0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Wyborcza.plFot. Sławomir Kamińs...

W środę 15 maja wczesnym popołudniem agencje prasowe podały szokującą wiadomość: w niewielkiej miejscowości Handlová w województwie trenczyńskim doszło do zamachu na słowackiego premiera Roberta Ficę. Szybko pojawiły się sprzeczne informacje o stanie zdrowia szefa rządu, ostatecznie okazało się, że rany od kul są bardzo poważne i zagrażające życiu. Na szczęście po długiej operacji lekarzom udało się uratować postrzelonego polityka.

Słowacja chora na przemoc

Dość zgodnie komentatorzy wywodzą zamach na życie Ficy z emocji i atmosfery nienawiści, która od lat włada słowacką polityką. I do której nota bene przyczynia się sam premier, lider populistycznej partii SMER. Fico nazywa przeciwników politycznych „szczurami”, zawłaszcza niezależne instytucje oraz atakuje media, prowadząc Słowację na obrzeża Unii Europejskiej przez autorytarne ciągoty oraz antyukraiński i prorosyjski kurs w polityce zagranicznej.

Motywy zamachowca wciąż nie są do końca jasne, choć zapewne atak na Fico miał powody politycznie. Koledzy partyjni premiera szybko oskarżyli liberalną opozycję, że to jej ostry sprzeciw wobec polityki rządu zainspirował zamachowca. Jednak, jak się wydaje, poglądy napastnika są dość skomplikowane: był krytyczny wobec SMER-u, ale jednocześnie wygłaszał w mediach społecznościowych prorosyjskie opinie, dalekie od agendy Postępowej Słowacji, czyli głównej siły liberalnej. Miał też związki z prorosyjskimi organizacjami paramilitarnymi.

W OKO.press Łukasz Grzesiczak pisał po zamachu, że przemoc nie jest nowością w słowackiej polityce. Przypomniał zabójstwo dziennikarza śledczego Jána Kuciaka i jego narzeczonej Martiny Kušnírovej, które w 2018 roku wstrząsnęło Słowacją i doprowadziło wówczas do upadku pierwszego rządu Roberta Ficy. Oraz motywowany nienawiścią zamach przed popularnym wśród społeczności LGBTQ+ klubem Tepláreň w Bratysławie, w którym w 2022 roku zginęły dwie osoby.

„Nie mam większych nadziei. Słowacja jest nieuleczalnie chora, nasza polityka jest w strasznej kondycji” – komentował na naszych łamach znany słowacki dziennikarz Martin Milan Šimečka.

Zdrajcy z PiS kontra zdrajcy z PO

Zamach na Ficę stał się — rzecz oczywista — również głównym tematem polskiej debaty. Zewsząd spłynęły kondolencje, wyrazy szoku i zadumy. Również zadumy nad naszą polityką, tkwiącą od lat w kleszczach spolaryzowanego konfliktu, w którym padają najcięższe oskarżenia, a nakręcanie spirali emocji zdaje się nie mieć końca.

Nie będzie jednak zapewne niespodzianką, że nastrój głębokiej refleksji w mig rozpłynął się w powietrzu w starym, dobrym i bez pudła powtarzalnym stylu: a to pojednania po śmierci papieża, a to jedności klasy politycznej po katastrofie smoleńskiej, a to zmiany tonu debaty po zamachu na prezydenta Adamowicza. Ten powtarzający się cykl jest zasmucający, ale z drugiej strony nie ma w nim nic dziwnego: dopóki obywatele będą nagradzać polityków nakręcających negatywne emocje milionami głosów w wyborach, dopóty politycy będą robić to, co im się najbardziej opłaca.

Jak działa ten mechanizm, zobaczyliśmy już nazajutrz po zamachu na Fico, o poranku w czwartek 16 maja, kiedy Platforma Obywatelska oraz Prawo i Sprawiedliwość opublikowali swoje spoty przed eurowyborami. Otóż gdyby poważnie potraktować przekaz obu tych propagandowych filmów, Polacy stoją przed nie lada skomplikowanym wyborem, gdyż w polskiej polityce zdrajcy na usługach Rosji z PiS walczą ze zdrajcami na usługach Rosji z PO.

Co zaskakuje, tym razem to spot Platformy jest o wiele bardziej agresywny, a jego celem jest wzbudzenie strachu wśród odbiorców. Mamy w nim trupie czaszki, twarze jak z horroru, dramatyczną muzykę i tłuczony widzom do głowy jeden komunikat: PiS to tak naprawdę Rosja, to płatni zdrajcy, pachołki Rosji.

Spot Prawa i Sprawiedliwości mówi nam zasadniczo to samo, ale w nieco łagodniejszej i celowo dość siermiężnej, lekko rozwlekłej formie: dowiadujemy się z niego, że Donald Tusk to pachołek Putina, od lat działający w jego interesie, a jedynymi politykami, którzy mogą nas przed nim uratować, są Jarosław Kaczyński i Mateusz Morawiecki.

Bardziej szczegółową analizę spotów przeprowadził w OKO.press Piotr Pacewicz.

Po obejrzeniu obu produkcji widz pozostaje w lekkim oszołomieniu i pyta sam siebie cytatem z popularnego w sieci filmiku: „To który k…. jest synem kogo?!”.

Polska mobilizacja na sterydach

Ale czy taki przekaz PO i PiS jest nieracjonalny? Czy (zwłaszcza w wypadku Platformy) to tylko wypadek przy pracy? Nic bardziej mylnego. To efekt racjonalnej strategii i można postawić dolary przeciwko orzechom, że podobnych wrażeń audiowizualnych obie partie przed wyborami europejskimi jeszcze niechybnie nam dostarczą.

Powód jest prosty: wszystko wskazuje na to, że w eurowyborach 9 czerwca frekwencja będzie tragicznie niska, a wynik nawet poniżej 40 proc. nie będzie wielkim zaskoczeniem.

To z kolei oznacza, że o wyniku zdecydują najtwardsze partyjne elektoraty.

Gra toczy się więc o to, by jak najbardziej zmobilizować swoich najbardziej zaangażowanych w spór zwolenników. A recepta w takim wypadku jest prosta: łatwiej te grupy wyborców mobilizować przeciwko czemuś, niż za czymś. I w tej strategii PO i PiS są idealnie symetryczne.

Naiwniacy, ot na przykład takie OKO.press, mogliby zapytać: hola, hola, ale może by tak mobilizować pozytywnym przekazem? Może coś o zapobieganiu katastrofie klimatycznej, może zacząć mówić o głębszej integracji w Unii, może przedstawić pomysły na sprawniejsze działanie wspólnoty w obliczu zagrożenia ze wschodu i oby rychłej akcesji Ukrainy do UE? Pewnie można, szkopuł w tym, że np. jeśli chodzi o Zielony Ład, czy Pakt Migracyjny, obie nasze największe partie mają zadziwiająco spójny przekaz: są na nie i w kontrze do europejskiego głównego nurtu. Łatwiej więc, rzecz prosta, wyzywać się od zdrajców.

Draka w krakowskiej lewicy, fantazje Kaczyńskiego i debata o aborcji

Uff, gęsto się zrobiło, więc na koniec postaramy się polecić również nieco luźniejsze teksty, które opublikowaliśmy w tym tygodniu.

  • Na przykład naprawdę całkiem zabawny tekst Agaty Szczęśniak i Marcela Wandasa o wielkiej drace w krakowskiej lewicy, która najpierw wystartowała w wyborach samorządowych na osobnych listach, a później sama się ze sobą pokłóciła o własną wiceprezydentkę.
  • Albo szalenie interesującą analizę, czy szlachta naprawdę nie pracowała, jak głosi znane powiedzonko. Jak się okazuje, zdarzały się zaskakujące klucze do szlacheckiej kariery: wino i pasy kontuszowe, lichwa i stal, karety i porty.
  • Pochyliliśmy się również nad fantazjami Jarosława Kaczyńskiego, który obwieścił, że jego partia „wyciągnęła Polskę ze sfery Trzeciego Świata”. Sprawdzamy, czy słowa prezesa mają choćby minimalny związek z rzeczywistością.
  • Do tego ujawniliśmy, że ministerstwo Ziobry sprawdzało, jak Wirtualna Polska pisała o politykach Suwerennej Polski i co wynikało z tych specjalnie zamawianych analiz.
  • Byliśmy także w Sejmie na wysłuchaniu publicznym dotyczącym prawa do aborcji. Usłyszeliśmy argumenty o Hitlerze, doktorze Mengele, zagładzie nienarodzonych, ludobójstwie, ćwiartowanych płodach. Czy to w ogóle miało jakiś sens?
  • No i zerknijcie koniecznie na najnowszy odcinek Programu Politycznego:
;

Udostępnij:

Michał Danielewski

Wicenaczelny OKO.press, redaktor, socjolog po Instytucie Stosowanych Nauk Społecznych UW. W OKO.press od 2019 roku, pisze o polityce, sondażach, propagandzie. Wcześniej przez ponad 13 lat w "Gazecie Wyborczej" jako dziennikarz od spraw wszelakich, publicysta, redaktor, m.in. wydawca strony głównej Wyborcza.pl i zastępca szefa Działu Krajowego. Pochodzi z Sieradza, ma futbolowego hopla, kibicuje Widzewowi Łódź i Arsenalowi

Komentarze