0:00
Prawa autorskie: Michal Cizek / AFPMichal Cizek / AFP
04 grudnia 2022

Zachodnia lewica czyta Tołstoja i wspiera rosyjski kolonializm. Dlaczego ignoruje wschodnie narody?

„Jesteśmy ignorowani przez obie strony – Zachód i Rosję. Nasze kraje są traktowane jako miejsca bez głosu. Bardziej jako region, niż narody ze sprawczością” – o związkach między rosyjskim kolonializmem a zachodnią lewicą mówią artystka Yulia Krivich i badaczka Anna Greszta

Wydrukuj

Na zdjęciu: 30 października 2022 roku, Praga. Protest na Placu Wacława przeciw inwazji Rosji na Ukrainę.

  • Propaganda rosyjska określała każdy ukraiński sprzeciw od początku XX wieku jako nacjonalistyczny, a potem nazistowski. To przekręcanie faktów i historii, gra olbrzymią rolę, szczególnie w literaturze i kulturze. W kulturze bywa nawet ważniejsze, niż w oficjalnej historycznej narracji.
  • Niektórzy zachodni intelektualiści przejmują narrację na temat ekspansji NATO na Wschód. Według niej Rosja ma prawo się bronić, bowiem NATO, synonim amerykańskiego imperializmu, jest coraz bliżej jej granic. Jak pokazuje historia, Rosja starała się zdusić każdy przejaw niepodległościowych dążeń Ukrainy, również zanim powstało NATO.
  • Po ośmiu latach kolonizatorskiej, ludobójczej wojny, nie wystarczy powiedzieć dwa słowa: niet wojnie. Trzeba zacząć długi proces refleksji nad własną historią, wysłuchiwania innych i uczenia się, czym tak naprawdę jest ich kraj. Rosjan czeka wiele pracy, a oni siedzą i „cierpią”, jak za dawnych czasów.
  • Kluczowe jest uzmysłowienie sobie, że to, co i jak myślimy, jest kształtowane przez języki, jakimi mówimy, filmy, które oglądamy, autorów, których doceniamy. W momencie, kiedy uświadomimy sobie, że te wszystkie rzeczy też muszą przejść proces krytycznej reewaluacji – wtedy właśnie zaczyna się dekolonizacja.

Świat cały czas ma problem ze stwierdzeniem, że Rosja jest państwem kolonialnym. Szczególnie opiera się temu Zachód, który czasami, w osobach lewicowych intelektualistów, wzywa do pokoju w Ukrainie za wszelką cenę. Nawet za cenę koncesji terytorialnych, ignorując specyfikę regionu, doświadczenie samych ludzi i prawo międzynarodowe. Nie mają przy tym świadomości, że są współczesnym wcieleniem leninowskich pożytecznych idiotów, którzy przyjmują imperialną narrację rosyjską jako pewnik.

O rosyjskim, kolonialnym spojrzeniu na Ukrainę i westsplainingu opowiadały w ramach Dutch Design Week w Eindhoven artystka Yulia Krivich, znana z akcji „W Ukrainie”, i Anna Greszta, doktorantka z Uniwersytetu Amsterdamskiego, zajmująca się kulturą popularną i pamięcią w kontekście wojny w Ukrainie.

„NIEDZIELA CIĘ ZASKOCZY” to cykl OKO.press na najspokojniejszy dzień tygodnia. Chcemy zaoferować naszym Czytelniczkom i Czytelnikom „pożywienie dla myśli” – analizy, wywiady, reportaże i multimedia, które pokazują znane tematy z innej strony, wytrącają nasze myślenie z utartych ścieżek, zaskakują właśnie.

Mówcie „w Ukrainie”

Maciej Grzenkowicz. OKO.press: No to co, Yulia, zmieniło się i ludzie zaczęli mówić „w Ukrainie”? W kontekście Ukrainy porzuciliśmy to „na”, które sugeruje, że chodzi o terytorium zależne, również historycznie.

Yulia Krivich*: Oj, tak, zmieniło się. W tym roku Rada Języka Polskiego wydała zalecenie, aby używać właśnie tej formy.

Polacy są bardziej świadomi?

YK: Nie wiem, czy Polacy są świadomi, że tu chodzi o historię, czy to gest w ramach fali solidarności. Nawet Rada Języka Polskiego nie odrzuca formy „na Ukrainie”, tylko jest takie zalecenie. Bo nasi przyjaciele tak chcą. Ale nie chciałabym w tej chwili się tego czepiać. Uważam ten gest za wielki krok do przodu i obietnicę na przyszłość.

Czyli: dobrze, niech sobie mają, skoro mamy wojnę, to dajmy im chociaż to?

YK: Wiesz co, ja jestem osobą, która zawsze szuka dziury w całym. Może w rzeczywistości się gdzieś o tym mówi, ale ja nie słyszałam, żeby w polskim dyskursie pojawiały się wzmianki o polskim kolonializmie w Ukrainie. Wręcz odwrotnie. Ostatnio słyszałam wypowiedź jednego młodego artysty, który zrobił pracę o Ukrainie i został zapytany o kwestię kolonializmu. Powiedział, że to był „ustrój feudalny”. Mam poczucie, że ten temat jest jeszcze nieodkryty, również przez akademię.

Anna Greszta*: Na mojej alma mater, w Instytucie Etnologii i Antropologii Kulturowej Uniwersytetu Warszawskiego, o tym się dyskutuje. Kilka tygodni temu IEiAK rozpoczął cykl warsztatów o dekolonizacji. Chodzi o krytyczną rewizję metod badawczych i języka, którego używamy do pisania i mówienia o Ukrainie i Ukraińcach. Zdaje się, że jest to odpowiedź na rozczarowanie postawą niektórych intelektualistów, którzy generalnie uchodzili za antyimperialistycznych, jak na przykład Noam Chomsky. Ale w dyskusji o tej wojnie zupełnie pomijają głosy i doświadczenie ludzi z Ukrainy. Przy okazji można się zastanowić nad historycznie kolonialną relacją między Polakami a Ukraińcami, którzy mieszkali w granicach Rzeczypospolitej.

Wszystkie barwy polsko-ukraińskich relacji

Ale chyba głównie mówi się o kolonializmie rosyjskim w kontekście Ukrainy. W opinii Ukraińców był on nieporównywalnie bardziej dotkliwy niż ten polski.

YK: Oczywiście, że tak. Polska tak pomaga, że Ukraińcy teraz ją kochają. To, jakie emocje wywołuje teraz Polska u Ukraińców, jest niesamowite. Pamiętacie tę sytuację z Eurowizją? Kiedy ukraińskie jury dało niskie noty reprezentantowi Polski. Nawet moje koleżanki ze świata artystycznego były wkurzone. „Jak to? Jak tak można? Polska tyle dla nas zrobiła!”. A ja myślałam: come on.

Tak, zrobiła i robi teraz. Doceniajmy to.

Ale mam pewien problem z tym, że każdy nasz protest w Warszawie, organizowany przed ambasadą rosyjską, zaczyna się od podziękowań dla Polaków.

To dla ciebie problem?

YK: Może mam inne spojrzenie na relacje polsko-ukraińskie. We wschodniej Ukrainie w ogóle nie masz do czynienia z Polską albo przynajmniej nie w takim stopniu relacji jak w zachodniej części kraju. Nie znasz historii relacji. Nie wiedziałam, czym był Wołyń, dopóki nie przyjechałam do Polski. To jest bardzo duży problem, że się o tym tam nie mówi.

Ale mam też spojrzenie emigrantki, osoby, która przyjechała 11 lat temu. I wydaje mi się, że widziałam wszystkie barwy tej polsko-ukraińskiej relacji. Częściowo na sobie, a częściowo je obserwowałam u innych.

Nie chcę mówić, że doświadczyłam wszystkiego. I tak byłam w uprzywilejowanej pozycji, bo przyjechałam na studia, nie do pracy. Oczywiście, dziękuję z całego serca dziękuję tym osobom, które pomagają, jeżdżą dalej do Ukrainy, przewożą pomoc humanitarną, wspierają nas na co dzień. Ale jednak mieszkam w Polsce dość długo i nie mogę bezkrytycznie patrzeć na działania polskiego rządu, niektórych polityków i polityczek, którzy próbują się wypromować na tej sytuacji. Na protestach ukraińskich pod ambasadą przy mikrofonie bywa więcej osób z Polski, niż z Ukrainy – i to najczęściej są politycy lub byli politycy.

Mit „bratskich narodów”

To jakie są te ciemniejsze barwy?

YK: Na przykład: na mojej obronie jeden z moich promotorów zapomniał, że jestem z Ukrainy i zaczął mówić o Białorusi.

No cóż, pomyliło mu się. To nie na miejscu?

YK: Nie na miejscu. Bo, po pierwsze, jestem z Ukrainy, a po drugie, to pokazuje stosunek Polaków – nie tylko ich, ale również – do tak zwanej „wschodniej granicy”, miejsca nieokreślonego, gdzieś pomiędzy Europą a Rosją. Nie mam problemu z Białorusinami. Wręcz odwrotnie. Niestety jesteśmy najczęściej razem wrzucani do jednego kotła „bratskich narodów” (bratnich narodów), gdzie Rosja jest elementem najważniejszym.

Chyba w czasach Katarzyny II zyskał na znaczeniu mit o tak zwanej „słowiańskiej trójcy”, gdzie Ukraińcy i Ukrainki byli nazywani małorosami, czyli Małymi Rosjanami. Ta narracja ciągnie się od wielu wieków. Również ona znalazła się wśród niezliczonych fantasmagorycznych powodów, którymi Kreml tłumaczył napaść na Ukrainę. Miała usprawiedliwiać przymusową rusyfikację, niszczenie kultury innej niż rosyjska, a do tego wszystkiego „obronę rosyjskojęzycznej ludności Ukrainy”. I Ukraina, i Białoruś były historycznie podporządkowane tej narracji.

Broniłam się tuż przed Majdanem. Kiedy na mojej obronie usłyszałam o Białorusi, dziwnie się poczułam. W sensie: WTF?!

No dobrze, ale dlaczego właściwie ten mit jest mitem? Wszystkie te trzy narody mówią językami wschodniosłowiańskimi, graniczą ze sobą, dzielą historię.

AG: Bo to jest retoryka rosyjskiego imperializmu. Od Imperium Rosyjskiego końca XIX wieku, przez Związek Radziecki, który również był formą imperium, aż po putinowską Rosję. Dzieje się tak, mimo że historia Ukrainy i ukraińskości jest dosyć podobna do historii innych narodów europejskich. W XIX wieku pojawia się ruch narodowy, narodowi wieszcze, poeci, pierwsza historiografia Ukrainy autorstwa Hruszewskiego. Zaczyna się standaryzacja języka…

Ukraińcy od wieków sprzeciwiali się tej retoryce o Dużych Rosjanach, Małych Rosjanach i Białych Rosjanach, czyli Białorusinach, jako jednym narodzie. I przez to byli karani, represjonowani i zamykani w więzieniach. A dzisiaj za to umierają.

Koktajl „Europa Wschodnia”

Mimo że w Europie Centralnej i Środkowej, włączając Ukrainę, narodotwórcze procesy sięgają wieki wstecz, dla Zachodu, takiego bardziej na zachód niż Polska, to co między Niemcami a Rosją, bywa uważane przez szeroko pojętą opinię publiczną za miejsce bez głosu. Przestrzeń, gdzie wszystko się ze sobą miesza, a granice często ulegają zmianie.

Wyobrażasz sobie, żeby nagle w wyniku nielegalnej aneksji nastąpiła zmiana granic pomiędzy Niderlandami a Belgią? Ja nie. A jednak nielegalna aneksja Krymu, chociaż spotkała się z „głębokim zaniepokojeniem”, znalazła nawet swoich apologetów, nawet na zachodnich uczelniach! Konkretnie w środowiskach akademickich, a także w kręgach zachodniej lewicy, dodaje się do tego warstwę wąsko rozumianego, bo głównie antyamerykańskiego imperializmu. A wszystko to opiera się na dziwnym przekonaniu, zapożyczonym z rosyjskiej propagandy, o rosyjskojęzyczności.

Mam swój ulubiony, nieco absurdalny, przykład.

Proszę.

To, że Australijczycy mówią po angielsku, nie znaczy, że są Anglikami. Tak samo – to, że ktoś mówi po rosyjsku, nie znaczy, że jest Rosjaninem. Ukraina jest krajem dwujęzycznym. Yulia pochodzi z Dnipra i do niedawna mówiła głównie po rosyjsku, jak wielu moich przyjaciół. Z Odessy, z Mariupola, z Kijowa. Rosja – a przez soczewkę Rosji również Zachód – widzi to jako słabość, niestabilność tożsamości narodowej. A to jest bogactwo. Ukraińcy też mówią po rosyjsku.

To gdyby Wielka Brytania zaatakowała Australię, wszyscy ci zachodni intelektualiści nie byliby takimi pacyfistami, jak teraz? Nie wołaliby o pokój za wszelką cenę?

AG: Na pewno nie. Dużą częścią tej retoryki jest to, co Jan Dutkiewicz i Jan Smoleński określili jako westsplaining. Czyli używanie zachodniego doświadczenia do zrozumienia tego, co się dzieje w Europie Wschodniej. Jednocześnie całkowite ignorowanie doświadczeń osób, które tu mieszkają i częste przyjmowanie rosyjskiej retoryki.

Europa Wschodnia jest widziana jako dziwny koktajl, w zasadzie to taka jakby Rosja.

Historia komunizmu w Europie na pewno ma z tym wiele wspólnego.

Sierp i młot w duńskiej kantynie

YK: To się zaczęło jeszcze wcześniej. Ostatnio czytałam artykuł Ewy Thomson, w którym analizuje „Wojnę i pokój” Tołstoja. Przecież w „Wojnie i pokoju” też są tylko Niemcy i Rosja. A to coś między nimi jest jakąś niejasną przestrzenią. Polacy w tej książce są przeciwko Napoleonowi, wspierają armię Aleksandra, co historycznie nie było prawdą.

To się działo od wieków i dalej się dzieje. Propaganda rosyjska określała każdy ukraiński sprzeciw od początku XX wieku jako nacjonalistyczny, a potem nazistowski. To przekręcanie faktów i historii gra olbrzymią rolę, szczególnie w literaturze i kulturze. Mam poczucie, że w kulturze bywa nawet ważniejsze niż w oficjalnej historycznej narracji.

Czytając Tołstoja, jako geniusza, budujemy w sobie pewne wyobrażenia o faktach historycznych, opisanych w tych książkach.

Bo, bez dwóch zdań, jego utwory są genialne. To jeszcze bardziej uwiarygadnia tę fałszywą narrację.

Między imperializmem radzieckim, a amerykańskim

AG: A zachodnia lewica czyta Tołstoja i kompletnie ignoruje doświadczenie ludzi w Polsce, w Ukrainie, w Białorusi. Naszą wiedzę, nasze doświadczenie, to, o czym mówimy od dawna. Kiedy się przeprowadziłam do Kopenhagi, gdzie robiłam studia magisterskie, w kantynie wydziału antropologii wisiała ogromna flaga. Czerwona, z sierpem i młotem. No bo wiadomo, antropologia - lewicowy wydział, fajna młodzież, krytyczna. Jednocześnie całkowicie nierozumiejąca, czym był Związek Radziecki, czym był komunizm, chociażby w doświadczeniu polskim czy ukraińskim. W tym sensie

Zachód przejmuje rosyjskie myślenie, które przedstawia ZSRR jako modernizację. Dar oświecenia dla sąsiednich narodów.

Związek Radziecki, mimo że miał wiele cech kolonizatora, a na pewno regionalnego hegemona, prowadził antyimperialistyczną narrację. To miał być antyamerykański imperializm. I tak powstał spolaryzowany sposób myślenia: albo antyamerykański imperializm, albo antyradziecki. Wiele osób na Zachodzie dalej nie przyjmuje do wiadomości, że możesz chodzić i żuć gumę jednocześnie. Być jednocześnie przeciwnym rosyjskiemu imperializmowi, jak i nie popierać imperializmu Stanów Zjednoczonych.

Wojna w Ukrainie winą Zachodu?

Przede wszystkim niektórzy zachodni intelektualiści przejmują narrację na temat ekspansji NATO na Wschód. Według tej narracji Rosja teraz ma prawo się bronić, bowiem NATO, synonim amerykańskiego imperializmu, jest coraz bliżej jej granic.

Jak pokazuje historia, Rosja starała się zdusić każdy przejaw niepodległościowych dążeń Ukrainy, również zanim powstało NATO. A ta retoryka sięga początków wojny, która, zaznaczmy, zaczęła się w 2014 roku wraz z nielegalną aneksją Krymu i stworzeniem tzw. „republik ludowych” na Donbasie. Wtedy około 40 proc. Ukraińców deklarowało chęć wstąpienia do NATO.

Zwróćmy też uwagę, że Rosja już od wielu lat graniczy z innymi państwami członkowskimi NATO – krajami bałtyckimi.

Jest to więc argument, który nie znajduje odzwierciedlenia w rzeczywistości. A jest często przytaczany przez lewicowe środowiska na Zachodzie. Cytują one chociażby jeden z tekstów Johna Mearsheimera, bardzo znanego profesora z Uniwersytetu Chicagowskiego. Twierdzi on, że wojna w Ukrainie jest winą Zachodu. Bo to Zachód rozszerza swoją strefę wpływów o coś, co historycznie należy do Rosji. Mimo że sam Mearsheimer nie jest lewicowy, osoby, jak Noam Chomsky, Naomi Klein, i instytucje, jak „Jacobin Magazine”, podpisywały się pod tym i udostępniały jego tekst. A także – ambasada Rosji w Australii.

Kontrowersje wokół nagrody Nobla

Rozumiem, ale chyba takie organizacje jak Memoriał, który razem z ukraińskim Centrum Wolności Obywatelskich i Alesiem Bialackim otrzymał ostatnio Pokojową Nagrodę Nobla, nie propagują rosyjskiego imperializmu. Czemu więc niektóre ukraińskie środowiska protestowały przeciwko temu Noblowi?

YK: Jak ja to pierwszy raz zobaczyłam, to dla mnie to był totalny krindż, w kontekście, chociażby, inwazji. Po prostu - policzek.

W Ukrainie dzieje się ludobójstwo. Nie mam żadnych pretensji ani do Memoriału, ani do Alesia Bialackiego, bo wiem, że robią tam dobrą robotę. Ale pierwszą rzeczą, która mnie krindżuje jest to, że tamte organizacje walczą z reżimem, który jest w ich krajach. Walczą o rzekome społeczeństwo obywatelskie. W momencie, kiedy Centrum Wolności Obywatelskich zbiera dowody i dokumentuje zbrodnie wojenne. Postawienie ich w jednej kategorii teraz jest już niewłaściwe.

Mam duży problem, kiedy ktoś z Białorusi lub Rosji, chcąc solidaryzować się z Ukrainą mówi, że „my razem walczymy przeciw reżimowi”.

My nie walczymy przeciwko reżimowi w Ukrainie. My nie mamy reżimu. Jesteśmy – tak, młodą – ale demokracją. Budujemy ją od 2014 roku, podczas gdy ani w Rosji, ani w Białorusi nie było jej przez ostatnie dobre 20-30 lat. Absolutnie uważam, że powinniśmy się solidaryzować z Białorusinami. Ale to jest zupełnie inna walka, w innych kategoriach.

Pokojowa nagroda na czas wojny

Skoro tych organizacji nie łączy to, co robią, to ewidentnie łączy je to, skąd są.

YK: Oczywiście. I to jest druga rzecz, która mnie krindżuje. Dlaczego są razem? Bo to bratskie narody? W komitecie przyznającym nagrody powinien być ktoś, kto choć trochę rozumie kontekst regionu. A trzecia rzecz, choć już na marginesie: jest wojna w Europie. Jaka nagroda „pokojowa”? No i dziwi, i smuci fakt, że rosyjskie organizacje dostały drugi rok z rzędu Pokojową Nagrodę Nobla. Za co? W momencie kiedy Aleś Bialacki był nominowany, a Białorusini naprawdę potrzebowali wsparcia od Unii, to nie został nagrodzony.

AG: A propos walki z putinowskim reżimem.

Tak, ktoś w tym momencie walczy z rosyjskim reżimem i są to Ukraińcy. Ukraińcy teraz umierają za Rosjan.

A Rosjanie? To jest kolejna rzecz, która wywołuje irytację u Ukraińców. Gdzie jest sprzeciw?

Warto podkreślić: osoby, które pracują w Memoriale, ratują honor Rosjan. Ale Memoriał dokumentuje zbrodnie stalinowskie w Rosji, co jest bardzo ważne. My nadal czekamy na reewaluację historyczną, która pokaże Rosję jako kolonizatora.

To nie jest czas na cierpienia Rosjan

Ale część Rosjan manifestuje, chociażby pod biało-niebiesko-białymi flagami, symbolizującymi tę część rosyjskiego społeczeństwa, które sprzeciwia się rosyjskiej inwazji.

AG: Na te manifestacje, które organizujemy tutaj, w Amsterdamie, Rosjanie po prostu nie przychodzą. To nie jest kwestia tego, czy przychodzą ze swoimi flagami, czy nie. Ich tam nie ma. W Polsce może być inaczej. Ale główny problem, to kwestia zawłaszczania sobie przestrzeni. Nie byłam w Ukrainie odkąd się zaczęła pełnoskalowa inwazja. Ale kiedy idę na protest, obok mnie jest koleżanka z Mariupola, której po domu pozostały jedynie wspomnienia.

Jeśli jest chociaż kilka osób, dla których widok flagi rosyjskiej, nawet takiej, to coś traumatycznego i jest wyraźna prośba organizatorów, aby nie przychodzić ze swoimi znakami, tak jak to było w przypadku Parady Równości w Warszawie, to uważam, że taka prośba powinna być uszanowana.

Czyli Rosjanin, który wychodzi i mówi, że jest przeciwko wojnie i stara się pomagać, jest wtedy kolonizatorem?

YK: Tak, jeżeli zawłaszcza przestrzeń i zabiera, kolejny raz, platformę. Spłaszcza ten generalny sprzeciw, który my, jako narody kolonizowane przez Rosję, staramy się rozszerzyć na cały świat.

Mówimy, że trzeba zatrzymać, zdekolonizować i zdemilitaryzować Rosję, bo to jest jedyna droga do zaprowadzenia realnego pokoju w całym regionie.

To nie jest czas na ich „cierpimy, no ale cóż, przecież niczego nie zmienimy”. Dla nas ta flaga znaczy tylko to nieszczęsne niet wojnie. Po ośmiu latach kolonizatorskiej, ludobójczej wojny, nie wystarczy powiedzieć dwa słowa. Trzeba zacząć długi proces refleksji nad własną historią, wysłuchiwania innych i uczenia się, czym tak naprawdę jest ich kraj. Rosjan czeka wiele pracy, a oni siedzą i „cierpią”, jak za dawnych czasów.

Solidarność kolonizowanych

Ale czy to nie wpisuje się w narrację samej Rosji, o ukraińskim nacjonalizmie, który wyklucza innych, w tym przypadku Rosjan, z protestów?

YK: My nie wykluczamy Rosjan z protestów. Oni, moim zdaniem, muszą dołączyć. Ale nie z flagą trójkolorową, ani z tą sztuczną, biało-niebieską. Po prostu

obecnie jedyna licząca się siła, która walczy z rosyjskim reżimem i imperializmem, to Ukraina.

Tu zupełnie nie chodzi o narodowość. Nie wyklucza się za paszport. Chodzi o zawłaszczanie przestrzeni i o symbole, które im służą.

Oczywiście, również biali Rosjanie protestowali przeciw mobilizacji. Ale rzeczywisty sprzeciw widzieliśmy w Dagestanie, w Republice Sacha, Buriacji. To też o czymś świadczy. Kiedy teraz spotykam osoby z białej części Rosji, nie ufam im, bo oni nigdy nie byli represjonowani. Nigdy nie byli w tej sytuacji.

W mniejszościach etnicznych coś się dzieje tylko dlatego, że są w stanie zrozumieć, jak to jest być pod butem, jak to jest być kolonizowanym. Kiedy spotykałam w Warszawie Czeczenów, którzy uciekali od wojny, czułam, że mamy bardzo dużo wspólnego. Rozpoznał to też nasz rząd. Ostatnio określił Iczkerię jako „państwo okupowane”.

Bliskie kolonie

To skoro istnieją regiony, etnicznie nierosyjskie, ale znajdujące się pod rosyjskim butem i na różne sposoby przez Rosję eksploatowane – czemu tak trudno ludziom z Zachodu mówić o nich jako o koloniach?

AG: Dosyć proste wytłumaczenie byłoby takie, że rozumiemy kolonizację na następujący sposób: jest jakaś metropolia, centrum, i jest jakieś peryferium, które zazwyczaj jest dosyć daleko, za wielką wodą. To jest ta kolonia. Obie strony są w nierównej relacji władzy, gdzie centrum wykorzystuje peryferium. Problem się pojawia, kiedy ta kolonia nie znajduje się za morzem, tylko została zajęta na skutek metodycznego rozszerzania swoich granic o sąsiednie regiony, ludy, państwa… Kiedy kolonie są, po prostu, obok. A to się właśnie działo w przypadku Imperium Rosyjskiego.

YK: To jest ta główna rzecz. Ten kolonializm miał przede wszystkim charakter osadniczy, czyli na peryferiach osiedlano ludzi z centrum, doprowadzając do marginalizacji miejscowych. Zachodni świat akademicki często nie akceptuje tego, że Ukraina była kolonizowana, jako że kolonializm zachodni często wiązał się z rasizmem. Mimo że większość społeczeństwa Ukrainy jest biała, to nie ma tego samego przywileju, co biała osoba z Zachodu.

Biel, która nie jest biała.

YK: Tak, i to jest niewidoczne. Bo nie ma wizualnego sygnału, że ktoś jest już inny. On staje się inny, kiedy zaczyna mówić. Kiedy się przedstawia.

Gdzie Rzym, a gdzie Krym

AG: A już w ramach samego tego wschodnioeuropejskiego koktajlu… Gdzie Rzym, gdzie Krym? (YK: Tak się mówi? AG: Tak. YK: Dobre.) Ostatnio Adam Curtis nakręcił serial „Russia 1985-1999. TraumaZone”. Serial ma być o Rosji. Pierwszy fragment: wybory miss w Warszawie.

Cały ten odcinek to kalejdoskop różnych miejsc i języków, przedstawionych jako w jakiś sposób należące do Rosji. Jesteśmy w Mołdawii, w Doniecku, Kijowie, Czarnobylu. Gdzieniegdzie jest rosyjska transliteracja, gdzieniegdzie się w ogóle nie dodaje, że jesteśmy w innym kraju. Języki się mieszają, osoba z zewnątrz, która nie zna języków słowiańskich, pomyśli, że wszyscy mówią po rosyjsku. A przecież doświadczenie komunizmu w Polsce jest zupełnie inne niż w Ukrainie. Przede wszystkim: Polska przecież nawet nie była w Związku Radzieckim, czego wielu na Zachodzie nie wie.

Związek Radziecki równa się Rosja

Z drugiej strony, moja przyjaciółka z Rosji nie wiedziała, że w Polsce był komunizm, mimo że już była po wizycie w Pałacu Kultury.

AG: Jesteśmy więc ignorowani przez obie strony – Zachód i Rosję. Nasze kraje są traktowane jako miejsca bez głosu, bardziej jako region, niż narody ze sprawczością. Chociaż, oczywiście, jest różnica w traktowaniu państw z byłego ZSRR i krajów satelickich. Szczególnie teraz wschodnia flanka NATO zyskała na znaczeniu.

Jeśli chodzi o Związek Radziecki, w Europie Zachodniej, jeszcze w czasach komunizmu, badano raczej ZSRR jako całość, niż poszczególne republiki. Wiadomo, że na sowietologii ludzie uczyli się rosyjskiego. A potem pojawił się problem: bo nie ma już ZSRR, i okazuje się, że jest bardzo dużo języków. Niektórzy się przebranżowili i ze specjalistów od ZSRR stali się specjalistami od Rosji.

To myślenie, że ZSSR równa się Rosja, wciąż zbiera swoje żniwa. W związku z tym „specjalistami od Europy Wschodniej” nazywa się często specjalistów od Rosji. W swoich badaniach, również tych o Ukrainie, powołują się na rosyjskojęzyczne źródła. Przyjmują w ten sposób – często bezkrytycznie – rosyjski, imperialistyczny punkt widzenia. Niektórzy zachodni badacze w myśl tego zgadzają się, że Krym jest historycznie rosyjski. A Krym przede wszystkim należy do swojej rdzennej ludności, Tatarów Krymskich, którzy cierpieli w czasach Związku Radzieckiego i cierpią teraz, od momentu rosyjskiej okupacji w 2014.

YK: Zachód nie myśli o ZSRR i Rosji jako o kolonizatorach jeszcze z jednego powodu. Wszystkie dane na temat wielkiego głodu, zbrodni, ludobójstw, które były popełniane na mniejszościach wewnątrz ZSRR, były zatajane. Chociażby przed dziennikarzami, którzy przyjeżdżali do ZSRR.

Kultura narzędziem władzy

Widać to podejście również w sztuce produkowanej na Zachód od Odry?

AG: Kultura jest też narzędziem władzy, opresji, hegemonii kulturowej. Przykładem może być całkiem popularny na Zachodzie „Calvert Journal”.

YK: „Calvert Journal” to jest tylko tego skutek. Tę nową terminologię – Nowy Wschód, New East – zapoczątkował „Guardian”, który współpracował z Calvert Foundation, założoną przez rosyjską ekonomistkę Nonnę Materkową. Fundacja miała za zadanie promowanie rosyjskiej kultury. „Calvert Journal” został założony parę lat po samej fundacji. Polityka magazynu, fundacji, wszystkich projektów, w jakich brali udział, była skupiona na propagowaniu zjawiska Nowego Wschodu, terminu łączącego sztukę i kulturę krajów byłego Związku Radzieckiego i wszystkich tych, które były kiedyś pod kontrolą Rosji. Ze starego porządku miał niby wychodzić nowy - tylko że tak naprawdę wcale nie był nowy. To było przywrócenie mocarstwowej roli Rosji na polu kultury poprzez egzotyzację samych siebie.

Jednym z głównych sponsorów fundacji był rosyjski polityk Aleksej Kudrin, który pracował w rządzie Putina. To wszystko, co później publikowali, było w tym właśnie, jednym kluczu: egzotyzacji Europy Wschodniej. Gdzie ten „inny” pozostaje „innym”, i robi się z tego trend. Spłycając całą złożoność tożsamości mieszkańców tych krajów. Nagle wszystko zlewa się w jedno. Bloki – gopniki” – Gosza Rubczyński – młodzież tańcząca na rave’ach podczas wojny, w Tbilisi czy w Kijowie. Uwielbiam elektroniczną kulturę Kijowa, o której w 2013, 2014 roku dowiedział się świat i która trzyma się do dziś. Ale miałam i mam problem z każdą fetyszyzacją lub egzotyzacją. Drugim Berlinem była Warszawa, był Kijów, było Tbilisi, i tak dalej.

Jakby Rosja

A nie myślisz, że to mogłoby być dobre dla regionu? Tak jak amerykańskie dinery stały się kulturowym artefaktem, który każdy chce odwiedzić, bo widział to na filmie. Czy to nie jest tego ekwiwalent?

YK: Ale mówisz o Stanach Zjednoczonych. O jednym kraju. A my mówimy o kilkunastu krajach, które były przedstawione jako jeden. Kulturowo. Wizualnie. Estetycznie. Ja wtedy zaczynałam pracę z fotografią i pamiętam zachodnich kuratorów, którzy wręcz oczekiwali, że jeżeli jesteś z Europy Wschodniej, to będziesz robił coś surowego. Nieważne, z jakiego kraju jesteś. Nie zwracali uwagę na tożsamości, na złożoność sytuacji, nie – oczekiwano jednej estetyki.

Bo wszyscy żyjemy w takiej jakby Rosji.

AG: Ten brak świadomości, czym jest Rosja dla wielu narodów w Europie i w Azji, widać chociażby w takiej rzeczy, jak pisownia. Zachodni badacze nie rozumieją, dlaczego ważne jest używanie po angielsku ukraińskiej transliteracji. Na przykład Kijowa – transliteracja ukraińska to Kyiv, rosyjska - Kiev. Pozostał w nich sposób myślenia z czasów, kiedy o regionie mówiło się przez pryzmat Związku Radzieckiego. Mimo że ta ukraińska perspektywa zaczyna się przebijać, to dopiero początek, a bynajmniej nie nowy standard.

Kluczowe jest uzmysłowienie sobie, że to, co i jak myślimy, jest kształtowane przez języki, jakimi mówimy, filmy, które oglądamy, autorów, których doceniamy. W momencie, kiedy uświadomimy sobie, że te wszystkie rzeczy też muszą przejść proces krytycznej reewaluacji – wtedy właśnie zaczyna się dekolonizacja.

* Yulia Krivich - urodzona w Dnipro w Ukrainie artystka, aktywistka, fotografka i edukatorka. Ukończyła Akademię Architektury w swoim rodzinnym mieście oraz Akademię Sztuk Pięknych w Warszawie. W swojej praktyce artystycznej porusza kwestie tożsamości, wykorzystuje elementy aktywizmu w połączeniu z praktykami kolektywnymi.

Zainteresowania artystki oscylują wokół tematów migracji, teorii dekolonizacyjnej oraz kwestii związanych z Europą Wschodnią. Laureatka sekcji ShowOFF podczas Krakowskiego Miesiąca Fotografii (2015), uczestniczka Pla(t)form w Muzeum Fotografii w Winterthur w Szwajcarii (2018), nominowana do nagrody Pinchuk Art Center w Kijowie (2018), stypendystka miasta Warszawa (2021), uczestniczka WHW Akademija w Zagrzebiu (2021), Futures Platform w Amsterdamie (2021) oraz uczestniczka programu Citizenship Ukraine na Documenta 15 w Kassel (2022).

Yulia mieszka w Warszawie, a od początku inwazji Rosji na Ukrainę współtworzy Solidarnościowy Dom Kultury „Słonecznik” , otwarte międzykulturowe centrum wsparcia uchodźców i migrantek w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie.

*Anna Greszta – antropolożka i doktorantka na Uniwersytecie Amsterdamskim. W swoich badaniach podejmuje temat kultury popularnej i pamięci w obliczu wojny w Ukrainie. Jest również aktywistką w amsterdamskim kolektywie Collect4Ukraine, który zajmuje się organizacją wydarzeń kulturalnych, a także zbieraniem i przekazywaniem pomocy humanitarnej osobom, które ucierpiały w wyniku wojny.

Udostępnij:

Maciej Grzenkowicz

dziennikarz i reporter, autor książki „Tycipaństwa. Księżniczki, Bitcoiny i kraje wymyślone". Prowadzi audycje „Osobiste wycieczki" i „Radiolokacja" w Radiu Nowy Świat.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne