Prawo i Sprawiedliwość spełnia (co najmniej) sześć z siedmiu kryteriów populizmu zaproponowanych na naszej konferencji im. Wiktora Osiatyńskiego przez światowej sławy politologa Jana-Wernera Müllera. Niestety: rządzą nami populiści z prawdziwego zdarzenia. Czytaj analizę, obejrzyj wykład Müllera po polsku lub po angielsku

Podczas pierwszej konferencji im. Wiktora Osiatyńskiego prof. Jan-Werner Müller – światowej sławy politolog z Princeton University – wygłosił wykład pt. „Europejski populizm – co dalej?”. Przeczytaj skrót wykładu lub wysłuchaj po angielsku lub po polsku.

Na podstawie wykładu sformułowaliśmy opisową definicję współczesnego populizmu, w siedmiu punktach. Przykładamy ją do Prawa i Sprawiedliwości i sprawdzamy: czy rządzą nami populiści?

1. Populiści przeciwstawiają prawdziwy „lud” lub „naród” – elitom

TAK.

PiS konsekwentnie przeciwstawia prawdziwy naród – którego czuje się reprezentantem – elitom III RP. Twierdzi, że staje w obronie „zwykłych ludzi”, „prawdziwych Polaków”, których interesy były do tej pory ignorowane przez zdradzieckie elity.

Na przykład, w lipcu 2017 roku premier Beata Szydło w ten sposób mówiła o protestach przeciwko reformie sądownictwa:

„Nie damy się zastraszyć polskim i zagranicznym obrońcom interesów elit. (…) Agresja i frustracja elit III RP nie zatrzyma procesów naprawczych, bo dzięki nim więcej pieniędzy ze wzrostu gospodarczego trafia do kieszeni zwykłych Polaków”.

Politycy PiS chętnie ustawiają się w roli obrońców zwykłych Polaków przeciwko „elitom III RP” – politycznym, prawniczym, medialnym, akademickim, urzędniczym itp., nawet po prawie trzech latach samodzielnych rządów.

2. Populiści uważają, że odpowiedzialni za problemy są konkretni ludzie o wątpliwej moralności i obiecują „rozliczenie” elit po dojściu do władzy

TAK.

PiS przedstawia problemy systemowe (np. opieszałość sądownictwa) jako rezultat niecnych knowań, działalności tzw. układu. Rozliczenie tego rzekomego „układu” było jedną z głównych obietnic PiS-u. Problemy systemowe miały zniknąć wraz z tym, jak winni zostaną ukarani. Przykładem takiego rozliczania może być np. ustawa dezubekizacyjna – która narusza Konstytucję RP i karze tysiące niewinnych osób, albo wzywanie Donalda Tuska na przesłuchanie w sprawie katastrofy smoleńskiej.

„Elity” tworzą niekiedy zaskakujące sojusze. Według byłego ministra spraw zagranicznych Witolda Waszczykowskiego VAT-owscy oszuści w Polsce są w jakiś sposób powiązani z Komisją Europejską, a może nawet kradną pod jej osłoną. Ponieważ rząd nie chce do tego dopuścić, jest przez KE szykanowany.

Oczywiście problemy systemowe wcale nie znikły po dojściu PiS do władzy. Jak na razie PiS przedstawia je jeszcze jako wynik działania wrogich Polsce sił i niedobitków „układu” (korporacji prawniczych, antypolskich dziennikarzy, niepisowskich władz samorządowych itp.). Pytanie – jak długo wyborcy PiS będą w to wierzyć?

3. Populiści odwołują się do „prawdziwego ludu” czy „narodu”, ale jednocześnie wykluczają z niego wszystkich, którzy się z nimi nie zgadzają

TAK.

Prawo i Sprawiedliwość często traktuje swoich politycznych przeciwników lub krytyków jako nie-Polaków, wykluczając ich ze wspólnoty narodowej. Głośnym przykładem jest słynna wypowiedź Jarosława Kaczyńskiego z grudnia 2015 roku o Polakach, którzy krytykują rządy PiS:

„Ten nawyk donoszenia na Polskę za granicę. W Polsce jest taka fatalna tradycja zdrady narodowej. I to jest właśnie nawiązywanie do tego. To jest w genach niektórych ludzi, tego najgorszego sortu Polaków. Ten najgorszy sort właśnie w tej chwili jest niesłychanie aktywny, bo czuje się zagrożony”.

Obóz PiS regularnie obsadza siebie w roli reprezentanta prawdziwych Polaków, a polityczną opozycję i ich zwolenników – w roli agentów zewnętrznych wobec Polski, lojalnych rzekomo wobec Niemiec, Rosji, Unii Europejskiej, Sorosa, homolobby, obcego kapitału, wszystkiego, co nie-polskie. Swoim brakiem szacunku do politycznych przeciwników i symbolicznym odmawianiem im prawa do przynależności do wspólnoty narodowej PiS doprowadził do eskalacji konfliktu politycznego. 

4. Gdy populiści dochodzą do władzy, dokonują skoku na aparat państwa – sądy, urzędy, armię – i obsadzają go swoimi ludźmi.

TAK.

PiS twierdzi, że reprezentuje prawdziwy Naród Polski i próbuje przejąć kontrolę nad całym aparatem państwa, twierdząc, że tym samym władza wraca od skorumpowanych elit do Narodu. Najlepszym przykładem jest niekonstytucyjny zamach na sądy. W marcu 2017 roku, uzasadniając projekt zmian sądownictwa, Kaczyński odwoływał się właśnie do kategorii „władzy Narodu”:

„Art. 4 Konstytucji wyraźnie mówi, że zwierzchnia władza należy do Narodu, którą realizuje poprzez swoich reprezentantów (…) albo bezpośrednio (…). Wydaje mi się, że dzisiaj korporacja prawnicza uważa, że tej zwierzchniej władzy nie ma.”

Populiści wykorzystują więc retorykę „reprezentowania prawdziwego Narodu”, by przejąć władzę w instytucjach dla siebie i swoich ludzi.

PiS przejął władzę w spółkach skarbu państwa, w wojsku (pozbywając się doświadczonych generałów, których lojalności nie mógł być pewien), w urzędach, w mediach publicznych, a także – w dużym stopniu – w sądach.

Zamach PiS na sądy wywołał gigantyczną falę społecznych protestów oraz naraził pozycję Polski w Unii Europejskiej. Ponieważ jednak dla obozu PiS przejęcie kontroli nad aparatem państwa jest absolutnym priorytetem, PiS nie cofnął się ani o krok. 

5. Populiści robią co mogą, by wyeliminować niezależne media

RACZEJ NIE.

Owszem, PiS przejął kontrolę nad mediami publicznymi i zamienił je w organy propagandowe. Te jednak nigdy nie były niezależne od władzy, więc trudno tu mówić o eliminowaniu niezależnych mediów.

Owszem, pamiętamy słynną karę w wysokości 1,5 mln zł, którą kontrolowana przez PiS Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji nałożyła na TVN24 za nieprzychylną dla władzy relację z kryzysu sejmowego w grudniu 2016. Rzekomo stacja „propagowała działania sprzeczne z prawem„.

Ostatecznie jednak, po ogromnej fali krytyki, przewodniczący KRRiTV Witold Kołodziejski anulował karę.

Jak na razie więc PiS stawia raczej na strategię wspierania swoich mediów (tych publicznych i tych sympatyzujących z władzą) niż na aktywną wojnę z niezależnymi mediami. Gazeta Wyborcza, Polityka, Newsweek czy TVN mogą spać w miarę spokojnie.

W miarę – gdyż od czasu do czasu postulaty „dekoncentracji” i „repolonizacji” mediów (czytaj: walki z niezależnymi mediami) powracają w retoryce polityków PiS. Jak dotąd jednak kończy się na groźbach.

Dlaczego tak konfrontacyjny w innych sprawach PiS w sprawie mediów nie przechodzi do zdecydowanej ofensywy? Możemy tylko spekulować, ale być może chodzi o wciąż żywą wśród Polaków pamięć o komunistycznej cenzurze? Być może PiS boi się skojarzenia z PZPR i na wszelki wypadek nie chce wytaczać mediom otwartej wojny? A może to tylko „mądrość etapu” i przyjdzie na to czas?

6. Populiści robią co mogą, by zdyskredytować protesty społeczne i przedstawić protestujących jako agentów obcego wpływu

TAK.

Masowe protesty społeczne stanowią dla populistów poważne zagrożenie – pokazują bowiem, że narracja o konflikcie licznego narodu z nieliczną skorumpowaną elitą jest fałszem i że w istocie przeciw ich władzy protestują ogromne grupy społeczne. Jedyne, co mogą wtedy zrobić populiści, to przedstawić protestujących jako agentów obcego wpływu i spróbować przedstawić siebie w roli obrońców Polski przed „zagranicą”.

Prawo i Sprawiedliwość osiągnęło w tej sztuce absolutne mistrzostwo. Protesty przeciwko zamachowi na sądownictwo były tylko „spacerami”, albo odwrotnie – inspirowaną z zewnątrz i zaplanowaną rebelią, marsze KOD-u pochodami elity „oderwanej od koryta”, nawet protestujący rodzice osób z niepełnosprawnościami są „inspirowani przez opozycję„.

Wszystko, by ukryć fakt, że władza populistów wywołuje masowe protesty różnych grup społecznych.

7. Współczesnych populistów wyróżnia to, że robią co mogą, by utrzymać pozory demokracji

TAK.

Współcześni populiści dobrze wiedzą, że skojarzenia z nazizmem, komunizmem czy faszyzmem nie przysporzą im zwolenników wśród klasy średniej – a żadna władza nie może dłużej rządzić bez masowego poparcia klasy średniej, która oczekują raczej przywrócenia porządku niż rewolucji. Konserwatywna klasa średnia prędzej zagłosuje na sympatycznego Dudę niż na pełnego agresji Kaczyńskiego.

Politycy PiS – podobnie jak zwolennicy Orbána – podkreślają, że podstawowym (jedynym) kryterium demokracji jest rządzenie na mocy wolnych wyborów, inne wymogi demokracji liberalnej (państwo prawa, społeczeństwo obywatelskie, prawa mniejszości, wolne media itp.) mają mniejsze znaczenie.  Jak to ujmował Witold Waszczykowski, „ja nie chcę demokracji przymiotnikowej, ja chcę demokrację normalną. Taką, gdzie kto ma program, który zdobędzie popularność społeczeństwa, wygrywa wybory, ma prawo ten program zrealizować”. Jarosław Kaczyński twierdzi, że „polska demokracja jest może najlepsza w Europie”.

Populiści XXI wieku za wszelką cenę więc starają się nie powtórzyć obrazów XX-wiecznych autorytaryzmów. Na czym to polega? Przede wszystkim, nie walczą wprost z opozycyjnymi partiami, chociaż ośmieszają je i dyskredytują.

Nie zamykają do więzień swoich przeciwników politycznych. Nie pałują (nadmiernie) demonstrantów.

Populiści nie rezygnują z całego demokratycznego ceremoniału – wybory pozostają wolne i w miarę uczciwe (choć populiści mogą manipulować granicami okręgów wyborczych, skracać kadencje władz lokalnych lub w inny sposób dążyć do polepszenia swojego wyniku).

Paradoksalnie rzecz biorąc, współcześni populiści mogą uważać siebie za „demokratów” – o ile bowiem uda im się wygrać wybory, to chętnie ustawiają się w pozycji „demokratycznie wybranego rządu”. W ich mniemaniu daje im to prawo do ignorowania konstytucyjnych i ustrojowych zasad państwa prawa oraz indywidualnych praw i swobód.

W istocie jednak ich rozumienie „demokracji” jest czysto instrumentalne i cyniczne. Populiści ignorują specyfikę ustroju demokratycznego – fakt, że opiera się on na konstytucji, pluralizmie, swobodach obywatelskich i prawach człowieka. Traktują pojęcie „demokratycznie wybranego rządu” jako uzasadnienie dla wprowadzania systemu de facto autorytarnego.

Z siedmiu kryteriów populizmu Prawo i Sprawiedliwość spełnia więc sześć. Niestety więc, musimy to jasno stwierdzić: rządzą nami populiści.

Wykład prof. Müllera po angielsku: 

I po polsku:

 

Prof. Jan-Werner Müller

Historyk i politolog, specjalizuje się w historii i teorii myśli politycznej. Wybitny badacz demokracji i populizmu. Profesor na Uniwersytecie Princeton w Stanach Zjednoczonych. Wykładał też na Uniwersytecie Harvarda i na Uniwersytecie w Nowym Jorku, a także m.in. w Oksfordzie, Londynie, Paryżu, Florencji, Wiedniu, Budapeszcie, Helsinkach, Berlinie i Monachium. Publikuje i jest cytowany w „The New York Times”, „The Washington Post”, „Financial Times”, „The Guardian”, „The Zeit”, „Sueddeutsche Zeitung”, „Le Monde”, „El Pais”, „Foreign Policy”, „The London Review of Books”, „New York Review of Books”. Jego książki zostały przetłumaczone na kilkadziesiąt języków. Po polsku wydano „Przeciwko demokracji. Idee polityczne XX wieku w Europie” (2017) oraz „Co to jest populizm? (2017). O tej ostatniej książce w „The New York Times” pisano jako o „najlepszym przewodniku po populistycznych namiętnościach, które dziś obserwujemy”.


Wesprzyj projekt naszej Fundacji. Dołącz do zbiórki na Archiwum Osiatyńskiego https://pomagam.pl/archiwum

Dziennikarz, filozof, kulturoznawca, doktorant na Wydziale „Artes Liberales” Uniwersytetu Warszawskiego. Autor książki "Fluks. Wspólnota płynów ustrojowych" (PWN 2017). Zajmuje się współczesną filozofią polityczną.


Lubisz nas?

Dołącz do społeczności OKO.press