W polskiej debacie obecne jest Schadenfreude z powodu spowolnienia niemieckiej gospodarki, kłopotów ze skrajną prawicą czy demografią. A jak sobie z tym Niemcy radzą? Pragmatycznie podsumowujemy sytuację z Marią Skórą, ekspertką od polityki niemieckiej i europejskiej.
W Polsce o Niemczech mówi się dużo, ale rzadko spokojnie. Prawica od lat buduje wokół naszego zachodniego sąsiada polityczną obsesję: Niemcy mają dominować, dyktować warunki albo upadać pod ciężarem własnych błędów. Z drugiej strony każda próba bardziej racjonalnej rozmowy o relacjach polsko-niemieckich bywa przedstawiana jako naiwność, a nawet brak patriotyzmu.
W polskiej debacie Niemcy często służą bardziej jako ekran dla własnych lęków i obsesji niż jako realny przedmiot rozmowy. O tym, co naprawdę dzieje się dziś za Odrą, Anna Wójcik rozmawia z Marią Skórą, ekspertką od polityki niemieckiej i europejskiej.
Anna Wójcik: W Polsce dużo mówi się o Niemczech, zwłaszcza na prawicy, która ma wręcz antyniemiecką obsesję. Trudno czasem prowadzić racjonalną rozmowę o tym kraju: o jego polityce, gospodarce czy relacjach w Unii Europejskiej. Tymczasem Niemcy same przechodzą dziś bardzo duże zmiany. Jakie są najważniejsze osie tych przemian?
Maria Skóra: Społeczeństwo niemieckie rzeczywiście znajduje się dziś w momencie dużej transformacji. I nie chodzi tylko o pierwszy rok rządów Friedricha Merza, ale o procesy, które narastały od lat.
W Polsce często postrzega się Niemcy dosyć stereotypowo — przez pryzmat historii albo wyobrażenia o bogatym sąsiedzie. Tymczasem ten kraj naprawdę przechodzi różnego rodzaju transformacje.
Powiedziałabym, że obecnie społeczeństwo niemieckie mierzy się ze znaczącymi zmianami, które będą miały wpływ na jego przyszłość w trzech głównych obszarach: demografii, gospodarce i polityce.
W Polsce dyskusja o demografii jest bardzo intensywna, a współczynnik dzietności należy do najniższych w Europie. Niemcy to państwo ponad dwukrotnie liczniejsze od Polski, z inną strukturą społeczną, innym saldem migracji, ale jednak mierzące się z podobnymi problemami, jak większość rozwiniętych społeczeństw zachodnich. Co dzieje się tam w obszarze demografii?
Rzeczywiście, w Niemczech występują podobne tendencje jak w Polsce, jeśli chodzi o ruch naturalny ludności. Niemcy są społeczeństwem, które po pierwsze się starzeje, a po drugie obserwujemy tam spadek stopy zastępowalności pokoleń.
W Niemczech sytuacja jest tylko trochę lepsza niż w Polsce. Aktualny wskaźnik dzietności wynosi około 1,3 dziecka na kobietę, a więc zdecydowanie poniżej poziomu zastępowalności pokoleń. To społeczeństwo starzejące się. Ciekawe jest też to, że procesy depopulacyjne szczególnie mocno dotykają Niemcy wschodnie.
Ludzie wyjeżdżają ze wschodnich landów. Współczynnik dzietności jest tam niższy niż na zachodzie. Widać więc nie tylko różnice między obszarami miejskimi i wiejskimi, ale także ciągle istniejące różnice między dawnymi Niemcami Zachodnimi i Wschodnimi. Podejrzewam, że wiąże się to również z tym, że warunki życia i dochody są jednak wyższe na zachodzie.
Na zachodzie jest więcej przemysłu i największe niemieckie miasta. Największy przyrost populacji, podobnie jak w Polsce, ma miejsce właśnie w dużych miastach — takich jak Berlin, Hamburg czy Brema. Wyludnia się natomiast przede wszystkim wschód: Saksonia, Turyngia, Meklemburgia.
Wschodnie landy są już dziś znacząco mniej ludne niż zachodnie. Jakie są polityczne i społeczne konsekwencje tych różnic?
To bardzo ciekawe pytanie. Oczywiście nie tylko demografia odgrywa tu rolę, bo częścią tej opowieści jest także migracja.
Domyślam się, do czego zmierzasz: na wschodzie Niemiec preferencje polityczne są inne niż na zachodzie. Właśnie tam coraz większe sukcesy odnosi radykalna prawica, czyli Alternatywa dla Niemiec, AfD. Powodów, dla których ludzie głosują na to ugrupowanie, jest wiele. Jednym z nich jest poczucie relatywnej deprywacji: przekonanie, że jest się obywatelem drugiej kategorii, przegranym, że zjednoczenie Niemiec nie dla wszystkich było jednoznacznie pozytywne i nie wszystkim przyniosło takie same korzyści.
To na pewno wpływa na frustrację, brak zaufania do rządu i poczucie, że wschodni Niemcy wciąż nie są wystarczająco reprezentowani w strukturach władzy. To z kolei sprzyja popularności AfD.
AfD jest partią, dla której jednym z głównych tematów jest migracja. Warto jednak zauważyć, że najwięcej migrantów i migrantek mieszka na zachodzie Niemiec. Ekspozycja na wielokulturowość i wieloetniczność jest więc na wschodzie mniejsza niż na zachodzie, a mimo to temat migracji bardzo tam rezonuje.
Być może jest to pewna paralela z Polską i Europą Środkowo-Wschodnią. Polska stała się w ostatnich latach celem migracji, szczególnie po wybuchu wojny w Ukrainie, ale nadal jesteśmy społeczeństwem bardziej homogenicznym niż Niemcy. A mimo to migracja jest u nas bardzo silnie instrumentalizowana i wykorzystywana politycznie.
Warto chyba wprowadzić tutaj pojęcie osoby z tak zwaną historią migracji. To bardzo charakterystyczne dla Niemiec określenie, kategoria statystyczna. Dotyczy osób, których oboje rodzice nie mieli obywatelstwa niemieckiego.
To pojęcie jest używane przede wszystkim w demografii i statystyce publicznej. Jeżeli wejdziesz na stronę niemieckiego urzędu statystycznego, możesz zobaczyć, jak kształtuje się struktura społeczeństwa pod względem różnorodności etnicznej.
Niemcy mają dość rozbudowaną typologię osób z historią migracyjną, tłem migracyjnym czy doświadczeniem migracji. Te kategorie w różny sposób określają, czy ktoś sam przyjechał do Niemiec, czy urodził się już w Niemczech jako dziecko rodziców, którzy wcześniej przyjechali jako migranci.
Pamiętajmy też, że po II wojnie światowej miała miejsce ogromna migracja Niemców, którzy wracali z terenów, które przestały być niemieckie — na przykład z terenów dzisiejszej Polski. To było około 10 milionów ludzi. Przyjazdy tak zwanych późnych przesiedleńców rozciągnęły się na wiele dekad po wojnie. Również te osoby są ujmowane w specyficznych niemieckich kategoriach migracyjnych.
Społeczeństwo niemieckie jest więc społeczeństwem, dla którego migracja była w XX wieku doświadczeniem żywym i intensywnym — bardziej niż w Polsce. Szacuje się, że około 20 milionów osób w Niemczech to osoby z tak zwaną historią migracji. To mniej więcej jedna czwarta społeczeństwa. Wśród dzieci i młodzieży ten odsetek jest jeszcze wyższy.
Niemcy są więc zdecydowanie społeczeństwem wielokulturowym i wieloetnicznym, zwłaszcza w dużych miastach. W Polsce może nam to czasem umykać albo bywa wykorzystywane w negatywnych narracjach o Niemczech: że „Niemiec już nie ma”, że kraj został „zalany migrantami”, że jest niebezpiecznie.
Z jakich krajów najczęściej pochodzą osoby z historią migracji albo ich rodzice?
Największe grupy migrantów to Polacy i Turcy. W ostatnich latach także Ukraińcy. Oprócz tego wiele osób pochodzi z terenów byłego ZSRR, a także z krajów arabskich, zwłaszcza z Syrii. Dziesięć lat temu mieliśmy do czynienia z dużym napływem osób uciekających przed wojną w Syrii. To był moment polityki otwartych drzwi Angeli Merkel.
Jeżeli chodzi o migrantów z Unii Europejskiej, to najwięcej jest Polaków, Rumunów, Chorwatów, Bułgarów i Węgrów. Dopiero później pojawiają się Włosi, Hiszpanie czy Grecy. Niemcy są więc krajem bardzo zróżnicowanym etnicznie.
Jeżeli chodzi natomiast o osoby poszukujące azylu albo próbujące dostać się do Niemiec z krajów pozaeuropejskich, Niemcy przez lata były jednym z głównych celów migracyjnych na świecie. Od kilku lat funkcjonują jednak kontrole na granicach zewnętrznych Niemiec.
Był to zresztą powód napięć między rządem polskim i niemieckim, między Donaldem Tuskiem i Friedrichem Merzem, ponieważ kontrole uderzają w wiele polskich firm oraz pracowników i pracownic dojeżdżających do pracy w Niemczech. Te kontrole są wyrywkowe, ale wpisują się w politykę zaostrzenia kursu migracyjnego.
Co ciekawe, ta polityka zaczęła się jeszcze za bardziej progresywnego rządu Olafa Scholza. I widać, że przynosi skutki: liczba wniosków azylowych w Europie jest najniższa od lat. Niemcy spadły z pierwszego miejsca na czwarte, za Hiszpanię i inne duże kraje będące celem migracji.
Nie zmienia to jednak faktu, że Niemcy są już społeczeństwem bardzo przyzwyczajonym do różnorodności. W debacie publicznej pojawiają się jednak radykalne pomysły AfD dotyczące tak zwanej remigracji, czyli de facto deportowania osób, które już mieszkają w Niemczech. Jak dalece ma to przełożenie na niektóre pomysły obecnego niemieckiego rządu?
Friedrich Merz bardzo niefortunnie wypowiada się o migracji. Jego wypowiedzi są czasami krzywdzące i niesprawiedliwe wobec osób z pochodzeniem czy tłem migracyjnym. Dla tych osób bolesne są właśnie dyskusje o tym, kto nadal „zasługuje” na pobyt w Niemczech, albo o ponownym zaostrzeniu prawa dotyczącego nadawania obywatelstwa.
Przypomnijmy, że poprzedni rząd złagodził te przepisy i ułatwił procedury. To stało się przedmiotem kontestacji partii bardziej prawicowych. Trzeba jednak zauważyć, że po tych zmianach obywatelstwo niemieckie rzeczywiście stało się łatwiej dostępne. Wystarczy mieszkać w Niemczech przez pięć lat, znać język niemiecki i spełnić określone warunki. Są oczywiście obostrzenia: trzeba być ekonomicznie samowystarczalnym, nie pobierać świadczeń socjalnych i tak dalej.
Największym faux-pas Merza są jednak jego wpadki narracyjne. Na przykład wypowiedzi o tym, że migranci szkodzą „krajobrazowi miejskiemu”, albo podchwytywanie haseł wrzucanych do debaty przez AfD, takich jak reemigracja czy rozważania, pod jakimi warunkami można by odbierać obywatelstwo osobom, które już je uzyskały.
To są dyskusje, które u szeroko rozumianej społeczności migranckiej w Niemczech budzą niepewność i poczucie, że mogą zostać potraktowani jak obywatele drugiej kategorii.
CDU zawsze miała bardziej konserwatywny stosunek do polityki migracyjnej. Wydaje mi się, że flirtowanie z narracjami skrajnej prawicy dotyczącymi migracji jest z jednej strony obliczone na wyczuwanie nastrojów społecznych, a z drugiej na mobilizację wyborców.
CDU rywalizuje o to, by jej wyborcy nie odpływali do AfD. Nie mówię, że jest to zjawisko masowe, ale gdy patrzymy na przepływy wyborców, widzimy, że część osób rozczarowanych obecnym rządem albo wcześniejszymi szesnastoma latami rządów Angeli Merkel wybiera bardziej radykalne opcje — czy to z powodu rzeczywistej zmiany poglądów, czy w ramach protestu.
Motywy głosowania na AfD są różne, ale widać przesuwanie się narracji, szczególnie w polityce migracyjnej, bardziej w prawo i bardziej w stronę radykalną.
W polskiej debacie publicznej pojawiają się też alarmistyczne tony dotyczące kondycji niemieckiej gospodarki, która w ostatnich latach nie rozwija się tak dynamicznie, jak wcześniej. Pojawia się swojego rodzaju Schadenfreude. Oczywiście nie jest to korzystne ani dla polskiej gospodarki, ani dla Unii Europejskiej.
Niemcy od kilku lat znajdują się, jeśli nie w stagnacji, to okresowo nawet w recesji. Przyczyny są różnorodne.
Z jednej strony są to czynniki koniunkturalne. Najpierw była pandemia, później wojna w Ukrainie. Niemcy przez lata miały szczególne relacje z Rosją i dostęp do tanich paliw. Po 2022 roku sytuacja radykalnie się zmieniła. Wzrost kosztów energii spowodowany wojną oraz odcięcie od taniego rosyjskiego gazu i ropy sprawiły, że niemiecki przemysł musiał skonfrontować się z rynkowymi cenami tych surowców.
Z drugiej strony mamy problemy systemowe. Żarty o braku cyfryzacji w Niemczech są prawdziwe. Przedsiębiorcy i firmy często podnoszą kwestię obciążeń biurokratycznych i bardzo długiego czasu potrzebnego na spełnienie wymogów administracyjnych. To dotyka szczególnie Mittelstand, czyli małe i średnie firmy, które obok wielkich koncernów samochodowych i maszynowych stanowią rdzeń niemieckiej gospodarki. One odczuwają nie tylko wzrost kosztów produkcji, ale także ciężar biurokracji.
Trzecia rzecz to zmiany demograficzne, o których mówiłyśmy. Niemcy są w permanentnym kryzysie braku wykwalifikowanej siły roboczej. Wynika to także z niedostosowań strukturalnych.
Dlaczego kraj, który ma, z polskiej perspektywy, bardzo dobrze finansowany system nauki i szkolnictwa wyższego, nie potrafi odpowiednio przygotować ludzi do rynku pracy albo ich przekwalifikować?
Ten rozdźwięk widać w wielu rozwiniętych krajach. Mamy dużo osób z wykształceniem uniwersyteckim, a brakuje osób z wykształceniem zawodowym i kierunkowym — takich, które mogą pracować w przemyśle, sektorze opieki i innych kluczowych obszarach.
To często są zawody nisko płatne albo niewystarczająco prestiżowe, ale bez nich państwo i gospodarka nie funkcjonują. To także problem gospodarki niemieckiej.
Do tego dochodzi kwestia innowacyjności. Nie powiedziałabym może, że innowacyjność niemieckiej gospodarki spada, ale Niemcy dały się jednak wyprzedzić. Przykład Chin i elektromobilności dobrze to pokazuje. Azjatyckie koncerny wyprzedziły niemieckie firmy samochodowe, które zbyt długo opierały się rewolucji elektromobilności. To odbiło się na gospodarce.
Niemcy nadal są krajem eksportu i trzecią gospodarką świata, ale złapały zadyszkę. Zmiana kursu w polityce zagranicznej i handlowej Stanów Zjednoczonych także jest wyzwaniem. Nałożenie ceł było dla Niemiec szokiem i trudnością, bo Niemcy eksportują do Stanów Zjednoczonych między innymi stal i samochody.
Niemiecki rząd szuka sposobów na ożywienie gospodarki. I tutaj pojawia się duża zmiana historyczna i polityczna: zwiększenie wydatków na obronność oraz przestawienie części produkcji na potrzeby bezpieczeństwa i obrony. W Polsce nie trzeba szczególnie tłumaczyć, dlaczego po II wojnie światowej tego rodzaju przemysł nie był w Niemczech priorytetem.
Przecież Niemcy mają przecież jedne z największych koncernów zbrojeniowych i są wielkim eksporterem także w tym obszarze.
Tak, oczywiście. Ale obecnie wydatki na bezpieczeństwo są najwyższe od zakończenia zimnej wojny. Rheinmetall i inne wielkie koncerny ściśle współpracują z mniejszymi firmami i sektorem średnich przedsiębiorstw.
W pewnym sensie ma to pobudzić gospodarkę i w perspektywie czasu podnieść łączny wskaźnik wydatków na bezpieczeństwo zewnętrzne i wewnętrzne do 5 procent. Część tych pieniędzy ma pójść na infrastrukturę, część na obronność. Chodzi także o rozruszanie produkcji wewnętrznej i zminimalizowanie ryzyka deindustrializacji.
To zdecydowanie nowość w Niemczech: tak duże pieniądze płynące nagle w obronność.
Pomimo kryzysów, niemiecki dobrobyt nadal istnieje. Statystycznie w Niemczech pracuje się krócej i zarabia więcej niż w Polsce. Choć w ostatnich latach, po raz pierwszy od dekad, więcej osób z polskim paszportem wyjeżdża z Niemiec do Polski niż odwrotnie. Z czego to wynika?
Kraje Europy Środkowo-Wschodniej bardzo przyspieszyły w ostatniej dekadzie. Ogromne znaczenie miały dla tego środki z Unii Europejskiej. Polska od 2004 roku, czyli od momentu przystąpienia do Unii, była jednym z głównych beneficjentów funduszy europejskich, przeznaczanych także na infrastrukturę.
Kiedy dziś wjeżdża się do Polski, drogi są świetne, pociągi coraz częściej jeżdżą punktualnie, internet jest szybki. Widać, że inwestycje infrastrukturalne w tej części Europy są świeższe i nowsze. Ale oczywiście nie odbierając siły i energii polskiej gospodarce, trzeba pamiętać, że jest ona bardzo mocno połączona z gospodarką niemiecką i także bardzo skorzystała na integracji europejskiej.
Dlatego byłabym ostrożna z Schadenfreude. Niemcy są tak ogromnym krajem — gospodarczo i populacyjnie — że recesja u nich może negatywnie odbić się także w Polsce.
Jak to wszystko wpływa na zmiany polityczne? Dwie wielkie partie — chadecja i socjaldemokracja — nie mają już większości tortu, tylko są podgryzane przez mniejsze ugrupowania.
Rzeczywiście mamy do czynienia z fragmentacją niemieckiej sceny politycznej. Socjaldemokraci przeżywają rekordowy spadek poparcia. Ten proces trwa już od kilku lat, ale partia, która w najlepszych czasach osiągała wyniki rzędu 30–35 procent, dziś w sondażach potrafi mieć około 12 procent. To ogromny spadek.
CDU także pozostaje poniżej 30 procent. Ostatnio na popularności zyskała bardziej radykalna lewica, Die Linke.
Zieloni mają swój silny i zdyscyplinowany elektorat. Ale największym beneficjentem tych przemian jest AfD — radykalnie prawicowa partia, która od kilku lat konsoliduje elektorat i stopniowo go poszerza.
Sukcesów AfD można upatrywać właściwie we wszystkim, o czym rozmawiałyśmy: w spowolnieniu gospodarczym, poczuciu, że obecny i poprzedni rząd nie oferują odpowiedzi na stagnację i rosnące koszty życia, ale także w kwestii migracji, który jest dla tej partii bardzo nośny. Szczególnie ważny jest tu dostęp do ograniczonych zasobów i pewien nacjonalizm socjalny czy gospodarczy. To klasyczne narracje stosowane przez partie skrajnie prawicowe.
AfD przez lata narracyjnie bardzo się zmieniła. Najpierw była „partią profesorów”, którzy sprzeciwiali się przenoszeniu kompetencji gospodarczych i finansowych na poziom Unii Europejskiej. Chcieli bronić Niemiec przed transferami na przykład do Grecji. Dziś Alice Weidel, jedna z liderek AfD, występowała na wiecach poparcia Viktora Orbána, a partia bardzo pielęgnuje relacje z ruchem MAGA i Donaldem Trumpem. Na ile dzisiejszy program AfD to europejski, niemiecki trumpizm?
Trochę tak, ale też trochę nie. AfD bardzo mocno sprzeciwia się angażowaniu Niemiec w konflikty zbrojne. Dotyczy to zarówno Ukrainy, jak i wojny na Bliskim Wschodzie czy wojny w Iranie.
AfD rzeczywiście przeszła dużą przemianę: od partii konserwatywnie eurosceptycznej do partii bardziej radykalnej. Szczególnie tak zwany kryzys migracyjny z lat 2015–2016 ją wypromował. Wtedy migracja stała się jej głównym tematem.
AfD ma też zdolność tworzenia oferty dla różnych segmentów elektoratu.
Wspomniana Alice Weidel jest twarzą konserwatywną, ale nie tak otwarcie radykalną jak Björn Höcke, popularny w Turyngii, który bardzo wyraźnie relatywizuje historię, odwołuje się do debat o nazizmie i mówi o konieczności odejścia od „pedagogiki wstydu”.
Jest też Tino Chrupalla, jedna z czołowych postaci AfD, polityk z Niemiec Wschodnich, który reprezentuje agendę silnie rezonującą z osobami ze wschodnich landów.
Elektorat AfD jest więc różnorodny. Są tam osoby o poglądach skrajnych i radykalnych. Są konserwatyści, którzy nie zawsze zgadzają się z najbardziej radykalnymi wystąpieniami partii. Są także wyborcy protestu — osoby, które wcześniej nie głosowały albo straciły zaufanie do elit politycznych i dzięki populistycznemu, antyestablishmentowemu przekazowi AfD zostały przez tę partię zmobilizowane. Dla wielu z nich głos na AfD jest sposobem pokazania politykom w Berlinie niezadowolenia i braku wiary w to, że elity realizują interesy zwykłych obywateli.
Jaki program za tym idzie? Które elementy niemieckiego status quo AfD chce zmienić? Czy oferuje tylko radykalną narrację, czy chodzi o konkretne zmiany: wyjście z Unii Europejskiej, dużą korektę polityki socjalnej, bardziej wolnorynkowy model państwa?
Na pewno AfD nie stoi już za Dexit, czyli wyjściem Niemiec z UE. Podobnie jak wiele innych partii eurosceptycznych, w tym polska Konfederacja. Poparcie dla członkostwa w Unii Europejskiej jest na tyle duże, że pchanie kraju w stronę wyjścia z UE — szczególnie po doświadczeniach Wielkiej Brytanii — byłoby politycznym strzałem w kolano.
AfD opowiada się raczej za zatrzymaniem dalszej federalizacji Unii Europejskiej i cofnięciem się do modelu, który nazywa Europą Ojczyzn. Chodzi o integrację ekonomiczną, współpracę gospodarczą, a także możliwość występowania z niektórych polityk unijnych albo dobrowolnego uczestnictwa w wybranych obszarach.
W polityce krajowej AfD sprzeciwia się hojnej polityce społecznej. Ma też zacięcie wolnościowe czy liberalne w polityce fiskalnej i gospodarczej.
W polityce zagranicznej partia pozycjonuje się na równy dystans: chce współpracy zarówno ze Stanami Zjednoczonymi, jak i z Rosją. To partia, która w opozycji bardzo dobrze odnalazła się w krytykowaniu właściwie każdego rządu: od Angeli Merkel, przez wielką koalicję, po progresywny rząd Olafa Scholza. Z rządem Scholza miała najwięcej punktów spornych, także w polityce obyczajowej. AfD zarzuca bardziej progresywnym partiom promowanie „wokizmu”, „ideologii gender”, erozji tradycyjnej rodziny i tak dalej.
To cały wachlarz tematów charakterystycznych dla tej rodziny politycznej. Ale AfD prawie nigdzie jeszcze nie rządzi, poza kilkoma sukcesami na poziomie lokalnym. W Niemczech funkcjonuje bowiem coś w rodzaju kordonu sanitarnego, nazywanego też ścianą ognia: współpraca innych partii politycznych, której celem jest niedopuszczenie skrajnej prawicy do władzy.
Popularność AfD, zwłaszcza we wschodnich Niemczech, sprawia jednak, że ta strategia staje się coraz trudniejsza do utrzymania. W Brandenburgii doszło na przykład do współpracy CDU z partią Sary Wagenknecht — ugrupowaniem konserwatywnym w niektórych kwestiach, ale jednak wywodzącym się z radykalnej lewicy. Powstają więc egzotyczne koalicje, byle tylko ominąć AfD.
Zbliża się seria wyborów regionalnych w poszczególnych landach. Szczególnie pod lupą komentatorów i mediów znajdują się wybory w Saksonii-Anhalt, które odbędą się we wrześniu. AfD jest tam bardzo silna. Celem partii jest zdobycie 45 procent albo nawet więcej. Na razie zbliża się do granicy 40 procent, ale niesiona wzrostem popularności i inspiracją płynącą z Donalda Trumpa oraz ruchu MAGA, ma wielki apetyt na lepszy wynik.
Przy okazji wyborów w Saksonii-Anhalt, na które patrzeć będą całe Niemcy, AfD zaprezentowała nowe, jeszcze bardziej radykalne pomysły. Dotyczą one przede wszystkim polityki migracyjnej, integracyjnej i społecznej.
Jednym z nich jest dodatkowe świadczenie dla dzieci, których przynajmniej jeden rodzic jest Niemcem. Dzieci z takich rodzin miałyby otrzymywać dodatkowe wsparcie, a dzieci, których rodzice nie mają obywatelstwa niemieckiego, nie. To sposób promowania ludności lokalnej w opozycji do ludności napływowej.
Innym pomysłem jest zastąpienie obowiązku szkolnego obowiązkiem edukacji. W praktyce oznaczałoby to coś w rodzaju „Teksasu w Niemczech”: większe równouprawnienie edukacji domowej i większą kontrolę rodziców nad treściami nauczania. Uzasadnieniem jest tu ochrona dzieci przed tak zwanym wokizmem, ideologią gender i wychowywanie ich w tradycyjnych wartościach.
Trzeba oczywiście zapytać, w jakim stopniu tego rodzaju rozwiązania byłyby w ogóle możliwe do przeprowadzenia na poziomie regionalnym.
Podejrzewam, że jest to element dobrze znanej strategii AfD: wrzucania do debaty publicznej wybuchowych, radykalnych tematów po to, aby nią wstrząsnąć i jeszcze bardziej przesunąć ją na prawo.
Po pełnoskalowym ataku Rosji na Ukrainę, w Niemczech miała nastąpić wielka reorientacja — zmiana myślenia o polityce wschodniej. W jakim stopniu po tych kilku latach to przewartościowanie rzeczywiście się dokonało?
Wojna w Ukrainie była dla Niemiec brutalną pobudką. Przez dekady Niemcy utrzymywały bliskie relacje z Rosją, których wspólnym mianownikiem był tani gaz i tania ropa. Okazało się, że ostrzeżenia płynące z Europy Środkowo-Wschodniej, w tym z Polski, nie były rusofobią ani paniką, ale uzasadnionymi obawami o prawdziwe oblicze Władimira Putina.
Niemcy doświadczyły tego brutalnie. Odbiło się to na ich gospodarce.
Rząd Merza kontynuuje narrację, w której Rosja jest jednoznacznie identyfikowana jako reżim wrogi.
Ale kryzys goni kryzys. Po zmianie władzy w Stanach Zjednoczonych zaczęło chwiać się partnerstwo transatlantyckie. Wydaje mi się, że Merz był wobec Donalda Trumpa o wiele bardziej cierpliwy, niż można by się spodziewać. Uzasadnienie jest takie, że relacje transatlantyckie są dla Niemiec nadal bardzo ważne: gospodarczo, kulturowo i w zakresie bezpieczeństwa.
Nie wyklucza to inwestowania w bezpieczeństwo europejskie, rozbudowy architektury bezpieczeństwa w Europie w oparciu o współpracę z Francją, Polską czy Wielką Brytanią.
Ale relacje transatlantyckie trzeba pielęgnować, bo administracja Trumpa kiedyś przejdzie do historii i wtedy lepiej będzie nie odbudowywać wszystkiego na gruzach, tylko utrzymać podstawy współpracy.
Kolejnym ważnym dylematem niemieckiej dyplomacji jest stosunek do Izraela. Z powodów historycznych relacje te są bardzo bliskie. Niemcy deklarują się jako wielki przyjaciel i sojusznik Izraela. Ale w obliczu rządu Benjamina Netanjahu, jego skrajnie prawicowego skrętu oraz tego, co dzieje się w Gazie, Niemcy doświadczają silnego dysonansu poznawczego.
Jak reagować na rząd Izraela, którego premier jest objęty postępowaniem Międzynarodowego Trybunału Karnego, a jednocześnie pozostaje liderem państwa, wobec którego Niemcy mają szczególną odpowiedzialność historyczną?
To jest coś, z czym Niemcy będą musiały się zmierzyć. Tym bardziej że w Niemczech mieszkają zarówno społeczności żydowskie, jak i arabskie, co oznacza także przenoszenie tego konfliktu na grunt wewnętrzny.
I chyba najważniejsze z polskiej perspektywy: Niemcy zaczęły dostrzegać, że Polska nie jest już biednym kuzynem ze wschodu. Polska bardzo się rozwinęła i jest kluczowa wobec wyzwań dotyczących bezpieczeństwa i obronności.
Wydaje mi się, że w tym zakresie, zwłaszcza przy dobrej chemii między Merzem a Tuskiem — także dlatego, że należą do tej samej rodziny politycznej — można spodziewać się nie tyle kolejnego „nowego otwarcia”, ile realnego zintensyfikowania i poprawy relacji.
Czas pokaże.
Rosja
Uchodźcy i migranci
Ukraina
USA
Władza
Friedrich Merz
Alice Weidel
demografia
Drugi Rzut Oka
Friedrich Merz
gospodarka
Izrael
MAGA
migracja
Niemcy
Pisze o praworządności, demokracji, prawie praw człowieka. Prowadzi podcast OKO.press "Drugi rzut OKA na prawo". Współzałożycielka Archiwum Osiatyńskiego i Rule of Law in Poland. Doktor nauk prawnych.
Pisze o praworządności, demokracji, prawie praw człowieka. Prowadzi podcast OKO.press "Drugi rzut OKA na prawo". Współzałożycielka Archiwum Osiatyńskiego i Rule of Law in Poland. Doktor nauk prawnych.
Komentarze