0:00
29 lipca 2022

Oikos Kaczyńskiego i sześć innych powodów, żeby nie lekceważyć tego, co on wygaduje

O co Kaczyński poprosił złotą rybkę? Czego życzy Polsce? Więcej PiS i siebie samego, bo wszystko inne jest złem. Punkt po punkcie pokazujemy, że w tym szaleństwie jest metoda, i to dobrze opisana w teorii politologicznej. Może być skuteczna

Wydrukuj

Media z lubością cytują i analizują, a media społecznościowe nabijają się z serii wyborczych wystąpień Jarosława Kaczyńskiego w Sochaczewie, Płocku, Kielcach, Kórniku, Gnieźnie, Koninie... ma ich być wszystkich 94, tyle co okręgów wyborczych do Senatu. Intensywna pielgrzymka, kilkaset godzin monologu, przerywanego z rzadka przez klakierów.

To początek kampanii wyborczej PiS, częściowo rozpoznawczy: co chwyta, co nie, ale już teraz - na 15 miesięcy przed wyborami - widać, w jaki sposób Kaczyński reaguje na zagrożenia, przed jakimi stoi władza, która niezbyt udolnie próbuje zapanować nad załamaniem gospodarki, drożyzną, groźbą zimnych mieszkań zimą i widmem stagflacji (o czym już w maju 2022 mówiła DGP Teresa Czerwińska, ministra finansów 2018-2019, a obecnie wiceprezeska Europejskiego Banku Inwestycyjnego). Dodatkową okoliczność stanowi mocny ton ataku na PiS Donalda Tuska na Konwencji KO 2 lipca, a także rysujące się zagrożenie pozycji lidera w sondażach.

Odpowiedź PiS, czy raczej samego Kaczyńskiego, opiszemy w kilku punktach, zwracając uwagę także na formę wystąpień, styl, język i postać mówcy, bo w polityce obowiązuje McLuhanowska zasada, że medium też jest przekazem.

1. Wszechobecność Kaczyńskiego, jako dowód, że "mu naprawdę zależy"

Psychologowie używają kategorii poznawczej dostępności, jako wyjaśnienia naszych zachowań. Wystąpienia Kaczyńskiego są szeroko dostępne. Żyją nimi media publiczne, a warto dodać, że TVP zyskała dodatkowy monopol, bo po decyzji szefa UKE może dalej nadawać w starym standardzie naziemnej telewizji cyfrowej, co sprawia, że staje się jedyną telewizyjną opcją dostępną dla 1,32 mln gospodarstw domowych (3 mln widzów), które tracą dostęp do TVN i Polsat. Ale Kaczyńskiego obficie cytują także media niezależne, w tym OKO.press. Niezależnie od tego, co i jak mówi, wszyscy reagują, a rzucane przez niego kolejne tematy stają się przedmiotem rozmów, dowcipów, memów.

W dodatku Kaczyński wykazuje się zaangażowaniem, jego spotkania z aktywem i sympatykami PiS dowodzą, że temu politykowi zależy, że jest przekonany do swoich racji.

Prezentuje dobry humor i optymizm. W Kielcach mówi o "imponujących zmianach Polski (...) zmieniły się też portfele Polaków". Składa wiele obietnic, często ogólnikowych. "Mogę zapewnić, że nikt nie zostanie bez ciepła, w cenie takiej jak dotąd, a biorąc pod uwagę inflację, to nawet niższej" - rzuca brawurowo, ale na wszelki wypadek dodaje: "W wielu sprawach wiąże nam ręce Unia Europejska, my byśmy obniżyli vat do zera na wszystkie nośniki energii".

"Zrobię wszystko, żeby 14. emerytura była na stałe" - obiecuje. "Jak będą wybory, to powinno już być znacznie znacznie lepiej" - pociesza.

W tym kontekście podkreślanie swego starszego wieku i dolegliwości ("ze względu na pewne uszkodzenia długo nie ustoję, ale proszę o następne pytanie") jest czymś więcej niż kokieterią. Wskazuje na silną motywację, by rządzić dalej. I trzeba przyznać, że jest bez porównania żywszy niż podczas wywiadów czy sejmowych debat, gdy podsypia.

Zapytany w Gnieźnie o trzy życzenia dla Polski, jakie mógłby zgłosić złotej rybce zaczyna od: "żebyśmy wygrali wybory w sposób przekonujący". Można to uznać za ego- czy PiS-ocentryzm, zwlaszcza, że trzecie życzenie jest identyczne: "żebyśmy byli w stanie kontynuować politykę, którą żeśmy rozpoczęli, a drugie to "żebyśmy opanowali inflację, co się łączy z pierwszym".

Jedynym życzeniem Kaczyńskiego dla Polski jest Kaczyński, co jest skrajną arogancją, ale co również dowodzi, jak bardzo pragnie władzy. To wkurza oponentów, ale może przekonać mniej zdecydowanych wyborców.

