwa.

Duchowni do świątyń

W istocie, główne dzieło najważniejszego teoretyka syjonizmu Theodora Herzla, opublikowane w 1896 roku, nosiło tytuł „Państwo żydowskie” (polski przekład 2006). Autor nakreślił w nim podstawową zasadę tolerancji: „Umożliwimy każdemu odszukanie własnego zbawienia po tamtej stronie w sposób, jaki sam wybierze. Przygotujemy również miejsce dla nieśmiertelnych rzesz naszych bezcennych wolnomyślicieli, którzy bezustannie zdobywają nowe obszary dla ludzkości”.

Owszem, Herzl przewidział w przyszłym państwie żydowskim miejsce dla duchowych przewodników (rabinów). Jednak ich rola była zdecydowanie podporządkowana idei państwa świeckiego. Pisał: „Nie pozwolimy na urzeczywistnienie teokratycznych zapędów naszych duchownych.

Będziemy ich mocno trzymać w ich świątyniach, tak jak zawodowe wojsko trzyma się w koszarach”.

To nie jest czas dla syjonistów

Trzeba przyznać, że duchowi spadkobiercy Herzla, jak pierwszy premier Izraela Dawid Ben Gurion i jego następcy, byli wierni tej zasadzie. Już dziesięć lat temu Gideon Szimoni, autor wydanej w 1995 roku podstawowej książki na temat syjonizmu „The Zionist Ideology” („Ideologia syjonistyczna”), pisał, że „to nie jest szczęśliwy czas dla syjonistów na lewicy, którzy od lat przebywają w izraelskiej politycznej dziczy i nie mają na horyzoncie obrońców, którzy wydają się być w stanie przywrócić im władzę. Ale jeśli ich perspektywy wyborcze pozostają niepewne, to wciąż odnawiają swoje zasoby intelektualne”.

W świetle wyników wyborów do Knesetu z 1 listopada 2022 roku trudno powiedzieć, że znaczenie „politycznej dziczy” się zmniejsza. Nie sposób też doszukać się „odnowy zasobów intelektualnych” syjonizmu. A są one naprawdę imponujące, przynajmniej w świetle lawinowo wręcz rosnącej literatury przedmiotu.

Izrael to państwo niechciane i od początku w ogniu krytyki

Krytycy Izraela często zapominają, że uznanie jego państwowości w 1948 roku od początku spotkało się z gwałtowną reakcją arabskich mieszkańców. Nie uznali oni rezolucji ONZ i rozpoczęli formalną wojnę z Żydami. Stąd rok 1948 w historii Izraela został zapamiętany jako wojna o niepodległość.

Tę pierwszą wojnę Izrael wprawdzie wygrał, była ona jednak zapowiedzią następnych. Przeważnie rozpoczynanych przez sąsiednie kraje, z których dwa (Syria i Liban) do dzisiaj nie pogodziły się z istnieniem państwa Izrael, a inne dwa (Egipt i Jordan) utrzymują z Izraelem stosunki dyplomatyczne.

Jest faktem, że większość państw Bliskiego Wschodu powstało w sposób sztuczny po rozpadzie Imperium Osmańskiego po I wojnie światowej, w wyniku arbitralnych decyzji mocarstw europejskich. Odbyło się to bez pytania, czy poszczególne grupy etniczne chcą być razem. Jednak prawa tych krajów do istnienia nikt jakoś nie kwestionuje. Poza tym Izrael jest jedyną demokracją na Bliskim Wschodzie, ale to właśnie on jest szczególnie atakowany za nieprzestrzeganie praw obywatelskich. Podobne zarzuty nie są z taką systematycznością kierowane wobec innych krajów regionu.

Oczywiście ta demokracja w wielu punktach kuleje. Na przykład kobiety i Arabowie nie mają równych praw. Również

rabinat, czyli religijny establishment, decyduje o wielu sprawach osobistych Izraelczyków.

Są to m.in. śluby, rozwody, pogrzeby czy nawet dni wolne od pracy, połączone z zakazem użycia publicznych środków transportu. Jednak co do zasady jest to państwo odwołujące się do europejskich standardów prawnych. Niestety nie można tego powiedzieć o terytoriach okupowanych, których mieszkańcy są pozbawieni wszelkich praw i zdani na kaprys izraelskiego rządu, a zwłaszcza armii.

Antysemityzm kontra asymilacja

Dobrym przewodnikiem po meandrach historii państwa Izrael i stosunku do niego innych państw jest amerykański historyk Yosef Hayim Yerushalmi (1932-2009), który całe życie zajmował się czymś zupełnie innym niż syjonizm. Być może to spojrzenie z zewnątrz sprawia, że jego widzenie jest ostrzejsze. Był uczniem jednego z najwybitniejszych żydowskich historyków XX wieku Salo Barona, a swoje historyczne zainteresowania skupił na dziejach Żydów sefardyjskich Półwyspu Iberyjskiego. Jego najsłynniejszą książką jest „Zachor. Żydowska historia i żydowska pamięć”, wydana po polsku w 2014 roku.

Jednak nie ta książka będzie mnie tutaj interesowała, tylko wygłoszone w 2005 roku w Tybindze wykłady, poświęcone właśnie Izraelowi. Są dostępne w dwujęzycznej angielsko-niemieckiej wersji jako „The Unexpected State. Mesianism, Sectarianism, and Revolution” („Nieoczekiwane państwo. Mesjanizm, sekciarstwo i rewolucja”). To istotne dopełnienie wspomnianych wyżej książek, poświęconych syjonizmowi.

Otóż Yerushalmi podkreśla, że syjonizm nie wypływał z mesjanizmu, gdyż jego źródła były gdzie indziej.

To była tradycja europejskiego oświecenia, która sprowokowała szeroki ruch asymilacyjny Żydów.

Rozwijał się on przede wszystkim w krajach Europy Zachodniej, ale również na terenach dawnej Rzeczpospolitej Obojga Narodów pod zaborami rosyjskim i austriackim.

Ale to właśnie zasymilowani Żydzi, którzy doświadczyli odrzucenia i coraz bardziej brutalnego antysemityzmu w kontekście budzących się europejskich nacjonalizmów, stworzyli alternatywny projekt syjonistyczny. Doprowadził on ostatecznie do powstania państwa żydowskiego. Stało się tak dlatego, że asymilacja nie doprowadziła do emancypacji ludności żydowskiej, tylko sprowokowała antysemityzm. To osobiste doświadczenia wspomnianych wyżej ojców założycieli syjonizmu wymusiły niejako powrót do żydowskich korzeni.

Emigracja do Palestyny po prześladowaniach i marginalizacji

Owszem, powstanie państwa w 1948 roku to był wielki triumf tej idei. Jednak dzisiaj jest ona w wyraźnym kryzysie. Złożyło się na to wiele przyczyn wewnętrznych, ale i zewnętrznych. Do tych drugich na pewno należą nowe formy antysemityzmu, i to zarówno prawicowego, jak i lewicowego. To zjawisko złożone, ale też dobrze opisane przez Davida Hirscha czy Roberta S. Wistricha, więc nie będę się nad nim rozwodził.

Znacznie ciekawsze są moim zdaniem przyczyny wewnętrzne. Otóż w chwili powstania państwa, w Izraelu było około 600 tysięcy Żydów, z których większość pochodziła z krajów europejskich. Byli to przeważnie emigranci, których do wyjazdu z Europy zmusiły prześladowania i marginalizacja. Od chwili przejęcia władzy przez Hitlera w Niemczech w 1933 roku, doszło do systematycznych aktów przemocy wobec żydowskich mieszkańców. Zaowocowało to kolejnymi falami emigracji do Palestyny.

Czas II wojny światowej to bezprecedensowa próba wymordowania europejskich Żydów. W dużej mierze udana, również na skutek chętnej współpracy mieszkańców krajów, okupowanych przez niemiecką Rzeszę. Kilkaset tysięcy niedobitków zdołało się schronić w Palestynie, pozostającej pod brytyjskim protektoratem. Udało im się to mimo utrudnień ze zdobyciem pozwolenia na osiedlenie się na tym terenie.

Powstanie państwa żydowskiego sprowokowało nowe zjawisko – prześladowania Żydów w krajach arabskich i masową migrację do nowo powstałego państwa. Podobna sytuacja była w krajach komunistycznych, które znalazły się w sferze wpływów Związku Radzieckiego. Szczególnie spektakularne fale emigracji nastąpiły w latach 80. z Etiopii (blisko 100 tysięcy Żydów) i w latach 90. z rozpadającego się Związku Radzieckiego (ponad milion). W sumie liczba Żydów mieszkających w Izraelu powiększyła się prawie piętnastokrotnie, a liczba Arabów ustaliła się na wysokości 20 procent.

To właśnie mozaika krajów pochodzenia dzisiejszych Izraelczyków tłumaczy ich polityczne zróżnicowanie.

Izrael: fundamentalizm i ekstremizm zagrożeniem

Można powiedzieć, że polityczni i religijni „spryciarze” wykorzystali istniejące napięcia między poszczególnymi grupami. Byli wśród nich także polityczni i religijni ekstremiści. Dwa szczególnie brutalne ataki politycznego terroru wymagają odnotowania. W 1994 roku Baruch Goldstein zamordował w Hebronie 29 modlących się Palestyńczyków. W następnym roku ultraprawicowy nacjonalista Igal Amir, działający pod wpływem i z błogosławieństwem niektórych rabinów, zamordował premiera Icchaka Rabina.

Obaj zamachowcy do dzisiaj są bohaterami żydowskich ekstremistów nacjonalistycznych. To właśnie ci ostatni są odpowiedzialni za bulwersujące postulaty rasistowskie w stosunku do mniejszości arabskiej i mniejszości seksualnych. Dzisiaj ekstremizm żydowski reprezentuje partia Religijny Syjonizm, która otrzymała w wyborach 14 mandatów i będzie częścią koalicji tworzonej przez Netanjahu.

Oczywiście nie jest tak, że tylko sami Izraelczycy wykorzystują napięcia narodowościowe. Powtarzające się ataki terrorystyczne ze strony ekstremistów arabskich wywołują poczucie niepewności i strachu, co oczywiście umiejętnie wykorzystują politycy w rodzaju Netanjahu. Stąd rosnące poparcie dla ugrupowań, obiecujących zdecydowaną walkę z tymi zagrożeniami.

Izrael jest największym kłopotem dla samych Izraelczyków

Jednym z najbardziej przenikliwych krytyków państwa izraelskiego był pochodzący z Rygi filozof Jeszajahu Leibowic (1903-1994). Od 1935 roku Leibowic żył w Palestynie i od początku powstania państwa Izrael przyglądał mu się krytycznie. Najbardziej znane jego wypowiedzi dotyczyły procesu Eichmanna z 1961 roku, który nazwał nie tylko wielką porażką, ale i wspólną intrygą ówczesnego premiera Izraela Ben Guriona i prezydenta Niemiec Konrada Adenauera.

Jej celem, zdaniem Leibowica, było odwrócenie uwagi od odwiecznego antysemityzmu chrześcijańskiego i uwolnienie Niemców od winy za Holocaust. Zdaniem Leibowica bowiem, zamiast osądzać wielowiekowy antyjudaizm chrześcijańskiej Europy, proces Eichmanna był skoncentrowany na działaniu machiny zniszczenia nazistowskich Niemiec. Tymczasem należało mówić o winie i współudziale chrześcijańskiej Europy, w tym niemieckich kościołów, które jego zdaniem przygotowały grunt pod Holocaust.

On również przewidywał ewolucję Państwa Izrael w kierunku nacjonalizmu, a nawet faszyzmu (zasłynął, nazywając żołnierzy izraelskich judeo-nazistami). Równie krytycznie odnosił się do dominujących w Izraelu grup ultraortodoksyjnych Żydów, którym zarzucał antyintelektualizm. Jego poglądy przywołuje wielokrotnie Tom Segev w swojej książce „Siódmy milion. Izrael – Piętno Zagłady” (polskie wydanie 2018 roku). Ta krytyka nie przysparzała Leibowitzowi popularności, jednak jej echa można spotkać również dzisiaj.

Dwie mutacje judaizmu: nacjonalizm i ultraortodoksja

Zaraz po ogłoszeniu wyników wyborów, Asa Kaszer, znany filozof, o prawicowych zresztą poglądach, ogłosił niezwykle ostrą ocenę prawicowych partii, które znalazły się w Knesecie. Dostrzegł w nich reprezentację dwóch mutacji judaizmu: ultraortodoksyjnej i nacjonalistycznej. Z obydwiema Kaszer nie chce mieć nic do czynienia. Ze względu na gorące polemiki, jakie ocena Kaszera wzbudziły w Izraelu, pozwalam sobie je przywołać.

Pierwsza mutacja charakteryzuje się następującymi cechami: „Mutacja ultraortodoksyjna – ujawnia przejście od życia mniejszości w diasporze, która żyje własnym życiem, utrzymuje własnych gości i nie prowokuje obcych władców (prawo ziemi jest prawem nadrzędnym), do nowego sposobu życia mniejszości, która żyje kosztem innych – ekonomicznego pasożyta, nie dbającego o bezpieczeństwo, zwolnionego z odpowiedzialności cywilnej, bez rzeczywistego poszanowania demokratycznego reżimu i jego zasad”. Do tej mutacji należą dwie partie reprezentujące ultraortodoksów – Szas, która zdobyła 11 miejsc w Knesecie, i Zjednoczony Judaizm Tory, który zdobył 7 miejsc.

Druga mutacja dotyczy nacjonalizmu. O niej Kaszer pisze tak: „Mutacja nacjonalistyczna – pokazuje przejście od religijnego sposobu życia, w którym przestrzeganie zasad sprawiedliwości i przyzwoitości, uczciwości i współczucia, wypływających z bojaźni Bożej i łączących się z odpowiedzialnym ludzkim postępowaniem („moralność proroków”), do dzikiego, złośliwego sposobu życia, który uświęca ziemię i kontroluje przemocą jej mieszkańców, metodami pozbawionymi sprawiedliwości, współczucia i moralności. Przede wszystkim [wyznawcy mutacji nacjonalistycznej - dop. red] są bożkami kultu ziemi, ludu i jego skorumpowanego przywództwa”.

Chodzi tutaj o koalicję trzech ekstremistycznych ugrupowań, które przyjęły nazwę jednej ze składowych grup – Religijny Syjonizm Becalela Smotricza. Dwie pozostałe to Żydowska Siła Itamara Ben-Gwira oraz Noam Awi Ma-oza. To właśnie oni wzbudzają największe emocje komentatorów. Jeden z nich, Awraham Burg, tak się wypowiedział dla Deutsche Welle: „W najszerszym kontekście Izrael dołącza do bardzo niesławnej galerii krajów, takich jak Włochy, Węgry.

Jest to połączenie rasowej supremacji, polityki nacjonalistycznej i religijnego fundamentalizmu.

Zdaniem Burga „Izrael próbuje określić się jako żydowski i demokratyczny. Powiedziałbym, że jest to zwycięstwo Żydów nad demokracją”.

Izraelczycy przerażeni zwycięstwem skrajnej prawicy

Są to głosy Izraelczyków, dla których największym problemem są sami Izraelczycy. W każdym razie utożsamienie triumfującej skrajnej prawicy z całym Izraelem to zabieg podobny zrównania do zwycięstwa w 2016 roku Donalda Trumpa i jego prób zniszczenia podstaw demokracji amerykańskiej z filozofią ojców założycieli Stanów Zjednoczonych. I jedno, i drugie należy wpisać w dzieje patologii polityki, nazbyt ochoczo odwołującej się do wsparcia fundamentalizmu religijnego.

Należy podkreślić, że opinie Kaszera i Burga są reprezentatywne dla znacznej grupy Izraelczyków, przerażonych zwycięstwem skrajnej prawicy. Stanowią blisko połowę społeczeństwa, które głosowało na ugrupowania umiarkowane i lewicowe oraz na partie mniejszości arabskiej. Niestety, to właśnie dwie ostatnie grupy są szczególnie osłabione ze względu na fatalną politykę personalną. Sprawiła ona, że dwie partie – lewicowy Merec i arabska partia Balad – ​​znalazły się poza Knesetem. W każdym razie dla większości Izraelczyków obcy jest religijny fundamentalizm ultraortodoksów i polityczne zacietrzewienie nacjonalistów.

Kosztowni ultraortodoksi

Co więcej, poczucie frustracji tej części społeczeństwa jest zakorzenione w coraz wyraźniejszej szkodliwości tych dwóch grup, a nawet ich wręcz destrukcyjnym wpływie na Państwo Izrael. Ultraortodoksi nie tylko niczego nie wnieśli do powstania państwa żydowskiego, ale od samego początku jego istnienia szantażują kolejne rządy. Odmawiają poparcia czegokolwiek w Knesecie, domagając się ciągle większych przywilejów finansowych.

W odróżnieniu od Izraelczyków świeckich, ortodoksi nie służą w wojsku, a co za tym idzie nie mają udziału w trosce o bezpieczeństwo państwa.

Nie płacą podatków, bo nie pracują. Otrzymują olbrzymie wsparcie finansowe na edukację, która pozostaje poza kontrolą państwa. Ograniczona jest ona do pamięciowego studiowania tekstów religijnych, przeważnie Talmudu, i egzotycznej tradycji założycieli poszczególnych odłamów.

To samo dotyczy sytuacji kobiet, które są całkowicie podporządkowane archaicznym prawom religijnym i praktycznie nie posiadają praw obywatelskich. Krótko mówiąc,

ortodoksi stanowią rosnące obciążenie dla budżetu państwa, który jest zasilany z rosnących podatków pracujących Izraelczyków.

Nacjonaliści: bojkot mniejszości arabskiej

Jeśli chodzi o nacjonalistów, ich rola w państwie jest równie destrukcyjna. Przede wszystkim dlatego, że od samego początku izraelskiej państwowości, a zwłaszcza po wojnie sześciodniowej w 1967 roku, bojkotują oni wszelkie próby porozumienia z mniejszością arabską. Na terenach okupowanych stosują politykę faktów dokonanych. Budują nowe osiedla (stąd ich nazwa – osadnicy) i wymuszają emigrację arabskich mieszkańców, często odwołując się do brutalnej przemocy fizycznej.

Obie te grupy od czasów objęcia rządów przez premiera Begina w 1977 roku znajdują się pod szczególną opieką państwa. Za rządów premiera Netanjahu państwo w jawny sposób wspierało zarówno finansowe roszczenia ultraortodoksów, jak i rosnącą arogancję nacjonalistów. To właśnie te grupy będą stanowić koalicjantów premiera Benjamina Netanjahu.

Izraelska lekcja dla Polski

Wyjątkowa historia państwa żydowskiego rzuca dodatkowe światło również na nasze, polskie kłopoty z demokracją, a zwłaszcza na wzajemne „uwikłania polityki i religii”. Wiele z obecnych zawirowań w polskiej polityce i w dominującym wyznaniu chrześcijańskim tłumaczy historia naszego kraju. Jednak równie istotne jest to, co my z tą historią robimy.

Ciągle otwarte jest pytanie, czy znajdą się w Polsce ludzie pokroju Leibowica i Kaszera, którzy głośno powiedzą, że należy się zdystansować do skorumpowanych elit politycznych i odmówić prawa do reprezentowania wspólnoty narodowej przywódcom religijnym, którzy lekceważą prawa moralne i zasady demokratycznego współżycia.

Czyż bowiem w dzisiejszym polskim katolicyzmie nie należy widzieć odrzucenia autentycznej religijności, jaką katolicyzm zaproponował na Soborze Watykańskim II?

To przecież główne dokumenty tego soboru postulują autonomię porządku politycznego i poszanowanie niezależności ludzkiego sumienia.

Czekając na głos przyzwoitości

Papież Franciszek, który od 2013 roku podejmuje zdecydowane próby wcielania w życie soborowych postulatów, w polskich realiach zderza się z kompletnym niezrozumieniem. Można zresztą dodać, że tak jak polski kościół ignoruje argentyńskiego papieża, tak ten drugi zupełnie nie interesuje się tym, co się dzieje nad Wisłą.

Podobnie, rządzącej partii, coraz bardziej dryfującej w kierunku faszyzującego nacjonalizmu, należy uzmysłowić, że nie należy ona do tradycji demokratycznego kraju, jaki wyłonił się z procesów transformacyjnych w 1989 roku. To nie przypadek, że przedstawiciele Kościoła katolickiego, którzy domagają się dzisiaj szczególnych praw i przywilejów dla swojej instytucji, byli wyjątkowo dyskretni w czasach, gdy opozycja walczyła o nowy porządek polityczny i społeczny. Podobnie, najgłośniejsi dzisiaj politycy z prawej strony politycznej nierzadko wywodzą się z ugrupowań postkomunistycznych. Podejrzenia więc o polityczny, religijny i społeczny konformizm wcale nie są bezzasadne.

Stąd potrzeba głosów intelektualistów takich jak Leibowic i Kaszer również w Polsce. Być może należy odwołać się do dziedzictwa Władysława Bartoszewskiego, który nieustannie przypominał, że warto być przyzwoitym. I Czesława Miłosza, który ostrzegał przed powrotem do teokratycznych projektów okresu międzywojennego. Zarówno w działalności obywatelskiej, jak i we współtworzeniu wspólnoty religijnej, takie właśnie głosy przywracają poczucie przyzwoitości. Takich głosów zarówno w polityce, jak i w Kościele katolickim, na razie brak.

Udostępnij:

Stanisław Obirek

Teolog, historyk, antropolog kultury, profesor nauk humanistycznych, profesor zwyczajny Uniwersytetu Warszawskiego, były jezuita, wyświęcony w 1983 roku. Opuścił stan duchowny w 2005 roku, wcześniej wielokrotnie dyscyplinowany i uciszany za krytyczne wypowiedzi o Kościele, Watykanie. Interesuje się miejscem religii we współczesnej kulturze, dialogiem międzyreligijnym, konsekwencjami Holocaustu i możliwościami przezwyciężenia konfliktów religijnych, cywilizacyjnych i kulturowych.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne