Prawa autorskie: Marcin Michalec / Agencja GazetaMarcin Michalec / Ag...
24 maja 2022

Proces Siedleckiej. Wytrykowski o grupie Kasta: Co tam jest oprócz wymieniania jakichś śmieszków?

Obrońcy dziennikarki wnosili o przesłuchanie sędziów Cichockiego i Szmydta. Sąd odrzucił jednak wszystkie wnioski dowodowe, argumentując, że Ewa Siedlecka nie znała ich zeznań, gdy publikowała teksty, za które została oskarżona

Wyrok w sprawie apelacji Ewy Siedleckiej zostanie ogłoszony w piątek 27 maja. Przeciwko dziennikarce prywatny akt oskarżenia złożyli Maciej Nawacki, sędzia oraz członek neo-KRS oraz Konrad Wytrykowski, sędzia Izby Dyscyplinarnej. Powodem były trzy felietony i komentarz z sierpnia i września 2019 roku, w których powiązała ich z grupą hejtującą niezależnych sędziów. Dziennikarka przegrała z sędziami w pierwszej instancji.

Przypomnijmy. Afera hejterska wybuchła w sierpniu 2019 roku. Opisała ją dziennikarka Magdalena Gałczyńska z portalu Onet. Po Onecie kolejne wątki sprawy opisywały inne media, w tym „Gazeta Wyborcza” i OKO.press.

Afera wyszła na jaw, bo zaczęła o niej mówić Mala Emi, czyli Emilia Szmydt wówczas prywatnie związana z sędzią, który pracował w Ministerstwie Sprawiedliwości i nowej KRS.

Szmydt pod nickiem Mala Emi występowała w mediach społecznościowych. Brała udział w hejtowaniu niezależnych sędziów znanych z obrony wolnych sądów, w tym prezesa Iustitii Krystiana Markiewicza, czy Waldemara Żurka.

Mala Emi miała konto na Twitterze, przez które rozprowadzała informacje oczerniające sędziów. Jak pisał Onet, miała uzgadniać swoje akcje z sędziami, którzy poszli na bliską współpracę z Ministerstwem Sprawiedliwości. W tym kontekście padło nazwisko byłego wiceministra sprawiedliwości Łukasza Piebiaka i kilku sędziów związanych wcześniej z ministerstwem.

Dowodem na kontakty Malej Emi i na uzgadnianie przez nią hejtu na sędziów były zapisy rozmów z sędziami na komunikatorach i mailach. Prasa publikowała screeny tych rozmów.

Mala Emi miała też mieć dostęp do treści rozmów na komunikatorze WhatsApp, na którym miała być założona grupa „Kasta”.

Według prasy mieli do tej grupy należeć sędziowie kojarzeni z „dobrą zmianą”, w tym Konrad Wytrykowski i Maciej Nawacki. W tej grupie miano wymieniać się różnymi informacjami, w tym – jak pisał Onet – pomysłem na akcję wymierzoną w byłą już I prezes SN Małgorzatę Gersdorf.

Sędziowie powiązani z resortem ministra Ziobry, których nazwiska padły wtedy w kontekście tej afery, zaprzeczali, że należeli do grupy hejterskiej i by brali udział w hejtowaniu niezależnych sędziów. Podważali prawdziwość screenów z rozmów z komunikatorów, twierdząc, że łatwo jest je zmanipulować. Podważali wiarygodność Malej Emi.

Pozwali też część autorów piszących o aferze hejterskiej lub złożyli prywatne akty oskarżenia, w tym wobec Ewy Siedleckiej.

***

Wytrykowski i Nawacki oskarżyli Siedlecką ze słynnego artykułu 212 kodeksu karnego – przepis mówi o pomówieniu i uznawany jest przez dziennikarzy za knebel do uciszania prasy – i z artykułu 216 kodeksu karnego, który mówi o znieważeniu.

Sąd pierwszej instancji skazał dziennikarkę, bo uznał, że nie zebrała przed napisaniem felietonów dowodów na udział oskarżających ją sędziów w aferze hejterskiej. Sąd nie uznał publikowanych w mediach screenów z rozmów na komunikatorach (są głównym dowodem na aferę hejterską). Sąd ocenił, że mogły zostać zmanipulowane. A prokuratura, która prowadzi od dwóch lat śledztwo ws. afery – jak dotąd nikt nie dostał zarzutów – odmówiła udostępnienia swoich akt na potrzeby tego procesu.

Dziennikarkę skazano na 3 tysiące złotych grzywny oraz po 2 tysiące złotych nawiązki dla oskarżycieli. Proces przed sądem pierwszej instancji opisywał na łamach OKO.press Mariusz Jałoszewski:

W poniedziałek 23 maja odbyła się ostatnia rozprawa. Zaraz po jej rozpoczęciu Maciej Nawacki wystąpił z wnioskiem, by sąd prowadził rozprawę z użyciem mikrofonu ze względu na jego problem ze słuchem. "Nie słyszę. Nie wiem, czy to nie efekt agresji, której doświadczyłem na zewnątrz. Jedna z manifestantek huknęła mi prosto w ucho" - stwierdził Nawacki.

Rzeczywiście, przed sądem odbywała się mała demonstracja. Konrad Wytrykowski nagrał nawet filmik, w którym mówi, że "bojówkarze grożą linczowaniem" i uniemożliwiają jemu i Maciejowi Nawackiemu wejście do budynku sądu. Jak widać na filmiku opublikowanym na Twitterze przez Wojciecha Biedronia, dziennikarza "Sieci", "bojówkarzami" były aktywistki z grupy Polskie Babcie.

View post on Twitter

Oskarżyciele wystąpili także z wnioskiem o usunięcie z sali przybyłych na posiedzenie w charakterze publiczności sędziów z Iustitii: Krystiana Markiewicza (prezesa stowarzyszenia), Bartłomieja Przymusińskiego (rzecznika) oraz Piotra Gąciarka. Nawacki i Wytrykowski twierdzili, że ich obecność to próba wywarcia nacisku na sąd.

"Jeśli sąd miałby odczuwać presję, to raczej z tego powodu, że jeden z oskarżycieli należy do Izby Dyscyplinarnej" - stwierdził obrońca Mikołaj Pietrzak.

Sąd pozostawił ten wniosek bez rozpoznania.

Sąd oddala nowe wnioski dowodowe

Obrona wystąpiła w wnioskiem dowodowym w postaci artykułów prasowych OKO.press oraz Onetu, a także materiałem "Czarno na białym" TVN24. Od czasu pierwszej rozprawy apelacyjnej, czyli od 11 kwietnia, redakcje opublikowały serię materiałów, które - dzięki zeznaniom sędziów Arkadiusza Cichockiego oraz Tomasza Szmydta - potwierdzają wcześniejsze informacje, opowiadają też o nieznanych wcześniej okolicznościach tzw. afery hejterskiej oraz działalności grup dyskusyjnych Kasta/Antykasta. Wniesiono także o przesłuchanie sędziów Cichockiego oraz Szmydta.

Oskarżyciele poparli wniosek o przesłuchanie sędziów Cichockiego i Szmydta. Sędzia Wytrykowski nazwał ich "współpracującymi z opozycją i Iustitią". Sugerował, że sami mieszają się w zeznaniach, bo co chwila rzucają nowymi nazwami grup - Kasta, Antykasta, Niezłomni, do których rzekomo miał należeć. Dodawał też argument stale pojawiający się ze strony sędziów mających należeć do grup Kasta/Antykasta, że skriny rozmów są łatwe do spreparowania. Co ciekawe w pewnym momencie jednak zdawał się potwierdzać ich autentyczność, usprawiedliwiając ich treść.

"To, co piszę w prywatnych rozmowach, to moja sprawa. Gdzie tam jest planowanie akcji hejterskich? Czy tam jest cokolwiek poza wymienianiem uwag, jakimiś śmieszkami?" - pytał. I w tym miejscu potępiał media, które zajmują się tą sprawą, stwierdzając, że "wolna prasa sięgnęła nie bruku, a kloaki".

Dodawał też, że ma dosyć bycia mieszanym przez media z całą aferą. "Gdy Pan Cichocki opowiada w TVN-ie albo Sejmie, że wynosił z ministerstwa jakieś informacje, to potem pokazywana jest plansza z moim zdjęciem. Ja nie mam z nim nic wspólnego" - mówił. I narzekał, że właściwie nie ma już nadziei na to, że kiedykolwiek "oczyści się z tej sprawy", ponieważ nawet prokuratura nie kwapi się, żeby ją wyjaśnić.

Do wniosku przychylił się także sędzia Maciej Nawacki, twierdząc jednocześnie, że "wartość dowodowa tego jest żadna". Popiera jednak przesłuchanie sędziów Cichockiego i Szmydta, żeby "wreszcie dopytać tych panów, jak było naprawdę". Złożył też wniosek o przesłuchanie jego samego jako świadka, żeby "mógł się ustosunkować do tych wszystkich nowych rewelacji przedstawianych przez stronę. I skomentować, czy to jest hejt, czy nie jest".

Sąd oddalił jednak wszystkie wnioski dowodowe w postaci materiałów prasowych. W jego ocenie nie miały znaczenia dla sprawy, ponieważ artykuły Magdaleny Gałczyńskiej oraz Anny Mierzyńskiej, które komentowała wtedy Ewa Siedlecka, nie były pisane na podstawie zeznań Cichockiego i Szmydta. Oddalony został też wniosek o przesłuchanie Nawackiego.

"Jeżeli Siedlecką możemy dopaść, to i was"

Podczas mowy końcowej obrony pełnomocnik oskarżonej Mikołaj Pietrzak przypominał, że zgodnie ze standardami Europejskiego Trybunału Praw Człowieka obowiązuje zasada grubej skóry - ochrona dobrego imienia osób piastujących funkcje publiczne jest węższa. W przypadku Ewy Siedleckiej zastosowanie ma znaleźć także art. 212 kodeksu karnego, tymczasem fundacje zajmujące się wolnością słowa od lat ostrzegają, że przepis ten wykorzystywany jest w celu represji. Pietrzak podkreślał, że taki jest też cel oskarżycieli, którzy nie skorzystali z możliwości dochodzenia swoich praw w procedurze cywilnej, na przykład wytaczając proces o ochronę dóbr osobistych albo na gruncie prawa prasowego. "To sygnał dla innych dziennikarzy: bójcie się. Jeżeli Siedlecką możemy dopaść, to i was" - argumentował.

Mikołaj Pietrzak odnosił się także do rozumowania sądu pierwszej instancji, który uznał, że dziennikarka powinna była zebrać samodzielnie dowody przed napisaniem swoich felietonów, a którego tokiem rozumowania zdaje się podążać sąd drugiej instancji.

"Sąd i prokuratura mają instrumenty, by badać długo sprawę, gromadzić informacje. Dziennikarze nie mają takiego arsenału. Nie mogą wezwać świadka, przeprowadzić dowodu. Nie możemy oczekiwać, że dziennikarz, który przeczytał informację w dwóch wiarygodnych źródłach, będzie ją następnie samodzielnie weryfikował, żeby napisać komentarz prasowy" - mówił obrońca.

Ten sam argument w swojej mowie podnosiła Ewa Siedlecka, zaznaczając, że ustanawia to bardzo niebezpieczny standard dziennikarski.

Obrończyni Beata Czechowicz argumentowała, że sędziowie objęci są wyższymi standardami etycznymi, powinni być dla społeczeństwa wzorem. Tymczasem doniesienia medialne pokazują, że utworzyło się środowisko ludzi pracujących w instytucjach państwowych, którzy "podejmowali konkretne działania w życiu publicznym skierowane przeciwko konkretnym sędziom". "Skazanie Ewy Siedleckiej to powiedzenie, że takie zachowania są fair" - mówiła. "W sprawie afery jedynymi zabierającymi głos są właściwie dziennikarze. Nie widzi w tym problemu KRS, nie widzą problemu rzecznicy dyscyplinarni, ani najwyraźniej prokuratura".

Mec. Czechowicz przytoczyła historię o tym, jak gęsi pomogły obronić Rzym, ostrzegając mieszkańców swoim gęganiem o zbliżaniu się wroga. W podzięce jedna z gęsi została obniesiona w lektyce. Takim samym ostrzeżeniem są publicystyczne wypowiedzi dziennikarzy. Zdaniem prawniczki niedopuszczalne jest karanie ich za zwracanie uwagi na rzeczy szkodliwe społecznie.

Wytrykowski: Kiedyś czytałem pani teksty

Maciej Nawacki powtarzał argumenty, że Ewa Siedlecka oskarżyła go w swoich tekstach o stalking i wynoszenie dokumentów z ministerstwa (czemu dziennikarka zaprzecza) - na żadną z tych okoliczności nie ma dowodu, nie jest prowadzone przeciwko niemu postępowanie. "Jestem krytykowany powszechnie za stanie na straży praworządności" - stwierdził Nawacki. I dodawał, że ta krytyka spotyka go między innymi za to, że wykonuje prawomocną uchwałę Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego. Chodziło mu oczywiście o kwestię przywrócenia do pracy sędziego Pawła Juszczyszyna, co - również prawomocnie - nakazał mu Sąd Rejonowy w Bydgoszczy. A tego samego dnia, gdy odbywała się rozprawa apelacyjna Siedleckiej - 23 maja - Izba Dyscyplinarna sama uchyliła zawieszenie Juszczyszyna.

Podobną myśl wyraził Konrad Wytrykowski, twierdząc, że Ewie Siedleckiej chodziło jedynie o zdyskredytowanie go, bo jest kojarzony "z tymi złymi". Zgodził się wziąć udział w procesie zmian w sądownictwie, by było bardziej uczciwe i transparentne, niestety ,"okazało się, że to nie spodobało się grupie trzymającej władzę". Wytrykowski twierdził, że sędziowie wespół z dziennikarzami zaczęli szukać na niego haków, ale jedyne, co udało im się wyciągnąć, to fakt, że "ośmielił się rozmawiać ze znajomymi na Whatsappie". Zaprzeczał jednak, by miał cokolwiek wspólnego z wymyślaniem akcji wysyłania pocztówek "wypierd..." do ówczesnej Pierwszej Prezes SN Małgorzaty Gersdorf. "Niby kiedy miałem to robić? Pracowałem od rana do wieczora poza miejscem zamieszkania, wychowałem dwóch synów" - mówił Wytrykowski.

Zwrócił się też osobiście do Ewy Siedleckiej: "Sam czytałem pani teksty jeszcze w »Gazecie Wyborczej«. Pani zawsze była krytyczna wobec wymiaru sprawiedliwości, ale po 2016 roku to się zmieniło".

Na koniec dodał też, że to nie na dziennikarzach stosowany jest efekt mrożący. Przeciwnie, to dziennikarze wywierają efekt mrożący na sędziów, grożąc, że "obsmarują ich w prasie" za to, jak orzekają.

Sąd odroczył wydanie wyroku do piątku 27 maja do godz. 14:30.

Tekst ten powstał w ramach projektu „Na celowniku”, który OKO.press prowadzi razem Archiwum Osiatyńskiego. Dokumentujemy działania osób zaangażowanych w obronę praworządności i praw jednostki w Polsce po 2015 r. Staramy się opisać represje, jakim zostali poddani aktywiści. A także to, jak państwo stara się wypchnąć ich ze sfery publicznej i zniechęcić do zabierania głosu.

Projekt prowadzimy od 2021 r. Początkowo wspierała nas w tym norweska Fundacja Rafto; od 2022 r. - amerykański German Marshall Fund.

Materiały zebrane w 2021 r. podsumowaliśmy raporcie opublikowanym na początku 2022.

Udostępnij:

Dominika Sitnicka

Absolwentka Prawa i Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego. Publikowała m.in. w Dwutygodniku, Res Publice Nowej i Magazynie Kulturalnym. Pisze o praworządności, polityce i mediach.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne