Prawa autorskie: Agata Kubis/OKO.pressAgata Kubis/OKO.pres...
04 grudnia 2021

Jedna granica, 10 kryzysów, z którymi nie radzimy sobie jako państwo, jako obywatele, jako ludzie

Z jednej strony mamy Europę odwróconą plecami do migrantów. A w Polsce dwie grupy ludzi, które w tej kwestii nie zamierzają szukać wspólnego języka, unikają dialogu i nie chcą wspólnie rozwiązania problemu. Straciliśmy z oczu człowieka. Na wielu poziomach

Wydarzenia na granicy polsko-białoruskiej uwydatniły wiele problemów, z którymi nie radzimy sobie jako państwo, obywatele, Europejczycy, katolicy czy dziennikarze. Jako ludzie - pisze Szymon Opryszek, reporter, który w ślad za migrantami przebył cały ich szlak ze Stambułu do Mińska i na granicę polsko-białoruską i opisał to w wybitnym czteroodcinkowym reportażu w OKO.press, nominowanym do nagrody Grand Press.

Od dwóch miesięcy Opryszek opisuje wydarzenia po obu stronach granicy. Oto 10 kryzysów, w których według niego tkwimy skonfrontowani z ludzką potrzebą migrantów szukających bezpiecznego miejsca dla siebie i swoich rodzin. Polska znalazła się na szlaku tych ludzi. I zdaniem Szymona i jego rozmówców słabo zdaje egzamin z człowieczeństwa.

Zapraszamy do lektury.

1. Kryzys polityki migracyjnej

Zapytałem kilkunastu osób na Podlasiu, jak nazwaliby jednym słowem to, co dzieje się na granicy. Słowo kryzys padało jak seria z karabinu, z ust sklepikarek, taksówkarzy, dziennikarzy, kurierów na rowerach, bez względu, czy byli zwolennikami czy przeciwnikami przyjęcia migrantów. Niekiedy tylko przerywane takimi niewybuchami jak „wojna”, czy „apokalipsa”.

To kryzys, zgadzają się zarówno lewa i prawa strona. Jest sztuczny i wykreowany przez reżim Łukaszenki, istnieje na to wiele dowodów i nie ma sensu ich nawet powtarzać. Dyktator nie wymyślił koła, skorzystał z gotowych wzorów z Turcji, Maroka, Libii, czy nawet Rosji, w której pogranicznicy wręczali migrantom rowery, by na nich pedałowali do Finlandii. Rola Łukaszenki? Co do tego też panuje zgoda.

Słowo kryzys, które paradoksalnie łączy Polaków, pochodzi z greckiego „krisis” i oznacza decyzję, czy też szukanie rozwiązania. Jednak uczepione migracji utraciło ten sens. „Kryzys migracyjny”, ten zlepek słów, nadużywany przez polityków, media, a nawet w codziennych rozmowach, odwraca uwagę od człowieka, migranta i migrantki, od niemowląt po osoby stare.

"Bardziej niż z »kryzysem migracyjnym« mamy do czynienia z wynikającymi z niego kryzysami humanitarnym i politycznym" - komentuje dla OKO.press prof. Maciej Duszczyk, ekspert od migracji z Uniwersytetu Warszawskiego.

Anna Alboth, ekspertka Minority Rights Group i aktywistka Grupy Granica: "Namawiam do używania zwrotu: kryzys polityki migracyjnej, zamiast kryzys migracyjny. Nie mamy żadnego kryzysu migracyjnego. Liczba uchodźców w obozach w Europie jest absolutnie do ogarnięcia, nie jest to dla Europy najmniejszy problem. Gdyby tylko chciała".

I jeszcze jedna znamienna dla Polski uwaga. Według słownika języka polskiego synonimy słowa kryzys to m.in. bezruch, otępienie, klincz, niemoc, bezczynność.

2. Kryzys państwa

Polska wybrała trwanie w klinczu. Władze skupiły się na obronie granic, budowaniu wojennej narracji, wprowadzono stan nadzwyczajny w strefie przygranicznej, ograniczając do niej dostęp dla aktywistów, lekarzy czy dziennikarzy, w 2022 roku ruszy budowa muru na granicy z Białorusią.

Prof. Duszczyk wskazuje, że działania polskich władz są „kompletnie reaktywne”, nasze służby reagują na działania Łukaszenki i nie starają się przejąć inicjatywy w konflikcie. Jego zdaniem otwarcie korytarza humanitarnego lub umożliwianie złożenia wniosków o azyl choćby kobietom i dzieciom wytrąciłyby niektóre argumenty z rąk białoruskiego dyktatora.

"W ramach całego instrumentarium państwa, które jest szerokie, używamy wyłącznie instrumentów siłowych, jak wojsko na granicy czy budowa muru. Mogą być one konieczne do zastosowania, ale same na pewno nie rozwiążą problemów. Przy rozwiązywaniu kryzysów tego typu, jak pokazały inne państwa, gra się na wielu fortepianach. My gramy tylko na jednym. A tego właśnie potrzebował Łukaszenka, to jeden z elementów działań hybrydowych. Dla niego zdjęcia ludzi polewanych przez polskie służby są wymarzone. Teraz może powiedzieć światu, patrzcie, oni polewają ludzi zimą, a ja leję tylko w lato. Gdyby na wcześniejszym etapie lepiej »zarządzano kryzysem« można było tego uniknąć" – wskazuje Duszczyk.

A melodia, która płynie z przekazów polityków obozu władzy, jest iście wojenna. Budowanie atmosfery strachu jest na rękę politykom z obozu PiS, krótkoterminowo zadziałało i pozwoliło przykryć tematy rozbuchanej inflacji i powracającej pandemii, długoterminowo ma ułatwić walkę o wyborcze głosy i coraz większą kontrolę nad społeczeństwem czy mediami.

Jednak rząd Prawa i Sprawiedliwości stał się ofiarą własnej narracji. Pochodną wydarzeń na granicy jest kryzys wizerunkowy Polski. Oczywiście on postępuje od lat, natomiast w obecnej sytuacji, choćby za sprawą wpuszczenia dziennikarzy międzynarodowych mediów do przygranicznego obozu przez Łukaszenkę, o działaniach Polski usłyszał cały świat.

"Świat widzi, że mówimy »nie«, ale nie mamy żadnej innej propozycji. Nie jestem zwolennikiem rozmawiania z Łukaszenką, negocjacje Angeli Merkel z dyktatorem uważam za błąd. Ale co jest alternatywą? My jako państwo nie zaproponowaliśmy nic innego. Wiele roboty wykonują inne państwa, którym zależy na rozwiązaniu problemu, a nie wierzą, że Polska sama sobie z tym poradzi" – uważa Duszczyk.

3. Kryzys humanitarny

Politolog Klaus Bachmann w eseju dla „Gazety Wyborczej” postawił tezę, że w przypadku wydarzeń na polsko-białoruskiej granicy nie mamy do czynienia z kryzysem humanitarnym, a „serią drobnych incydentów”.

Bachmann podaje liczby: do Hiszpanii w niektóre dni na wybrzeże docierało nawet sześć tysięcy migrantów z Maroka. Dziennie! W przypadku polskiej granicy mieliśmy do czynienia z czterema tysiącami, które przez tydzień znajdowały w tymczasowym obozie na wysokości przejścia w Kuźnicy, wielu z nich zostało już zresztą deportowanych do Iraku, dzięki działaniom unijnych dyplomatów. Kolejne setki rozproszone są wzdłuż granicy, codziennie docierają wieści o próbach przedarcia się przez zasieki.

Do Niemiec dotarło ponad 10 tysięcy. To wszystko nie są - relatywnie - wielkie liczby.

Rozumiem tłumaczenia Bachmanna w skali makro, ale trudno mi zgodzić się z tą tezą w skali mikro.

Czy istnieje jakieś statystyka, według której jest jakiś próg kryzysu humanitarnego? Powyżej pięciu tysięcy ludzi? Poniżej zera stopni Celsjusza? Czy kryzys zaczął się, gdy spadł pierwszy śnieg? A może skończył się, gdy białoruski reżim został zmuszony do otwarcia obozów tymczasowych i migranci trafili na wielkiej hali dawnego magazynu?

Jeśli codziennie dostaję wiadomości od koczujących w lasach po białoruskiej stronie, zwykle o treści: „Nie mam wody, nie mam jedzenia, pomocy”, to przecież nie mogę spokojnie iść spać. A chodzi o ledwie kilkanaście osób.

Zapytałem o to prof. Duszczyka. "Jeżeli umierają ludzie, a dzieci są wywożone do lasu, to jednak mamy do czynienia z kryzysem humanitarnym. I nie chodzi o liczby. Jeżeli mamy do czynienia z codzienną eskalacją wydarzeń i nie potrafimy zarządzać tym kryzysem normalnymi środkami, państwo abdykuje w wielu sprawach, społeczeństwo obywatelskie wykonuje za nie robotę humanitarną, to przekroczyliśmy masę krytyczną" – uważa ekspert z Uniwersytetu Warszawskiego.

4. Kryzys relacji z UE

Problem w tym, że część Polaków (a przy tym większość etatowych wyborców Zjednoczonej Prawicy) jest przeciwna migrantom. Dlatego władza traktuje sprawę migracji jak przedwyborcze paliwo. Władze PiS – skonfliktowane z UE na wielu poziomach i budujące antyunijną narrację – nie mogły sobie pozwolić m.in. na zaproszenie przedstawicieli Fronteksu, z czego korzystały w przeszłości Hiszpania, Włochy czy Grecja.

Prof. Duszczyk uważa, że obecnie na granicy mamy do czynienia z sytuacją, do której Frontex został stworzony. Co warto podkreślić, działania Fronteksu opierają się na porozumieniu między państwem zapraszającym a instytucją.

"Państwo prosi o analitykę, ludzi, samoloty, łodzie, określa swoje potrzeby. Funkcjonariusze nie wykonują swoich zadań bez kontroli państwa goszczącego, to ono określa mandat. Już kilka tygodni temu, wiele unijnych instytucji ogłaszało możliwość wsparcia, a my te propozycje odrzuciliśmy. Na pewno Frontex to nie jest jakieś idealne antidotum na to, co się dzieje, ale jednak ma doświadczenie z radzenia sobie z tego typu problemami. Odpowiedzialność za strzeżenie granicy zawsze będzie po naszej stronie, ale dobrze mieć instytucje, które będą nas w tym wspierać" – mówi Duszczyk.

Dlaczego nie chcemy skorzystać z rad Fronteksu? "Mam dwa podejrzenia. Po pierwsze, by nie powiedzieć, że UE może się nam do czegoś przydać, bo przecież jest tylko bankomatem. Po drugie, po kryzysie wizerunkowym lat 2016-2017 we Fronteksie mocno patrzą na prawa człowieka i na pewno wspieraliby blokowanie granicy, ale przeciwstawialiby się wywożeniu dzieci do lasu i raportowaliby do centrali o przemocy i łamaniu podstawowych praw migrantów" – dodaje profesor.

Początek listopada pokazał, że premier Mateusz Morawiecki zmienił zdanie co do zaangażowania państw UE w rozwiązanie kryzysu. W sześć dni odwiedził przywódców 11 krajów, łagodził dotychczasowe spory i w temacie sytuacji na granicy uzyskał zapewnienie „solidarności z Polską” od kanclerz Angeli Merkel czy premiera Borisa Johnsona.

Za sukces polskiej dyplomacji można też uznać wizytę w Warszawie Charlesa Michela, przewodniczącego Rady Europejskiej, który wypowiedział się m.in. na temat finansowania z unijnych środków budowy muru na granicy polsko-białoruskiej.

Sam fakt, że odmienne zdanie na ten temat ma Ursula von der Leyen, przewodnicząca Komisji Europejskiej, pokazuje, że w UE nie ma konkretnego kierunku, w którym powinna podążać polityka migracyjna UE.

5. Kryzys polityki migracyjnej UE

Krytyczny w tym temacie jest prof. Maurizio Albahari, antropolog i autor książki „Crimes of Peace. Mediterranean Migrations at the World's Deadliest Border”. Opowiedziałem mu o działaniach Polski. Nie zastanawiał się długo: jego zdaniem polityka naszego kraju wpisuje się w działania Unii Europejskiej.

"Europa wzywa do poszanowania praw człowieka, ale to puste słowa. Jak niedawno zadeklarował prezydent Włoch Sergio Mattarella, istnieje zasadniczy rozdźwięk między wyznawanymi przez Europę wartościami a migrantami, którzy umierają z głodu lub toną w Morzu Śródziemnym" – uważa.

Albahari twierdzi, że nie tylko Polska uchyla się od międzynarodowego obowiązku umożliwienia migrantom złożenia wniosku o azyl, a z podobnymi sytuacjami mieliśmy do czynienia podczas innych kryzysów na innych zewnętrznych granicach Unii Europejskiej.

"W rzeczywistości to część szerszej długoterminowej strategii polityki eksternalizacji, w ramach której UE i jej państwa członkowskie zlecają zarządzanie migrantami, w tym osobami ubiegającymi się o azyl, do krajów spoza UE, takich jak Białoruś, Libia, Niger, Sudan, Maroko, Egipt. To pokazuje, jak bardzo ten system jest niezrównoważony i nierealistyczny" – uważa Albahari.

Jego zdaniem budowa murów przez Grecję i Bułgarię na granicach lądowych z Turcją – odpowiednio w 2012 i 2013 roku – a później umowa UE-Turcja, miały na celu utrzymanie międzynarodowej asymetrii w przejmowaniu odpowiedzialności za uchodźców.

"Na przykład tysiące migrantów są nadal przechwytywane na morzu przez libijską straż przybrzeżną i wracają do Libii w poniżających warunkach i wyzysku. Inni zostają pobici przez siły chorwackie, jak udokumentował Der Spiegel, oraz zepchnięci z powrotem na terytorium Bośni. Turcja nadal przetrzymuje miliony syryjskich i innych uchodźców, w porównaniu z tysiącami w Europie" – opowiada profesor.

W skrócie: Europa mówi o prawach człowieka, ale stara się odsuwać migrantów jak najdalej od swoich granic. Robi to jednak po cichu, drogą dyplomacji, unika nomenklatury i budowania atmosfery wojny, które upodobały sobie polskie władze.

Antropologowi wtóruje Anna Alboth z Grupy Granica. "Sądzę, że wszyscy źle rozumieliśmy »prawa człowieka« w Europie. Tu chyba od zawsze chodziło o prawa człowieka... europejskiego, a nie żadnego innego. Łudziliśmy się, a przynajmniej ja tak się łudziłam, że to chodzi o wszystkich ludzi na świecie. Wszystkie rozwiązania UE są zawsze po to, żeby Europejczykowi było dobrze. Żeby mu się dobrze działo, żeby był bezpieczny" – mówi.

Jej zdaniem Polska „gra w politykę migracyjną Europy”. "Pytanie, czy ona została stworzona po to, by migrantom i uchodźcom było dobrze? Czy żeby i Europejczykom, i migrantom było dobrze? Gdyby tak było, to ośrodki dla uchodźców czy obozy, czy to w Grecji, czy w Wielkiej Brytanii byłyby budowane w centrach miast, by ludzie się szybciej poznawali, przystosowywali do nowej kultury, by wszystkim było łatwiej. Ale dzieje się odwrotnie: obozy budujemy na końcach świata, wyspach, ogradzamy je murami, żeby wszystko jak najbardziej odsunąć i schować".

6. Kryzys wspólnoty

Z jednej strony mamy więc Europę odwróconą plecami do migrantów. A w Polsce dwie grupy ludzi, które w tej kwestii nie zamierzają szukać wspólnego języka, unikają dialogu i nie chcą wspólnie rozwiązania problemu.

Nie jest to odkrywcze, ale wydarzenia na granicy uwydatniły problem polaryzacji polskiego społeczeństwa. Oczywiście ona postępuje od lat, rząd PiS lubuje się w zaognianiu tematów konfliktowych, a uniemożliwianie dialogu zwaśnionych plemion jest elementem strategii budowania władzy.

"Polaryzacja ma przełożenie na życie codzienne: rodzin, przyjaciół, współpracowników. Mało mamy szarości, wszystko jest albo w prawo, albo w lewo. Jeśli jesteś za uchodźcami, to zaraz jesteś wrzucany do worka z tymi, co na pewno jeżdżą na rowerze, są za aborcją i afiszują się z tęczową flagą. A przecież wcale tak nie musi być. Nasze poglądy w różnych sferach mogą się różnić, a fajnie by było szukać tych wspólnych elementów, które nas gdzieś łączą. Bo z każdym nas jakiś temat łączy. Tylko czy ktoś daje taki przykład? Na poziomie polityki, religii, autorytetów? Słowo „dialog” dawno temu wyszło z mody" – zauważa Anna Alboth z Grupy Granica.

A przecież kryzys humanitarny – jak podobne traumatyczne wydarzenia z naszej historii - powinien służyć budowaniu dialogu i solidarności w polskim społeczeństwie.

Alboth twierdzi, że ostatnie lata w polskiej debacie publicznej to był trening we wzajemnym „niewidzeniu się” i nieszanowaniu przez strony podziału. A teraz krystalizuje się w terenie. Efekty są dość drastyczne, wystarczy wspomnieć przekłuwanie opon Medyków na Granicy czy tarasowanie drogi traktorem przed aktywistami.

"Jak się używa takich wielkich słów: patriotyzm, obrona granic, wojna, to łatwiej jest odwrócić wzrok od marznącego dziecka w lesie. Łatwiej je »poświęcić« dla narodowej sprawy" – dodaje aktywistka.

Antropolog Maurizio Albahari twierdzi, że bez społecznego dialogu trudno będzie Polsce wypracować rozwiązania na przyszłość w kwestii polityki migracyjnej.

"To do obywateli należy jednoznaczne zadeklarowanie, jaką politykę imigracyjną i uchodźczą chcą wprowadzić w swoim imieniu i czy uproszczone rozwiązania proponowane przez niektórych ich przywódców politycznych są trwałe, skuteczne i humanitarne" – przekonuje antropolog.

Ale do tego potrzeba empatii.

7. Kryzys empatii

Na Podlasiu poznałem małżeństwo, które jeszcze w sierpniu, gdy w mediach mówiło się wyłącznie o Usnarzu Górnym i Michałowie, było przeciwne migrantom. Głównie za sprawą retoryki władz w ostatnich latach. Aż pewnego dnia spotkali dwóch wycieńczonych Irakijczyków, którzy błagali o wodę. To działo się przy głównej drodze, szybko zbiegli się gapie, zaczęli robić zdjęcia.

Nikt nie dał wody. Po tym zdarzeniu zaczęli pomagać tym, którzy przedostawali się na polską stronę. Od tygodni donoszą im zupę, buty, odzież. Kupują karty SIM, które przed każdą wywózką niszczą polskie służby.

Podobnie zachowują się setki, aktywistów, wolontariuszy, mieszkańców strefy i nie tylko, ale też darczyńców z całej Polski, wszyscy starają się pomóc przybyszom z Bliskiego Wschodu.

"Sądzę, że do opinii publicznej nie przedostaje się informacja o tym, jak wygląda ruch pomocowy mieszkańców, bo większość pomagających o tym nie mówi, by nie przyciągać uwagi Straży Granicznej. Widzimy natomiast, że ostatnio coraz więcej osób deklaruje, że również chce pomagać" – uważa Danuta Kuroń, która współzałożyła Uniwersytet Powszechny im. Jana Józefa Lipskiego w Teremiskach.

Postępujący kryzys empatii to w dużej mierze zasługa narracji budowanej przez polityków i TVP wokół odczłowieczania migrantów. Ale czy można winić polityków za to, że gdy po okolicy rozeszła się plotka, że ktoś znalazł w lesie kurtkę z trzema tysiącami dolarów w kieszeni, w lesie zaroiło się do szperaczy? Przeszukują lasy w poszukiwaniu obozowisk. Słyszałem głosy, że do pralni w Hajnówce ludzie często przynoszą śpiwory i odzież przeznaczoną dla migrantów. Używają lasu jak second-handu.

Para, którą wspomniałem, działa w tajemnicy. Boją się sąsiadów, nie wspominają o tym nawet znajomym. Dlaczego? Opowiedzieli mi o ludziach, którzy kradną pakiety dostarczane przez aktywistów z Grupy Granica. Są też tacy, którzy śledzą samochody wolontariuszy, angażują się w utrudnianie pomocy migrantom, zazwyczaj dzwonią po straż graniczną, by utrudnić legalizację pobytu cudzoziemców.

"Sądzę, że osoby, które widząc uchodźców przywoływały strażników, czyniły to przede wszystkim z braku wiedzy. Nieznajomość prawa jest porażająca, a co gorsze łamanie prawa na terenach przygranicznych ma charakter systemowy. Funkcjonariusze wykonujący polecenia władzy nie tylko sami demonstracyjnie łamią prawo, ale dodatkowo wprowadzają ludzi w błąd – uważa Kuroń. - W tej sytuacji mieszkańcy terenów pogranicznych mieli prawo początkowo się pogubić. W momentach kryzysowych rzetelność informacji ma ogromne znaczenie".

8. Kryzys mediów

Znamienne jest to, że większość ogólnopolskich redakcji w dużej mierze oparła swoje relacje z granicy na informacjach sprawnej komunikacyjnie Grupy Granica, tweetach polskich polityków i instytucji oraz wiadomościach z propagandowych białoruskich agencji informacyjnych.

Przed dwoma tygodniami dziesiątki dziennikarzy z całego świata docierały na punkt kontrolny przed strefą stanu specjalnego, by potem pokazać w relacjach obrazki z policjantami zawracającymi samochody.

Byli też dziennikarze, m.in. Onetu czy OKO.press, którzy relacjonowali wydarzenia ze środka strefy. Jednak mam wrażenie, że media – zarówno polskie, jak i międzynarodowe, oddały to pole bez walki.

Rozmawiałem o tym z hiszpańską dziennikarką prasową, która relacjonowała m.in. z Bagdadu i Kabulu. Nie mogła się nadziwić. "To absurd, bo nawet największe reżimy pozwalają dziennikarzom relacjonować wydarzenia z linii frontu. Moim zdaniem to łamanie podstawowej zasady prawa do informacji, które w dużej mierze wpływa na kształtowanie opinii wśród obywateli" – stwierdziła.

Skoro dziennikarze odcięci są od informacji, trudno oczekiwać, by społeczeństwo miało pełny ogląd sytuacji. By ludzie chcieli dowiedzieć się więcej, mogli zbudować własne zdanie, czy nawet zastanowić się nad humanitarnym aspektem sytuacji na granicy.

"Co na to wszystko wasz kościół? Przecież prawie wszyscy jesteście katolikami?" – pytała Hiszpanka.

9. Kryzys Kościoła

W ubiegłym tygodniu pojechaliśmy razem do kościoła pod wezwaniem Opatrzności Bożej w Michałowie. W poniedziałek i środę odprawiono tam mszę w intencji polskich żołnierzy i straży granicznej. Chcieliśmy o tym porozmawiać z proboszczem. Oddzwonił wikary, informując, że proboszcz jest zajęty i odsyła do listu Piotra Sawczuka, biskupa drohiczyńskiego z 20 listopada skierowanego do diecezjan.

Ten list można przeczytać na tablicy przed wejściem do kościoła pod wezwaniem Podwyższenia Krzyża Świętego w Hajnówce.

W związku z m.in. „eskalacją niebezpiecznych działań osób usiłujących nielegalnie wedrzeć się do Polski” biskup Sawczuk apeluje o modlitwę w „intencji rozwiązania kryzysu”, ale też za polskie służby (SG, polskie wojsko i WOT) i mieszkańców terenów przygranicznych.

„Nie mamy innego sposobu na zatrzymanie bezwzględnych działań politycznych oraz chciwości mafii przemytniczych, których ofiarami są migranci” – dodaje biskup.

Odwiedziłem osiem parafii na Podlasiu. W żadnej nie spotkałem księdza, który chciałby odpowiedzieć na moje pytanie. A miałem tylko jedno: czy modlą się za migrantów.

"Gdyby kościół chciał, to by mógł realnie i systemowo pomóc ludziom wypychanym przez granicę na stronę polską zarówno tym w lesie, jak i tym w ośrodkach dla cudzoziemców" – uważa Danuta Kuroń.

Dlaczego tego nie robi?

"Po 1989 roku hierarchia kościoła katolickiego oddziaływała w sposób bezpośredni na polskie władze zarówno wykonawcze, jak i ustawodawcze, by realizować swoje partykularne cele. Po jakimś czasie ten styl we wzajemnych relacjach przejęli politycy, którzy zaczęli wykorzystywać religię i kościół do realizacji swoich interesów. I tak już chyba zostało, co skutkuje tym, że mówią jednym głosem. Kościół hierarchiczny widzi swoją rolę w oddziaływaniu na system polityczny i w sprawowaniu wojskowo-państwowych rytuałów, ale nie w działalności duszpasterskiej. Kapelani zatrudnieni przez straż graniczną, policję, wojsko nie przyjeżdżają na granicę, by głosić ewangelię i spowiadać. Dlaczego? Nie wiem" – rozkłada ręce Kuroń.

10. Kryzys wyobraźni

Ten kryzys widać w języku, działaniach, braku działań, konfliktach, nawet w naszych wyobrażeniach.

Jako społeczeństwo daliśmy sobie zaimplementować obraz tłumu, który czyha na nasze granice. „Cztery tysiące migrantów nacierają na Polskę” – 8 listopada grzmiały media, niekoniecznie skrajnie prawicowe, gdy migranci, sterowani i okłamywani przez białoruskie wojsko, nacierali na przejście graniczne w Kuźnicy. Tydzień później na Stadionie Narodowym mecz Polski z Węgrami oglądało 56 tys. widzów. Na tym obiekcie migranci nie wypełniliby nawet krzesełek o podwyższonym standardzie!

Widzimy ten kryzys jako wojnę, w której będą wygrani czy przegrani.

Prof. Duszczyk: "W takich konfliktach, patrząc w przeszłość, to chyba nikt nie był beneficjentem kryzysu, jeśli spojrzeć długofalowo. Np. Erdogan dostał pieniądze z UE, to jednak wizerunkowo stracił, bo jasne stało się, że jest w stanie zaryzykować konflikt polityczny dla osiągnięcia własnych celów. W tej grze nie będzie żadnych wygranych. To, co jest istotne, to że otworzył się nowy kanał migracyjny, który do tej pory był rzadko używany, a teraz mówi o nim cały świat".

Wtłoczono nam do głów język opowieści o migrantach.

"Jestem pewna, że żołnierz, który jest zmuszony łapać i wywozić niewinnych ludzi, układa sobie jakoś tę historię w głowie. Musi im dać łatkę ciapatych, terrorystów, brudnych, niebezpiecznych - wtedy ma wymówkę, żeby sam zachowywać się nieludzko. Ale musimy pamiętać, że cała ta sytuacja jest sterowana: z jednej strony - owszem - przez Łukaszenkę, ale z drugiej strony też przez Polskę, która nieprzypadkowo używa zwrotów »nielegalny migrant« czy »udaremnienie przekroczenia granicy«" – mówi Alboth. - "Wszyscy uczymy się złych uczuć. Praktykujemy nienawiść, podkładanie sobie nóg. Wszystko zawsze zaczyna się od mowy nienawiści, a potem przychodzą czyny".

Dla mnie płynie z tego konkluzja; straciliśmy z oczu człowieka. Na wielu poziomach.

Udostępnij:

Szymon Opryszek

Szymon Opryszek - niezależny reporter, wspólnie z Marią Hawranek wydał książki "Tańczymy już tylko w Zaduszki" (2016) oraz "Wyhoduj sobie wolność" (2018). Specjalizuje się w Ameryce Łacińskiej. Obecnie pracuje nad książką na temat kryzysu wodnego. Autor reporterskiego cyklu "Moja zbrodnia to mój paszport" nominowanego do nagrody Grand Press i nagrodzonego Piórem Nadziei Amnesty International.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne