0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Fot. Roman PILIPEY / AFPFot. Roman PILIPEY /...

Rozmawiamy z Niną Mocior, ekspertką ds. pomocy humanitarnej i rozwojowej Caritas Polska, która zajmuje się ukraińskimi weteranami.

„Odbudowa kraju to nie tylko odbudowa infrastruktury, ale przede wszystkim odbudowa miejsca w społeczeństwie dla milionów osób z doświadczeniem wojny” – mówi nasza rozmówczyni.

„Weterani będą potrzebować nie tylko statusu osoby poszkodowanej – zresztą takiego statusu większość z nich nie chce! – ale realnych możliwości bycia znowu rodzicem, liderem, przedsiębiorcą, lekarzem czy nauczycielem. Wielu z nich pełniło te role przed wojną. Ale również wiele młodych osób zaczęło dorosłe życie od mobilizacji”.

„Gdy przyjeżdżam do Ukrainy, zawsze mówię, że nie życzę im siły, bo tę już mają i dzięki niej trwają w trudnej sytuacji od lat. Życzę im natomiast, żeby mieli możliwość odpoczynku, bo z pewnością są bardzo zmęczeni, a każdy z nas potrzebuje czasami wytchnienia, a nie ciągłej mobilizacji do przetrwania”.

Sławomir Zagórski, OKO.press: Niebawem w Ukrainie będzie pani prowadzić psychoterapeutyczne warsztaty z weteranami [rozmowę prowadziliśmy w ostatniej dekadzie lipca, autoryzację dokonano już po wyjeździe]. To pierwszy wyjazd tego typu?

Nina Mocior, ekspertka ds. pomocy humanitarnej i rozwojowej Caritas Polska*: Do Ukrainy jeżdżę kilka razy w roku na różne szkolenia i żeby wspierać nasze programy realizowane z lokalnymi Caritas. Prowadziłam tam szkolenia o pracy z osobami z doświadczeniem traumy, o traumie u dzieci, o interwencji kryzysowej. Pracuję też w Ukrainie z rodzinami.

Już trzeci rok prowadzimy w Ukrainie działania skierowane do rodzin. Obecnie kieruję programem „Rodzina w Centrum” realizowanym poprzez Centra Wsparcia Rodziny w Charkowie, Odessie, Żytomierzu i Kamieńcu Podolskim we współpracy z Caritas-Spes Ukraina. Program ten finansuje Ministerstwo Spraw Zagranicznych RP w ramach Polskiej Pomocy Rozwojowej.

W tym roku zakres wsparcia obejmuje również ukraińskich weteranów i ich reintegrację w kontekście rodziny. W 2025 r. prowadziłam szkolenia o pomocy dla nich online. A teraz przyjechałam po raz pierwszy prowadzić tygodniowe szkolenie dla ukraińskich specjalistów pracujących z weteranami i rodzinami.

Następnie czeka mnie siedmiodniowy, intensywny obóz dla weteranów z rodzinami. Będzie oparty o moją metodologię programu reintegracji rodzin.

Trzeba pracować z całą rodziną

Ile osób weźmie w nim udział?

W każdym obozie bierze udział 20 osób, planujemy 5 obozów. Są ich dwie wersje. Jedna, gdzie weterani przyjeżdżają z rodzinami, i druga, w której biorą udział tylko oni sami.

Na obóz prowadzony przeze mnie celujemy w 10 par bez dzieci.

Program obejmuje zajęcia terapeutyczne, rehabilitacyjne i rekreacyjne. W przypadku weteranów bardzo ważne jest zbudowanie grupy rówieśniczej, bo to zmniejsza poczucie izolacji i wstydu. Podobnie jest z innymi uczestnikami obozów.

Dlaczego akurat taka forma wsparcia?

Wojna dla rodziny nie kończy się w dniu, w którym żołnierz przekracza próg domu.

Powrót żołnierza z pola walki jest wydarzeniem dotyczącym całej rodziny. Nieobecność i doświadczenie wojny zmienia każdego jej członka i po powrocie trzeba uwzględnić bagaż każdego z nich. Partnerzy pozostający w domu też żyli w permanentnym napięciu, samotności i przeciążeniu. I każde z nich miało swoje wyobrażenia na temat powrotu osoby walczącej do domu.

Przeczytaj także:

Dlatego też cała rodzina musi wejść wspólnie w proces adaptacji po powrocie, na nowo ustalić zasady i role. Praca z całą rodziną w jednym miejscu daje uczestnikom możliwość doświadczania dynamiki relacyjnej na żywo, a nie w ramach pracy w gabinecie opartej na opowieściach. I o to w terapii chodzi – o doświadczanie nowych rzeczy, a nie tylko rozumienie ich.

Wojna cały czas trwa

Na Ukrainie żyje dziś ok. 1,5 mln weteranów. Ocenia się, że po zakończeniu wojny będzie ich prawie 4-5 mln. Państwo stara się systemowo pomóc tym osobom już teraz, czy zajmie się tym dopiero po zakończeniu działań wojennych?

Najuczciwsza odpowiedź jest taka, że Ukraina się przygotowuje i tworzy system wsparcia na bieżąco. Rozwijane są rozwiązania dotyczące rehabilitacji i protetyki, świadczeń zdrowotnych i społecznych, wsparcia zatrudnienia i przedsiębiorczości. Ukraina ma swoją administrację ds. weteranów. Jest system pomocy na poziomie centralnym, a także na poziomie powiatów i hromad.

Ale żadne państwo nie może być w pełni gotowe na proces o takiej skali — bezprecedensowej skali mobilizacji wojskowej od czasów drugiej wojny światowej, organizowanej w trakcie wojny. To bardzo ważne, bo systemu reintegracji nie da się budować po zawieszeniu broni. Tymczasem wojna cały czas trwa. I dotyczy całego społeczeństwa.

Polityka weterańska w Ukrainie nie może się opierać tylko na systemie rent i świadczeń, leczeniu PTSD i opiece specjalistycznej.

Weterani będą potrzebować nie tylko statusu osoby poszkodowanej – zresztą takiego statusu większość z nich nie chce! – ale realnych możliwości bycia znowu rodzicem, liderem, przedsiębiorcą, lekarzem czy nauczycielem. Wielu z nich pełniło te role przed wojną. Ale również wiele młodych osób zaczęło dorosłe życie od mobilizacji.

I to ma ważne znaczenie w przypadku Ukrainy. Bo odbudowa kraju to nie tylko odbudowa infrastruktury, ale przede wszystkim odbudowa miejsca w społeczeństwie dla milionów osób z doświadczeniem wojny.

Niewielu psychologów chce pracować z weteranami

Co jeszcze jest ważne w przypadku tej konkretnej wojny?

Zajmuję się pracą z osobami z doświadczeniami traumatycznymi i weteranami w Polsce, także tymi z różnych służb, w tym z grona prywatnych pracowników wojskowych [Private Military Contractors]. I wiem, że inaczej się pracuje z żołnierzem zawodowym, a inaczej z człowiekiem, który został zrekrutowany nagle, niemal wprost z ulicy.

Mobilizacja tutaj była tak masowa, wielu mężczyzn było zmobilizowanych niemal przymusowo, że obecny system mobilizacji przy przedłużającej się wojnie nie do końca się sprawdza. Osoby idące na front nie miały możliwości się wyszkolić, zwykle dzieje się to dopiero w czasie walki.

Ukraińscy weterani i osoby zdemobilizowane często wracają na front, bo nie ma komu walczyć. Zdarza się, że nie mają urlopów. Niejasny jest też system rotacji. Często odmawia im się statusu weterana nawet w sytuacji uszkodzenia ciała, bo są tak potrzebni na polu walki. Czasami mobilizowane są osoby, które w ogóle nie powinny trafiać na front, np. osoby z problemami zdrowotnymi czy z niepełnosprawnością. Czasami to jedyni opiekunowie osób zależnych.

Takie osoby mają inne nastawienie do służby, inaczej się adaptują podczas walki, mają też inną odporność w obliczu trudnych doświadczeń. Dlatego pracuje się z nimi zupełnie inaczej.

A jak wygląda dostęp do pomocy psychologicznej dla nich?

Temat ogólnie jest bardzo trudny, także dlatego, że niewielu psychologów chce i jest gotowych pracować z weteranami. Psycholożki często w ogóle nie chcą brać w tym udziału. Ich własne rodziny nierzadko są dotknięte wojną. Niejednokrotnie ich mężowie brali udział w walce.

Natomiast mężczyzn psychologów wojskowych jest jak na lekarstwo, a weterani niechętnie rozmawiają z ludźmi spoza wojska. I koło się zamyka.

Stygmatyzacja „słabości”

Z czym najbardziej zmagają się weterani? Co jest dla nich najtrudniejsze?

