0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Fot. Piotr Hejke / Agencja Wyborcza . plFot. Piotr Hejke / A...

Programami wyborczymi rządzą raczej hasła niż konkrety. Nie inaczej jest w przypadku szkół. Partie opozycji demokratycznej, choć w propozycjach dla edukacji zmierzają w podobnym kierunku – odpolitycznienie, unowocześnienie, dofinansowanie – inaczej rozkładają akcenty.

Jedni chcą przekonać chwytliwym „zlikwidujemy HiT”, inni równie gorącym – wyrzućmy religię ze szkół. Od tych propozycji odstają naiwna i libertariańsko zorientowana Konfederacja, a także rozleniwiony PiS, który uważa, że dobrze jest, jak jest.

A co chyba najsmutniejsze z tego przeglądu programów partyjnych, to to, że zignorowano leżące na stole gotowe, dobre propozycje zmian systemowych.

Mamy pakt i plan naprawy na 100 dni

SOS dla Edukacji na bazie wcześniejszych prac zespołów eksperckich z udziałem nauczycieli, rodziców i uczniów, a także związkowców i samorządowców opracowała Obywatelski Pakt dla Edukacji, a na jego podstawie „Nowe otwarcie. 10 rozwiązań na pierwsze 100 dni”.

Czyli swoisty dekalog zmian prawno-organizacyjnych, możliwych do zrealizowania lub zainicjowania w ciągu pierwszych miesięcy po wyborach.

Rozmawialiśmy o nich kilkakrotnie z przedstawicielami prodemokratycznych partii opozycyjnych, konsultowaliśmy ze związkami nauczycielskimi (Związkiem Nauczycielstwa Polskiego i Niezależnym Związkiem Zawodowym Oświata Polska) oraz korporacjami samorządowymi.

Przeczytaj także:

Postulaty obejmują:

  • zwiększenie nakładów na oświatę,
  • podwyżki dla nauczycieli,
  • zmiany w podstawie programowej
  • odpartyjnienie sposobu mianowania i działania kuratorów,
  • wprowadzenie funduszu zajęć pozalekcyjnych (zamiast „Willi plus”),
  • ustawę regulującą prawa ucznia i rzecznik praw ucznia,
  • reaktywację rad oświatowych na poziomie samorządów,
  • powołanie ponadpartyjnej i kolegialnej Komisji Edukacji Narodowej, poza kontrolą ministerialną, do pracy koncepcyjnej i nad dalszymi zmianami systemu,
  • otwarcie szkół na współpracę z organizacjami społecznymi,
  • lokalna polityka oświatowa (rady oświatowe gminne lub miejskie, konsultacje decyzji ws. sieci szkół, inne formy partycypacji).

Wiele z tych propozycji można dzisiaj odnaleźć w programach, chociaż bez odwoływania się do samego Paktu i rozwiązań na 100 dni. Niestety ugrupowania startujące w wyborach skupiają się nadal bardziej na tym, żeby się odróżniać niż żeby pokazać zbieżności i wspólne pola.

Przyjrzyjmy się bliżej treściom zawartym w poszczególnych programach wyborczych.

Szkoła na wybory. Zamiast bzdur typu „seksualizacja dzieci” zapraszamy na rozmowę serio o polskiej szkole jako źródle cierpień, ale także nadziei. Korzystamy z 10 postulatów Obywatelskiego Paktu dla Edukacji, kompleksowego projektu naprawy. To ma być szkoła nowoczesna, zdemokratyzowana, otwarta na Polskę i świat, twórcza, szkoła myślenia, a nie kucia, współpracy, a nie wyścigu szczurów. Polityczki i politycy prodemokratycznej opozycji deklarują poparcie Paktu, ale tylko obywatelski nacisk w kampanii wyborczej może sprawić, że edukacja zostanie potraktowana przez przyszłe rządy tak, jak na to zasługuje. W cyklu „Szkoła na wybory” we współpracy z SOS dla Edukacji ekspertka tej koalicji organizacji społecznych Zofia Grudzińska analizuje dziś, co o edukacji mówią programy pięciu największych partii. A także czego nie mówią

Koalicja Obywatelska: podwyżki dla nauczycieli i kilka haseł

Dużo się już mówiło o tym, że Koalicja Obywatelska nie zaprezentowała programu, tylko powabnie brzmiące „100 konkretów na pierwsze 100 dni”, plus zapowiedź, że program będzie.

Sama pod presją czasu odszukałam (jak każda osoba systematyczna w docieraniu do źródeł danych) na stronie KO zakładkę „program”, nie dostrzegając – bo zabrakło jasnej informacji, że to program z 2019 roku!

Edukacji dotyczy kilka postulatów, ale dość niewiele ma charakter systemowy.

Pierwszy konkret, obietnica „co najmniej” 30 proc. podwyżek dla nauczycieli z precyzyjną kwotą progu minimalnego (1500 zł) jest zgodna z propozycjami SOS dla Edukacji, które zakładają radykalny wzrost wynagrodzenia oraz jego indeksowanie do średniej płacy w gospodarce.

Dalej mamy mieszaninę ogólników, jak zwiększenie autonomii, ze szczegółowymi konkretami („wolność w doborze lektur”, która dotyczy wyłącznie polonistów). Przy tym zapowiadana możliwość „rozszerzania tematów” jest niezrozumiała, bo to można robić już teraz – jeśli jest na to czas i potrzeba czy chęć uczniów.

Postulat odpolitycznienia zawiera zapowiedź wycofania HiT oraz zmianę systemową polegającą na tym, że podstawy programowe i zatwierdzanie podręczników będą w gestii niezależnej Komisji Edukacji Narodowej, zgodnie z propozycjami SOS dla Edukacji.

Nie chcę bronić obecnej podstawy programowej HiT-u ani pewnego pseudopodręcznika, ale po pierwsze, jeśli już wycofać tę ideologicznie zabarwioną nowinkę, to należy przywrócić wykopaną ze szkół wiedzę o społeczeństwie (a jeszcze lepiej – wprowadzić edukację obywatelską z prawdziwego zdarzenia).

Warto dodać, że część nauczycieli i ekspertów proponuje, by napisać nową podstawę programową HiT-u, która stworzy przestrzeń nauki krytycznego i zaangażowanego społecznie myślenia.

Kolejny konkret – „precz z plecakami”, czyli szafki i dostęp do e-podręczników, dotyczy nie tyle systemowych kwestii mających wpływ na jakość oświaty, ile warunków stwarzanych uczniom.

Zapewnienie w szkołach miejsca na przechowywanie podręczników i przyborów szkolnych to obowiązek nie od dziś – czytamy o nim w rozporządzeniu z 2002 roku (ostatnia nowelizacja Rozrządzenia w sprawie bezpieczeństwa i higieny z roku 2018). Nowość zapewne polegać będzie na doprecyzowaniu, że to mają być szafki? Jak na program wyborczy, to szczegół, ale zapewne chwytliwy wyborczo.

Wspaniale brzmi też zapowiedź, że w ciągu tych pierwszych 100 dni „rozpoczniemy” proces przechodzenia na naukę jednozmianową (termin ostateczny co prawda dopiero we wrześniu 2025 roku, czyli nieco czasu jeszcze nas czeka nauki o zmroku).

Ale taką obietnicę można rozumieć na rozmaite sposoby, a jak mawiał pewien polski polityk, ważne jest to, jak się kończy, a nie, jak się zaczyna. Cóż – biorąc pod uwagę dane demograficzne, jest zapewne całkiem realna.

Czy oznacza wpisanie takiego warunku w prawo oświatowe? Wtedy znalazłaby się na poziomie systemowym, ale bez doprecyzowania, ile czasu miałaby trwać taka „zmiana”, nie miałaby większego sensu.

Kolejny postulat też brzmi chwytliwie, rzecz w tym, że odgórne „zlikwidowanie prac domowych” to ograniczenie autonomii nauczycielskiej.

Sensownie i uczciwie brzmi „stworzenie warunków pomocy w szkole, zamiast korepetycji w domu” – przywołuje proponowaną przez SOS dla Edukacji propozycję finansowania zajęć pozalekcyjnych.

Nie ma nic o systemowym dosypaniu pieniędzy do kasy przeznaczonej na realizację oświaty.

Trzecia Droga: szkoły odpolitycznić i zwiększyć nakłady

Propozycje są sformułowane w postaci zwięzłych list, co ma tę zaletę, że szybko się je czyta, ale tę wadę, że trudno sprawdzić, w jakim stopniu stojące za nimi rozumowanie jest oparte na rozeznaniu wszystkich istniejących przesłanek, również ekonomicznych.

Jakiś czas temu formacja, która jest częścią „Trzeciej Drogi”, czyli Polska 2050, prezentowała bardzo obszerny – 140 stron! – program naprawy polskiej edukacji. Ale w kampanii wyborczej pojawiły się bardzo okrojone czy wręcz treściowo odmienne obietnice.

Czy to oznacza, że PSL i Polska 2050 nie mogły się dogadać w sprawach, które każda z formacji miała w swoich wcześniejszych programach?

Szukający poparcia dla tezy, że Trzecia Droga sprzyja rozwojowi polskiej edukacji, z radością przyjmą informację, że wśród „12 gwarancji” jest obietnica zwiększenia wydatków na oświatę do 6 proc. PKB.

W ramach kolejnego mini-programu, czyli „listy wspólnych spraw”, jest mowa o „podwyżkach dla pracowników oświaty” (na plus zaznaczmy, że pomyślano nie tylko o nauczycielach), ale bez konkretnych liczb czy procentów, nie ma też mowy o żadnym mechanizmie rewaloryzacji na przyszłość.

Nauczyciele mogą taki konkret znaleźć w programie PSL, ale czemu obywatele mieliby w ocenie zasadności swojego głosu wyborczego kierować się postulatami, które nie zasłużyły na to, by się znaleźć we wspólnie uzgodnionych zapowiedziach?

Druga na tej liście jest propozycja naprawdę kuriozalnie sformułowana. Nie wiedzieć czemu, tzw. lead-in to hasło „płynny angielski po podstawówce”.

Sama jestem anglistką, powinnam się cieszyć, ale jakoś paradoksalnie nie mogę. Bo myślę o tym, że absolwenci i absolwentki podstawówki powinni operować płynnym językiem polskim, płynnie posługiwać się myśleniem logicznym, płynnie dekonstruować fałszywe informacje i wyszukiwać argumenty w ramach obywatelskich dyskusji.

Rozumiem, że angielski to nasza współczesna lingua franca, ale taki „konkret”, a raczej „konkrecik” w programie wyborczym pachnie edukacyjną dyktaturą. Co z uczniami, którzy wolą niemiecki i francuski?

Na szczęście po tej zapowiedzi jest poważny ciąg dalszy: reforma (gruntowna!) systemu oświaty, polegająca na jej odpolitycznieniu oraz zmianach programu nauczania. Wolałabym dowiedzieć się więcej, tym bardziej że doświadczenie nauczyło mnie bać się „gruntownych reform”, a polska szkoła raczej potrzebuje spokoju i zmian co prawda systemowych, ale nie wstrząsających posadami naszego edukacyjnego świata.

Lewica jedyna pamięta o uczniach i wyrzuceniu religii ze szkół

Przede wszystkim autorom tego programu należy się pochwała za przyjazną czytelnikowi redakcję tekstu. Sformułowany jest tradycyjnie, w postaci listy z podpunktami. Każdy jest zwięzły, ale rozpoczyna się od minidiagnozy stanu obecnego, dzięki czemu można lepiej zrozumieć powody i cele danej propozycji.

Interesujący nas dział jest zatytułowany „Wolna i przyjazna szkoła” – co w pewnym stopniu określa intencje programowe, na dużym stopniu ogólności, ale też takim, który pozwala konfrontować te intencje z treścią programu.

W porównaniu z pozostałymi programami ten zawiera najwięcej odniesień systemowych, ale też najmniej konkretów.

Pierwszy punkt dotyczy treści programowych. Co do wstępu, zawierającego wyliczenie pożytecznych umiejętności poznawczych (krytyczne myślenie itp.), nie ma uwag. Ciąg dalszy jest obietnicą nieco post factum, ponieważ w opisie rozmaitych przedmiotów wchodzących w skład obecnej Podstawy Programowej znajdują się już wyliczane treści.

Zapewne chodzi o ich uwypuklenie i podniesienie rangi, czemu najlepiej służyłaby obietnica, że znajdą się wśród standardów egzaminacyjnych, bo te stanowią ważny drogowskaz dla autorów podręczników i nauczycieli.

Odpolitycznienie edukacji – zapowiedź szumna, ale nieco rozczarowuje propozycja, by podstawę programową układały zespoły „wskazane przez związki zawodowe i uczelnie”, ze względu na brak gwarancji apolityczności tego doboru.

Kolejna propozycja – resort i kuratoria mają się zająć „prawdziwymi problemami” oświaty – ma wydźwięk bardziej demagogiczny niż niosący konkretne propozycje zmian.

Są w tym programie (jako jedynym) dowody, że partia faktycznie chce wzmacniać podmiotowość uczniów. Samorząd uczniowski opiniujący organizacje społeczne chcące wejść do szkół, powołanie instytucji Rzecznika Praw Ucznia, szkolenia antydyskryminacyjne i antyprzemocowe, opieka psychologiczna. To dowód na to, że Lewica kieruje się kompasem najbardziej wśród wszystkich formacji nakierowanym na prawa człowieka.

Zapowiedź podjęcia wysiłków dla wyrównania szans edukacyjnych jest nieco na wyrost, bo wymienione w programie działania nie uderzają w sedno barier edukacyjnych. Polegają raczej na zwiększeniu dostępu do pomocy edukacyjnych i podniesienie standardów opieki socjalnej, a nie na takiej reorganizacji systemu, która by przełamywała mechanizmu reprodukcji klasowego modelu edukacyjnego.

Jest to jedyna partia, która postuluje likwidację lekcji religii w szkołach.

Konfederacja: naiwny libertariański koszmar

Program jest na pierwszy rzut oka solidnie przygotowany, poprzedzony diagnozą, uporządkowany. Drugi i trzeci rzut oka pozwalają zdekonstruować mizerię propozycji, liczne przekłamania oraz niekonsekwencje. Autorzy padli ofiarą proklamowanego neo-liberalizmu, czy raczej libertarianizmu, a ich obietnice sprowadzają się w dużej mierze do gruntownej reorganizacji systemowej.

Zapowiadane „uwolnienie szkół” – mające się wyrazić w swobodzie w kształtowaniu programu nauczania, brzmi pociągająco, ale niewiele się różni od gwarantowanej w obecnym stanie prawnym autonomii nauczycieli w układaniu programów oraz autonomii szkoły w uzupełnianiu oferty obowiązkowej edukacji.

Zgodnie z zapowiedzią, rola państwa ma być ograniczona do „kontrolowania wyników szkół poprzez cykliczne egzaminy”, które będą układane i organizowane przez niezależną Radę.

Jedyną znaczącą różnicą systemową jest tutaj zapowiedź wyłączenia władzy centralnych organów administracyjnych, zależnych od aktualnych układów partyjnej, nad decyzjami o treściach egzaminacyjnych, co w pewnym sensie jest echem propozycji SOS dla Edukacji.

W kwestii finansowania szkół autorzy programu proponują „bon edukacyjny”, być może nie zdając sobie sprawy, że on już w naszym systemie oświaty funkcjonuje.

Bon edukacyjny jest to bowiem instrument takiego naliczania pieniędzy należnych szkole, którego podstawą jest liczba uczniów.

Tak więc zapowiedź, że państwo to organ finansujący „w sposób przejrzysty i sprawiedliwy dla wszystkich podmiotów oświatowych”, jest już realizowana, aczkolwiek można popracować nad uproszczeniem algorytmu stanowiącego podstawę naliczania subwencji.

Konfederacja również uznaje system wag, czyli czynników, które komplikują ów algorytm – ich program mówi o innych przelicznikach dla „szkół w małych gminach”, specjalistycznych, i dla uczniów ze specjalnymi potrzebami edukacyjnymi.

Zapowiadanie, że obecny algorytm naliczania subwencji zastąpi idea „bonu”, jest tautologią. Pytanie, kto będzie decydował o redukcji wagi na podstawie jakich wartości – czy w imię rynkowej komercjalizacji, na której skorzystają najzasobniejsi, czy dla równoważenia dostępu do edukacji przez wszystkie warstwy społeczne?

Jak mamy zrozumieć obietnicę stworzenia systemu finansowania, który będzie „sprawiedliwy” – czy ma służyć całemu społeczeństwu, czy promować szkoły sprawne w windowaniu wyników i rozwijanie działalności gospodarczej?

Autorzy zapowiadają też „odzyskanie” przez dyrektorów placówek edukacyjnych „swobody w pozyskiwaniu środków innymi drogami”. Sęk w tym, że obecnie jest to możliwe: można korzystać z grantów, ze zbiórek publicznych oraz prowadzić działalność gospodarczą, pod warunkiem, że nie obejmuje działalności o charakterze realizowania edukacji powszechnej.

Groźny konkret to zapowiedź pozostania przy dotychczasowej skali wydatków na oświatę.

Magiczna ręka rynku miałaby więc zasypać dziury finansowe, odczuwane boleśnie przez obecny system.

Hasło „uwolnijmy rynek, a wszyscy będziemy bogaci i szczęśliwi”? Czyżbyśmy je już kiedyś słyszeli?

Ciekawe, że mimo swobody wyboru szkół reforma ma „nie zagrażać gwarancji powszechnego dostępu do edukacji”. Innymi słowy, szkoły będą jednak podlegać jakimś ograniczeniom w rekrutacji uczniów, by gdzieś znalazło się miejsce dla tych, których rodzice nie zaangażują się w celowy wybór placówki.

Jako żywo przypomina to obecny system, w którym obowiązkowa rejonizacja jest w istocie rzeczy iluzoryczna i dotyczy właściwie rodzin, które nie uruchamiają świadomych strategii zwiększających szanse edukacyjne potomków.

Nauczyciele: Konfederacja nie udziela żadnych zapowiedzi o podniesieniu wynagrodzeń. Rekompensuje to absurdalną ekonomicznie obietnicą: mimo iż pieniędzy w systemie będzie nadal tyle samo, pensje wzrosną. To jest, owszem, możliwe, ale wyłącznie w placówkach, które będą popularne wśród rodziców.

Raczej słabo wygląda szansa, że wzrośnie popularność zawodu wskutek jego „odbiurokratyzowania” (a kto zaręczy, że sprawozdań nie będą się domagali rodzice, których dyrektorzy będą wszak musieli bardziej pilnie słuchać?)

Dyrektor: zgodnie z deklaracjami programowymi jego czy jej rola będzie dowartościowana. Ale to pusty frazes. Czy dyrektor/ka z radością obejmie placówkę, w której będzie pełnił/a rolę „samodzielnego” menedżera, niestety posłusznego „dyktatowi rodziców”?

Oczywiste jest, że do jego/jej obowiązków, prócz zapewnienia „bogatej oferty” oraz „wysokich wyników” uczniów na egzaminach będzie należało łatanie dziur w budżecie, z którego – jak wynika z poprzednich wywodów – znikną pieniądze gwarantowane dotychczas przez organ prowadzący, który finansuje np. remonty czy ogrzewanie budynku placówki.

Czy będzie też chętny/chętna do objęcia stanowiska, które w każdej chwili może stracić decyzją rady rodziców?

Jest też „kusząca” oferta dla rodziców, którzy nie zechcą posyłać dziecka do żadnej szkoły, zapewnią edukację w domu (autentyczna edukacja domowa, bez nadzoru placówki oświatowej). Dostaną „pieniądze z bonu”, ale z dołu, po zdaniu przez dziecko egzaminów zewnętrznych. Jeśli dziecko nie zda, będą musieli posłać je do szkoły, teoretycznie wybranej przez siebie.

Czy dyrektor będzie miał obowiązek przyjęcia takich „spadochroniarzy”, okaleczonych nieudanym eksperymentem oświatowym rodziców?

Poza wszystkim propozycja ta kryje niebagatelne zarzewie konfliktów społecznych, bo sugeruje, że wysokość bonu otrzymywanego przez rodziców czy opiekunów prawnych (program nie bierze pod uwagę tej drobnostki, że nie wszystkie polskie dzieci wychowują się w „tradycyjnych” rodzinach) będzie w pewnym sensie jawna. Ciekawe, czy nie pojawią się pretensje rodziców takiego sobie Franka z przeciętnego miasta wobec rodziców Ani z małej wiejskiej szkoły?

PiS: bełkot, a nie propozycje

Analizując propozycje programowe tej partii, trudno (chociaż trzeba!) zignorować liczne zapewnienia, że już jest świetnie, a dzięki kontynuacji przyjętej linii zmian będzie lepiej.

Jakimś cudem „dalsza reorganizacja siatki godzin” doprowadzi do „bardziej efektywnych relacji uczeń-nauczyciel”, a to spowoduje likwidację zjawiska korepetycji. To raczej bełkot, a nie propozycje wyborcze.

Nauczyciele też będą się cieszyć z owej „zmiany siatki godzin”, chociaż wśród konkretów pojawia się zapowiedź, że będą obecni w szkole dłużej, a nie krócej (dyżury i zajęcia dodatkowe).

Prace domowe pozostaną, ale odrabiane wyłącznie w szkole, po lekcjach – ta propozycja znalazła się w programach innych formacji, postulujących wydłużenie czasu pracy szkół.

Bezpłatny kurs prawa jazdy dla każdego osiemnastolatka w szkole jest oczywistą zaletą, nie bardzo tylko jasne, w jaki sposób ma podnieść poziom edukacji.

W ramach wabików wyborczych jeszcze laptop dla każdego ucznia, dofinansowanie posiłków (jak w programach innych partii) oraz słynne już wycieczki patriotyczne w ramach programu Poznaj Polskę.

To propozycje socjalne, częściowo zaś otwierające furtkę do coraz większej ideologizacji szkół i przedszkoli.

Kuriozalna zapowiedź sposobu na wyrównanie szans edukacyjnych to stworzenie specjalnego „Programu Wsparcia Młodzieżowych Drużyn Pożarniczych”. Oczywiście, dobrze przygotowani młodzi strażacy są gwarancją przyszłości naszej Ojczyzny.

Po szczegóły, ze względu na limit długości niniejszego tekstu, odsyłam do programu wyborczego PiS. Poza tym będą też wspaniale doposażone szkoły specjalne, pracownie informatyczne i laboratoria, ponoć finansowane z centralnego budżetu.

Dla szkolnictwa zawodowego zapowiedź, że łatwiej będzie się ich absolwentom dostawać na studia wyższe (zmiana sposobu rekrutacji, w większym stopniu uwzględniająca wyniki egzaminów zawodowych). Oznacza to konkretny zamach na autonomię uczelni wyższych.

Reasumując: mało wyobraźni włożyła partia PiS w kreowanie programu dla edukacji. Realia to dosypywanie kasy na to, co najłatwiejsze, czyli infrastrukturę, oczywiście bez konkretów.

;
Zofia Grudzińska

Nauczycielka języka angielskiego i psycholożka, realizatorka dźwięku w filmie. Jej zainteresowania dotyczą demokracji i autonomii uczniowskiej oraz zagadnień związanych z psychologią uczenia się. Jest współzałożycielką i koordynatorką Ruchu Społecznego Obywatele dla Edukacji oraz wice-prezeską Fundacji Przestrzeń dla Edukacji. Koordynowała prace ekspertów Zespołu Parlamentarnego ds. Przyszłości Edukacji (2018-2019). Jest laureatką Nagrody im. Prof. Romana Czerneckiego za publikacje specjalistyczne w dziedzinie edukacji (w 2021 roku).

Komentarze