0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Fot. Dawid Żuchowicz / Agencja Wyborcza.plFot. Dawid Żuchowicz...

Wtorek 18 kwietnia 2023 roku to ważny dzień dla byłego prezesa stowarzyszenia niezależnych prokuratorów Lex Super Omnia Krzysztofa Parchimowicza (na zdjęciu u góry). Za twardą obronę niezależności prokuratury i za odważną krytykę Prokuratora Generalnego Zbigniewa Ziobry oraz jego ludzi, próbowano go złamać 17 zarzutami dyscyplinarnymi i szykanami służbowymi. Ale we wtorek 18 kwietnia 2023 odniósł duże zwycięstwo.

Legalny skład nowej Izby Odpowiedzialności Zawodowej SN wydał wyrok, w którym nie tylko w pełni oczyścił go z bezpodstawnego i błahego zarzutu, dyskredytującego jego renomę zawodową.

Nowa Izba uznała też, że Parchimowicz przez cztery lata był de facto ścigany, choć nie było wniosku o jego ściganie.

Miał też proces, który de facto nie był procesem. Nie mógł się w nim bronić, choć za błahą sprawę groziło mu nawet wyrzucenie z zawodu. A sąd, który decydował o jego winie, nie miał nawet porządnych akt z dowodami. Parchimowicz mógł się czuć jak bohater „Procesu” Franza Kafki.

A wszystko to wina artykułu 149 paragraf 4 punkt 3 ustawy o prokuraturze, uchwalonego przez PiS przy okazji zmiany całej ustawy, która w 2016 roku pomogła Zbigniewowi Ziobrze przejąć kontrolę nad prokuraturą. To ten przepis pozbawił Parchimowicza prawa do obrony i prawdziwego procesu.

W środę 18 kwietnia nowa Izba SN dokonała prokonstytucyjnej wykładni przepisu i orzekła, że można go pomijać. To precedensowe orzeczenie będzie miało znaczenie dla innych ściganych w ten sam sposób prokuratorów z Lex Super Omnia.

Wyrok nowej Izby SN jest ostateczny.

Wydał go skład orzekający złożony z legalnych sędziów SN i ławnika: przewodniczący składu i sprawozdawca sprawy sędzia Wiesław Kozielewicz, sędzia Krzysztof Staryk i ławnik Arkadiusz Sopata. Szczegóły wyroku i kafkowskiego procesu Parchimowicza opisujemy w dalszej części tekstu.

Prokurator Krzysztof Parchimowicz stoi po lewej. Obok jego obrońca prokurator Jarosław Onyszczuk. Fot. Mariusz Jałoszewski

Parchimowicz, wróg prokuratury Ziobry numer 1

Prokurator Krzysztof Parchimowicz jest zadowolony z wyroku. Mówił, że ta sprawa kosztowała go dużo emocji. Co było widać na rozprawie w SN. Gdy przemawiał, łamał mu się głos, widać było po nim silne emocje. Ale były to emocje człowieka, którego od 2016 roku próbowano złamać represjami za obronę niezależnej prokuratury. Stawiano mu zarzuty dyscyplinarne, których w normalnym państwie by nie dostał.

Jego obrońcą w tej sprawie był prokurator Jarosław Onyszczuk z Lex Super Omnia. Ale Parchimowicz bronił też się sam: „Nie łatwo stawać we własnej sprawie i przemawiać z ławy dla oskarżonych” - mówił po wyroku.

To doświadczony i zasłużony prokurator. Jest twórcą wydziałów do spraw przestępczości zorganizowanej i korupcji, które zajmują się ściganiem najpoważniejszych przestępstw. Jest szanowny w środowisku prokuratorów. Przed władzą PiS był prokuratorem Prokuratury Generalnej, czyli najwyższego szczebla. To było ukoronowanie jego kariery. Reprezentował prokuraturę w sprawach kasacyjnych w SN.

Przeczytaj także:

Ale PiS uchwalając nową ustawę o prokuraturze, nie tylko pozbawił ją niezależności. Na początku 2016 roku kontrolę nad nią przejął Prokurator Generalny Zbigniew Ziobro i przeprowadził czystki na najwyższych szczeblach prokuratury. Wielu doświadczonych prokuratorów zdegradowano. Często na sam dół prokuratury, czyli do prokuratur rejonowych.

Ten los spotkał m.in. Krzysztofa Parchimowicza. Obecnie pracuje on w Prokuraturze Rejonowej Warszawa-Mokotów, w której pracuje też zdegradowany jego obrońca Jarosław Onyszczuk. Niedawno stołeczny sąd orzekł, że degradacja miała charakter dyskryminacji i zasądził z tego tytułu 45 tysięcy odszkodowania dla Onyszczuka.

Obaj mimo dużego doświadczenia i wiedzy zostali wysłani do ścigania najprostszych przestępstw. I od razu zawalono ich sprawami do załatwienia. Ale nie wystraszyli się. Zarówno Parchimowicz, jak i Onyszczuk w 2016 roku brali udział w założeniu stowarzyszenia niezależnych prokuratorów Lex Super Omnia.

Parchimowicz był jego prezesem, ale z powodów zdrowotnych w kwietniu 2020 roku zrezygnował. A Onyszczuk jeszcze do niedawana był w zarządzie stowarzyszenia. Był też w grupie prokuratorów z Lex Super Omnia, która w styczniu 2021 roku została karnie wysłana na pół roku do pracy w Polskę.

Z kolei Parchimowicz jest rekordzistą jeśli chodzi o liczbę dyscyplinarek wśród prokuratorów.

Dostał 17 zarzutów dyscyplinarnych, bo był ściganym numer 1.

Prokuratura Krajowa szukała też naciąganych pretekstów, by postawić mu zarzuty karne. Próbowano go m.in. powiązać z mafią vatowską.

Po obecnej wygranej w SN Parchimowicz ma jeszcze 4 sprawy dyscyplinarne - za wypowiedzi medialne - i jeszcze jedno postępowanie, w którym też grożą mu zarzuty. Wcześniej zaś wygrał dwie sprawy. Jedną w 2020 roku przed nielegalną Izbą Dyscyplinarną.

Rzecznik dyscyplinarny ścigał go za to, że wspierał na sprawie dyscyplinarnej nieżyjącą już prokurator Beatę Mik. Rzecznikowi nie spodobało się, że był tam w godzinach pracy, choć prokurator ma nielimitowany czas pracy. Ale nawet nielegalna Izba uznała, że nie można za to go ścigać. Drugą sprawę wygrał w listopadzie 2022 roku już przed nową Izbą Odpowiedzialności Zawodowej. Został uniewinniony za manifest przeciwko ustawie kagańcowej.

Parchimowicz ścigany za opóźnienie w jednej ze spraw

Sprawa, w której nowa Izba SN wydała teraz precedensowy wyrok, zaczyna się w marcu 2019 roku. Parchimowicz był wtedy jeszcze prezesem Lex Super Omnia. Udzielał wywiadów, ostro krytykował Zbigniewa Ziobrę i jego ludzi w prokuraturze. I sypały się kolejne dyscyplinarki, które miały go zamęczyć. A jego praca w prokuraturze była kontrolowana. I znaleziono pretekst, by wytoczyć mu kolejną sprawę, która zakończyła się właśnie kafkowskim procesem.

Doszukano się, że w jednej ze spraw Parchimowicz pierwszą decyzję podjął dopiero po trzech miesiącach. Tymczasem przepisy mówią, że prokurator ma 30 dni na podjęcie decyzji, czy wszczyna postępowanie, czy nie. To termin instrukcyjny. Prokuratorzy często go przekraczają, bo są zawaleni sprawami. I czasami miesiąc to za mało by ocenić czy w sprawie popełniono przestępstwo. Na tej podstawie można by ścigać wielu prokuratorów. Ale wzięto się za Parchimowicza.