Powtórzę, że inaczej pracuje się z człowiekiem, który jest wyszkolonym specjalistą i wie, po co walczy, odbył szkolenie, a inaczej z człowiekiem, który nie chciał iść na front lub nie był do tego odpowiednio przygotowany. Każda z tych grup doświadcza skrajnego nasilenia stresu bojowego i ma różne umiejętności radzenia sobie z nim. W trakcie i po służbie.

A z drugiej strony męskie, militarne środowisko bardzo stygmatyzuje tę „słabość”, która tak naprawdę jest bardzo naturalną reakcją organizmu na stres.

W pracy indywidualnej bardzo często słyszę o niedopasowaniu po powrocie, o dużej utracie części swojej tożsamości i sprawczości, o wielu stratach bliskich osób i nawiązanych więzi, które zacieśniają się w trakcie skrajnych doświadczeń i realnego funkcjonowania w obliczu zagrożenia życia.

Często mówię: „Bardzo dużo rzeczy na wojnie pomagało ci przetrwać, ale teraz ta czujność, poczucie winy, izolacja społeczna, blokowanie emocji, nie pomagają”. I analizujemy krok po kroku najtrudniejsze aspekty codziennego funkcjonowania, które być może utrzymują duży poziom czujności i lęku, izolowanie się i potęgowanie poczucia niezrozumienia.

Weterani zmagają się z brakiem kontroli emocji i związanymi z tym napadami złości lub nagłego wycofywania się. Im więcej unikają emocji, tym łatwiej one wybuchają.

Nie wszyscy spełniają kryteria zespołu stresu pourazowego (PTSD), ale większość boryka się ze skutkami ekspozycji na krańcowo trudne doświadczenia, a ich mózg i cały układ nerwowy są skrajnie rozregulowane. Każdy neutralny bodziec może wywoływać poczucie zagrożenia. Cisza również może kojarzyć się z czymś bardzo niepokojącym. Brak kontroli nad własnym zachowaniem bywa obezwładniający. Nagminnie pojawiają się problemy ze snem.

Z jednej strony unika się kontaktu, a z drugiej cały czas w człowieku buzują silne emocje i w efekcie można dosłownie tracić zmysły. Można się czuć jak paranoik. Ludzie boją się każdego odgłosu, nasłuchują kroków.

Życie militarne w sensie psychologicznym jest bardzo bezpieczne. Jest rutyna – ktoś za mnie podejmuje decyzje, mam bardzo określone zadania. Techniki wojskowe skutecznie uczą żołnierzy, by odcinali się od emocji i skupiali wyłącznie na wykonywaniu rozkazów. Rytm życia opiera się na przewidywalności, powtarzalności i trenowaniu ciągłej gotowości bojowej, co świetnie się sprawdza na froncie, ale może zupełnie obezwładniać w życiu po powrocie.

Officer of the 10th Mountain Assault Brigade and veteran of the Russian Ukrainian war, Oleg Bozhenko, 60, pays his respects at a makershift memorial for fallen Ukrainian soldiers at Independence Square in Kyiv, on May 28, 2024, amid the Russia invasion of Ukraine. (Photo by Anatolii STEPANOV / AFP)
Oficer 10 Górskiej Brygady Szturmowej i weteran wojny z rosyjskim najeźdźcą, Oleg Bożenko, lat 60, składa hołd poległym na placu Niezależności w Kijowie, maj 2024 r. Fot. Anatolii STEPANOV / AFP

Boję się obiecywać

Co jeszcze przyciąga ich do życia wojskowego?

Braterstwo, wiązanie się przez traumę. Wspólne przeżywanie zagrożenia życia to bardzo intymny moment. Tam naprawdę wiele rzeczy dzieje się „na śmierć i życie”, w skrajnym poczuciu zaufania, poświęcenia i odpowiedzialności za siebie nawzajem. To pomaga przetrwać, a jednocześnie tworzy największe rany w sytuacji strat.

Weterani nie tęsknią za wojną jako taką, ale często tęsknią za poczuciem braterstwa, którego nie znajdą w domu, niezależnie od intymności z partnerem, partnerką.

Tymczasem cywile i rodzina tego nie rozumieją. Nie rozumieją, co to znaczy: „Żałuję, że tam nie jestem”. Nie może pan powiedzieć żonie: „Chciałbym tam być, bo tam są chłopaki, a ja chciałbym być pomocny. Mój największy problem polega na tym, że nie mogę wrócić. Oni tam cały czas walczą, a ja jestem w domu, bezpieczny”.

Weterani mają poczucie winy, że odpoczywają i dbają o siebie, że wybierają siebie i swoje życie. Małżonka nie rozumie takich dylematów moralnych, często czuje się odtrącona i odbiera to jako brak miłości i zmianę priorytetów.

To są ważne sprawy poruszane w moich programach terapeutycznych dla par i rodzin. Przygotowałam karty dialogowe dla par o tym, co widać w zachowaniu, co partner mówi, a co faktycznie mogłoby to oznaczać. Przykład takiej karty to: [Ona:] „On nie chce ze mną planować wakacji na przyszły rok. Może już nie widzi nas razem w przyszłości. Boli mnie, że boi się marzyć ze mną o czymkolwiek”.

[Co może myśleć on:] „Boję się obiecywać coś, czego mogę nie dotrzymać. Łatwiej jest nic nie planować. Marzę o wspólnej przyszłości z tobą bardziej, niż umiem to okazać, ale strach przed zawiedzeniem cię jest silniejszy. Nie wiem, jak go pokonać.”

Wina ocalałego

A jak weterani radzą sobie ze śmiercią towarzyszy broni?

Nie radzą. Wtórny kryzys związany ze śmiercią kompanów broni to jedna z najtrudniejszych dla nich sytuacji. Czasami to śmierć w walce, ale w tej grupie istnieje większe ryzyko śmierci samobójczej, która jest szczególnie druzgocąca dla towarzyszy broni. Poczucie winy i bezradność są jeszcze większe, kiedy człowiekowi się wydaje, że można było temu zaradzić i coś zrobić. Brak poczucia kontroli i bezsilność stają się wtedy szczególnie dotkliwe.

Nazywamy to „winą ocalałego”, która jest specyficznym rodzajem urazu psychicznego i moralnego weterana.

Proszę jeszcze opowiedzieć o pani programie terapeutycznym.

Przygotowałam kilka narzędzi, które będziemy testować i dopasowywać z ukraińskimi specjalistami. Jednym z nich jest „Ostoja”, po ukraińsku „Opora”. Jego logika opiera się na amerykańskim programie reintegracyjnym, który pozwala weteranom szybko dostosować się do powrotu z misji do domu. I tu zaczyna się wyzwanie – bo większość programów sprawdzających się z innych krajach nie przystaje do ukraińskiej rzeczywistości. M.in. dlatego, że tam żołnierz po pojedynczej misji z jasnym końcem wraca do bezpiecznego kraju i swojej rodziny.

W Ukrainie nie ma jasnych terminów rozpoczęcia i zakończenia rotacji i służby, a także pełnych powrotów do domu.

Ponadto dom i rodzina sama doświadcza wojny. Dlatego też tutejsze programy powinny być „rodzinocentryczne”, a nie „weteranocentryczne”.

Ale, niezależnie od kontekstu, głównym aspektem programu jest adaptacja do krótkiego nawet powrotu i ponownego funkcjonowania w innych rolach, niż tej związanej z walką zbrojną.

Bycie weteranem to nie diagnoza, a PTSD jako jednostka chorobowa jest jednym z możliwych następstw wojny. Ale nawet bez diagnozy można doświadczać nadmiernej czujności, bezsenności, poczucia winy i żałoby, trudności z bliskością. Wojna zmienia każdego i „powrót” czasami nie oznacza dosłownego powrotu do poprzedniego momentu w swoim życiu. To adaptacja do zmienionego miejsca, w które trafia odmieniony przez bardzo trudne doświadczenia człowiek.

Obóz ma dać nadzieję

Co będzie wyznacznikiem sukcesu na obozie, który będzie pani prowadzić?

Świadectwo pierwszej realnej komunikacji między partnerami. Oni nawet nie wiedzą, jak takie rozmowy zacząć.

Udział w obozie nie zamyka procesu terapeutycznego, ale daje solidny początek do pracy własnej, ewentualnie przy pomocy lokalnego Centrum Wsparcia Rodzin. Każde takie Centrum stanowi bezpieczne miejsce, w którym weterani mogą się spotykać. Pójść na siłownię, umówić z fizjoterapeutą.

Obóz ma przeciwdziałać stygmatyzacji i uwalniać od wstydu, że nie daję sobie rady. Ma dać nadzieję. W trakcie jego trwania jesteśmy świadkami realnego odbudowywania więzi i zaufania.

A po obozie wyznacznikiem sukcesu jest dla mnie to, że uczestnicy nawiązują przyjaźnie na nowo. Wracają do swojego miejsca pobytu i znów mają kumpli. Rozumieją swój sposób funkcjonowania i zmiany, które w nich nastąpiły w wyniku doświadczenia bojowego.

Wymiernym sukcesem jest także fakt, że po obozie chcą wracać na zajęcia ambulatoryjne, do psychologa, na grupę wsparcia.

Nie trzeba wracać do wydarzeń z frontu

Weteranom łatwo przyjąć pomoc ze strony psychologów, psychoterapeutów?

[śmiech] Im trudno poprosić o pomoc kogokolwiek, a co dopiero iść do psychologa!

Wspominałam, że nie każdy weteran ma PTSD i nie każdy wymaga długotrwałej terapii i wsparcia psychoterapeutycznego. Często jednak wsparcie jest potrzebne, bo stan osób wracających z wojny naprawdę utrudnia codzienne funkcjonowanie.

Ale opór przed szukaniem pomocy jest. Życie w trybie przetrwania oducza nas prosić o pomoc.

Przechodzimy przez takie rzeczy i sytuacje pomimo negatywnych uczuć i złego samopoczucia. Inne problemy, nawet te poważne w codziennym funkcjonowaniu, powracającym wydają się błahe. Słyszałam wielokrotnie, że „Inni mają gorzej”, „Ja tu jestem żywy, to czemu mam narzekać”.

Ze względu na bezpieczeństwo operacyjne bardzo wielu z nich uważa, że wszystko jest tajemnicą. I niezwykle trudno im rozmawiać z osobami spoza obszaru wojskowego. Ale czują też opór, żeby korzystać ze wsparcia we własnym środowisku, bo mogłoby to być odebrane jako słabość i narzekanie.

I tu od razu chcę dodać, że w większości przypadków znam zaledwie kilka podstawowych faktów o służbie moich pacjentów, natomiast nawet w długoterminowej terapii nie potrzebuję szczegółów wydarzeń, miejsc i faktów. Czy to było pod Mariupolem, czy to był wrogi ostrzał, czy coś innego.

To, że jesteś cały czas czujny, że nie możesz spać, nie oznacza, że ja muszę wiedzieć, co ty tam dokładnie robiłeś.

Najczęściej pracujemy więc nad skutkami wydarzeń i regulacją układu nerwowego, a nie ich treścią. Jeśli to nie jest wskazane przez powracające flashbacki, naprawdę z niewieloma pacjentami wracamy do przebiegu wydarzenia krytycznego.

W kwestii terapii traumy – nie tylko tej wojennej, bo pracuję także z cywilami i w innych regionach świata – jest spore nieporozumienie. Ludzie sądzą, że terapia to właśnie wracanie do trudnych doświadczeń i ich przetwarzanie. A my mamy na celu przede wszystkim usprawnienie funkcjonowania w życiu codziennym. Więc po pierwsze fizjologia. Potem relacje i rodzina. Za chwilę to będzie powrót do pracy i innych relacji. To będzie troska o siebie, żeby w razie czego szukać wsparcia, a nie izolować się.

Nie życzę im siły

Co ostatecznie skłania ich do szukania pomocy?

Motywacje są różne. Często to przekierowania specjalistów lub innych osób, które same doświadczyły takiej formy wsparcia i pozbyły się błędnych przekonań o terapii.

W Ukrainie bardzo duża część weteranów funkcjonuje w rodzinach i my docieramy do nich poprzez wspomniane Centra Pomocy Rodzinie. Czasami to właśnie trudności w relacjach i w rodzinie motywują ich do korzystania ze wsparcia. I oczywiście to świetna motywacja, żeby lepiej funkcjonować w najważniejszych dla siebie relacjach.

Chciałabym, żeby więcej osób, również w wojsku, wiedziało, że są problemy i trudności, z którymi nie muszą mierzyć się sami i być silni non stop. Gdy przyjeżdżam do Ukrainy, zawsze mówię, że nie życzę im siły, bo tę już mają i dzięki niej trwają w trudnej sytuacji od lat. Życzę im natomiast, żeby mieli możliwość odpoczynku, bo z pewnością są bardzo zmęczeni, a każdy z nas potrzebuje czasami wytchnienia, a nie ciągłej mobilizacji do przetrwania.

20 proc. singli

Z pani wypowiedzi wynika, że ukraińscy weterani to dość zróżnicowana grupa.

Są w niej mężczyźni z miast, a z drugiej strony z całkowicie wyludnionych dziś wsi. Np. pod Żytomierzem są wsie całkowicie wyludnione z mężczyzn. Wszyscy, którzy mogli i musieli, poszli na front. Ok. 60 proc. z nich to osoby poniżej 35. roku życia, a ok. 20 proc. to single.

Mówił pan o 5 mln weteranów po wojnie. To osoby po demobilizacji, gdy ustanie walka zbrojna. De facto problem będzie dotyczył aż 10 mln osób, bo przecież ich rodziny też będą potrzebowały pomocy. To są wdowy i wdowcy wojenni, rodziny osób zaginionych i przebywających w niewoli, osoby z nabytą niepełnosprawnością, opiekunowie dzieci, również dziadkowie. Wszyscy będą mieli szczególne cechy i potrzeby.

Wspomniane 20 proc. singli to duże wyzwanie. Chłopaki w młodym wieku, których mózg nie jest jeszcze wystarczająco dojrzały, żeby doświadczać tak ekstremalnych wydarzeń.

Tacy mężczyźni są bardziej narażeni na ryzyko samobójstw, na izolację społeczną, bo ci wracający do żon czy dzieci mają nadal motywację, żeby dalej żyć, radzić sobie i iść po wsparcie. Gdy ustabilizuję program rodzinny, w nadchodzącym roku chciałabym zająć się też młodymi dorosłymi wracającymi z wojny. Nagle stracili młodość i są w bardzo trudnej sytuacji.

Z drugiej strony skala rozwodów w rodzinach wojskowych jest obecnie w Ukrainie też bardzo duża. To oznaka poważnego kryzysu rodziny wywołanego przez wojnę. Wcześniej struktura rodziny w tym kraju była solidna.

I jeszcze jedna kwestia – bardzo wiele partnerek i dzieci weteranów przebywa dziś w Polsce, nie w Ukrainie. Małżonkowie bądź partnerzy są całkowicie od siebie odseparowani. Im jest niezwykle trudno.

Kobiety weteranki

Na froncie są także kobiety. One inaczej znoszą przeżycia wojenne?

To bardzo ważna kwestia, bo w domyśle mówimy często o męskim doświadczeniu powrotu z wojny. I patrzymy na kobiety jako partnerki mężczyzn służących w wojsku, tymczasem to są kobiety z doświadczeniem bojowym lub wspierające bezpośrednio osoby walczące na froncie.

Ta grupa jest szczególna. Inny jest charakter napięcia między rolą „żołnierki”, a matki czy partnerki i poczucie winy związane z rozłąką z dziećmi i rodziną w trakcie służby. Otoczenie może też inaczej odbierać znaczenie służby u kobiety, co może utrudniać jej dostęp do wsparcia. Istotna jest również kwestia większego narażenia na przemoc, w tym przemoc seksualną w trakcie służby i w niewoli.

Na pewno kobiety potrzebują osobnej struktury wsparcia, która obecnie jest zdominowana przez odbiorcę męskiego. Nawet wszystkie formularze i ulotki dotyczące programów wsparcia napisane są dla mężczyzn.

Musimy uważać na grupy mieszane i uważać na grupy kobiece, żeby samemu nie przyjąć błędnych założeń związanych z charakterem ich służby (bojowa lub pomocnicza), żeby nie umniejszać tożsamości weteranki i pełnoprawnego uznania jej doświadczenia wojennego. Nie możemy też na wstępie sugerować powiązania macierzyństwa z poczuciem winy. Uważności wymagają też specyficzne tematy jak powrót do roli matki, ciało po służbie, relacje z partnerem, sprawy zdrowotne.

Kobiety o wiele częściej wracają do rodzin. Zupełnie inne jest ich podejście do rozmowy o emocjach, więc kobiety-weteranki na pewno nie izolują się aż tak bardzo jak mężczyźni. To oczywiście bardzo duże uogólnienie. Najlepszym sposobem pomocy jest współtworzenie z nimi programów skierowanych do nich samych.

Co kobieta cywil może wiedzieć

Mówiła pani, że niewiele kobiet psycholożek chce pracować z weteranami. Oni z kolei uważają, że zrozumie ich tylko inny wojskowy. Pani płeć utrudnia pracę?

Do pewnego stopnia tak. Z jednej strony weterani uważają, że cywil ich nie zrozumie, a z drugiej nie zawsze chcą korzystać ze wsparcia wewnątrz systemu. Policjant często nie pójdzie do swojego policyjnego psychologa na terapię.

A płeć? Co taka kobieta cywil może wiedzieć… [śmiech].

Aczkolwiek weterani już po pierwszych trzech zdaniach ze mną stwierdzają, czy się otworzą, czy nie. Przez 10 lat jeździłam na wojny i mieszkałam w strefie działań zbrojnych. Byłam w Jemenie, w Somalii, w Iraku, w Syrii. Nie brałam udziału w aktywnej walce zbrojnej, ale doskonale wiem, o czym oni mówią. I oni też czują, że ja ich rozumiem.

Mam do nich bardzo osobiste podejście. Na pewno bardzo im pomaga konkret w rozmowie, proste informacje i zalecenia, mówienie wprost co się z nimi dzieje i co można zrobić. Oni też tego potrzebują, bo często przychodzą bardzo późno po wsparcie i w narastającym kryzysie. No i oczywiście to czasami ich sposób funkcjonowania – konkretne, proste zadania i działania do zrealizowania od zaraz. Nie ukrywam, że dla psychoterapeuty taka skrupulatna i nastawiona na działanie osoba w terapii to skarb [śmiech].

Nie zawsze sobie na to pozwalam, ale czasami, zwłaszcza na grupach, rozmowę zaczynam od tego, że ja też w pewnym sensie funkcjonuję jak weteran.

Gdy wróciłam z wojny ewakuowana medycznie, miałam również poczucie winy, że mogę więcej zdziałać na miejscu, tymczasem odjeżdżam. Cały czas myślałam co się tam dzieje. Potrzebowałam wsparcia w regulacji układu nerwowego, bo czujność i poczucie zagrożenia towarzyszy człowiekowi, nawet jeśli nie doświadcza stresu bojowego i aktywnej walki. Do tej pory w jakimś stopniu jestem wyczulona na niektóre dźwięki, np. samolotów czy fajerwerków.

Doskonale znam uczucia po powrocie do domu. Na wojnie w Iraku czułam się lepiej niż w Polsce.

Doskonale wiem, co to znaczy wracać do domu i nie umieć sobie znaleźć miejsca. Wiem, że za tydzień przepakuję walizkę i wracam na wojnę. Dlatego mówię o sobie, że jestem humanitarnym weteranem. Jest cała lista zawodów i masa osób pracujących na pierwszej linii, które realnie doświadczają podobnych problemów po powrocie ze strefy wojny.

Dlatego zresztą jeżdżę dalej, tylko że dbam o siebie.

Tu wszędzie widać wojnę

Pani musi być sama w dobrej formie, by pomagać innym.

Oczywiście. Jestem pod opieką psychoterapeutki. Skonsultowałam się z lekarką. Superwizuję swoją pracę. Sama stosuję zalecenia, które daję swoim pacjentom. Karty do regulacji i gadżety próbuję najpierw na sobie, a potem na osobach, które wezmą udział w szkoleniach i grupach. Uczę o tym, co wiem, że działa.

Jestem teraz w Ukrainie i byłam świadoma, że po kilku dniach alarmów i nalotów będę miała problemy ze snem. Że będę silnie zestresowana. Że wybudzą mnie alarmy. Byłam świadoma tego, co mnie czeka i w pewnym stopniu to się już dzieje. Jestem na wojnie. W bezpiecznym miejscu, ale na wojnie.

Każdej nocy mam spakowany plecak ucieczkowy i śpię w ubraniach, nie w piżamie.

Jak wygląda dziś codzienność w Ukrainie i jak ona się zmieniła w ciągu ostatnich lat?

Tu wszędzie widać wojnę. I nie chodzi o poziom zniszczeń w poszczególnych miastach i regionach. Każdego dnia o 9 rano odbywa się ogólnonarodowa minuta ciszy, by uczcić pamięć poległych. Zamiera ruch pieszych i samochodowy, przerywamy codzienne obowiązki, zajęcia i rozmowy, a wszystkie media emitują sygnał dźwiękowy. Na ulicach widać plakaty, aleje poległych i aleje nadziei ze zdjęciami zaginionych.

Na dworze widać głównie kobiety i dzieci, bardzo mało mężczyzn, głównie starszych. Uwagę zwraca coraz więcej osób z niepełnosprawnością, po amputacjach lub z protezami. Wydaje się, że życie w zachodniej i centralnej Ukrainie płynie normalnie, ale cały kraj funkcjonuje w warunkach wojny.

Większość osób, z którymi rozmawiam, jest przesiedlona wewnętrznie. Wiele instytucji świadczących usługi społeczne wspiera osoby ewakuowane ze wschodniej części kraju, wiele z nich jest przeciążonych. Ludzie często zaczynają się przedstawiać dodając skąd pochodzą – to znacznik, żeby nie pytać o ich doświadczenia lub uzasadnienie bycia tu, gdzie są. Widzę o wiele więcej przewlekłego zmęczenia na twarzach zmęczonych pracowników pomocowych. Ale też iskierki radości, kiedy mama czy babcia odbiera dziecko ze świetlicy Caritas i dziecko opowiada o swojej zabawie.

Każdy w rodzinie ma kogoś na froncie lub z doświadczeniem wojennym. Ludzie cały czas czekają na informacje o bliskich lub cicho przeżywają swoje straty. Wojna zmienia wszystkich.

Ukraińcy pamiętają naszą pomoc

Caritas to kościelna organizacja. Pani praca ma jakikolwiek element religijny?

Nie. Caritas w Polsce i Caritas w Ukrainie to największe organizacje pomocowe działające w ramach swoich struktur lokalnych w całym kraju. Caritas jest organizacją humanitarną działającą według wysokich międzynarodowych standardów jako część światowej Konfederacji Caritas obecnej w ponad 160 krajach.

Trafiają do nas osoby niezależnie od tego, w co wierzą, i to jest zresztą fundamentalna zasada humanitarna – pomoc udzielana jest w oparciu o potrzebę, a nie wyznanie czy światopogląd. To, co z naszych korzeni faktycznie do naszej pracy przenika, to raczej pewna wartość u podstaw – przekonanie o godności każdego człowieka, niezależnie od tego, kim jest i co przeżył.

Pomoc, którą oferujemy – wsparcie psychologiczne, terapia, praca z rodzinami żołnierzy i weteranów – opiera się wyłącznie na wiedzy klinicznej i sprawdzonych metodach terapeutycznych.

W Polsce bardzo zmieniło się nastawienie do Ukraińców. Nie czuje pani nieufności z racji tego, że jest Polką?

Nie, i szczerze mówiąc, nigdy się z tym nie spotkałam. Myślę, że to, jak podchodzę do ludzi, których spotykam w Ukrainie – z szacunkiem i uznaniem tego, co robią – zaciera znaczenie narodowości. Kiedy ktoś przychodzi z autentyczną chęcią pomocy i słuchania, ludzie to czują, niezależnie od tego, skąd jest.

Ukraińcy bardzo dobrze pamiętają, jak wyglądała polska pomoc w pierwszych miesiącach pełnoskalowej inwazji – otwarte domy, granica, wsparcie na każdym poziomie.

I to jest coś, o czym w Ukrainie się nie zapomina. W piątym roku wojny nadal ludzie mi o tym mówią i zawsze dziękują. Każdy mnie wita i dziękuje za wsparcie Polaków i za moje wsparcie i że znowu przyjechałam im pomagać. Niemal podczas każdego spotkania, w którym biorę udział, osoby dziękują, że o nich pamiętamy i że nadal pomagamy. Czasami opowiadają, że byli w Polsce i wrócili, że ktoś z rodziny mieszka w Polsce i jak im Polacy pomagali. Każdy ma jakąś historię otrzymania pomocy, o której pamiętają.

Kiedy byłam w naszym Centrum Wsparcia Rodziny, razem z mamą patrzyłyśmy na małą Sofijkę, która opowiadała mamie o tym, co robiła na zajęciach i dała jej zrobiony przez siebie obrazek. Wtedy ze łzami w oczach popatrzyła na mnie i cicho powiedziała „dziękuję”, bo nie potrzeba tu więcej słów.

*Nina Mocior, ekspertka ds. pomocy humanitarnej i rozwojowej w Caritas Polska, psychotraumatolożka i psychoterapeutka specjalizująca się w traumie wojennej oraz wsparciu weteranów i ich rodzin. Prowadzi szkolenia dla ukraińskich specjalistów w zakresie pracy z traumą oraz bezpośrednią pracę terapeutyczną z weteranami i ich rodzinami. W Polsce pracuje jako psychoterapeutka. Ma wieloletnie doświadczenie terenowe zdobyte m.in. na Ukrainie, w Etiopii (Tigraj). Mieszkała i pracowała m.in. w Somalii, Jemenie, Syrii, Iraku i Sudanie Południowym.

Na zdjęciu Sławomir Zagórski
Sławomir Zagórski

Biolog, dziennikarz. Zrobił doktorat na UW, uczył biologii studentów w Algierii. 20 lat spędził w „Gazecie Wyborczej”. Współzakładał tam dział nauki i wypromował wielu dziennikarzy naukowych. Pracował też m.in. w Ambasadzie RP w Waszyngtonie, zajmując się współpracą naukową i kulturalną między Stanami a Polską. W OKO.press pisze głównie o systemie ochrony zdrowia.

Komentarze