Analizując szanse wyborcze skupiamy się zwykle na elektoratach, czyli ludziach, którzy już wiedzą, jak będą głosować.

Poza obszarem zainteresowania pozostaje grubo ponad 6 mln uprawnionych do głosowania, którzy w sondażach odpowiedzieli, że 1. nie wiedzą, czy pójdą na wybory czy nie (ok. 10 proc.) i 2. zadeklarowali głosowanie, ale nie wiedzą na kogo (nawet do 10 proc. wszystkich badanych).

Dla tej grupy tak czy inaczej niezdecydowanych niespecyficzny czynnik, jakim jest aktywność i zapał lidera, a nawet jego ostentacyjne pragnienie władzy, może być argumentem za, typu "nie wiem do końca, kto ma rację, ale Kaczyński tak się stara, więc coś w tym może być".

Także w sondażach ludziom mniej uformowanym czy zainteresowanym polityką pamięć podsunie najbardziej aktywnego gracza.

2. Kaczyński plecie androny, ale jest to dobra rozrywka

Zdumiewające, jak niechlujne są wywody Kaczyńskiego, jak powtarza oczywiste oczywistości, jak nudzi. W Kórniku: "Zastanawiam się jak zacząć, bo przecież spraw jest mnóstwo, powiedzenie o wszystkim jest niemożliwe, sądzę, że bym przy końcu mówił do pustej sali, bo to by bardzo długo trwało, jeśli bym dał radę oczywiście, jeśli chodzi o konkurowanie (chichot) z Fidelem Castro, który już nie żyje, to i tak nie mam szans (śmiechy, okrzyki "brawo") więc nie będę próbował".

W czasach pośpiesznej komunikacji, telewizyjnych "setek", twittów ograniczonych do 140 znaków, taki wstęp to horrendum. Kaczyński tłumaczy też ludziom, że "sezon grzewczy zwykle trwa od października, kończy się w kwietniu, to zwykle, bo to różnie bywa z pogodą, czasem dłużej, czasem krócej".

Albo precyzuje, kto ma w Polsce dzieci, przy okazji chwaląc się jedną z największych porażek PiS: "Mamy ogromny program jeżeli chodzi o dzietność, to też jest sprawa mlodszego pokolenia, oczywiście nie tego najmłodszego, ale tego młodszego mogącego zakładać rodziny".

Prawi te wszystkie banały nad banałami z wyraźną przyjemnością z samego faktu, że przemawia. Kaczyński ma czas. "Zakup węgla to nie jest prosta sprawa" - informuje i rozwija w kilkunastu zdaniach.

Dla zwolenników to może być uspokajające, słuchają z oddaniem, kiwają głowami, że tyle im mówi.

Reszta słucha tak, jak w 1988 roku słuchało się papieża-Polaka, którego homilie były w znacznej części śmiertelnie nudne, ale miały "polityczne momenty".

Kaczyński też ma momenty. "Ale czy ja muszę uznawać, że pewien pan o posturze i rękach boksera wagi ciężkiej, który kiedyś był w Sejmie, jest kobietą? Ja nie przyjmuję tego do wiadomości" - w tej kołtuńskiej transfobii jest okrucieństwo ukryte pod uśmieszkiem. Albo gdy mówi o kłamstwach opozycji, że są równe hitlerowskim i stalinowskim. Albo gdy stwierdza, że zły dla PiS wynik sondażu został sfabrykowany przez jakąś "grupkę związaną z młodzieżówką PO"; co zaczerpnął z PiS-owskiego trollingu.

Takich wypowiedzi jak z najgłupszego kabaretu TVP jest sporo. Kaczyński wyskakuje z czymś niewyobrażalnym, co sprawia, że słuchaczom rośnie ciśnienie. Czeka się z napięciem, kiedy przekroczy kolejną granicą rozsądku i przyzwoitości. Co wymyśli nowego o Tusku? Hop i jest: był wobec Rosji "na kolankach".

Ale uwaga: to jest psychologicznie atrakcyjne (w sensie przyciągające), dlatego jest tak cytowane, tak jak atrakcyjny byli Tymiński czy Lepper. Jest atrakcyjne nie tylko dla ogarniętych fascynacją transfobów, ksenofobów i fanatyków PiS.

Przekraczanie kolejnych granic budzi poza elektoratem Kaczyńskiego oburzenie, które przeżywamy wspólnie z innymi w swoich bankach internetowych zadowoleni, że inni są tak samo wkurzeni.

Jednym słowem Kaczyński dostarcza rozrywki i to niesie jego przekaz.

Transgresje, jakich dokonuje mają kolejną - niebezpieczną - konsekwencję: wysyła sygnał, że mu wszystko wolno (jak sam mówił "ja bez żadnego trybu"). Taki sygnał wkurza już wkurzonych, ale na mniej zdecydowanych może działać demobilizująco, bo budzi poczucie bezradności.

On mówi takie rzeczy, a ja niczego z tym nie mogą zrobić.

3. Jest swojakiem, skraca dystans, fajny dziadzio

Wydawałoby się, że to karkołomny pomysł, by oprzeć partyjną kampanię na liderze, który cieszy się (czy raczej martwi) największym odsetkiem ludzi, którzy nie ufają politykom (w lipcowym CBOS - 53 proc., tyle samo co Ziobrze i Tuskowi - 52 proc.).

W 2015 roku postawił na nowe twarze Beaty Szydło (rocznik 1963) i Andrzeja Dudę (1972). Teraz najwyraźniej wierzy, że to właśnie on (rocznik 1949) może być Jurkiem Owsiakiem Wielkiej Orkiestry Polskiej Konserwy, jaka przygrywa nam swoje polki i obertasy, jakby świat stanął w miejscu, a nawet mógł się cofnąć.

Kaczyński nie jest przy tym nadęty, wręcz przeciwnie, skraca dystans. Z upodobaniem żartuje ze swojego wzrostu, mówi z gwarowymi końcówkami ("oni myślom, że wiedzom, jak wygrać wybory"), zabawnie przekręca nowoczesne słowa "smarfon" (bez t).

Swojak, nie wywyższa się, dosłownie i w przenośni. To się może podobać, nawet jeśli dla oponentów jest dodatkowym obciachem.

Ma też dystans do swojego wieku, żartuje, że pamięta nawet śmierć Stalina (Jarek i Leszek mieli wtedy prawie cztery latka). Pokazuje gestem na nogę, mówiąc o "pewnych uszkodzeniach" (patrz wyżej). Opowiada o swej edukacji: "55 lat temu tak było, że w szkole bardzo marnie, na studiach bardzo dobrze".

Kaczyński nie onieśmiela inteligencką elokwencją jak Hołownia, nie budzi dystansu jak super mądry Zandberg, "jest taki jak my", nawet jeśli wymądrza się na każdy temat. Trochę jak Orbán czy Bolsonaro, trochę jak Trump, choć ostrożniej od byłego prezydenta USA operuje liczbami i trudniej go złapać za słowo.

4. Eurofobia i germanofobia, czyli krzywdzą nas i poniżają. "Koniec tego dobrego"

Dochodzimy do bardziej treściowych wątków, choć granica między formą a treścią jest tu nieostra.

I tu zaskoczenie. Pod prąd euroentuzjazmu Polek i Polaków Kaczyński niezwykle ostro jedzie po Unii Europejskiej, przy czym Unia zostaje tu właściwie utożsamiona z Niemcami. Eurofobia miesza się z tradycyjną dla Kaczyńskiego germanofobią.

Doskonale pokazała to Agnieszka Jędrzejczyk:

Rozniecanie nienawiści do Niemców nie zna granic.

Kaczyński rozwodzi się nad wojennymi zbrodniami "zwykłych Niemców", w obozach Zagłady czy w Warszawie. Za rzeź Woli "odpowie żandarmeria, nie żadni naziści, tylko zwykli Niemcy. Niemcy jako naród, jako cały naród są odpowiedzialni za te zbrodnie".

Boleje nad tym, że dziś "Niemcy tego nie wiedzą i Europa tego nie wie, to musi być powiedziane". Zwłaszcza, że krzywdy nie zostały naprawione: "Wszystkim trzeba płacić, ale Polsce nie, za wszystko trzeba karać, ale za zbrodnie w Polsce nie" - grzeje Kaczyński temat reparacji, w niemal każdym występie.

Niemcy, największy adwokat polskiej akcesji do UE i partner gospodarczy (blisko 1/3 eksportu i importu), są fundamentalnie źli. "Niemcy za to, co zrobili w Polsce i w innych krajach na świecie, za Holocaust, to jeszcze siedem pokoleń powinni być tam odpowiednio nisko ustawieni". Ale nie są: "Widzimy, jakie mają zakusy, jak chcą centralizacji Europy, co mówił niedawno kanclerz Scholz. My nie chcemy dopuścić do ich hegemonii. A Tusk pierwszy poleci, żeby realizować ich polecenia".

Scholz chciał, żeby w sprawach bezpieczeństwa nie obowiązywała w Radzie Europejskiej zasada jednomyślności, tak by np. weto Orbána nie blokowało decyzji wobec Rosji, ale dla Kaczyńskiego to zamach na suwerenność i kolejny przykład niemieckiej ekspansji.

"Deutschland, Deutschland uber alles" - wciąż ta sama złowroga pieśń. „Za co się Niemcy nie wzięli w Europie, to się generalnie źle kończyło: I wojna światowa, II wojna. Potem byli przez jakiś czas pod kontrolą, a później się zaczęła polityka, której finał mamy taki, jaki mamy".

"Kiedy Niemcy zaczęli uprawiać politykę rzeczywiście samodzielną, to co z niej wyszło? Wojna na Ukrainie i to wszystko, co mamy z gazem i inflacją. Ile razy Niemcy się biorą za europejskie sprawy, to za każdym razem z tego jest nieszczęście. Do kolejnego nieszczęścia nie dopuśćmy" - straszy w kółko tym samym.

