Moja choroba nie zostawia siniaków, nie krwawi. Niewidzialna towarzyszka: migrena [TAKA PANI URODA]
Pewnego gorącego sierpniowego dnia dopadł mnie pełnoskalowy atak full wypas. Trwał trzy dni. Ból po jednej stronie głowy, który widziałam pod powiekami w kolorach zimy. Czułam, jakby ktoś wbijał mi w skroń lodowaty szpikulec.
Migrenę to ma hrabinia, a ciebie tylko głowa napierdala – to powiedzenie przypomniała mi bohaterka tego odcinka „Taka pani uroda”, Joanna Pędzich-Opioła. Miała rację: kiedy myślę o migrenie, najpierw widzę cierpiące arystokratki z filmów kostiumowych, wachlujące się i wzdychające, oparte o koronkowe poduchy. Ale jak pogrzebałam głębiej, przypomniałam sobie, jak często słyszałam w dzieciństwie, że „mamę/babcię/ciocię boli głowa”. Z reguły w trzeciej osobie, jakby ten ból istniał osobno, nie należał do nich. Opiekunki miały dość, musiały się schować w ciemne, chłodne miejsce, byle daleko od obowiązków, których miały na pewno za dużo.
Migrena jest bowiem chorobą, która dotyka głównie kobiet. Według badań dr hab Marty Waliszewskiej-Prosół, ekspertki tego odcinka, choruje na nią około sześciu milionów ludzi w Polsce, w tym ponad cztery miliony Polek. Kluczem są najprawdopodobniej hormony płciowe, ale pomimo lat badań naukowych nadal nie udało się uchwycić kluczowych czynników odpowiadających za tą zależność. I to nie jest zwykły ból głowy, który „na pewno przejdzie”, ale genetycznie uwarunkowana choroba neurologiczna. Ból to tylko część napadu, oprócz niego chora odczuwa nadwrażliwość na światło, dźwięki, zapachy i dotyk, nudności, wymioty, zawroty głowy, a każdy ruch nasila cierpienie. Jak to się stało, że tego jako społeczeństwo nie pojęliśmy?
– Przez dekady migrenę marginalizowano i stygmatyzowano jako histerię, przypadłość pań z wyższych sfer. Była traktowana jako dolegliwość – opowiedziała mi dr Waliszewska-Prosół. – Leczenie, a często samoleczenie, opierało się na lekach przeciwbólowych dostępnych bez recepty, które doprowadzały do chronifikacji choroby. Pamiętamy nasze babcie i prababcie, które miały „tabletki z krzyżykiem” w każdej torebce i pod poduszką. Z czasem brały te leki garściami, a głowa bolała je nadal, nierzadko codziennie. Kiedy się skarżyły albo szukały pomocy u lekarza, słyszały: „taka pani uroda”. Wiele jeszcze czeka nas pracy, żeby migrena była wreszcie postrzegana – przez społeczeństwo i przez decydentów – jako choroba, którą należy leczyć jak każdą inną przewlekłą.

Komentarze