0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: archiwum prywatne Marfy Rabkowejarchiwum prywatne Ma...

W marcu reżim Łukaszenki zwolnił niemal 250 więźniów politycznych w zamiach za zniesienie części sankcji przez USA. Wśród nich znalazła się Marfa Rabkova, działaczka Centrum Praw Człowieka „Wiosna”, założonego przez noblistę Alesia Bialackiego. Rabkova była sądzona w tzw. procesie anarchistów, skazano ją m.in. za kierowanie zorganizowaną grupą przestępczą. Usłyszała rekordowy wyrok dla kobiety w sprawie politycznej – 15 lat kolonii karnej. W chwili skazania miała 27 lat.

Opowiada Marfa Rabkova.

Moja młodość przypadła na okres odwilży. Mieszkałam w Dobruszy, małym miasteczku na granicy z Rosją i Ukrainą. Był tam pomnik trzech sióstr, mający symbolizować trzy bratnie narody: białoruski, ukraiński i rosyjski. Od zawsze interesowałam się polityką i oczywiście chciałam zmieniać świat.

Pamiętam, jak potężne wrażenie zrobiły na mnie wybory z 19 grudnia 2010 roku i ówczesne protesty. Za kilka tygodni wypadały moje urodziny, kończyłam 16 lat. Odbywały się akcje milczące, ludzie wychodzili na ulice i place, klaskali w milczeniu. W moim mieście tego nie było, ale wiedziałam, co się dzieje w kraju z Internetu.

Przeczytaj także:

W 2012 dostałam się na studia i wyjechałam do Mińska. Tam zaczęłam świadomie angażować się w działania aktywistyczne.

W 2020 roku odchodziłam już od środowiska aktywistycznego i dryfowałam w stronę działań na rzecz praw człowieka. Pracowałam w Centrum Praw Człowieka „Wiosna”, organizacji założonej w 1996 roku przez Alesia Bialackiego, gdzie koordynowałam pracę wolontariuszy. Podczas wyborów 2020 roku kierowałam pracą obserwatorów w komisjach wyborczych w ramach kampanii „Obrońcy praw człowieka za wolnymi wyborami”.

To miały być inne wybory

W 2020 roku panowało powszechne przekonanie, że to będą inne wybory, zwłaszcza w porównaniu z poprzednimi, z 2015 roku. W 2020 pojawili się nowi kandydaci i to był powiew świeżości. Był Sierhej Cichanouski, bardzo popularny wśród ludzi, także na prowincji. Był też Wiktor Babaryka, szef jednego z największych banków. Po raz pierwszy w życiu zobaczyłam przebudzenie w białoruskim społeczeństwie. Ludzie zaczęli dyskutować i się kłócić, bo wreszcie było o co się kłócić. Nagle wszystko ożyło. No i był też COVID-19.

Na całym świecie wybuchła panika, nikt nie wiedział, co robić. A w Białorusi pełną parą działała propaganda. Wykorzystywano stare, sowieckie mechanizmy, fałszując statystyki zachorowań i zgonów, kompletnie nie biorąc pod uwagę, że wraz z pojawieniem się Internetu ludzie sami docierali do prawdy.

Na COVID Łukaszenka zalecał samogon, banię i pracę na traktorze.

I ludzie wreszcie przestali się na to godzić. Wszyscy też śledzili kampanię wyborczą. Widzieliśmy zatrzymanie Cichanouskiego na żywo w telewizji, a kilkaset osób w Grodnie widziało to na własne oczy. I wszyscy wiedzieli, że nie było żadnych podstaw do jego zatrzymania.

Start Swietłany Cichanouskiej w zastępstwie za męża to był bardzo odważny krok. Łukaszenka uznał, że na kobietę nikt nie będzie głosował, więc nie jest żadnym zagrożeniem i pozwolił jej kandydować. Ale takiego zaangażowania obywateli nie było w Białorusi nigdy i reżim szybko zorientował się, co się dzieje. W dniu wyborów nie wywieszano wyników publicznie, jak to miało miejsce do tej pory. Protokoły głosowań były chowane i wywożone. Jedynie kilka komisji wywiesiło uczciwie policzone głosy i tam wygrała Cichanouska.

Byłam podsłuchiwana, grożono mi

9 sierpnia na ulice wyszło dużo ludzi, ale najliczniejsze protesty dopiero miały się wydarzyć. I to już były protesty nie tyle przeciwko fałszowaniu wyborów, ile przeciw milicyjnej przemocy i przeciw torturom.

Nie pamiętam, kiedy zobaczyłam pierwszą pobitą osobę, ale pamiętam dobrze mojego wolontariusza. Spotkałam się z nim w biurze „Wiosny”, podniósł koszulkę i pokazał mi wyraźnie odciśnięty ślad podeszwy buta omonowców na plecach.

Mnie chcieli zatrzymać jeszcze przed 2020 roku. Wszczynano przeciw mnie sprawy administracyjne, sprawę karną, skreślono mnie z listy studentów, pobito mnie, zatrzymywano także osoby, z którymi się spotykałam. Byłam obserwowana, podsłuchiwana, grozili mi.

Zatrzymano mojego wolontariusza, spędził 10 dni w areszcie śledczym. Gdy go wypuścili, oczywiście bez przedstawienia żadnych zarzutów, nagrał mi głosówkę: za 10 dni zatrzymają ciebie. Zlekceważyłam to, bo już nie zwracałam na takie rzeczy uwagi. Ale jednocześnie zaczęłam porządkować rzeczy w pracy. Chciałam, aby w przypadku mojego zatrzymania robota szła dalej, bez zakłóceń. Byłam też strasznie przemęczona, od sierpnia spałam po trzy godziny na dobę, więc myślałam, że jak mnie zatrzymają w sprawie administracyjnej, to dadzą mi 15 dni i wreszcie się wyśpię.

Szybko okazało się, że te 15 dni zamienią się w 15 lat.

17 września 2020 roku, w dniu mojego zatrzymania, odbierałam nagrodę dla „Wiosny” od ambasadora Polski. Nie miałam żadnych innych sukni, więc założyłam tę, w której brałam ślub, drugi raz w życiu. To była prosta, szara sukienka. Po imprezie stwierdziłam, że to dobry moment, by tak po prostu przespacerować się z moim mężem. Tego dnia wypadały też urodziny mojej mamy. Nawet miałam do niej jechać, ale powiedziała mi, że urodziny ma co roku, a takiego odznaczenia nie dostaje się każdego dnia. Kupiłem więc bilet do Dobruszy na następny dzień.

Ponowne urodziny

Zatrzymali mnie więc w jej urodziny, a zwolnili pięć i pół roku później, w urodziny taty. Co ciekawe, ostatnie lata odsiadki spędziłam z Nastą Lojką, która urodziła się tego samego dnia co ja. Mówiłam jej: Nasta, urodziłyśmy się tego samego dnia i razem tego samego dni wyjdziemy, to będą nasze ponowne urodziny. I tak się stało, więc obchodzimy i pierwsze, i drugie urodziny razem.

Jak wyglądało samo zatrzymanie? Wracaliśmy z mężem razem w stronę domu, mieliśmy jakieś 15 minut piechotą. W pewnym momencie podjechał do nas minibus, wyskoczyło z niego kilku mężczyzn. Męża rzucili na ziemię, a mnie po prostu podnieśli i zanieśli do auta. Krzyczałam jego imię, póki mnie nie zamknęli w aucie.

Męża zwolnili następnego dnia rano. Mnie zawieźli do owianego złą sławą mińskiego aresztu Akreścina, gdzie spędziłam tylko dobę. Dostałam materac i cały worek rzeczy od wolontariuszy „Wiosny”, którzy dyżurowali przed aresztem. Wtedy dowiedziałam się, że robota szła dobrze, mimo mojego zatrzymania. W Akreścinie był krótki okres odwilży, jeszcze w sierpniu było tam piekło.

Dręczy mnie jedno pytanie, czemu się tak na mnie uwzięli i dali mi aż 15 lat kolonii karnej? Ja w życiu kieruje się logiką, a to było po prostu nielogiczne.

Kara rosła

Przez pierwsze pół roku nie usłyszałam żadnych zarzutów w związku ze sprawą anarchistów. Miałam tylko jeden zarzut: finansowanie masowych zamieszek, za co groziło mi maksymalnie trzy lata. Co takiego finansowałam? „Wiosna” płaciła za ludzi mandaty i opłaty za odsiadki, a ja miałam pokwitowania. Zaproponowano mi układ – wskażę na konkretne osoby, a w zamian dostanę areszt domowy do rozprawy i odroczony wyrok. W tym czasie mój ojciec chorował na raka, był w ostatnim stadium. Wiedzieli, że często do niego jeździłam, więc myśleli, że mają na mnie haka. W przypadku odmowy grozili mi ostrzejszymi zarzutami. Odmówiłam.

Pół roku usłyszałam więc zarzuty udziału w zorganizowanej grupie przestępczej, a groźba kary wzrosła do 12 lat.

Znów zaproponowali mi układ: współpraca w zamian za współpracę. Dali mi kolejne pół roku, żeby się zastanowić i ostrzegli, że jeśli się nie zgodzę, to będzie jeszcze gorzej. Przekonywali mnie, że łamali już nie takich jak ja, prawdziwych bandytów.

Mija więc kolejne pół roku, znów nie idę na współpracę i dostaję zarzuty. Gigantyczna lista z dziewięciu artykułów karnych, łączny wyrok do 20 lat, a akta grube jak Talmud. Rzuciłam nimi, mówiąc: coście tu nawymyślali? Wrzucili mi wszystko, co dotyczyło Działania Rewolucyjnego, od powstania tej anarchistycznej grupy, czyli od 2005 roku, gdy miałam 10 lat. W trakcie śledztwa z nikim nie rozmawiałam, ale w sądzie zapytałam, jak w wieku 10 lat mogłam przewodzić zorganizowanej grupie przestępczej. Zmienili więc daty, tak aby zarzuty dotyczyły już mojego pełnoletniego życia.

Żywie Bielarus, Slava Ukraini

W trakcie pobytu w areszcie śledczym wybuchła wojna w Ukrainie. Siedziałam w celi z telewizorem i widziałam, co się dzieje. Rosyjska telewizja pokazywała bombardowania Kijowa. Siedziała ze mną Rosjanka, sądzona za pokojowe protesty w Białorusi. Płakała i mówiła, jak bardzo jej wstyd za Rosję.

W pierwszej kolejności jesteśmy ludźmi, potem narodami i nie można oceniać ludzi za to, co robią ich rządy.

Bardzo mnie bolało, że nie mogę nic zrobić, dlatego w mowie końcowej w sądzie powiedziałam nie tylko Żywie Bielarus, ale i Slava Ukraini. Mimo że rozprawa była zamknięta, to wiedziałam, że moje słowa ujrzą światło dzienne i tak się stało. Wyrok zapadł we wrześniu 2022 roku, czyli dwa lata po moim zatrzymaniu.

Jak wygląda kolonia karna? Mogę mówić tylko o kolonii żeńskiej, bo kolonia męska wygląda zupełnie inaczej. Kolonia żeńska jest przede wszystkim bardzo biedna, jakby czas się w niej zatrzymał. W wiadomościach mówią o rozwoju sztucznej inteligencji, a ty siedzisz w rozsypujących się budynkach, które pamiętają lata 60. Życie w kolonii karnej to odbicie rzeczywistości w krzywym zwierciadle: wszystkie wartości, które nam się wpaja przez całe życie, jako dobre, w kolonii są uważane za złe. A te złe, jako dobre.

Za wszystko, co jest w kolonii, płacą osadzeni. Mężczyźni dostają więcej pieniędzy od rodzin, dlatego ich kolonie są bogatsze. U nas w większości osadzone były matki, które nie płaciły alimentów i tzw. margines społeczny, nie było więc nas stać nawet na miotłę do zamiatania celi. Często mówi się, że więźniowie siedzą na koszt podatników, ale to nie prawda.

Cztery kopiejki

Za pracę w kolonii karnej dostaje się kopiejki. Ja pracowałam jako szwaczka. Jako że zostałam zaliczona do ekstremistów i terrorystów, nie mogłam chodzić do pracy poza wyznaczonymi godzinami. Nie mogłam też dostawać pieniędzy na swoje konto z zewnątrz. Pracowałam więc tylko na jednej zmianie i choć robiłam to bardzo dobrze, najlepszą pensją, jaką dostałam, było 60 rubli, czyli około 20 dolarów. Na miesiąc, oczywiście. To i tak była bardzo duża pensja, bo pierwsza wyniosła raptem 17 kopiejek, a na rękę – cztery. Majątek. To była pensja szwaczki-uczennicy. I to były moje jedyne pieniądze na życie w kolonii.

Przez pierwszy okres znajdowałam się na tzw. kwarantannie, razem z dwiema innymi więźniarkami politycznymi. Później trafiłam na oddział. Oddziały traktowane są jak oddzielne kolonie. Były oddziały koszmarne i tzw. oddziały typu luksusowego. Jeszcze zanim trafiłam do kolonii, wiedziałam, które są które.

Koszmarna była dziewiątka. Byłam pewna, że tam trafię, ale na miejscu okazało się, że jest oddział jeszcze gorszy niż dziewiątka. Osiemnastka. I to do niej trafiłam. To tam siedziała Maryja Kalesnikava, tam trafiały więźniarki polityczne, aby zostać przemielone na kotlet, w karcerach i izolatkach. Dorzucano im kolejne zarzuty, co tylko wydłużało wyroki.

Do izolatki (PKT) nigdy nie trafiałam, tylko do karceru, czyli ShIZO. PKT i ShIZO znajdowały się w zielonym domku, jednopiętrowym budynku z maleńkimi celami. W ShIZO, gdy rozkładało się przymocowane do ścian łóżka, zajmowały całą celę. Obok była toaleta i zlew, całkowicie otwarte, bez żadnego przepierzenia. Nic więcej. Łóżka rozkłada się tylko na noc, a śpi na gołych deskach. Dostaje się też więzienny drelich zakładany na gołe ciało, więc jest strasznie zimno. W ShIZO spędza się od trzech dni do piętnastu, ale mogą ci też dać 10 dni, a potem kolejne, kolejne i tak w nieskończoność. W PKT siedzi się samemu od miesiąca do sześciu, ale tam można mieć swoje rzeczy: książki, listy, no i są materace. Wszyscy kierowani do ShIZO marzą o PKT.

Zobaczyć człowieka w każdym

Na początku dawali mi w kość, więc do niczego się nie przyznawałam, ani nie rozmawiałam z administracją, ale gdy już zobaczyłam, co i jak działa w kolonii, to namawiałam dziewczyny, aby przyznawały się do winy, byle tylko nie trafić o ShIZO. Papier przyjmie wszystko, a zdrowie i życie ma się jedno. Wątpię, czy dziewczyny, które przechodziły wielokrotnie przez ShIZO będą mogły kiedykolwiek zajść w ciążę. Warunki tam były naprawdę ciężkie, co niejednokrotnie odbijało się na zdrowiu więźniarek.

Owszem, byłam hipokrytką, bo sama się do niczego nie przyznawałam, ani nie pisałam wyznania win, aż do pierwszego razu. Bardzo to było dla mnie bolesne, ale na tamten moment ceną były losy dwóch osób. Grożono, że jak się nie przyznam do wymyślonych win, to spotka ich coś złego. Pomyślałam: czort z nimi, przeżyje ten wstyd, trzeba ratować ludzi.

Życie wszędzie jest życiem, nawet w kolonii. Znaleźć radość i szczęście można zawsze, to nie jest tak, że wszystkie w kolonii siedziałyśmy załamane i czekałyśmy nie wiadomo na co. Dla mnie szczególnie ważne było, aby widzieć człowieka w każdym, nawet w tych, którzy zatracili już swoje człowieczeństwo. W administracji też. To był długi proces. Zwłaszcza po śmierci ojca było to dla mnie trudne. Ale gdybym nienawidziła ludzi pracujących w tym systemie, to niczym bym się od nich nie różniła.

A ja chciałam za wszelką cenę ochronić swoje człowieczeństwo.

Ludzie chłoną środowisko, w którym się znajdują. Aby ocalić w sobie to, z czym się do kolonii przychodziło, trzeba było dołożyć ogrom starań. A mówię tylko o zachowaniu tego, kim się było, nie o pójściu choćby o krok dalej. Ale w tym świecie pełnym krzywych zwierciadeł, jeśli pokazujesz przywiązanie do wartości, ludzie do ciebie lgną. Wtedy to są już twoi ludzie.

To straszne dla każdej matki

Trafiłam na 15 lat do kolonii karnej, ale trudniej mi było się pogodzić z wyrokiem, gdy z trzech lat podskoczył do 12. Gdy pojawia się wyrok dwucyfrowy, to już nie ma tak wielkiej różnicy. Żal mi było tylko mojej mamy, którą starałam się przygotować na wysoki wyrok. Za zarzut kierowania zorganizowaną grupą przestępczą, jaki usłyszałam, minimalną karą jest 3/4 wyroku maksymalnego. Ale do tego nie da się przygotować, to straszne dla każdej matki.

Nigdy nie pogodziłam się ze swoim wyrokiem, za co się rugałam, bo to była moja słabość. Powinnam ocenić sytuację na trzeźwo: jest możliwość, że odsiedzę cały wyrok. Logika jednak mi podpowiadała, że to niemożliwe, więc nie mogłam się z tym pogodzić. Najbardziej nie lubiłam, gdy inni więźniowie podchodzili do mnie, patrzyli na naszywkę na moim ubraniu, z imieniem, nazwiskiem, datą zwolnienia i zarzutami, które u mnie się nie mieściły i pytali: to ile będziesz mieć lat, jak wyjdziesz? 39 – odpowiadałam, a oni wtedy mnie uspokajali, mówiąc, że może mi skrócą o rok. Koniec mojego wyroku przypadał na 21 marca 2034 roku.

Gdy mnie zwolnili po 5,5 roku, od razu wywieźli mnie na Litwę, jedyne, co widziałam to drogę z Mińska do Wilna.

W kolonii setki razy wyobrażasz sobie dzień zwolnienia. W tych marzeniach zawsze jest rodzina, którą przytulasz, czujesz ich zapach, rozmawiasz z nimi. Wielkim bólem dla mnie było to, że mogą mnie wywieźć z Białorusi. Jak mantrę powtarzałam, że chce zostać w kraju, nieważne pod jaką kontrolą, byle tylko zostać. Ale powiedzieli, że mnie wywiozą. Rzadko się denerwowałam podczas odsiadki, a wtedy puściły mi nerwy. „Jak możecie wyrzucać swojego obywatela w ręce tego złego Zachodu? Ratujcie mnie od Zachodu, ratujcie mnie od USA, ja chcę zostać w Białorusi” – krzyczałam. To oczywiście był sarkazm, bo przecież nie uważam, że Zachód to imperium zła. Ale przecież wyrzucanie zwalnianych więźniów z Białorusi to wielka hipokryzja ze strony reżimu.

Patrzyłam w okno i płakałam

Gdy jechałam do kolonii na te 15 lat, nie płakałam. Gdy powiedzieli, że mnie wywiozą – rozpłakałam się tak, że nie mogłam się uspokoić. Patrzyłam w okno, a łzy kapały na podłogę. Gdy końcu zebrałam się w sobie, zaczęłam się oswajać, że w moim życiu będzie nie tylko kolonia karna, ale i emigracja. Całe pokolenia Białorusinów żyły na emigracji, miałam więc do nich dołączyć. Gdy już chodziłam po ulicach Wilna, czytałam tablice – kto i gdzie z Białorusi żył i gdzie pracował. Cóż, emigracja to przecież nie koniec życia.

Z mężem zobaczyłam się dopiero w Wilnie, z mamą nie, nie może wyjechać z uwagi na zdrowie.

Co się stało z rewolucją 2020 roku i co się musi stać, aby Białoruś była wolna? To bardzo dobre pytania. Myślę, że wszystko zależy od tego, co chcemy zobaczyć. Represje po protestach były straszne, ale jednocześnie zaczęły się dziać niesamowite rzeczy. Ludzie zaczęli się uczyć języka białoruskiego, historii, pojawiła się alternatywna kultura i sztuka o narodowym kolorycie. Pojawiła się świadomość tego, kim jesteśmy, a przecież bez tego nie ma przyszłości. Wcześniej takimi sprawami zajmowali się jedynie aktywiści i opozycjoniści, ale w 2020 roku staliśmy się wolni jako naród i społeczeństwo.

Dziś można zmusić nas do milczenia, ograniczyć nam wolność, ale przecież do głowy i do duszy nikt nam nie wejdzie.

A co musi się stać, aby Białoruś była wolna? Jesteśmy zakładnikami geopolitycznych rozgrywek, ale nie myślę o geopolityce. Myślę o tym, co może robić naród pod okupacją, co może robić każdy człowiek. I myślę, że trzeba zachować kulturę, zachować wartości i zachować pamięć. Bez tego nic się nie uda zbudować. Ważna też jest pomoc i solidarność z innymi. Jeśli pomogę choćby dwudziestu Białorusinom – to już będzie coś wspaniałego.

I o tym będę mogła opowiedzieć społeczeństwu, kiedy już wrócę do swojej niepodległej Białorusi.

Komentarze