Kaczyński liczy na to, że rozbuja antyniemieckie nastroje. Na razie (wg styczniowych badań CBOS 2022) niechęć do Niemców odczuwa 24 proc., półtora raza mniej niż do Rosjan czy Romów i dwa razy mniej niż do Arabów, ale 2-3 razy więcej niż do Włochów, Amerykanów czy Węgrów.

Ci moralnie źli Niemcy niestety opanowali Unię.

"Teraz mamy wojnę na Ukrainie, dochodzi tam do zbrodni. Jednocześnie na Zachodzie mamy sojusznika, który tak naprawdę ma silne tendencje do dominacji. Jedni opowiadają, że są gotowi do pewnych ustępstw, uległości, ale my mówimy temu - nie. Chcemy być państwem silnym, tak jak mówił mój śp. brat Lech Kaczyński".

Zła staje się także Unia Europejska - wroga siła, która narzuca Polsce swoje warunki pozbawiając nas niezawisłości i łamiąc własne traktaty.

Krzywda i upokorzenie Polski przez Niemców i przez Unię Europejską ma być ksenofobicznym paliwem kampanii, tak jak w 2015 roku byli nim uchodźcy-muzułmanie, którzy mogą nas zarazić ("Różnego rodzaju pasożyty, pierwotniaki, które nie są groźne w organizmach tych ludzi, mogą tutaj być groźne").

Tamta kampania nienawiści zdumiewająco skutecznie zmieniła polskie postawy wobec uchodźców.

Antyeuropejski ton PiS może się nasilić, zwłaszcza jeśli upór rządu sprawi, że Komisja Europejska nie przekaże nam środków z KPO. Momentami Kaczyński już przesądził, że tak będzie:

"Mówię tutaj w tej chwili swoje indywidualne zdanie, bo decyzji partyjnej nie ma, ale to zdanie jest krótkie.

No, koniec tego dobrego. Myśmy wykazali maksimum dobrej woli. Z punktu widzenia traktatów nie mamy żadnych obowiązków, żeby słuchać Unii w sprawie wymiaru sprawiedliwości. Żadnych".

Co jest nie tak z tą Unią poza tym, że niemiecka? Miała być chrześcijańska a jest lewacka. "Powtarzam - nie lewicowa, a lewacka" - mówi Kaczyński językiem Zbigniewa Ziobry albo Krystyny Pawłowicz. Albo Matteo Salviniego, który głosi, że albo UE się zmieni, albo nie ma sensu, by dalej istniała (względnie Włochy powinny ją opuścić).

.W Gnieźnie złotą rybkę poprosił, żeby Ukraińcy wygrali wojnę, ale zaraz potem, by "Unia Europejska się zreformowała w stronę, którą wskazali jej twórcy, była związkiem suwerennych państw, a podstawą były wartości chrześcijańskie, bo wielu oszustów już pisze, że Europa nie z tych wartości wyrosła".

O federalizacji Europy mówi jak skrajny eurosceptyk: "Jeśli Polacy sami się zgodzą, by być pod butem, nawet tym filcowym, choć on nie będzie filcowy, stwardnieje, to będzie wielka bieda. A jeśli się nie zgodą, to znaczy że będą głosować na PiS" - rysuje tożsamość swego potencjalnego wyborcy.

Ma rację. W sondażach OKO.press sześć razy sprawdzaliśmy postawy wobec kontrowersji: Europa sfederalizowana ("ściślejsza współpraca w UE i zwiększenie roli Komisji Europejskiej) czy "Europa ojczyzn" ("ograniczenie współpracy do spraw gospodarczych i większa niezależność państw")? Ta pierwsza opcja dominuje w postawach Polek i Polaków, w ostatnim sondażu wygrała z wizją Kaczyńskiego 50 do 37 proc. Rzecz jednak w tym, że w elektoracie PiS wynik był odwrotny: 65 proc. za ograniczeniem, a tylko 25 proc. za zwiększeniem współpracy (jeszcze bardziej eurosceptyczny był elektorat Konfederacji 69 proc. do 13 proc.).

Kaczyński chce tę tendencję umocnić, zwłaszcza na wypadek zaostrzenia konfliktu z Komisją Europejską.

Ta niebezpieczna (dla interesów narodowych) gra nastrojami antyunijnymi i antyniemieckimi wygląda na mission impossible. Stanowi jednak odwołanie do mocno zakorzenionego w naszej mentalności przekonania, że Polska zawsze pada ofiarą. Potwierdza to sondaż OKO.press, w którym aż trzy czwarte badanych uznało, że "Polacy doświadczyli więcej zła i cierpień w swojej historii niż inne narody".

O tej polskiej postawie mówił też Timothy Gorton Ash w warszawskim wykładzie na zaproszenie OKO.press cytując słynny wiersz Adama Zagajewskiego: "Naprawdę umiemy żyć dopiero w klęsce".

Dlatego to może być skuteczna strategia narzucania interpretacji. Poczucie krzywdy, jakie odczuwają ludzie płacąc 20 czy 30 proc. więcej za codzienne zakupy, zostaje podniesione do rangi narodowej rangi, a Kaczyński sufluje, że winni naszych cierpień są oni - Niemcy i Bruksela, którym na dodatek powodzi się znacznie lepiej. Chce odwrócić uwagę swego elektoratu i innych potencjalnych wyborców od oczywistej konkluzji, że za trudności gospodarcze, nawet uwarunkowane zewnętrznymi okolicznościami, odpowiada rząd. Nawet prawicowy, który wciąż szuka wymówek, że ktoś mu coś utrudnia.

Brzmi to absurdalnie, ale polska martyrologia narodowa, zawiść i resentyment historyczny - mogą dać zaskakująco duży odzew.

5. Ojkofobia, czyli nienawiść do polskiego domu

Druga stroną medalu polskiej krzywdy jest teza o zdrajcach narodu, czyli wyznawcach "ojkofobii".

Bo nie dość, że w całych naszych dziejach "konsekwentnie Polskę oczerniano (...) ten proces niestety trwał także po 1989 roku i najgorsze jest to, że on znalazł potężnych sojuszników w naszym kraju - ludzie chorują na tak zwaną ojkofobię, czyli nienawiść do własnej ojczyzny".

Pytanie, czym jest ojkos - w starożytnej Grecji dom rodzinny, razem z mieszkańcami - jakiego bronić chce Kaczyński?

"My jesteśmy strażnikami tego, żeby nam obcych obyczajów nie narzucano. Jak ktoś chce inne obyczaje wyznawać, to proszę bardzo, ale niech nikt tego nie narzuca. Chcemy opierać polski porządek publiczny na tradycji.

Nie chcemy, by nas opiłowywano, nie chcemy w Polsce wojny religijnej i ideologicznej".

Kto nie mieści się w tej tradycji? W kampanii 2019 i 2020 na masową skalę Kaczyński eksploatował homofobię strasząc, że geje i lesbijki będą "nam" zabierać dzieci, a on do tego nie dopuści ("Wara od naszych dzieci"), teraz postawił na transfobię. Nie ma tu znaczenia, ile jest osób trans, chodzi o to, by budzić pogardę i nienawiść wobec jakiejś grupy, która narusza "konserwatywny ład".

Na wiecach odczytywane są pytania np. od "pana Romana" czy "pani Mirosławy". To do nich zwraca się Kaczyński z uspokajającym przekazem, że będzie bronił ich "normalnej polskiej rodziny" przed zagrożeniami, jakie niesie nowoczesny świat.

Ojkos Kaczyńskiego to zwykła polska rodzina, pan Roman i pani Mirosława, ludzie już raczej starsi, którzy liczą, że PiS jakoś o nich zadba, a jeśli nawet nie będzie ich stać na croissanty, które zdążyli polubić, to przynajmniej babochłopy nie będą im zaglądać do okien.

Kaczyński jak cała polska prawica burzy się przeciwko "poprawności politycznej", która nie pozwala we współczesnym świecie opowiadać dowcipów o "pedałach", a nawet o "blondynkach".

"Są w Polsce ci, którzy chcą, żeby tę wolność jeszcze dużo bardziej cofnąć, żeby po prostu Polaków - jak to się mówi - wziąć za twarz. Nie macie prawa i to nawet w zwykłej rozmowie, w żartach być ludźmi wolnymi, wyrażać swoich poglądów - zwraca się do panów Romanów - tylko macie mieć poglądy jednego rodzaju, które jednocześnie macie nazywać demokratycznymi i wolnościowymi, chociaż są one antydemokratyczne i antywolnościowe".

I dalej stawia jako przykład własną transfobię:

„No, przecież mnie czyniono zarzuty, że na jednym ze spotkań spojrzałem na pierwszy rząd i pokazałem, kto jest kobietą, kto mężczyzną, bo już tego nawet nie wolno. Bo przecież wiadomo, że jest 50 albo 150 różnych płci".

Kaczyński obiecuje zatrzymanie przemian obyczajowych, westernizacji polskiego społeczeństwa. A nawet jeśli części tych zmian nie da się zatrzymać, to przynajmniej będzie razem z konserwatywną częścią elektoratu utyskiwał nad tymi wszystkimi "smarfonami".

"Młodzież jest pod bardzo wielkim wpływem smarfonu, tak mówiąc w przenośni, my z kolei tu dużych możliwości nie mamy" - odpowiada realistycznie na pytanie o wyborcze poparcie PiS przez ludzi młodych. Jak zauważyli internauci, w 2019 roku Kaczyński chwalił się, że dzięki rządom PiS rodziców stać na kupno dzieciom smartfonów, były wtedy czynnikiem statusu. Teraz stały się symbolem przemian, których nie da się zatrzymać, ale też nie da się zaakceptować.

To ogólna uwaga na temat tonu kampanii wyborczej 2022. W 2015 roku PiS jechał na obietnicach poprawy losu Polek i Polaków, niosła go nadzieja ludzi, że bardziej niż wcześniej skorzystają na rosnącej zamożności kraju. W 2019 roku PiS chwalił się, że to się w pewnej mierze udało. Teraz straszy i przestrzega. Obiecuje obronę polskiego ojkos, ale skupia się na igrzyskach, mnoży wrogów.

"Ja widzę często młodzież, która bawi się nocami w Śródmieściu Warszawy, bo ja często bardzo późno wracam z pracy. Mam takie wrażenie, daj Boże, że nieprawdziwe, że niewielu z nich przekonamy".

To głos starego, który narzeka na młodych. Socjolog David Finkelhor wymyślił na to nazwę: "juvenoia". Składa się z „juvenil” (młodzieńczy) i „paranoia” (paranoja), oznacza strach przed młodzieżą, a jednocześnie obawę o młodzież. „Młodzież w apogeum swojego wieku zna tylko rozrzutność i namiętnie oddaje się tańcom, dlatego potrzebuje jakiegoś kagańca” – przestrzegał Grek Plutarch z Cheronei (zmarł ok. 125 n.e.).

Kaczyński na zepsucie młodzieży chce odpowiedzieć koncepcją rycerza na wzór obrońców Ukrainy: "W kulturze europejskiej, wyrosłej z kultury rycerskiej, było to wysoko cenione i oni [w Ukrainie] tymi rycerzami są. Chciałbym, żeby w Polsce wśród młodych ludzi było jak najwięcej właśnie takich rycerzy. Są bardzo potrzebni w dzisiejszych czasach". Na razie głosuje na PiS kilka procent dwudziestolatków, a potencjalnych "rycerzy" zagospodarowała zbuntowana Konfederacja.

Ale w polskim domu mieszka jeszcze ktoś, a właściwie Ktoś.

6. Bóg uratował Kaczyńskiego, żeby nami kierował

Kaczyński parokrotnie wraca do własnej religijności upatrując w niej źródła swoich działań politycznych. "Dla nas to wynika - przynajmniej dla mnie, bo nasza partia nie ma charakteru konfesyjnego - z mojej wiary, ale faktem jest to, że to jest najlepsza cywilizacja w dziejach świata i najbardziej szanująca jednostkę i naród".

Ta pochwała chrześcijaństwa (de facto katolicyzmu) należy do kanonu programu PiS: „Kościół jest po dziś dzień dzierżycielem i głosicielem powszechnie znanej w Polsce nauki moralnej. Nie ma ona w szerszym społecznym zakresie żadnej konkurencji, dlatego też w pełni jest uprawnione twierdzenie, że w Polsce nauce moralnej Kościoła można przeciwstawić tylko nihilizm”.

To jest coraz bardziej odklejone od rzeczywistości, bo Polska się szybko laicyzuje, katechizm przestaje wyznaczać zachowania, pustoszeją kościoły, młodzież przestaje chodzić na religię.

Tymczasem Kaczyński z upływem lat coraz jaśniej określa się jako fundamentalistę katolickiego, opisuje swoją rolę jako obrońcy religii. Jak widzieliśmy, marzy mu się Unia Europejska, która wraca do korzeni ojców założycieli, a także Stany Zjednoczone w konserwatywnej wersji Trumpa: "Wierzę, że Ameryka się obudzi. Nawet jeżeli ktoś nie jest chrześcijaninem, nie wierzy w Boga, nie wierzy w Chrystusa, może nawet uważa, że Chrystusa nie było, to i tak musi przyznać, że to jest najbardziej życzliwa człowiekowi cywilizacja w dziejach świata. Byłoby fatalnie, gdyby kolejne pokolenia musiały żyć pod butem innych cywilizacji".

Czechy czy Francja jęczą już pod butem cywilizacji ateizmu, ale w Polsce odwołania do religii mają wciąż wyborczy sens, bo osoby najbardziej religijne, są wiernymi wyborczyniami i wyborcami Kaczyńskiego (w lipcowym CBOS - w aż 52 proc.).

Niezwykłym wyrazem właściwie kultu Kaczyńskiego jako obrońcy wiary, była wypowiedź na spotkaniu wyborczym w Kórniku 23 lipca, duszpasterza ludzi pracy, czy jak go nazwała Wyborcza "nieoficjalnego kapelana PiS", Tadeusz Magasa. Dialog wart zacytowania, zwłaszcza, że dochodzi do tragikomicznego nieporozumienia:

Magas: "Bardzo dziękuję, to nie tylko spotkania, ale i wielka edukacja, też korzystam z tego, dziękuję za ten ogromny szacunek dla tych, którzy tu słuchają i którzy w Polsce słuchają, nie chcę tu aluzji robić do spotkań tamtego pana [Tuska], który tak poniża nas, kompromitujące...

I druga myśl, trudniejsza. Jako ksiądz, duszpasterz, jako mistyk mam w świadomości tamten dzień, kiedy mamusia zachorowała, i pan musiał zostać, zawsze mówię,

nie ma przypadków, Opatrzność Boża czuwa nad tym, i widzę pana tutaj jako kogoś, kogo opatrzność zostawiła, żeby został tutaj z nami

i żeby ta rzeczywistość polska została tak właśnie poukładana, tamten przypadek, tamten wypadek, tamto zdarzenie...

Kaczyński: To nie był wypadek, to wiemy na pewno.

Magas: Ale mówię o tym, że pan musiał zostać.

Kaczyński: Musiałem zostać, a prezydent musiał niestety lecieć.

Magas: Tak trzeba odbierać tamto wydarzenie. Jest pan też w tych wielkich planach bożych wobec ojczyzny naszej wpisany bardzo wyraźnie.

Kaczyński: Jestem człowiekiem wierzącym i praktykującym, ale planów bożych w żadnym wypadku nie oceniam, robię to, co mogę. Chciałem bardzo, żeby brat pojechał pociągiem. To nie było zdarzenie, to był zamach, nie ma żadnych wątpliwości. Ten samolot nie spadł z przyczyn naturalnych, ale został strącony, choć czymś, co było wewnątrz".

7. Podręcznikowy populizm: my i tylko my reprezentujemy naród, reszta jest zła

Przekaz, jaki lansuje Kaczyński, robi wrażenie, jakby kierował się teorią populizmu amerykańskiego politologa Jana Wernera Muellera. Kategoria "populizmu" będzie swego rodzaju podsumowaniem poprzednich wątków.

"W potocznym rozumieniu, populizm to sprzeciw wobec elit. To poważne uproszczenie (...) Populiści utrzymują, że oni i tylko oni reprezentują to, co często nazywają prawdziwym społeczeństwem i cichą większością. Brzmi nie najgorzej – to przecież nie to samo, co np. rasizm. Jednak ich roszczenie do narodowego monopolu ma dwa złe skutki dla demokracji. Po pierwsze, populiści twierdzą, że wszyscy inni pretendenci do władzy nie mają do niej z zasady prawa.

Nie chodzi o różnice programowe czy nawet aksjologiczne – inni politycy są po prostu źli. I co mniej oczywiste, populiści twierdzą też, że wszyscy ci obywatele, którzy nie popierają ich wizji „prawdziwego narodu” – i dlatego nie głosują na populistów – prawdopodobnie w ogóle nie są narodem.

Populiści często wzywają do narodowej jedności. Ale zawsze jest to jedność na ich warunkach. A warunki te są polityczne, a w przypadku populistów prawicowych jawnie kulturowe, a nawet etniczne" - pisał w 2020 roku w OKO.press.

Ten kapitalny fragment analizy znajduje pełne potwierdzenie w narracji Kaczyńskiego. W polskich realiach wymiarami tej moralnej przewagi jest monopol PiS na polskość i patriotyzm, narodowa tradycja, wiara w Jezusa Chrystusa. Przesłankami moralnego wykluczenia jest lewactwo wyrażające się m.in. otwartością na "innych", uległością wobec Niemiec i Unii Europejskiej (Europy), która zerwała z chrześcijańską tradycją, totalna kulturowa obcość i zdrada narodu plus odwołania do polskich kompleksów utrwalonych w romantycznej wizji krzywdy i dumy.

Najdoskonalszym wcieleniem zła jest Donald Tusk, a ostatecznym spełnieniem, triumfem zła stał się zamach smoleński.

Nie jest wykluczone, że Kaczyński naprawdę wierzy, że samolot z jego bratem na pokładzie "został strącony, choć czymś, co było wewnątrz" i że to sprawia, że w jakimś stopniu wierzy we wszystko, co wygaduje. Osobista krzywda jest paliwem moralnej misji, której się podejmuje, by ratować Polskę, jaką sobie wymyśla przed zdrajcami. Że naprawdę słyszy głos wewnętrzny:

„W sprawach istotnych dla narodu mamy głos Polski i głos zewnętrzny. De Gaulle mówił o partii komunistycznej, że to jest partia zewnętrzna. Tak, to była partia zewnętrzna, w istocie rosyjska, i podobnie jest w Polsce. Przynajmniej Platforma Obywatelska to jest partia zewnętrzna wobec Polski, wobec polskich interesów".

Teoria Muellera - oparta na obserwacji innych populistów, jak Trump, który nazywał swoich oponentów „nie-amerykanami” czy Erdoğan, który mówi o swojej partii: „jesteśmy narodem”, a do krytyków zwraca się z pytaniem „a kim wy jesteście?” - pasuje jak ulał także do Kaczyńskiego.

Moralnie potępia on nie tylko opozycję i skorumpowane elity, które ją wspierają, ale także prostych obywateli, którzy protestują przeciw PiS. W Kórniku mówił, że to „rozwrzeszczane grupy ludzi, którzy naprawdę upadli bardzo nisko”.

"Ja Polskę kocham, my kochamy Polskę, kochają Polskę ci, którzy nas popierają". Dla innych nie ma tu miejsca. Wręcz odwrotnie, jak już wiemy, kto nie z PiS-em, działa na szkodę Polski. Jeśli PiS przegra wybory, w kraju "będą realizowane antypolskie plany".

Można tu jeszcze dodać, że Kaczyński do swej populistycznej narracji wciąga geopolitykę. Opozycja niszcząc narodowego ducha stanowi bowiem zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego. Kaczyński próbuje wykorzystać koniunkturę, jaką dla władzy stwarza wojna w Ukrainie:

"Musimy mieć silną armię, ale to nie jest wszystko. Ta armia musi jeszcze chcieć walczyć. Gdyby tam [w Ukrainie] panował taki nastrój jak w Polsce, ta pedagogika wstydu, gdyby ciągle obrzydzano Polskę Polakom, gdyby panowała ojkofobia, gdyby samo słowo naród było nie do przyjęcia, powtarzam, ta główna wspólnota, to obrona by pewnie trwała parę dni. Dlatego my to wszystko musimy zmienić, my to odrzucamy, co wywołuje wściekły opór drugiej strony. Ale Polska ma szansę jeśli będziemy umacniać, a tam, gdzie trzeba, odbudowywać polski patriotyzm".

Siła populistycznej teorii sprawia, że odwraca znaczenia i okazuje się, że PiS ma też monopol na demokrację, konstytucję i praworządność.

"Dzisiaj ciągle słyszymy od tamtych partii, że one są demokratyczne, że to będzie sojusz partii demokratycznych. To będzie, szanowni państwo – jeśli powstanie – sojusz partii antydemokratyczny. Bo jedyną dużą, silną partią demokratyczną w Polsce jest dzisiaj PiS. My nie łamiemy prawa i konstytucji, a to zapowiada Donald Tusk mówiąc, że będzie się siłą wynosić prezesów państwowych instytucji. To zapowiedź upadku praworządności w Polsce".

Z tego wszystkiego płynie jasny wniosek:

"Stawką tych wyborów jest to, czy w Polsce ma być demokracja i praworządność, czy jakaś władza o charakterze chaotycznej dyktatury, która się z żadnym prawem, z żadnymi wartościami europejskimi nie liczy, choć oczywiście Europa, a w szczególności Niemcy przyklasną, tak dobrze, poklepią po plecach".

Jak odpowiedzieć na populizm?

Odpowiedź na taki populizm nie jest łatwa, nawet jeśli robi wrażenie majaczenia i wywołuje salwy nerwowego śmiechu. W warszawskiej debacie Jan Werner Mueller pokazywał, jak skuteczni są populiści u władzy (co my obserwujemy od 2015 roku), i przestrzegał opozycję przed przyjęciem jako strategii populistycznego sposobu myślenia à rebours. Odradzał, by krytykować populistyczne rządy za wszystko, potępiać je jako samo zło. "Lepiej skupić się na tym, co w sposób fundamentalny zagraża porządkowi demokratycznemu, za żadną cenę nie powielając podziału na elity i lud". Zbudowanie lewicowego czy liberalnego populizmu nie będzie skuteczne, będzie przyjęciem reguł gry, w której prawicowi populiści będą zawsze lepsi.

Na szczęście populiści także przegrywają, jak Donald Trump, czy mniej w Polsce znany Janez Janša, który przegrał kwietniowe wybory i 1 czerwca 2022 przestał być premierem Słowenii.

Jak to zrobić, by odpowiedź na PiS była merytoryczna i nośna zarazem, racjonalna, ale z odwołaniem do społecznych emocji? Dawała nadzieję nie tylko na koniec "złych rządów", ale także na lepsze czasy, w których będziemy lepiej żyć? Do jakich ustrojowych wizji się odwołać, jakich wzorów życia społecznego? Jakie zmiany w państwie zaplanować i przedstawić opinii publicznej? Jak pokazać przewagę liberalnej demokracji? Jak obnażyć populizm PiS nie stając się antypisem?

Udostępnij:

Piotr Pacewicz

Naczelny OKO.press. Redaktor podziemnego „Tygodnika Mazowsze” (1982–1989), przy Okrągłym Stole sekretarz Bronisława Geremka. Współzakładał „Wyborczą”, jej wicenaczelny (1995–2010). Współtworzył akcje: „Rodzić po ludzku”, „Szkoła z klasą”, „Polska biega”. Autor książek "Psychologiczna analiza rewolucji społecznej", "Zakazane miłości. Seksualność i inne tabu" (z Martą Konarzewską); "Pociąg osobowy".

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne