Gdyby nie 1,5%, mogłoby nie być OKO.press

Twoja pomoc ma znaczenie

0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Fot. Andrew Leyden / GETTY IMAgencja GazetaES NORTH AMERICA / Getty Images via AFPFot. Andrew Leyden /...

Powiedz nam, co myślisz o OKO.press! Weź udział w krótkiej, anonimowej ankiecie.

Przejdź do ankiety

Pod koniec lutego 2026 rozstrzygnęła się jedna z najważniejszych rozgrywek w światowej branży medialnej ostatnich lat. Netflix wycofał się z próby przejęcia Warner Bros. Discovery, torując drogę Paramount Skydance do przejęcia całego koncernu.

Przeczytaj także:

Decyzja zapadła po tym, jak Paramount podniósł swoją ofertę do 31 dolarów za akcję oraz zobowiązał się do dodatkowych świadczeń finansowych, które w praktyce znacząco zwiększają wartość całej operacji. Jak poinformował „The Guardian”, współdyrektorzy generalni Netflixa Ted Sarandos i Greg Peters uznali, że po dorównaniu ofercie konkurenta transakcja „nie jest już finansowo atrakcyjna”. Platforma miała cztery dni robocze na przebicie poprawionej propozycji Paramountu, ale szybko zdecydowała się tego nie robić.

Oferta Paramount Skydance, przy uwzględnieniu pozostałych zobowiązań, daje łączną wycenę rzędu około 111 miliardów dolarów. Spółka zadeklarowała również pokrycie kosztów zerwania wcześniejszej umowy z Netflixem – szacowanych na ok. 2,8 mld dolarów – oraz wypłatę aż 7 mld dolarów w razie zablokowania transakcji przez instytucje regulacyjne. Dodatkowo przewidziano kwartalne dopłaty w gotówce w przypadku przeciągania się procedur zatwierdzających.

Oznacza to, że jeśli umowa zostanie sfinalizowana,

Paramount przejmie cały konglomerat – w tym wytwórnię Warner Bros., HBO, HBO Max, CNN oraz Discovery+.

To nie jest przejęcie pojedynczego studia czy platformy, lecz konsolidacja ogromnego katalogu treści filmowych, serialowych i informacyjnych pod jednym właścicielem.

Proces jednak się nie zakończył. Transakcja wymaga zatwierdzenia przez akcjonariuszy oraz zgody amerykańskich organów ochrony konkurencji, przede wszystkim Departamentu Sprawiedliwości. Choć formalny okres wstępnej kontroli antymonopolowej minął, resort wciąż może podjąć działania, jeśli uzna, że koncentracja zagraża konkurencji na rynku mediów. Zainteresowanie sprawą zapowiadają również niektóre lokalne instytucje kilku stanów USA, które mogą badać jej skutki dla konsumentów i rynku pracy.

Mniej programów za więcej

Wycofanie się Netflixa oznacza w praktyce, że rodzina Ellisonów – właściciele Paramount Skydance – pozostaje jedynym realnym nabywcą.

Jeśli regulatorzy wyrażą zgodę, powstanie jeden z najpotężniejszych podmiotów medialnych świata,

łączący produkcję filmową, kanały informacyjne i dystrybucję cyfrową. Skala tej koncentracji sprawia, że sprawa przestaje być wyłącznie kwestią finansową – staje się testem dla amerykańskiego systemu ochrony konkurencji i dla przyszłego kształtu rynku mediów. Taka konsolidacja gigantów medialnych nie jest wyłącznie operacją księgową ani grą o satysfakcję akcjonariuszy. To proces, który wprost przekłada się na pozycję widzów, twórców i mniejszych podmiotów na rynku.

Im mniej dużych graczy walczy o uwagę odbiorców, tym słabsza presja konkurencyjna, a więc i mniejsza motywacja do utrzymywania niskich cen oraz szerokiej, zróżnicowanej oferty.

Wcześniejsze analizy planowanego przejęcia Warnera przez Netflix wskazywały, że połączenie dwóch potężnych katalogów treści mogłoby znacząco ograniczyć konkurencję w sektorze usług subskrypcyjnych. Gdy jeden podmiot kontroluje rozległe zasoby filmowe i serialowe, rośnie jego zdolność do narzucania warunków – zarówno odbiorcom, jak i partnerom biznesowym.

Taka koncentracja oznacza również większą siłę negocjacyjną wobec dystrybutorów, producentów i twórców. Mniejsze firmy, niezależne studia czy platformy mogą znaleźć się w trudniejszej sytuacji, jeśli dostęp do kluczowych tytułów i marek będzie kontrolowany przez wąską grupę koncernów.

W praktyce może to prowadzić do ograniczenia różnorodności – mniej miejsca na produkcje niszowe, odważne czy lokalne, a więcej treści projektowanych pod kątem masowej oglądalności i globalnej sprzedaży.

Ile za abonament?

Nie bez znaczenia jest także kwestia cen. W ostatnich latach platformy systematycznie podnosiły opłaty abonamentowe, tłumacząc to rosnącymi kosztami produkcji i konkurencją o prawa do atrakcyjnych tytułów. Gdy konkurentów ubywa, a biblioteki treści skupiają się w rękach kilku podmiotów, presja na utrzymywanie przystępnych stawek słabnie. To scenariusz, przed którym ostrzegają eksperci analizujący skutki wielkich fuzji w sektorze mediów.

Wreszcie pozostaje kwestia długofalowej struktury rynku.

Każde kolejne przejęcie zmniejsza liczbę niezależnych centrów decyzyjnych. W efekcie o tym, jakie historie trafiają na ekrany i na jakich warunkach, decyduje coraz węższe grono właścicieli kapitału. To nie jest już tylko spór o wycenę spółki, lecz pytanie o kształt całego ekosystemu medialnego – o to, czy będzie on oparty na realnej konkurencji, czy na dominacji kilku ponadnarodowych konglomeratów.

Wycofanie się Netflixa z walki o Warner Bros Discovery nie jest tylko historią o cenie za akcję. To moment, w którym sprawy finansowe przecinają się z polityką i prawem antymonopolowym.

Koncentracja po myśli Trumpa?

I tu zaczynają się pytania, które wykraczają poza rachunek ekonomiczny. Demokraci nie kryją obaw, że planowana fuzja może trwale zmienić układ sił w amerykańskich mediach.

Najczęściej powtarzane słowo to „koncentracja”. Jeśli transakcja dojdzie do skutku, pod jednym dachem znajdą się potężne marki filmowe i informacyjne, w tym CNN – stacja wielokrotnie atakowana przez Trumpa za krytyczne relacje. Dla części polityków nie jest to wyłącznie kwestia rynku, lecz także wpływu na debatę publiczną.

Senatorka Elizabeth Warren z Massachusetts mówi wprost o zagrożeniu dla konkurencji i konsumentów. Jej zdaniem połączenie dwóch gigantów może oznaczać wyższe ceny i mniejszy wybór dla odbiorców. Adam Schiff z Kalifornii podkreśla, że transakcja powinna zostać poddana „najwyższemu poziomowi kontroli”, wolnej od jakiejkolwiek presji politycznej, bo chodzi nie tylko o miejsca pracy, ale i o wolność słowa. Cory Booker z New Jersey zapowiedział przesłuchania w Senacie i zażądał zabezpieczenia dokumentów związanych z przejęciem.

Wątpliwości pojawiają się, jak już wspominaliśmy, także na poziomie stanowym.

Prokurator generalny Kalifornii Rob Bonta zapowiedział wnikliwe postępowanie, przypominając, że zgoda federalna nie kończy sprawy. W Hollywood, gdzie mieści się znaczna część amerykańskiego przemysłu filmowego, decyzja o takiej skali koncentracji jest odbierana jako kwestia o znaczeniu systemowym.

Polityczny kontekst jest tu nie do pominięcia. Po ubiegłorocznych zmianach właścicielskich w CBS, należącej do Paramountu, doszło do wyraźnych przetasowań personalnych i redakcyjnych.

W Waszyngtonie nie jest tajemnicą, że Biały Dom od dawna przychylniej patrzył na ofertę Paramountu niż na propozycję Netflixa.

Spotkania szefów platformy z przedstawicielami administracji tylko podsyciły spekulacje, czy gra toczy się wyłącznie o pieniądze, czy także o wpływy.

Ellisonowie, sojusznicy Trumpa

Relacje Donalda Trumpa z rodziną Ellisonów nie są kwestią domysłów, lecz faktów potwierdzonych przez amerykańskie media. Jak opisał Brian Stelter w CNN, David Ellison – dyrektor generalny Paramount – w ostatnich tygodniach kilkakrotnie odwiedzał Biały Dom i odbył z Trumpem prywatne rozmowy w czasie, gdy trwała rywalizacja o przejęcie Warner Bros. Discovery.

Co znamienne, do spotkań doszło tuż przed tym, jak Trump publicznie stwierdził w rozmowie z NBC, że „nie jest zaangażowany” w spór między Paramountem a Netflixem. Jednocześnie przyznał, że kontaktowały się z nim „obie strony” i że ostateczną decyzję pozostawia Departamentowi Sprawiedliwości. Wcześniej jednak sygnalizował przychylność wobec oferty Paramountu.

Rodzinne powiązania tylko wzmacniają polityczny kontekst.

Larry Ellison, współzałożyciel Oracle i ojciec Davida, jest jednym z najważniejszych sojuszników i darczyńców Trumpa.

To on należy do grona inwestorów w konsorcjum wspierającym funkcjonowanie TikToka w USA w ramach porozumienia wypracowanego przez administrację Trumpa. Prezydent publicznie komplementował zarówno Larry’ego, jak i Davida Ellisona po przejęciu kontroli nad Paramountem, nazywając ich „przyjaciółmi” i „wielkimi zwolennikami”.

Według „The Wall Street Journal” cytowanego przez CNN, David Ellison miał również zapewniać przedstawicieli administracji, że w przypadku przejęcia Warnera

wprowadzi daleko idące zmiany w CNN.

Kilka dni po publikacji tych doniesień Trump oświadczył, że „konieczne jest, by CNN zostało sprzedane”, a obecne kierownictwo stacji nazwał „hańbą".

W tej układance CNN przestaje być jedynie marką w portfelu medialnego giganta. W kontekście przejęcia Warner Bros. Discovery przez Paramount staje się probierzem – testem na to, jak w praktyce działa współczesna władza nad mediami.

Mechanizm wpływu

Nie chodzi wyłącznie o zmianę właściciela. Chodzi o mechanizm wpływu. Czy właściciel powiązany politycznie musi bezpośrednio ingerować w linię redakcyjną? A może wystarczy sama świadomość w redakcji, że taka ingerencja jest możliwa? Właśnie w tej przestrzeni rodzi się to, co amerykańscy badacze nazywają „soft capture” – miękkim przejęciem.

Nie ma cenzury zapisanej w regulaminie. Nie ma telefonów z gotowymi instrukcjami. Zmienia się jednak zarząd. Zmienia się kultura organizacyjna. Pojawiają się nowe priorytety, nowe akcenty, nowe osoby na kluczowych stanowiskach. A dziennikarze – zwłaszcza w redakcji tak wyczulonej na polityczne napięcia jak CNN – zaczynają „czytać sygnały”. Wiedzą, jakie tematy mogą być mile widziane, a które staną się kłopotliwe. Autocenzura nie musi być wymuszona – wystarczy, że stanie się racjonalną strategią przetrwania.

To dlatego doświadczenia CBS po przejęciu przez Ellisonów są tak istotne jako punkt odniesienia. Przetasowania personalne, zmiany w kierownictwie, korekty tonu – wszystko w granicach prawa i bez dramatycznych deklaracji. A jednak to właśnie w takich niuansach często dokonuje się przesunięcie środka ciężkości debaty publicznej.

Tak kończy się wolność mediów

Przejęcie Discovery przez Paramount – wraz z CNN – będzie więc czymś więcej niż kolejną konsolidacją w branży. Będzie sprawdzianem, czy w warunkach silnej koncentracji kapitału i wyraźnych sympatii politycznych właścicieli redakcja ogólnokrajowej stacji informacyjnej potrafi zachować autonomię nie tylko formalną, lecz także mentalną. W XXI wieku wolność mediów rzadko kończy się hukiem. Częściej przesuwa się o kilka stopni – niemal niezauważalnie.

Kolejna sprawa to to, że przez dziesięciolecia Hollywood żyło w micie – i w pewnym sensie w realnym układzie sił – jako bastion liberalnej kultury. To tam koncentrował się przemysł filmowy i telewizyjny, który finansowo i symbolicznie wspierał Partię Demokratyczną, promował agendy równościowe, budował wizerunek Ameryki otwartej, pluralistycznej, wielokulturowej. Nawet jeśli był to obraz uproszczony, działał jako samospełniająca się narracja: Hollywood jako przeciwwaga dla konserwatywnej polityki Waszyngtonu.

W tym sensie ewentualne przejęcie kluczowych aktywów filmowych i informacyjnych przez podmiot wyraźnie osadzony w orbicie „Trumpworld” ma znaczenie wykraczające poza bilanse i notowania giełdowe. To nie tylko zmiana właściciela, tylko przesunięcie osi kulturowej.

Bo jeżeli studio odpowiedzialne za globalne franczyzy filmowe, a zarazem jedna z najważniejszych stacji informacyjnych świata, znajdzie się pod kontrolą ludzi bliskich obozowi politycznemu, który dotąd pozostawał w konflikcie z liberalnym establishmentem mediów, to symbolicznie kończy się pewna epoka. Ta, w której można było mówić o względnej autonomii hollywoodzkiego centrum produkcji treści wobec republikańskiej władzy federalnej.

Kto opowie przeszłość? Połączone studia filmowe

Nie oznacza to natychmiastowej zmiany repertuaru. Zmiana jest subtelniejsza. Polega na tym, że przemysł kultury przestaje być oczywistą przeciwwagą polityczną. Staje się elementem tej samej gry o wpływy. W świecie skonsolidowanych mediów i globalnych platform granica między kapitałem, narracją a władzą staje się coraz cieńsza.

W tej rozgrywce stawką nie są wyłącznie przyszłe premiery i kwartalne wyniki finansowe. Stawką jest również przeszłość. A ściślej – to, kto będzie ją opowiadał.
  • Biblioteka Warnera to nie tylko katalog filmów. To fragment kulturowej pamięci XX wieku: klasyka kina, wielkie narracje o Ameryce, jej wojnach, mitach, porażkach i triumfach.
  • HBO to nie tylko seriale, lecz także dokumenty, które przez lata kształtowały sposób myślenia o polityce, historii, nierównościach społecznych.
  • Do tego archiwa informacyjne, produkcje historyczne, materiały dokumentalne – zasób, który w epoce sporów o interpretację przeszłości staje się narzędziem realnej władzy symbolicznej.

W czasie nasilonych wojen kulturowych – o historię niewolnictwa, prawa obywatelskie, pamięć o wojnach, kwestie rasowe czy genderowe – kontrola nad archiwami oznacza możliwość decydowania, które obrazy będą przypominane, a które znikną w cyfrowym zapomnieniu. Nie chodzi o brutalne usuwanie filmów z katalogów. Wystarczy zmiana kontekstu, sposobu promowania, selekcji tematów nowych produkcji historycznych. Pamięć zbiorowa rzadko jest kształtowana przez zakazy. Częściej przez akcenty.

Dlatego pytanie o to, kto kontroluje bibliotekę Warnera czy dokumentalne dziedzictwo HBO, jest pytaniem o to, kto będzie miał wpływ na narrację o amerykańskiej przeszłości w kolejnych dekadach.

W świecie platform i algorytmów dostęp do archiwum to nie tylko dostęp do treści. To dostęp do interpretacji.

Jak zaczynali Zukor i Warnerowie

Tu wypada wrócić do historii. Fuzja kończy ponad stuletnią rywalizację. Zanim Paramount i Warner Bros. zaczęły walczyć o siebie w salach zarządów i przed regulatorami, walczyły o widzów – i to w czasach, gdy Hollywood dopiero budowało swój mit.

Paramount wyrósł z wizji Adolpha Zukora, węgierskiego imigranta, który jako jeden z pierwszych zrozumiał, że kino nie będzie jarmarczną atrakcją, lecz przemysłem gwiazd. „Famous Players in Famous Plays” – znani aktorzy w znanych historiach – to była jego recepta. Zukor szybko połączył produkcję z dystrybucją, a potem z własnymi sieciami kin. Paramount stał się maszyną: elegancką, zhierarchizowaną, korporacyjną. W latach 20. był symbolem hollywoodzkiego luksusu. Gloria Swanson, Rudolph Valentino, Clara Bow – to był świat blasku, satyny i wielkich foyer.

Warner Bros. miał zupełnie inne DNA. Czterej bracia Warnerowie, synowie żydowskich emigrantów z Europy Wschodniej, zaczynali od objazdowych kin. Ich studio powstało formalnie w 1923 roku i przez długi czas było mniejsze, bardziej nerwowe, mniej salonowe niż Paramount. Jeśli Paramount był arystokracją Hollywood, Warner był energicznym parweniuszem.

To właśnie Warner zaryzykował wszystko, inwestując w dźwięk.

„The Jazz Singer” z 1927 roku nie tylko zmienił kino – zmienił hierarchię władzy w branży. Paramount miał pieniądze i gwiazdy. Warner zdobył przyszłość.

Złota era Hollywood

W latach 30., gdy Wielki Kryzys przetrzebił amerykańską gospodarkę, różnice między studiami jeszcze się wyostrzyły. Paramount oferował widzom eskapizm: eleganckie komedie, musicale, świat „wyższych sfer”, w którym kryzys zdawał się nie istnieć. Warner szedł w drugą stronę – kręcił filmy gangsterskie, dramaty o bezrobociu, historie twarde i społeczne. James Cagney, Edward G. Robinson – to było kino nerwu, nie dekoracji.

Podczas wojny Warner stał się jednoznacznie antyfaszystowską wytwórnią w Hollywood, produkując filmy propagandowe jeszcze zanim Ameryka formalnie weszła do konfliktu. Paramount pozostawał bardziej umiarkowany, bardziej komercyjny. Z czasem oba studia stały się filarami systemu studyjnego – potężnego, zintegrowanego modelu, w którym ta sama firma produkowała film, dystrybuowała go i wyświetlała we własnych kinach.

Ironia historii polega na tym, że to sprawa sądowa nazwana od Paramountu – wyrok Sądu Najwyższego w 1948 roku w sprawie „United States v. Paramount Pictures” – rozmontowała cały ten system. Studia musiały sprzedać sieci kin, skończył się przymus pakietowego kupowania filmów, pionowa integracja została rozbita. Uderzyło to w Paramount, ale i w Warnera. Złota era Hollywood zaczęła się kończyć.

Ich rywalizacja była czymś więcej niż konkurencją biznesową. To była opowieść o dwóch wizjach Ameryki: establishmentu i outsiderów, luksusu i społecznego realizmu, salonu i ulicy. Dziś, gdy znów mowa o łączeniu imperiów medialnych, trudno nie zauważyć, że historia zatacza koło – choć stawką nie są już kina przy głównych ulicach, lecz strumienie danych i kontrola nad globalnym obiegiem obrazów.

A co ze scenarzystami, aktorami i producentami?

W cieniu wielkich liczb i politycznych napięć łatwo przeoczyć tych, którzy faktycznie tworzą przemysł – scenarzystów, aktorów, producentów. To oni najmocniej odczuwają skutki konsolidacji, choć rzadko pojawiają się w komunikatach prasowych o „tworzeniu wartości dla akcjonariuszy”.

Im mniej podmiotów zamawiających treści, tym słabsza konkurencja o projekty. A im słabsza konkurencja, tym mniejsza przestrzeń do negocjacji stawek, warunków pracy czy kontroli artystycznej. W praktyce oznacza to, że twórcy mają mniej alternatyw. Jeśli kilka największych studiów i platform znajduje się w rękach coraz węższego kręgu właścicieli, możliwość „odejścia do konkurencji” przestaje być realną kartą przetargową.

Po strajkach w Hollywood w latach 2023-2024 – kiedy związki zawodowe scenarzystów i aktorów walczyły o zasady wynagradzania w erze strumieniowania i sztucznej inteligencji – branża weszła w kruchą równowagę. Konsolidacja może tę równowagę ponownie przechylić. Nie przez spektakularne cięcia, lecz przez systematyczne wzmacnianie pozycji kapitału wobec pracy. W sytuacji, gdy decyzje o zielonym świetle dla projektów zapadają w coraz mniejszej liczbie gabinetów, siła negocjacyjna związków zawodowych siłą rzeczy słabnie.

Ekonomiści mediów od lat zwracają uwagę, że koncentracja własności prowadzi nie tylko do problemów konkurencyjnych, ale również do przekształcenia relacji pracy w sektorze kreatywnym.

Na zdjęciu głównym: Szef Netfliksa Ted Sarandos wychodzi ze współpracownikami z Białego Domu, gdzie rozmawiał o swojej ofercie na Warner Brothers Discovery, 26 lutego 2026. Fot. Andrew Leyden/Getty Images/AFP

;

Komentarze