Po dwóch miesiącach działania ustawy napisałam do nich i zapytałam, jak wygląda ich sytuacja. Nie spodziewałam się takiego odzewu. Moja skrzynka pocztowa została zalana falą niewyobrażalnych ludzkich problemów. Ciągle przychodzą nowe maile. Co mam odpisywać?
Ankietę Fundacji „DOM tam gdzie TY” wypełniło ponad 230 osób. Za zgodą fundacji napisałam do nich z pytaniem, jak wygląda ich sytuacja dzisiaj, dwa miesiące po wejściu w życie ustawy wygaszającej pomoc dla Ukraińców. Odpowiedziało około 50 osób.
Opisuję ich odpowiedzi, żebyśmy wszyscy wiedzieli, jakie są skutki zmian prawa. Może ten smutny obraz zachęci ludzi o dobrym sercu do wzięcia udziału w
naszej zbiórce, która ma naprawić choćby część szkód, jakie wyrządzili uchodźcom politycy.
Na mego maila odpowiedział m.in. pan Serhij Czernow. Przez całe życie pracował w branży telewizyjnej i uprawiał pływanie. Ma 75 lat.
– W marcu 2022 roku z powodu bombardowań Kijowa, przyjechaliśmy z żoną do Polski – opowiada. Zaprosił ich kolega Serhija z polskiej telewizji, której niegdyś zapewniał za pośrednictwem satelity bezpośrednie transmisje do programu informacyjnego TVP z różnych regionów Ukrainy. Mieszka niedaleko od Warszawy.
– W czerwcu 2024 roku nagle pojawiły się trudności z oddychaniem i kaszel – kontynuuje. Pod koniec miesiąca u Serhija zdiagnozowano raka płuc w 4. stadium.
– Nieszczęścia nie przychodzą pojedynczo – mówi.
Od lipca 2024 roku rząd zlikwidował rekompensaty dla właścicieli mieszkań 40 zł dziennie za przyjmowanie uchodźców z Ukrainy. – Ponieważ wypłaty 80 zł dziennie dla gospodarza zostały wstrzymane, byliśmy zmuszeni opuścić gościnny dom naszego kolegi. Razem z żoną mieliśmy niewielkie oszczędności, za które wynajęliśmy mieszkanie w Warszawie, niedaleko instytutu onkologicznego, gdzie przechodziłem leczenie ambulatoryjne.
– Nie mogłem uwierzyć, że zachorowałem na raka płuc – mówi Serhij. – Nigdy nie paliłem i przez całe życie uprawiałem pływanie.
Po raz pierwszy Serhij przyszedł na basen w 1956 roku. Ma wiele nagród i medali w pływaniu, w tym w kategorii Masters. Uczestniczył w zawodach również w Polsce. – Nie spodziewałem się, że choroba zmieni nagle całe moje życie – mówi.
Od 5 marca Serhij stracił możliwość bezpłatnego leczenia w Polsce. Koszt leku Tagrisso, który zatrzymuje rozwój nowotworu, wynosi ponad 14 tysięcy złotych miesięcznie.
Pytam go o ustawę wygaszającą pomoc dla Ukraińców.
– Nie mogę oceniać ustaw, jestem obcokrajowcem. Widziałem w telewizji, jak długo była omawiana, a potem podpisana przez prezydenta, który realizuje wolę polskiego społeczeństwa. Nie ma tu nic do dodania, bo prawo to prawo i trzeba go przestrzegać. Ustawa została napisana z profesjonalnie i z najwyższą starannością, aby w Polsce nie było żadnej luki umożliwiającej mi kontynuację leczenia raka z pokryciem kosztów przez NFZ.
Serhij nie pracuje, jego 68-letnia żona nie może znaleźć pracy.
– Zwracaliśmy się do różnych instytucji i organizacji charytatywnych, nic nie dało – mówi Serhij. – NFZ proponuje przelanie ukraińskiej emerytury na polskie konto bankowe, ale trwa to około pół roku, rok. Mechanizm nie jest jeszcze dopracowany. A przerwanie leczenia nawet na jeden miesiąc doprowadzi do nieodwracalnego pogorszenia mego stanu zdrowia. NFZ odrzucił też możliwość dobrowolnego ubezpieczenia [co kosztuje 830 zł miesięcznie – red.], ten wariant dla posiadaczy PESEL UKR w praktyce nie działa. Poza tym nie mamy takich pieniędzy.
Za wizytę u onkologa pod koniec kwietnia Serhij już płacił sam – zarówno za badania, jak i tomografię komputerową. Kolejną ma mieć pod koniec maja.
– Do tego czasu muszę znaleźć sposób na pokrycie kosztów leku Tagrisso – 14 072,06 złotych. Nie wiem, jak to zrobić – mówi Serhij. – Będę wdzięczny za każdą pomoc, radę, a nawet wsparcie moralne. Dla mnie to szansa na dalsze życie.
Minęło ponad dwa miesiące od wejścia w życie ustawy o wygaszeniu rozwiązań ustawy o pomocy obywatelom Ukrainy w związku z konfliktem zbrojnym na terytorium tego kraju. Jak pisaliśmy, część przepisów tzw. specustawy ukraińskiej została przeniesiona do rozwiązań systemowych, ale większość – wygaszona.
Najbardziej uderzającą zmianą dla ukraińskich uchodźców wojennych jest ograniczenie możliwości korzystania z opieki zdrowotnej.
Od 5 marca 2026 roku „bezpłatny” dostęp do opieki medycznej mają tylko pracujący i ubezpieczeni uchodźcy. Jeśli nie są ubezpieczeni – to otrzymają pomoc wyłącznie w nagłych przypadkach, mają prawo tylko do świadczeń ratujących życie.
Są wyjątki reguł. Świadczenia opieki zdrowotnej nadal przysługują osobom ze statusem UKR:
Najbardziej ucierpiały z powodu zmian osoby niepracujące, chore, starsze, z niepełnosprawnościami, które nie mieszkają w OZZ i straciły dostęp do opieki medycznej, a najbardziej go potrzebują. Opisywaliśmy w OKO.press ich dramatyczne historie:
Sytuację życiową części uchodźców komplikuje też to, że w tym okresie zostali również pozbawieni wsparcia finansowego – np. zasiłku stałego czy wypłaty 800+ na dzieci, którą ZUS zgodnie z poprzednimi zmianami wstrzymał od lutego, żeby zweryfikować czy wnioskodawca spełnia nowe warunki, m.in. warunek aktywności zawodowej.
Ołena Dekhtiar, prezeska Fundacji „DOM tam gdzie TY”, z którą Sławomir Zagórski z OKO.press rozmawiał o sytuacji ukraińskich uchodźców po wejściu w życie nowych przepisów, zaczęła zbierać przypadki osób, którym odmówiono świadczeń medycznych. Leczenia nowotworów oraz innych ciężkich chorób np. wymagających dializ, nie można przerywać – od tego zależy życie pacjenta.
W tej sprawie interweniował Rzecznik Praw Obywatelskich, ale bez efektu. Wiele osób zostało sam na sam ze swoją chorobą i zagrożeniem życia.
Ankietę Fundacji „DOM tam gdzie TY” wypełniło ponad 230 osób. Po dwóch miesiącach napisałam do nich i zapytałam, czy zmieniła się ich sytuacja. Otrzymałam odpowiedzi około 50 osób. Od kilku dni moja skrzynka pocztowa jest zalana falą niewyobrażalnych ludzkich problemów. Uznałam, że powinnam je opisać, żebyśmy wszyscy mieli obraz skutków zmian prawa.
Przez moment poczułam się tak, jakbym weszła w rolę pracowniczki socjalnej. Nie da się pozostać obojętną na cierpienie (nie zazdroszczę organizacjom działającym na rzecz uchodźców, które codziennie mają do czynienia z taką skalą nieszczęścia).
A przecież jestem dziennikarką i moim narzędziem pracy jest pióro – nie mogę dawać ludziom pustej nadziei. To częsty dylemat naszego zawodu: nagrywać/robić zdjęcia/pisać tekst, który ma zmienić świat, czy ratować bohatera?
Jakąś próbą rozwiązania tego dylematu jest inicjatywa Piotra Pacewicza z OKO.press uruchomienia zbiórki na platformie pomagam.pl. Pomysł podjęła fundacja Polskie Forum Migracyjne i patrzymy z dumą, jak we wtorek (12 maja) od rana spływają wpłaty, które pozwolą pomóc uchodźczyniom i uchodźcom w zakupie leków, uzyskaniu orzeczenia o niepełnosprawności czy kryzysowym, krótkoterminowym zakwaterowaniu.
Po pierwsze, nie wiemy, ile osób wyjechało do Ukrainy w związku z nowymi przepisami, choć być może nie tak wiele, skoro tylko dwie odpowiedzi nadeszły stąd. Pojawiają się jednak informacje o powrocie do Ukrainy na stałe lub wyjazdy od czasu do czasu w celu kontynuowania leczenia – np. onkologicznego (co jest sprzeczne z unijnym mechanizmem ochrony tymczasowej – osoby, które są nią objęte, powinny czuć się bezpiecznie w kraju przyjmującym).
Po drugie, sytuacja tych osób w czasie dwóch miesięcy od zmiany prawa nie zmieniła się na lepsze.
Gorzej, dostałam kilka maili, w których osoby pisały, że sytuacja jest krytyczna.
Niejednokrotnie wyjaśnialiśmy, że osoby z ciężkimi chorobami oraz w starszym wieku, które na skutek zmian straciły dostęp do opieki medycznej, nie zarejestrują się w Urzędzie Pracy jako bezrobotne.
Transfer ukraińskiej emerytury do Polski, po którym jej 9 proc. będzie pobierane na składkę zdrowotną, zajmuje kilka miesięcy, a ludzie potrzebują dostępu do szpitali i leków już dziś.
Pani Tetiana proponuje by znaleźć sposób na przyspieszenie rozpatrywania takich wniosków. Mieszka sama, mieszkanie w Polsce wynajmuje dla niej córka, która w Kijowie pracuje i angażuje się w działalność wolontariacką na rzecz Sił Zbrojnych Ukrainy.
„Muszę regularnie przyjmować lek Anastrozol, na który receptę wystawia onkolog. Nikt mi nie odmawia świadczeń medycznych. Po prostu informują, że nie mam ubezpieczenia. Wizyta u lekarza specjalisty plus badanie krwi kosztuje ok. 400 złotych. Wizyta u lekarza rodzinnego w celu uzyskania recepty to 150 zł” – pisze Tetiana. Złożyła wniosek o transfer emerytury w połowie kwietnia, może to potrwać kilka miesięcy.
Zaczęła się zastanawiać, czy nie lepiej wrócić do Charkowa, miasta położonego blisko linii frontu, ale córka jest zdecydowanie przeciw. „Tłumaczy mi, że nie mogę w takim stanie zdrowia jechać tam, gdzie trwa wojna” – mówi Tetiana.
Czy nie jest rozczarowana ustawą wygaszającą? Jak wiele osób z Ukrainy unika krytyki: „Jestem bardzo wdzięczna Polsce za wszystko, co zrobiła dla Ukraińców, w tym za prawie trzyletnią opiekę medyczną”.
Większość ukraińskich seniorów ma niskie emerytury, po transferze są to po prostu grosze. Jedna z osób napisała, że dostaje 39 złotych (!). Jeszcze gorsza jest sytuacja seniorów, którzy w Ukrainie otrzymywali pomoc socjalną, a nie emeryturę, jak pan Jewhenij, którego historię opisywaliśmy w OKO.press:
Nie zawsze pracujący bliscy mogą wpisać te osoby do swojego ubezpieczenia – np. dlatego, że nie mieszkają razem, albo dlatego, że według dokumentów nie są rodziną, ludzie żyją w nieoficjalnych związkach. Są emeryci, którzy mieszkają u znajomych i nie mają bliskich tak, jak 63-letnia Lidija z przyfrontowego obwodu sumskiego, której córka, mając problemy z płucami w 2023 roku zmarła w Polsce. Lidija kilka lat wcześniej przeżyła dwa nowotwory i powinna regularnie się badać. Teraz nie ma takiej możliwości.
Z maili też się dowiaduję, że niektórym osobom – nawet jeśli pracują na umowie o pracę – pracodawcy z niejasnych przyczyn odmawiają wpisania ich matek/ojców, z którymi mieszkają do ich ubezpieczenia. A uchodźcy czy migranci – jak wiadomo – z obawy o utratę pracy nie mogą nalegać.
Wielu osób nie stać na dobrowolne ubezpieczenie w NFZ, które wynosi ok. 830 złotych miesięcznie. A prywatne firmy ubezpieczeniowe nie ubezpieczają osób po 70.
W związku z powyższym dla części osób jedyną „działającą” i w miarę szybką ścieżką, aby mieć ubezpieczenie, jest… zatrudnienie. Pani Nina ma 76 lat, w Ukrainie miała pracę umysłową, związaną z wynalazkami. Ma problem z tarczycą, wcześniej w domu przeszła operacje i radioterapię. Stale przyjmuje leki.
„Mieszkam sama. Nie w hostelu [ośrodku], nie otrzymuję polskiej emerytury. Dlatego, pomimo postępującej żylaków, nadciśnienia i osłabienia, podjęłam pracę jako sprzątaczka w banku, aby móc uzyskać ubezpieczenie i korzystać z usług NFZ” – pisze w mailu.
Natomiast większość osób ze względu na stan zdrowia nie może podjąć pracy. Trudno jest znaleźć pracę osobom w wieku emerytalnym, zwłaszcza migrantom. Niektóre osoby nie mogą podjąć się pracy zarobkowej, ponieważ opiekują się starszymi rodzicami z niepełnosprawnościami, którzy są niezdolni do samodzielnej egzystencji. Tak jak pani Nadija. Jest objęta ubezpieczeniem męża, opiekuje się swoją mamą.
Czy 100-letnia pani ma iść do pracy, żeby córka mogła pójść z nią do szpitala?
„Dzisiaj mama straciła przytomność przy ciśnieniu 76 na 40. Przyjechała karetka i zaproponowano nam hospitalizację. Musieliśmy jednak odmówić, ponieważ powiedziano nam, że szpital jest płatny. Badania, leczenie – wszystko jest drogie” – pisze Nadija.
Część osób uzyskała ubezpieczenie i tym samym dostęp do opieki medycznej. Niektóre z nich mimo to nadal potrzebują pomocy.
„W okresie, kiedy nie miałam ubezpieczenia zdrowotnego, przebywałam w szpitalu, gdzie przeprowadzono operację i wystawiono mi rachunek na kwotę 28 000 złotych, który należy uregulować w ciągu trzech miesięcy. Nie wiem, co robić. Obecnie przebywam na oddziale opieki paliatywnej w szpitalu. Rak postępuje; mówią, że wyleczenie nie jest już możliwe, ponieważ stracono zbyt dużo czasu” – pisze pani Iryna.
Niektóre osoby piszą, że po tym, jak trafiły na SOR, otrzymały rachunki.
W części szpitali personel podchodził z wyrozumiałością do osób, które straciły ubezpieczenie. Jedna z uchodźczyń z diagnozą raka piersi pisze, że dowiedziała się o chorobie jesienią 2025 roku, straciła ubezpieczenie z pracy właśnie, gdy weszły zmiany przepisów. Na razie udało jej się uzyskać ubezpieczenie na rok (potem spodziewa się wrócić do pracy). W okresie, kiedy nie miała ubezpieczenia, personel medyczny przekładał jej wizyty i zabiegi.
„Mówili, że w bazie danych figuruję jako »na czerwono«, ale zaproponowali, żeby nie odwoływać badania, tylko je przełożyć i poczekać, bo może sytuacja się zmieni. Jestem im wszystkim za to bardzo wdzięczna. Tak więc biopsję przekładali 2 lub 3 razy” – opowiada pani Kateryna.
Ktoś rozwiązał problem tymczasowo. Na przykład, jedna uchodźczyni pisze, że jej córce udało się pilnie wpisać ją do swojego ubezpieczenia, ponieważ ona potrzebuje dializy, a to zabieg niezbędny do życia i nie można go przerywać. Natomiast sama córka jest zarejestrowana w Urzędzie Pracy i na razie nie może znaleźć pracy, której harmonogram pasowałby do godzin pracy przedszkola, do którego chodzi jej synek.
„Nadal poszukujemy sposobów na uzyskanie ubezpieczenia, abym mogła otrzymywać ten niezbędny dla mnie zabieg” – pisze.
„Babcia nadal nie ma ubezpieczenia zdrowotnego. Będę wdzięczna za każdą pomoc dla naszej rodziny” – pisze pani Maryna.
Pan Hryhorij zaznacza, że jego sytuacja się pogorszyła. Jest po dwóch udarach, cierpi również na Przewlekłą Obturacyjną Chorobę Płuc w 4. stopniu zaawansowania, co wymaga codziennego przyjmowania leków spowalniających postęp choroby, a leki się kończą.
Ludzie nie mogą uzyskać recepty na leki. Chodzi o leki, które trzeba stosować nieprzerwanie, o insulinę. Niektórym przywożą leki znajomi z Ukrainy. Ale nie wszystkie leki można tak załatwić, a leczenie onkologii w Polsce bez ubezpieczenia oznacza tysiące złotych.
Ktoś teraz leczy się sam. Wiele osób nie chce udzielać wywiadu wideo (dla naszych mediów społecznościowych). Ktoś ze względu na swoją chorobę, ktoś z obawy przed „nieprzyjemnościami”.
„Wiem, że większość Polaków nam współczuje, ale są też tacy, którzy mówią: »Wracajcie do domu«” – pisze jedna osoba.
Komuś po prostu „brakuje stosownych słów”, by to skomentować.