Za przekroczenie terminu w jednej sprawie ówczesny Prokurator Okręgowy w Warszawie Paweł Blachowski nałożył na niego karę upomnienia. Bo uznał, że uchybił przepisom. To kara służbowa, za mniejszej wagi przewinienie dyscyplinarne dotyczące obrazy przepisów. Takie kary wymierza przełożony, bo nie wszczyna się w takich sprawach postępowania dyscyplinarnego.

Kara to kolejna represja. Bo sprawa, w której Parchimowicz podjął czynności po 30 dniach była z 2016 roku. Czyli po trzech latach musiano przeglądać akta starych spraw, by to znaleźć. Chodzi o sprawę gospodarczą, w której pokłóciły się wspólniczki prowadzące popularnego bloga. W zawiadomieniu do prokuratury napisano, że wykorzystano 100 tysięcy złotych na cele prywatne.

Parchimowiczowi przedzielono sprawę we wrześniu 2016 roku. Wrócił wtedy z urlopu. Był już po degradacji w prokuraturze rejonowej i miał do prowadzenia jednocześnie 68 spraw. Połowę stanowiły nowe sprawy. Parchimowicz zajął się tą sprawą po trzech miesiącach, w grudniu, bo niemal cały listopad był na zwolnieniu lekarskim. W tamtym czasie podejmował też czynności w innych sprawach i dostawał do prowadzenia kolejne tomy nowych akt. Chodził też do sądu na sprawy karne, w których reprezentował prokuraturę.

Gdy pisaliśmy o tym wcześniej w OKO.press Parchimowicz mówił nam, że to kara za jego działalność jako szefa Lex Super Omnia. „Ta kara to nie przypadek. Mówiłem o szybkich awansach Blachowskiego, jego podporządkowaniu Prokuratorowi Krajowemu i szykanach wobec prokuratorów” - mówił Parchimowicz.

OKO.press pisało o Blachowskim i jego szybkiej karierze w prokuraturze Zbigniewa Ziobry. Wcześniej pracował on w Prokuraturze Rejonowej w Grodzisku Mazowieckim, a gdy kontrolę nad prokuraturą przejął Ziobro, awansował do Warszawy i zajmował się najgłośniejszymi sprawami, drażliwymi dla PiS. Teraz jest już w Prokuraturze Krajowej.

Prokurator Krzysztof Parchimowicz na sali rozpraw nowej Izby SN. Po lewej obrońca prokurator Jarosław Onyszczuk. Fot. Mariusz Jałoszewski.

Jak zaczął się kafkowski proces Parchimowicza

Parchimowicz zgodnie z procedurą złożył sprzeciw wobec kary porządkowej upomnienia. Reguluje to artykuł 149 ustawy o prokuraturze. Sprzeciw składa się do prokuratora nadrzędnego. W tym przypadku do Prokuratora Regionalnego w Warszawie. Ten uchylił sprzeciw. Ale nie dlatego, że przyznał rację Parchimowiczowi. Stwierdził, że jego rzekome uchybienie w pracy nadaje się na postępowanie dyscyplinarne (w którym może być surowiej ukarany) i przekazał sprawę do sądu dyscyplinarnego.

W październiku 2019 roku sprawą zajął się sąd dyscyplinarny przy Prokuratorze Generalnym. I tu zaczął się kafkowski proces. Bo obrońca - czyli prokurator Onyszczuk - chciał składać wnioski dowodowe jak na normalnej sprawie dyscyplinarnej, ale sąd nie chciał ich przyjąć. Uznał, że nie jest to sprawa dyscyplinarna, tylko posiedzenie dotyczące rozpoznania sprzeciwu Parchimowicza od kary upomnienia.

Sąd dyscyplinarny miał w aktach mało dowodów m.in. decyzję o karze, decyzję o jej uchyleniu i sprzeciw Parchimowicza. Na rozprawie tylko wysłuchał Parchimowicza, jego obrońcę i Zastępcę Rzecznika Dyscyplinarnego Prokuratora Generalnego dla Warszawskiego Okręgu Regionalnego Małgorzatę Ziółkowską-Siwczyk. Wysłuchanie przewiduje ustawa o prokuraturze i nie ma to takiej mocy dowodowej jak złożenie przez obwinionego wyjaśnień.

Sąd uwzględnił jednak sprzeciw i umorzył sprawę. Uznał, że Parchimowicz miał dużo pracy i jego opóźnienie w jednej sprawie nie było zawinione. Ale odwołała się od tego rzecznik dyscyplinarna, która chciała, by Parchimowicz miał proces dyscyplinarny.

Odwołanie trafiło do nielegalnej Izby Dyscyplinarnej i ta w lipcu 2021 roku nakazała sądowi dyscyplinarnemu rozpoznać sprawę i wydać wyrok. Decyzję wydał skład: Tomasz Przesławski, Jan Majchrowski i ławniczka Jolanta Jarząbek.

Sprawa wróciła do sądu dyscyplinarnego i ten bez porządnych akt z dowodami i normalnego procesu osądził Parchimowicza. Uznał jego winę, ale odstąpił od wymierzenia kary.

Kozielewicz pyta o problem prawny, dostaje wykład o winie Parchimowicza

Od tego odwołała się zastępca rzecznika dyscyplinarnego Małgorzata Ziółkowska-Siwczyk, która chciała, by jednak ukarać Parchimowicza upomnieniem. Odwołał się też Parchimowicz i jego obrońca, wnosząc o pełne uniewinnienie. Zanim we wtorek 18 kwietnia 2023 roku Izba Odpowiedzialności Zawodowej SN zaczęła sprawę, sędzia Wiesław Kozielewicz zasygnalizował, że w sprawie jest ważny problem prawny.

Chodzi o artykuł 149 ustawy o prokuraturze za sprawą, którego Parchimowicz miał kafkowski proces. To on reguluje kary porządkowe i tryb odwołania od nich. Kozielewicz mówił, że takie kary są normalne. Ale pojawia się problem z interpretacją paragrafu 4 tego artykułu. Mówi on:

„W razie wniesienia sprzeciwu prokurator przełożony (...)

1) uchyla karę porządkową upomnienia i zawiadamia prokuratora o uwzględnieniu sprzeciwu albo

2) uchyla karę porządkową upomnienia i przekazuje sprawę rzecznikowi dyscyplinarnemu w celu przeprowadzenia postępowania wyjaśniającego, albo

3) uchyla karę porządkową upomnienia i przekazuje sprawę za pośrednictwem rzecznika dyscyplinarnego do rozpoznania sądowi dyscyplinarnemu”.

Kozielewicz mówił, że paragraf 4 punkty 1 i 2 są jasne. Problem jest jednak z interpretacją punktu 3. Bo nie wiadomo jakie uprawnienia dostaje sąd dyscyplinarny. Czy ma prowadzić własne postępowanie dowodowe i wydać orzeczenie dyscyplinarne, czy też tylko ocenić decyzję szefa prokuratury.

Sędzia Kozielewicz zapytał o ocenę tego przepisu rzeczniczkę dyscyplinarną Ziółkowską-Siwczyk. Powiedziała, że zgodnie z artykułem 149 paragraf 6 ustawy o prokuraturze sąd dyscyplinarny powinien wysłuchać rzecznika dyscyplinarnego i prokuratora, a potem wydać orzeczenie.

Kozielewicz dopytywał czy ma to być orzeczenie dyscyplinarne. Mówił, że prokurator dostał małą karę i w takiej sprawie gdyby orzekał sąd dyscyplinarny, to groziłoby mu za to nawet usunięcie z zawodu. „To nie dziwi? Gdzie ratio legis [sens ustawy - red.]?” - pytał Kozielewicz.

Siwczyk odpowiedziała krótko, że taką skróconą procedurę dyscyplinarną przewiduje ustawa. Powiedziała, że ona stosuje ustawę. I tyle. Dużo więcej mówiła o winie Parchimowicza w rzekomej zwłoce z czynnościami w jednej sprawie. Zarzucała, że przez kilka miesięcy nic nie zrobił.

Mówiła, że dla prokuratora z tak dużym stażem nadanie biegu sprawie nie powinno nastręczać trudności. Wybrzmiało to, jak szyderstwo i kpina pod adresem Parchimowicza. Wytknęła mu też, że nie pokajał się, bo nie zaprezentował krytycznej oceny wobec zarzucanego mu przewinienia. Że nie miał refleksji w sobie. Tak jakby miał złożyć samokrytykę. Na koniec swojej przemowy wniosła o wymierzenie mu kary upomnienia.

Zastępca rzecznika dyscyplinarnego dla prokuratorów Małgorzata Ziółkowska-Siwczyk. To ona za niezawinione uchybienie chciała karać Parchimowicza. Fot. Mariusz Jałoszewski.

Onyszczuk podważa zły przepis

Dużo więcej o tym przepisie mówił obrońca Parchimowicza, czyli prokurator Jarosław Onyszczuk. Mówił, że artykuł 149 paragraf 4 punkt 3 został po prostu źle przepisany z poprzedniej ustawy o prokuraturze. Że to błąd legislacyjny i martwy przepis. Dziwił się, że do tej pory prokuratorzy go nie kwestionowali.

Podkreślał, że do kar porządkowych z zakresu prawa pracy dotyczących pracownika, zastosowano tryb dyscyplinarny. Że prokurator, który kwestionuje decyzję szefa prokuratury o karze, naraża się na uruchomienie dyscyplinarki i na surowsze kary dyscyplinarne.

„Nie ma uzasadnienia dla takiego trybu, bo narusza on standard orzekania” - mówił Onyszczuk. Podkreślał, że w takich sprawach jest skrócona procedura procesowa, która powoduje, że sąd dyscyplinarny nie przeprowadza postępowania dowodowego. Tylko wysłuchuje prokuratora i rzecznika dyscyplinarnego.

„To nie mieści się w standardach procesu, nie spełnia gwarancji procesowych dla stron. Czy prokurator ma być pozbawiony prawa do obrony?” - pytał Onyszczuk. Zarzucał, że Parchimowicz miał quasi sąd. Że również sąd dyscyplinarny miał problem z tą procedurą. Domagał się, by prokuratorzy też mieli prawo do pełnego procesu. Onyszczuk podkreślał, że wyrok w tej sprawie będzie kluczowy. Bo będzie to pierwszy taki wyrok.

Potem odniósł się do rzekomego opóźnienia w czynnościach. Podnosił, że Parchimowicz niczemu nie zawinił. Bo w tamtym okresie załatwił kilkadziesiąt innych spraw i cały czas dostawał nowe. Chodził też na rozprawy do sądu. Uważa, że 30 dni na podjęcie decyzji to termin dla prokuratury i postulat. Bo rzeczywistość wygląda inaczej, zwłaszcza w mokotowskiej prokuraturze, która jest zawalona sprawami. A warunki pracy są w fatalne.

OKO.press zauważa, że wie o tym każdy, kto tam był. Budynek nie jest remontowany, a warunki przypominają czasy PRL. Prokuratorzy mają małe pokoje. Onyszczuk na koniec mówił, że łatwo komuś znaleźć jedną sprawę i za to go ścigać. Pytał, co jest jednak ważniejsze. Czy szybkie wydanie jakiejkolwiek decyzji, czy jakość tej decyzji. I sam sobie odpowiedział, mówiąc, że ta sprawa nigdy nie powinna trafić do sądu dyscyplinarnego.

Parchimowicz: nie godzę się z obłudą i niestosowaniem zasad moralnych

Potem głos zabrał Krzysztof Parchimowicz. Mówił, że ustawa o prokuraturze reguluje, że jak się wnosi sprzeciw od kary służbowej, to prokurator sam naraża się na jeszcze bardziej surową karę. Łącznie z wydaleniem z zawodu. Za małe przewinienie.

Mówił, że przepisy pozbawiają prokuratora prawa do obrony przed sądem dyscyplinarnym. Że może on tam tylko wystąpić, bo nie ma postępowania dowodowego. Porównał to do konkursu krasomówczego. Uważa, że prokurator ma prawo do rzetelnego proces, z prawem do obrony. By mógł przedstawić swoją wersję.

„Sytuacja, w której można wydalić prokuratora z zawodu, bez umożliwienia mu wykazania, że niczemu nie zawinił, jest niedopuszczalna” - przekonywał Parchimowicz.

Zarzucał rzecznik dyscyplinarnej, że chce jego ukarania, bo w ramach obrony pokazał fatalne warunki pracy w mokotowskiej prokuraturze. Mówił, że rzecznik oczekuje, że wykaże on pokorę i przeprosi przełożonych. Dalej poddał ocenie kondycję prokuratury. Stwierdził, że takie warunki jakie są w mokotowskiej prokuraturze, to on miał jak zaczynał pracę w prokuraturze w latach 80.

Wspomniał, że po upadku PRL-u w latach 90, prokuratorzy o mentalności służalczej odeszli. A on takiej mentalności nie ma. Przypomniał, że po 2016 roku przestał reprezentować prokuraturę w postępowaniach przed Sądem Najwyższym. Nadal jednak bywa w SN, ale w roli obwinionego.

Parchimowicz mówił mocno: „To nie jest sprawa o czapkę gruszek. My walczymy o zawodową godność. Walczymy o normalne warunki pracy. W mokotowskiej prokuraturze podejmuje się decyzje według zasady mniejszego zła. Prokuratura nie funkcjonuje prawidłowo. Nie godzę się z obłudą i z niestosowaniem zasad moralnych”.

Dodał, że w prokuraturze okręgowej są nawet roczne opóźnienia w podejmowaniu decyzji i nikt tam nikogo nie ściga. Tylko dyscyplinuje się prokuratorów rejonowych, którzy załatwiają 98 procent wszystkich spraw.

Odniósł się też do sprawy, za którą jest ścigany. Podkreślał, że nikt nie doznał szkody. Sprawa nie przedawniła się, nie było skargi na przewlekłość. Czyli nie doszło do oczywistej i rażącej obrazy przepisów, a tylko za to prokurator może odpowiadać dyscyplinarnie. „Nie mogłem w tym czasie zająć się wszystkimi sprawami i występować jeszcze w sądzie. Nie mogą też temu sprostać prokuratorzy z Mokotowa” - powiedział na koniec.

W przerwie na naradę nad wyrokiem OKO.press zapytało rzeczniczkę dyscyplinarną, ile jest takich spraw jakie ma Parchimowicz. Czy jest on jedynym ściganym. Czy też jest standardem, że ściga się wszystkich, którzy nie zmieszczą się z decyzją w terminie 30 dni. Nie potrafiła dać odpowiedzi. Zasłaniała się tym, że prowadzi 120 spraw. Upierała się też przy zasadności ścigania. Z kolei Parchimowicz tłumaczył, skąd w nim było tyle emocji. Mówił, że nikt nie chce mieć łatki lenia.

Skład orzekający nowej Izby SN, który uniewinnił Parchimowicza. Pośrodku siedzi sędzia SN Wiesław Kozielewicz, po lewej siedzi sędzia SN Krzysztof Staryk, po prawej ławnik Arkadiusz Sopata. Fot. Mariusz Jałoszewski.

Nowa Izba SN: Żaden sąd nie skazałby Parchimowicza

Skład orzekający nowej Izby SN uniewinnił Parchimowicza. Wyrok uzasadniał sędzia SN Wiesław Kozielewicz. Mówił, że prokurator podlega odpowiedzialności dyscyplinarnej i porządkowej (jako pracownik). Ale jest problem z sytuacją, gdy po uchyleniu kary służbowej, do sprawy od razu wchodzi sąd dyscyplinarny.

Bo co do zasady to rzecznik dyscyplinarny inicjuje postępowanie dyscyplinarne. Zbiera dowody i jeśli uzna, że są wystarczające, wnosi wniosek o ukaranie do sądu dyscyplinarnego. A ten przeprowadza proces z zachowaniem głównych zasad z kodeksu karnego. W takim procesie prokurator może się bronić.

A w procedurze z artykułu 149 paragraf 4 punkt 3 nie może. Bo nie ma wniosku rzecznika dyscyplinarnego i nie ma postępowania dowodowego. Prokurator nie może się bronić, nie może składać dowodów. A na końcu sąd wydaje orzeczenie dyscyplinarne. I działa on niejako z urzędu. Kozielewicz mówił, że ten przepis został zredagowany niefortunnie.

Dlatego nowa Izba dokonała jego pro konstytucyjnej wykładni i orzekła, że go pomija, bo nie powinien być stosowany. Kozielewicz uzasadniał, że gdy szef prokuratury uwzględnia sprzeciw od kary porządkowej, to ją uchyla i przekazuje sprawę do rzecznika dyscyplinarnego. A ten ma zdecydować czy ścigać prokuratora, czy umorzyć sprawę.

Kozielewicz dodał, że w drobnych sprawach jest jednak zbędne uruchamianie postępowania dyscyplinarnego. Wystarczy tylko odpowiedzialność porządkowa. „W sytuacji, gdy prokurator nie ma postawionych zarzutów dyscyplinarnych i gdy prokurator nie mógł przedstawić swoich racji, nie można go wyrzucać z zawodu. To byłaby absurdalna interpretacja” - uzasadniał wyrok Kozielewicz. Ocenił, że ten przepis jest martwy i życzył, by był usunięty.

Kozielewicz dodał jeszcze, że skład orzekający rozważał, czy uchylić orzeczenie sądu dyscyplinarnego i przekazać sprawę do ponownego rozpoznania. Ale uznał to za zbędne, bo okoliczności sprawy nie pozwalają na przypisanie winy Parchimowiczowi. Pokazał kartkę na, której ławnik rozliczył każdy dzień pracy prokuratora z tamtego okresu.

Sędzia Kozielewicz: „Z tego wynika, że jeśli była tu wina to subminimalna. A za to żaden sąd w demokratycznym państwie nie skarze. Byłaby wina, gdyby rażąco naruszył prawo”. I na koniec dodał: „On nie miał czasu tego zrobić. Więc sprawiedliwe jest uniewinnienie i niezwracanie tej sprawy, bo prokuratora musiałaby dojść do takich samych wniosków i umorzyć sprawę. To by zajęło kilka miesięcy, a sprawiedliwe orzeczenia mają być rychliwe. A nie zapadać po 9 latach [prawie tyle czasu minęło od tej jednej sprawy, za którą ścigano Parchimowicza- red.]”. Wyrok jest ostateczny.

Sędzia Wiesław Kozielewicz pokazuje karetkę z wyliczeniami dni pracy Parchimowicza, które od ręki zrobił ławnik. Z tych wyliczeń wynika, że był zawalony pracą. Fot. Ewa Ivanova.
;

Udostępnij:

Mariusz Jałoszewski

Absolwent Wydziału Dziennikarstwa i Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego. Od 2000 r. dziennikarz „Gazety Stołecznej” w „Gazecie Wyborczej”. Od 2006 r. dziennikarz m.in. „Rzeczpospolitej”, „Polska The Times” i „Gazety Wyborczej”. Pisze o prawie, sądach i prokuraturze.

Komentarze