0:00
0:00

0:00

"Sprawdzałem panią sędzię Frąckowiak" - przyznaje w najnowszym reportażu Czarno na Białym TVN24 sędzia Arkadiusz Cichocki z Gliwic.

Potwierdza tym samym swoją rolę w tzw. aferze hejterskiej, która wybuchła w sierpniu 2019 roku po artykułach Onetu. Przypomnijmy: dziennikarze ujawnili istnienie zorganizowanego procederu szkalowania niezależnych sędziów przez środowisko prawników bliskich ministerstwu sprawiedliwości. Głównodowodzącym tej szajki był ówczesny wiceminister w resorcie Ziobry Łukasz Piebiak.

Afera hejterska znana była początkowo jako afera Piebiaka, bo wszystko zaczęło się od korespondencji, jaką internetowa hejterka Mała Emi - czyli Emilia S. - prowadziła z wiceministrem sprawiedliwości.

Z opublikowanych przez Onet rozmów z 2018 roku wynikało, że Łukasz Piebiak miał świadomość istnienia hejterskiej szajki i aprobował jej działania. W wiadomościach na komunikatorze WhatsApp chwalił dokonania Małej Emi, np. operację rozsiewania w internecie krzywdzących plotek o życiu osobistym sędziego Krystiana Markiewicza z "Iustitii".

Dzień po publikacji Onetu - 20 sierpnia 2019 - Piebiak podał się do dymisji. W kolejnych dniach stanowisko w Ministerstwie Sprawiedliwości stracił także sędzia Jakub Iwaniec, prawa ręka Piebiaka. To on przekazał Małej Emi informacje, którymi miała uderzyć w Markiewicza. "Trzeba mu ostro doje**ć” – polecił. „Kuba. Udupiamy go na maxa?” – pyta Emilia podczas kolejnej rozmowy.

Afera zatoczyła szersze kręgi. W kolejnych publikacjach ujawniono rozmowy whatsappowej grupy "Kasta", w której sędziowie sprzyjający "dobrej zmianie" oraz Mała Emi dyskutowali o swoich pomysłach. Tu zrodziła się koncepcja akcji "Gersdorf, wypierdalaj", czyli rozsyłania obraźliwych pocztówek do ówczesnej I Prezes Sądu Najwyższego. Jak ustalił Onet jej inicjatorem był członek "Kasty" i sędzia Izby Dyscyplinarnej SN Konrad Wytrykowski.

Wśród rzekomych członków "Kasty" - poza Piebiakiem, Iwańcem i Wytrykowskim - pojawiły się także m.in. nazwiska Tomasza Szmydta - dyrektora w Krajowej Radzie Sądownictwa i męża Małej Emi, Jarosława Dudzicza, zastępcy rzecznika prasowego KRS, członka KRS Macieja Nawackiego oraz Arkadiusza Cichockiego z Gliwic. Według pełnomocników Małej Emi do grupy należeli także dwaj rzecznicy dyscyplinarni dla sędziów.

Jak ujawniliśmy w OKO.press "Kasta" korzystała ze wsparcia prorządowych mediów. Mała Emi jak i Arkadiusz Cichocki kontaktowali się z przychylnymi dziennikarzami i dostarczali im informacje do wykorzystania przeciw niezależnym sędziom.

Arkadiusz Cichocki to jeden z bohaterów afery. Niegdyś członek stowarzyszenia "Iustitia", nawrócił się na "dobrą zmianę", gdy z nominacji Zbigniewa Ziobry został prezesem Sądu Okręgowego w Gliwicach. Potem otrzymał także prestiżową delegację do Sądu Apelacyjnego w Katowicach.

Oba stanowiska stracił ze względu na kontakty z Małą Emi, czyli Emilią S., internetową hejterką, z którą wszedł w intymny związek. Pierwsze, gdy po kłótni Emi umieściła na Twitterze jego nagie zdjęcie. Drugie kilka miesięcy później, gdy Emi przekazała Onetowi informacje o resortowych hejterach.

Przeczytaj także:

Jeszcze w sierpniu 2019 roku Cichocki kontaktował się z prasą i zapewniał, że chce rozmawiać. Potem jednak kontakt się urwał - sędzia był w szpitalu, a potem na zwolnieniu i urlopie. W sierpniu 2020 roku wrócił do orzekania Gliwicach.

Ale choć w reportażu „Hejt i przeprosiny" TVN24 Cichocki - obecnie w sporze sądowym z Emilią S. - odmawia komentowania czego kolwiek na temat hejterki, potwierdza kilka istotnych wątków afery. W tym ustalenia OKO.press dotyczące zbierania „haków" na niezależną sędzię Monikę Frąckowiak.

„Czy mamy coś na tą sucz"

Przede wszystkim Cichocki przyznaje, że zbierał informacje na temat poznańskiej sędzi. Dlaczego? Poczuł się urażony po przeczytaniu jednego z jej wywiadów, w którym krytykowała nowe zasady powoływania prezesów sądów. Minister Zbigniew Ziobro robił to, wysyłając stosowne zawiadomienia faksem.

"Nie zostałem tam wymieniony z nazwiska. Pani sędzia użyła sformułowania, że »odwołuje się szanowanych prezesów faksem, nocą i w to miejsce powołuje się prezesów o wątpliwej reputacji«. Poczułem się urażony słowami o »wątpliwej reputacji«, dlatego że sam byłem prezesem faksowym" - mówi Cichocki. Dodaje, że był pytany o to, czy "ma coś" na sędzię.

"Zebrałem informacje na jej temat, natomiast gdzie je przekazałem? Tutaj jest pewien zakres informacji, których ujawnić publicznie nie mogę, a po części też nie chcę. Wynika to z przyczyn prawnych" - zaznacza.

Cichocki i Mała Emi wspólnie planowali zbieranie haków na Frąckowiak. „Czy mamy coś na tą sucz" - pytała hejterka w jednej z wiadomości do sędziego. „Walimy w nią?" - dopytywała później. „Z Tobą zawsze" - odpowiedział Cichocki.

„Sprawdzam jej przydział służbowy, oświadczenie majątkowe, próby awansu. Ty szukasz wystąpień medialnych. Ok” - pisał sędzia.

W reportażu TVN24 Cichocki potwierdza, że takich właśnie informacji poszukiwał. Zaznacza jednak, że robił to zupełnie legalnie. Nie chce natomiast w ogóle komentować ujawnionej przez nas rozmowy z Małą Emi. "Ja w ogóle nie mam zabezpieczonej takiej rozmowy i nie jestem w stanie wypowiadać się co do jej autentyczności" - stwierdza.

Informacje pozyskane przez Cichockiego Emi przekazała rzecznikom dyscyplinarnym dla sędziów. Posłużyły do wszczęcia postepowań dyscyplinarnych wobec Moniki Frąckowiak.

"Jeżeli przyłożyłem do czegokolwiek rękę, choćby zbierając informacje w sposób legalny, to jest mi z tego powodu przykro i przepraszam" - mówi w reportażu Cichocki. Potem jednak stwierdza, że nie uważa, by jego odkrycia zaszkodziły Frąckowiak.

Polityczna decyzja ministra

"Paradoksalnie okazało się, że [Frąckowiak - red.] miała rację. W moim przypadku miała rację. Okazało się, że dobry prezes został wymieniony na gorszego" - wyznaje sędzia dziennikarce TVN24 Marcie Gordziewicz.

Kwestii swojego powołania na prezesa Sądu Okręgowego w Gliwicach Cichocki poświęca w rozmowie sporo czasu. Przeprasza swojego poprzednika na tym stanowisku, sędziego Henryka Brzyżkiewicza, odwołanego w trybie "faksowym".

"Ustawa pozwalająca odwołać prezesów bez żadnego powodu była obowiązującym prawem, było to legalne. Czy było to w porządku? Myślę, że już wtedy czułem, że to nie jest w porządku, że można było postąpić inaczej" - kaja się Cichocki. Dodaje, że winien jest także przeprosiny pozostałym sędziom okręgu gliwickiego. "Został odwołany prezes cieszący się ich poparciem i przyjęty w to miejsce prezes, który o żadne poparcie nigdy nie pytał ani o nie nie zabiegał. To nie mogło się skończyć dobrze" - przyznaje.

Kluczowe są jednak dalsze słowa:

Cichocki potwierdza, że nominacje i odwołania prezesów sądów „faksem", były politycznymi decyzjami ministra sprawiedliwości, niezwiązanymi z ich predyspozycjami do pełnienia tej funkcji.

"Dlaczego odwoływano prezesów? Powołano się na wyniki. [...] Komunikat, który pojawił się na temat sędziego Brzyżkiewicza i jego zastępców i okręgu gliwickiego, był krzywdzący. Dlaczego? Z prostego powodu. Mogłem ocenić swoją pracę rok później. Nie zauważyłem istotnej zmiany, żebym ja robił to lepiej. A mnie nikt nie odwołał" - wskazuje Cichocki.

"Czy ta przyczyna, dla której sędzia Brzyżkiewicz nie mógł być już prezesem sądu, była rzeczywistą, faktyczną? Dzisiaj wiem, że musiało być coś innego" - stwierdza.

„Nigdy nie szkalowałem żadnego sędziego"

Zarazem Cichocki próbuje bagatelizować swój udział w aferze. Zaprzecza, by brał udział w internetowym hejcie na sędziów.

"Nigdy nie szkalowałem żadnego sędziego. Nigdy nie robiłem czegoś, co nazywa się hejtem" - wielokrotnie powtarza w rozmowie z TVN24. Jego zdaniem "hejt jest ukierunkowany na zewnątrz", a jeżeli krytykował niezależnych sędziów, to tylko w "rozmowach prywatnych".

Na jednym ze zrzutów ekranu z rozmowy hejterskiej grupy „Kasta" Cichocki porównał ówczesną I Prezes Sądu Najwyższego Małgorzatę Gersdorf do... swojej jamniczki. Dziś przeprasza za „grubiański żart", przyznając, że rzeczywiście go wypowiedział.

Powątpiewa natomiast w autentyczność materiałów, które publikowały media.

"Pamiętam dialog, ale mam duże wątpliwości, czy skrin, w którym taka wypowiedź się pojawia, jest moją wypowiedzią napisaną przeze mnie, czy też jest cytatem ze mnie" - zaznacza.

Gdy pada pytanie, z kim wtedy rozmawiał, stwierdza jedynie, że "nie potrafi umiejscowić" rozmowy i nie wie, dlaczego jego słowa trafiły do sfery publicznej. Podkreśla, że nie rozpoznał żadnych innych przypisywanych mu wypowiedzi ani nie odnalazł takich treści w swoim telefonie. Zaprzecza także, by płacił Małej Emi za hejtowanie sędziów - o przelewach na jej konto pisał w sierpniu 2019 „Fakt".

Pytany o whatsappową grupę "Kasta" mówi, że WhatsApp był jego codziennym narzędziem pracy i nie pamięta wszystkich grup, do których należał. Nie przypomina sobie także, by rozmawiał z innymi powiązanymi z aferą sędziami już po jej wybuchu.

Choć zaznacza, że "nic mu nie wiadomo" o farmie trolli w ministerstwie sprawiedliwości, to jego zdaniem afera hejterska "jest faktem" - potwierdza ją przypadek szkalowanego sędziego Krystiana Markiewicza z "Iustitii". Kto za nim stał?

"Nie mam nic do powiedzenia na ten temat. Ja tego nie zrobiłem" - ucina Cichocki, zasłaniając się tajemnicą toczącego się śledztwa.

Hejterzy idą do sądu

Po ujawnieniu korespondencji "Kasty" w sierpniu 2019 roku Koalicja Obywatelska złożyła w Sejmie wniosek o wotum nieufności dla ministra sprawiedliwości. Ten jednak przepadł w izbie zdominowanej przez Prawo i Sprawiedliwość. Politycy PiS zapewniali, że afera jest li tylko efektem porachunków w środowisku sędziowskim.

"Stało się bardzo źle, że znaleźli się sędziowie, również w ministerstwie sprawiedliwości, którzy zdecydowali się na prywatnych forach na używanie mowy nienawiści, prowadzenie działań o charakterze hejterskim. [...] Wyciągnęliśmy również konsekwencje poprzez wszczęcie postępowań dyscyplinarnych oraz poprzez wszczęcie postępowań karnych" - zapewniał Ziobro w Sejmie 11 września 2019.

Problem w tym, że konsekwencji dyscyplinarnych ani karnych jak dotąd nie poniósł nikt.

Śledztwo - po zawiadomieniu polityków Lewicy i szkalowanych sędziów - trafiło najpierw do Prokuratury Okręgowej w Warszawie. Potem przeniesiono je do Lublina, a następnie do Świdnicy. Idzie bardzo wolno. Nadal jest na etapie gromadzenia materiału dowodowego, a śledczy nie zdążyli jeszcze przesłuchać... Emilii S. Zdaniem rozmówców „Gazety Wyborczej" na dotrzymanie kolejnego już terminu zakończenia czynności - 21 lutego 2022 - nie ma szans.

Z ustaleń TVN24 wynika, że świdnicka prokuratura prowadzi drugie śledztwo, w którym domniemani hejterzy - m.in. Jakub Iwaniec i Maciej Nawacki - występują jako... pokrzywdzeni.

Śledczy badają tam również, czy doszło do "znieważenia Krajowej Rady Sądownictwa", w której dziś zasiada część rzekomo „pokrzywdzonych".

A bohaterowie afery skarżą piszących o niej dziennikarzy i dziennikarki za pomówienie i znieważenie - jak przekazał TVN24 ich pełnomocnik, pozwów było w sumie 14, a sześć spraw wciąż jest w toku. Wśród nich także ta wytoczona OKO.press przez Konrada Wytrykowskiego - sędziego Izby Dyscyplinarnej SN, który miał uczestniczyć w hejcie.

W listopadzie 2021 roku w pierwszej instancji skazana została dziennikarka „Polityki" Ewa Siedlecka, która w swoich felietonach powiązała Wytrykowskiego i Macieja Nawackiego z aferą. Zapowiedziała apelację.

;

Udostępnij:

Maria Pankowska

Dziennikarka, absolwentka ILS UW oraz College of Europe. W OKO.press od 2018 roku, od jesieni 2021 w dziale śledczym. Wcześniej pracowała w Polskim Instytucie Dyplomacji, w Komisji Europejskiej w Brukseli, a także na Uniwersytecie ONZ w Tokio.

Komentarze