„Od marca modlimy się, żeby ciocia nie zachorowała nagle i nie potrzebowała pomocy medycznej” – czytam w kolejnym mailu. „Ciocia ma 67 lat i od dzieciństwa cierpi na niepełnosprawność umysłową; w Polsce ma umiarkowany stopień niepełnosprawności. Od marca ciocia nie może nawet otrzymać recept na leki, nie wspominając już o tym, że w jej stanie konieczna jest stała opieka specjalistów”.
Ten mini sondaż ujawnił jeszcze jeden problem – mimo tego, że osoby mieszkające w ośrodkach zachowały prawo do świadczeń medycznych, to część osób nie może z nich skorzystać.
Jak już pisaliśmy, powinny mieć zaświadczenie o zamieszkaniu w OZZ. I tu zaczyna się problem – nie wszystkie szpitale przyjmują takich pacjentów, bo twierdzą, że nie wiadomo, w jaki sposób należałoby to udokumentować. I nie honorują zaświadczeń. Wiemy o kilku takich przypadkach w różnych województwach.
Do tego takie zaświadczenie jest ważne przez... 7 dni (słownie – siedem).
„Niestety nikt nie wydaje nam go co tydzień. Potrzebujemy tego zaświadczenia na stałe. Mamy wielu lekarzy: psychiatrę, reumatologa, onkologa, chirurga i gastroenterologa. Potrzebujemy długotrwałego leczenia bez przerw. Proszę, pomóżcie nam. Mama ma 72 lata, a ja 44 i nie mogę pracować... nie mamy pieniędzy na leczenie, MOPS odmówił finansowania, nie wiem, co robić” – pisze jedna z uchodźczyń.
Inna rodzina – córka z matką po udarze mózgu. Mimo że córka pracuje, to nie może wpisać matki do swojego ubezpieczenia – pracodawca odmawia. Na razie dzięki temu, że mieszkają w ośrodku, matka ma dostęp do lekarzy, ale już martwią się, jak poradzą sobie od lipca, kiedy zmniejsza się katalog kategorii grup wrażliwych, które mogą mieszkać w OZZ. Mogą mieszkać w ośrodku tylko do końca czerwca.
„Potem nie zapewniają już nic i trzeba szukać własnego mieszkania, a zatem od lipca mama nie może liczyć na bezpłatną podstawową opiekę medyczną. Proszę o radę, jak postąpić w tej sytuacji” – pisze.
W wielu mailach ludzie dziękują za to, że ktoś się zainteresował ich problemem, aż mi się robi zarazem ciepło na sercu i głupio.
Wychodzę, idę na krótki spacer. Ciągle myślę o tych historiach, które poznałam. Na skwerze widzę potężne podpory dla starego drzewa, które podtrzymują jego gałęzie przed złamaniem. Myślę sobie: Jak dobrze, że dbamy o drzewa. Szkoda, że o ludzi, których los probuje złamać, wygiąć, pochylić w dół i którzy potrzebują podpór – nie potrafimy.
Blim. Blim. Blim. Ciągle przychodzą nowe maile. Co mam odpisywać?
Uchodźcy i migranci
NFZ
opieka medyczna
szpital
uchodźcy z Ukrainy
Ukraina
ustawa wygaszająca pomoc obywatelom Ukrainy
wojna w Ukrainie
Jest dziennikarką, reporterką. Ukończyła studia dziennikarskie na Uniwersytecie Jagiellońskim. Pisała na portalu dla Ukraińców w Krakowie — UAinKraków.pl oraz do charkowskiego Gwara Media. W OKO.press pisze o wojnie Rosji przeciwko Ukrainie oraz jej skutkach, codzienności wojennej Ukraińców. Opisuje również wyzwania ukraińskich uchodźców w Polsce, np. związane z edukacją dzieci z Ukrainy w polskich szkołach. Od czasu do czasu uczestniczy w debatach oraz wydarzeniach poświęconych tematowi wojny w Ukrainie.
Jest dziennikarką, reporterką. Ukończyła studia dziennikarskie na Uniwersytecie Jagiellońskim. Pisała na portalu dla Ukraińców w Krakowie — UAinKraków.pl oraz do charkowskiego Gwara Media. W OKO.press pisze o wojnie Rosji przeciwko Ukrainie oraz jej skutkach, codzienności wojennej Ukraińców. Opisuje również wyzwania ukraińskich uchodźców w Polsce, np. związane z edukacją dzieci z Ukrainy w polskich szkołach. Od czasu do czasu uczestniczy w debatach oraz wydarzeniach poświęconych tematowi wojny w Ukrainie.
Komentarze