Spektakularna porażka Fideszu pokazuje, że polityka strachu ma swoje granice. Ale sukces Pétera Magyara rodzi ważniejsze pytanie: czy populistów można pokonać bez sięgania po część ich własnych narzędzi?
12 kwietnia 2026 roku partia Tisza pod przywództwem Pétera Magyara dokonała czegoś, co jeszcze niedawno wydawało się niemożliwe: pokonała Fidesz Viktora Orbána i zdobyła większość konstytucyjną w parlamencie. To zwycięstwo ma znaczenie nie tylko symboliczne. Daje nowemu rządowi możliwość zmiany instytucjonalnych fundamentów systemu budowanego przez Fidesz przez 16 lat – od ustaw wymagających większości kwalifikowanej, po samą konstytucję.
Kampania wyborcza Tiszy to obecnie najgorliwiej studiowana przez speców od marketingu politycznego kampania parlamentarna. Nie tylko w Europie, ale i w Stanach Zjednoczonych. Wielu – zwłaszcza europejskich i amerykańskich demokratów – patrzy w stronę Magyara i zastanawia się, w czym tkwi tajemnica sukcesu jego ugrupowania i czy może także im pozwolić znowu zacząć wygrywać wybory?
Czy to formuła na tyle uniwersalna, że coś z niej sprawdzi się także w innych krajach, w których demokraci zmagają się z rosnącym poparciem narodowych konserwatystów i skrajnie prawicowych populistów? Czy może to jednak coś, co sprawdziło jedynie w specyficznym węgierskim kontekście?
Działacze Tiszy są przekonani, że z prowadzonej przez nich kampanii płyną lekcje dla polityków w całej Europie.
– To, co wydarzyło się na Węgrzech, nie było po prostu udaną kampanią opozycji. Było budowaniem alternatywnej infrastruktury politycznej w warunkach skrajnie nierównej rywalizacji politycznej. Kluczowym pytaniem tej kampanii nie było to, jak przekrzyczeć partię rządzącą, lecz jak zbudować zaufanie wśród wyborców – mówiła o węgierskiej kampanii wyborczej podczas konferencji Globsec w Pradze Anita Orbán, wicepremierka oraz ministra spraw zagranicznych w rządzie Magyara.
Jej zdaniem doświadczenie Tiszy może być przydatne nie tylko dla kampanii opozycyjnych w reżimach niedemokratycznych – autorytarnych lub hybrydowych. Czyli tam, gdzie – tak jak na Węgrzech Orbána – opozycja zmaga się z rywalizacją w asymetrycznym systemie, bo władza dysponuje szeregiem przewag związanych z zawłaszczeniem instytucji, mediów, czy dysponowaniem znacznie większymi środkami finansowymi. Według niej,
kampania Magyara niesie ważne przesłanie wszędzie tam, gdzie ogromnym problemem polityki jest kryzys zaufania.
A z tym do czynienia mamy w całej Europie. Wydatnie przyczynia się do tego rosyjska wojna informacyjna.
Kampania wyszła z założenia, że w epoce postprawdy i załamania zaufania do mediów (na Węgrzech spowodowanego ich skrajnym upolitycznieniem oraz agresywną, antyopozycyjną propagandą rozpowszechnianą przez reżim Orbána), a także coraz większej świadomości ludzi dotyczącej dezinformacji i nieautentycznych działań w sieci, zaufania politycznego nie da się budować jedynie za pośrednictwem mediów. Trzeba je budować człowiek po człowieku, miejscowość po miejscowości, rozmowa po rozmowie.
– Kluczowa okazała się obecność. Fizyczna, konsekwentna, nieustanna obecność – relacjonowała Orbán podczas konferencji Globsec.
Według twórców kampanii jednym z jej najważniejszych wyróżników było natężenie działań w terenie. Bezpośrednie spotkania traktowane były jako początek relacji z wyborcą, która następnie jest podtrzymywana drogą elektroniczną. Skalę tych działań najlepiej pokazują liczby.
– W kraju jest dokładnie 3155 miejscowości, a my w ramach kampanii odbyliśmy co najmniej 10 tysięcy wyjazdów i działań terenowych. Oznacza to, że do każdej miejscowości dotarliśmy średnio co najmniej trzy razy – relacjonowała Orbán.
Kampania pod znamiennym tytułem „Głos narodu” nie trwała jednak tylko trzy miesiące przed wyborami. Rozpoczęła się praktycznie dwa lata wcześniej. Tuż po tym, jak Péter Magyar zrobił publiczną woltę przeciwko Fideszowi, co wywindowało go do pozycji najbardziej rozpoznawalnego buntownika systemu.
W ramach tournée po kraju Péter Magyar osobiście pojawił się w ponad 700 miejscowościach. Do niektórych wracał nawet siedem razy. W ostatnim miesiącu kampanii organizował po pięć spotkań dziennie. W ostatnich dwóch tygodniach kampanii po osiem–dziewięć.
– To była kampania oparta na fizycznej obecności, prowadzona „na piechotę”, w bezpośrednim kontakcie z ludźmi – podkreśla Anita Orbán.
Co bardzo istotne, kampania była szczególnie obecna w miejscach, w których do tej pory to Fidesz wygrywał wybory.
– Nasza kampania nie próbowała patrzeć na Węgry wyłącznie z perspektywy Budapesztu. Choć wcześniej wielokrotnie tak właśnie robiono. My pojechaliśmy bezpośrednio do miejsc, w których partia Orbána tradycyjnie cieszyła się największym poparciem: do małych wsi, niewielkich miasteczek, prowincjonalnych okręgów i społeczności, gdzie ludzie często mieli wrażenie, że politycy przypominają sobie o nich wyłącznie w czasie kampanii. Co ważne, nie pojawialiśmy się tam tylko raz. Wracaliśmy do tych miejsc wielokrotnie – relacjonowała Orbán.
Dzięki objazdom kraju, lokalnym wydarzeniom, pracy wolontariuszy, wizytom kandydatów, kolportażowi gazet, ulicznym punktom informacyjnym i bezpośrednim rozmowom udało się stworzyć coś, co wielu obserwatorów uważało za niemożliwe: ogólnokrajową obecność opozycji w codziennym życiu mieszkańców.
Ale na pojedynczych spotkaniach się nie kończyło. W założeniu kampanii spotkanie podczas wiecu było dopiero początkiem relacji z wyborcą. Kampania stworzyła zaawansowany system CRM [Customer Relationship Management], pozwalający utrzymywać kontakt z wyborcami po pierwszym osobistym spotkaniu, głównie za pomocą bardzo spersonalizowanych newsletterów i maili.
– We współczesnych kampaniach politycznych relacja z wyborcą bardzo często kończy się na tym pierwszym spotkaniu. My chcieliśmy osiągnąć dokładnie odwrotny efekt. Dla nas uścisk dłoni nie był zwieńczeniem kampanii, lecz początkiem relacji – tłumaczyła Anita Orbán.
Kampanijni stratedzy uznali, że artykuł przeczytany w internecie przez 50 tysięcy osób może przełożyć się na zaledwie kilkuset naprawdę zaangażowanych politycznie obywateli. Natomiast 15 tysięcy uścisków dłoni, czyli 15 tysięcy bezpośrednich spotkań, daje szansę na 15 tysięcy głosów. – W czasach, gdy w całej Europie obserwujemy tak głęboki kryzys zaufania do polityki, ta różnica ma ogromne znaczenie – mówiła Orbán.
Dane pokazują, że to była dobra strategia. W miejscowościach, które wcześniej uchodziły za bastiony Fideszu, a które Magyar odwiedził osobiście więcej niż raz, Tisza osiągała średnio o 4,5 punktu procentowego lepszy wynik. Jeszcze wyraźniej było to widoczne we wsiach liczących mniej niż 3 tysiące mieszkańców – tradycyjnie uznawanych za fundament wyborczego sukcesu Fideszu.
– To właśnie bezpośrednia obecność, budowanie zaufania, rozmowa twarzą w twarz i zwykły uścisk dłoni okazały się kluczowe – uważa Anita Orbán.
Kampania postawiła też na siłę oddolnych ruchów w budowaniu realnych zdolności organizacyjnych.
– Jednym z najważniejszych pytań było dla nas, jak sprawić, by obywatele nie byli jedynie widzami kampanii wyborczej, lecz stali się jej uczestnikami. By mieli poczucie, że mogą ją współtworzyć, wpływać na jej kształt i realnie oddziaływać na politykę – wspominała Orbán.
Ugrupowanie stworzyło sieć zwaną „wyspami Tiszy”. „Wyspy„ tworzyły lokalne wspólnoty obywatelskie: dawały sympatykom partii dostęp do informacji, poczucie przynależności i uczestnictwa oraz możliwość realnej pracy przy kampanii, a więc realny wpływ na kierunek, w jakim zmierza kraj. To zaangażowanie członków ”wysp Tiszy" złożyło się na potencjał organizacyjny ugrupowania.
– Udało się nam przełożyć energię społecznego ruchu na realne zdolności organizacyjne. Entuzjazm wolontariuszy zamienił się w lokalne struktury koordynacyjne. Te z kolei przełożyły się na bazy danych, które stały się narzędziem mobilizacji wyborców. Zdolność do mobilizacji przełożyła się na wyborczą dyscyplinę. To, co zaczęło się jako ruch polityczny, stopniowo przekształciło się w ogólnokrajową machinę wyborczą – mówiła Orbán.
Sama popularność nie mogła wygrać wyborów. Popularność trzeba było przekształcić w sprawnie działający mechanizm – w polityczną infrastrukturę – podkreślała.
Kampania nie była więc prowadzona jedynie przez speców i członków partii, lecz w ogromnym stopniu opierała się na oddolnych działaniach ogromnej liczby wolontariuszy. Już we wrześniu 2025 roku – na około dziewięć miesięcy przed wyborami – ruch dysponował społecznością liczącą około 50 tysięcy wolontariuszy. W dniu głosowania liczba ta przekroczyła 100 tysięcy.
Ta sama logika stała także za strategią komunikacyjną partii. Partia nie miała praktycznie żadnego dostępu do mediów publicznych i do większości mediów ogólnokrajowych, które na Węgrzech były zdominowane przez partię rządzącą.
– Musieliśmy stworzyć własną sferę publiczną – mówiła Orbán.
Kampania publikowała własną gazetę pt. „Czysty Głos”. W sumie rozprowadzono 4 miliony egzemplarzy we wszystkich miejscowościach na Węgrzech (na Węgrzech jest około 7 milionów wyborców). Było to możliwe dzięki sieci wolontariuszy.
Ogromne znaczenie miały też media społecznościowe. Tu obecność budowali wszyscy kandydaci, którzy w większości byli osobami zupełnie nowymi w polityce. Łącznie zgromadzili oni około 2,2 miliona obserwujących, czyli równowartość ok. 30 procent całego elektoratu. W trakcie kampanii ich treści wygenerowały łącznie około 650 milionów odsłon.
Intensywna komunikacja w sieci, zdaniem twórców kampanii, nie byłaby jednak wystarczająca do tego, by dać ugrupowaniu szansę na wygranie wyborów.
– Kampania wychodziła z założenia, że wyborcy nie ufają już politykom jedynie dlatego, że wielokrotnie widzą ten sam przekaz.
Zaufanie pojawia się wtedy, gdy komunikaty są powiązane z rzeczywistą obecnością polityków, rozpoznawalnymi lokalnie twarzami i konsekwentnym, spójnym doświadczeniem.
– Dlatego budowanie pozycji kandydatów stało się jednym z kluczowych elementów strategii – tłumaczyła ministra.
Każdy okręg wyborczy musiał mieć swoją własną lokalną historię, wokół której skupiała się kampania. Każdy kandydat wystawiony w tych 106 okręgach był osobą całkowicie nową w polityce. Kandydatów ogłoszono w listopadzie, a od listopada do kwietnia budowali oni swoją wiarygodność i rozpoznawalność dosłownie na ekranach telefonów komórkowych wyborców.
Ale media społecznościowe same w sobie były niewystarczającym narzędziem kampanii. Kontakt za ich pośrednictwem musiał być uwiarygodniony regularną fizyczną obecnością w terenie i możliwością spotkań.
– To połączenie intensywnych działań online z działaniami offline miało kluczowe znaczenie – podkreśla Orbán.
Istotne było też to, co działo się w samym dniu wyborów.
– Nasza praca nie skończyła się w ostatni dzień kampanii. Zbudowaliśmy ogólnokrajowy system operacyjny działający w dniu głosowania. Dysponowaliśmy 19 tysiącami delegatów w komisjach wyborczych – oczywiście w każdej komisji było ich co najmniej dwóch. Mieliśmy także tysiące wolontariuszy pracujących w call center, aktywistów działających w terenie, obserwatorów, zespoły zajmujące się mobilizacją wyborców na podstawie baz danych, a także – co bardzo ważne – dużą grupę wolontariuszy monitorujących ewentualne nieprawidłowości wyborcze w samym dniu głosowania. Dzięki temu byli oni w stanie wykrywać i zapobiegać nadużyciom wyborczym w lokalnych okręgach. Mobilizacja wyborców i ochrona uczciwości procesu wyborczego były traktowane jako dwie części tej samej misji: zagwarantowania, że w ostatecznym wyniku wyborów rzeczywiście odzwierciedlona zostanie wola obywateli – tłumaczyła Orbán.
Ostatecznie ta strategia polityczna i organizacyjna zmieniła sam przebieg wyborów. Tisza wygrała nie tylko głosowania na ogólnokrajową listę partyjną. Udało jej się również przełożyć ogólnokrajowe poparcie na zwycięstwa w poszczególnych okręgach wyborczych. Zdobyła 53 procent głosów oddanych na listę krajową, co przełożyło się na 141 mandatów w 199-osobowym parlamencie, oraz 96 spośród 106 jednomandatowych okręgów wyborczych.
– To nie było zwycięstwo ograniczone do jednego regionu kraju. Było to zwycięstwo o charakterze ogólnonarodowym, obejmujące praktycznie całe terytorium Węgier – mówi Orbán.
Zdaniem wicepremierki kampania odniosła sukces nie dlatego, że skutecznie dostarczała wyborcom polityczne komunikaty, lecz dlatego, że zbudowała relacje z wyborcami. – Myślę, że właśnie to może być najważniejszą polityczną lekcją dla nas wszystkich – uważa Orbán.
Ale czy ta zakończona happy endem opowieść o sile osobistych spotkań z wyborcami, udanej mobilizacji i bezpośredniej komunikacji wyczerpuje temat? W jakim stopniu da się to przełożyć na rywalizację wyborczą w Polsce w 2027 roku, czy w Stanach Zjednoczonych w 2028?
Przedstawiając swoją interpretację sukcesu wyborczego Tiszy, Anita Orbán nie wspomina o szeregu niezwykle istotnych czynników, które w połączeniu z umiejętnym wykorzystaniem zaangażowania społecznego złożyły się na fenomenalne zwycięstwo ugrupowania w węgierskich wyborach parlamentarnych.
Orbán nie wspomina, bo być może niezręcznie mówić o tym proeuropejskiej, liberalnej demokratce, w jak umiejętny sposób Péter Magyar wpisał swoją kampanię w populistyczną narrację o suwerenności i narodzie, którą od lat co najmniej 16 karmił Węgrów Viktor Orbán.
Specyfika okoliczności, w których Magyar usiłował przejąć władzę, pozwalała mu na wykorzystanie populistycznych ram narracyjnych, po które przez lata z lubością sięgał Orbán.
Magyar nie zakwestionował Orbánowskiej opowieści o narodzie zbudowanej zgodnie z populistyczną ramą podziału społeczeństwa na „prawdziwy naród” i „skorumpowane elity”.
Nie odrzucił populistycznej ramy, lecz – zgodnie z tym, co już 20 lat temu opisywał Cas Mudde, znany holenderski badacz populizmu, przejął ją i skierował przeciwko dotychczasowym rządzącym.
Pomimo że kampania Viktora Orbána robiła wszystko, by przekonać wyborców do tego, że reprezentantem skorumpowanych elit w tym układzie jest właśnie lider Tiszy (czemu sprzyjać miał fakt, że Magyar na etapie kampanii był europosłem, miał więc robić za „sługusa Brukseli”), to jednak Magyarowi udało się narzucić narrację i skutecznie przekonać wyborców do tego, że skorumpowane elity to obóz Viktora Orbána i że lud został zdradzony.
Magyar nie skupiał się na wytykaniu Orbánowi konserwatyzmu, nacjonalizmu, czy eurosceptycyzmu. Nie próbował przekonywać wyborców Fideszu, że przez szesnaście lat głosowali na niewłaściwą partię. Nie wikłał się z Orbánem w wojny kulturowe ani spory światopoglądowe. Zamiast tego konsekwentnie uderzał w dwa obszary: korupcję i nieudolność państwa.
To one miały dowodzić, że po szesnastu latach rządów obóz Fideszu przestał służyć narodowi, a zaczął służyć sam sobie.
To nie byłoby możliwe bez stopniowego rozszczelnienia kontrolowanego przez Fidesz systemu medialnego, o czym tuż po wyborach w OKO.press pisała Agata Szczęśniak. Przez lata wiedza o korupcji elit Fideszu funkcjonowała przede wszystkim w kręgu wyborców opozycji. W ostatnich miesiącach zaczęła jednak coraz skuteczniej docierać także do części elektoratu partii rządzącej. Pomogły w tym media społecznościowe, niezależne portale internetowe, a także narastający rozdźwięk między oficjalną propagandą sukcesu a codziennym doświadczeniem wielu Węgrów.
Ogromne znaczenie dla wiarygodności i siły przekazu Magyara miało też to, że występował w roli „insidera”, rzucającego wyzwanie systemowi Orbána. Przez lata był blisko elit władzy. Był związany z Fideszem, znał ludzi tworzących system od środka i sam przez pewien czas był jego beneficjentem. To sprawiało, że gdy oskarżał władzę o korupcję, nepotyzm czy oderwanie od rzeczywistości, jego słowa miały większą wiarygodność niż podobne zarzuty formułowane przez tradycyjną opozycję.
W oczach części wyborców nie występował jako przeciwnik systemu z zewnątrz, lecz jako „świadek koronny” oskarżający własne środowisko.
No i wreszcie nie sposób nie wspomnieć o absolutnie kluczowej kwestii dla zwycięstwa Tiszy w wyborach parlamentarnych: stan gospodarki. W ostatnich latach Węgry zmagały się z wysoką inflacją, stagnacją gospodarczą i pogarszającą się jakością usług publicznych.
Szczególnie dotkliwie odczuwalne były problemy służby zdrowia oraz szkolnictwa. Coraz większa część społeczeństwa zaczęła mieć poczucie, że choć państwo nieustannie mówi o sukcesach, ich własna sytuacja życiowa nie poprawia się. To właśnie w takich warunkach szczególnie podatny grunt znajduje narracja o skorumpowanych elitach oderwanych od codziennych problemów obywateli. Péter Magyar i Tisza właśnie ten temat wzięli na sztandary.
Tisza świadomie skonstruowała swój przekaz tak, by wyjść poza tradycyjne podziały węgierskiej polityki.
Zamiast eksponować najbardziej polaryzujące kwestie, skoncentrowała się na korupcji, pogarszającym się stanie ochrony zdrowia i edukacji oraz patriotyzmie rozumianym jako odbudowa państwa.
Politolodzy określają taką strategię mianem „populizmu walencyjnego” (to określenie z fizyki, oznaczające coś „najbardziej zewnętrznego”; elektron walencyjny to elektron znajdujący się na ostatniej orbicie atomu). Chodzi o skupienie uwagi na problemach, co do których większość wyborców zgadza się zarówno co do ich istnienia, jak i potrzeby rozwiązania.
Dzięki temu Tisza mogła budować szeroką koalicję wyborców, zamiast angażować się w spory, które od lat dzieliły Węgrów.
Było to szczególnie ważne dlatego, że pozwalało uniknąć walki z Fideszem na polu najkorzystniejszym dla Orbána. Przez lata jego kampanie opierały się na walce z migracją, promowaniu łamania praw człowieka, kwestiach genderowych czy wojnie w Ukrainie. To właśnie tam Fidesz potrafił najskuteczniej mobilizować własny elektorat.
Magyar przeniósł spór na teren jakości rządzenia, korupcji i sprawności państwa.
Lider Tiszy zrobił też wiele, by nie dać się zaszufladkować jako przedstawiciel „wielkomiejskich, liberalno-lewicowych elit”, które także przez lata były obiektem kampanii nienawiści ze strony Orbána. Temu też służył objazd kraju, podczas którego Magyar, niejednokrotnie zmęczony i głodny, dawał się zaprosić na herbatę i ciasto, czy nakarmić gulaszem.
Lider Tiszy nie pojawił się na wielkim koncercie przeciwko władzy, zorganizowanym przez miejskich aktywistów w Budapeszcie dzień przed wyborami. W tym czasie spotkał się z wyborcami m.in. w Miszkolcu i Hatvanie.
Magyar pozycjonował się jako anty-orbánowski, centroprawicowy, proeuropejski pragmatyk i celowo unikał najbardziej polaryzujących tematów.
Długo lawirował wokół praw osób LGBT. Broniąc prawa do organizacji parady równości w Budapeszcie, nie mówił o tym, że to sprawa praw osób LGBT, tylko kwestia prawa do zgromadzeń. Fidesz oskarżał o to, że "próbuje przenieść debatę na pole ideologiczne”. Po wyborach mówił szerzej: „każdy żyje i kocha, kogo chce”, o ile nie łamie prawa.
Był ostrożny w mówieniu o zielonej transformacji. Przedstawiał ją bardziej jako projekt na rzecz bezpieczeństwa państwa.
Jeśli chodzi o migrację, Magyar trzymał się bliżej prawicy niż liberalnej lewicy. Zapowiadał utrzymanie płotu na południowej granicy i odrzucenie unijnego paktu migracyjnego. Krytykował Orbána za nieudolność oraz płacenie kar UE, a nie za restrykcyjną i niezgodną z prawami człowieka politykę jako taką.
Wiele cech kampanii Magyara było żywcem wyjętych z kampanii populistów.
Był silny lider, bezpośrednia komunikacja z wyborcami, ograniczenie roli pośredników, emocjonalna więź z sympatykami oraz koncentracja uwagi mediów wokół jednej postaci. Jak pisze Cas Mudde w tekście „The populist Zeitgeist”, nie są to może cechy definiujące populizm, ale niewątpliwie tworzą środowisko, w którym populistyczne strategie komunikacyjne stają się szczególnie skuteczne.
To Magyar był jedyną postacią ruchu Tisza, która ogniskowała uwagę mediów. To on dawał polityczną legitymizację kolejnym nieznanym szerszej publiczności kandydatom, którzy startowali w poszczególnych okręgach. Magyar, jako przywódca, był zbuntowanym insiderem systemu. Ale już kandydaci Tiszy wpisywali się w ramy godnych zaufania członków „ludu”. Nie doświadczeni politycy, nie oderwane od narodu elity. Z list Tiszy startował lokalny przedsiębiorca, nauczycielka, menadżerka, lekarz.
Kampania Magyara nie była więc antidotum dla populizmu w polityce. Okazała się raczej przykładem tego, jak sięgając po populistyczne metody, można odbić kraj z rąk populistów.
Tisza walczyła o większość konstytucyjną. Żeby zyskać tak duże poparcie, by być w stanie przeprowadzić transformację ustrojową na Węgrzech, Péter Magyar musiał trafić do części wyborców Fideszu. Nie byłoby dwóch trzecich większości w parlamencie, gdyby Tisza skutecznie nie odbiła części wyborców Fideszowi. I właśnie na to obliczona była kampania.
Ale istotne jest też to, że do zwycięstwa Tiszy bardzo wydatnie rękę przyłożyli także stratedzy kampanii Fideszu.
Podstawowa strategia ugrupowania Viktora Orbána, od lat oparta na wzniecaniu lęku, czy to przed zalewem migracji i utratą tożsamości, czy obecnie przed tym, że Węgry zostaną wciągnięte do wojny w Ukrainie, strategia, która jeszcze cztery lata temu przyniosła tej partii kolejny wyborczy sukces, tym razem poniosła spektakularną porażkę.
Okazało się, że kampania oparta na wzbudzaniu strachu ma swoje ograniczenia.
W momencie coraz bardziej odczuwalnych problemów bytowych, ubożenia społeczeństwa, wyzwań dla standardu życia, wzbudzanie irracjonalnego strachu może nie wystarczyć. Jak trafnie zauważa Domonkos Sik, węgierski socjolog z uniwersytetu Eötvösa Loránda w artykule „Populistyczne żonglowanie strachem”, choć ta strategia przez lata utrzymała węgierskich populistów przy władzy, to niesie ona ze sobą zagrożenia: powoduje całkowite pozbawienie dialogu politycznego jakichkolwiek głębszych wartości. Tworzy system polityczny promujący wrogość i teorie spiskowe.
„Co najgorsze, ciągłe żonglowanie urojonymi wrogami zabiera przestrzeń na dyskusję o prawdziwych zagrożeniach dla świata, takich jak nierówności ekonomiczne, katastrofa klimatyczna, wojna czy pandemie” – zauważa Sik. Pogłębia oderwanie od rzeczywistości, także klasy rządzącej.
Dokładnie w tę pułapkę wpadł Fidesz, co kosztowało partię utratę władzy.
Kampania Magyara nie była więc opowieścią o tym, jak liberałowie pokonali populistów. Raczej o tym, jak opozycja nauczyła się wykorzystywać część populistycznych narzędzi przeciwko ugrupowaniu, które przez lata stosowało je najskuteczniej.
Tisza nie odrzuciła języka narodu, suwerenności czy rozliczenia elit.
Zmieniła jedynie odpowiedź na pytanie, kto jest narodem, a kto skorumpowaną elitą.
Do zwycięstwa Tiszy bez wątpienia przyczyniło się też ogromne zmęczenie Węgrów 16-letnią władzą. A to, że każdą władzę, nawet autokratów, udaje się obalić wtedy, gdy społeczeństwo dotkliwie odczuwa pogarszające się warunki życia, to stara prawda w polityce. W tym kontekście kampania Magyara nie pokazuje nic nowego.
Dziennikarka działu politycznego OKO.press. Absolwentka studiów podyplomowych z zakresu nauk o polityce Instytutu Studiów Politycznych PAN i Collegium Civitas, oraz dziennikarstwa na Uniwersytecie Wrocławskim. Stypendystka amerykańskiego programu dla dziennikarzy Central Eastern Journalism Fellowship Program oraz laureatka nagrody im. Leopolda Ungera. Pisze o demokracji, sprawach międzynarodowych i Unii Europejskiej. Publikowała m.in. w Tygodniku Powszechnym, portalu EUobserver, Business Insiderze i Gazecie Wyborczej.
Dziennikarka działu politycznego OKO.press. Absolwentka studiów podyplomowych z zakresu nauk o polityce Instytutu Studiów Politycznych PAN i Collegium Civitas, oraz dziennikarstwa na Uniwersytecie Wrocławskim. Stypendystka amerykańskiego programu dla dziennikarzy Central Eastern Journalism Fellowship Program oraz laureatka nagrody im. Leopolda Ungera. Pisze o demokracji, sprawach międzynarodowych i Unii Europejskiej. Publikowała m.in. w Tygodniku Powszechnym, portalu EUobserver, Business Insiderze i Gazecie Wyborczej.
Komentarze