0:00
0:00

0:00

Podcast LENS.EU

Powodzie, pożary, zielone ludziki – czy Europa jest gotowa na kryzys?

Jak nie wzbierające rzeki i płonące lasy, to sabotaż, dywersja albo „zabłąkany" dron. W Europie musimy być przygotowani na każdą taką okazję. Jedni muszą zbudować system ochrony ludności minimalizujący skutki kataklizmów, inni – obronę cywilną jak w Finlandii.

Google News

Pięć redakcji – łotewski TVNET, chorwacki Telegram, niemiecki CORRECTIV, austriacka Die Presse i polskie OKO.press przygotowują wspólny podcast poświęcony temu, co porusza europejską społeczność.

Co się dzieje, gdy po fali upałów przychodzi powódź, wysiada prąd i przestają działać sieci komunikacyjne? W nowym odcinku lensEU sprawdzamy, jak Europa przygotowuje się na kryzysy — od ekstremalnej pogody i awarii po sabotaż i zagrożenia wojenne. Rozmawiamy o lokalnej gotowości kryzysowej, schronach, systemach ostrzegania i odporności infrastruktury. Zaglądamy do Niemiec, Portugalii, Polski i Ukrainy, gdzie doświadczenia ostatnich lat pokazują, że o bezpieczeństwie decyduje nie tylko plan na papierze, ale też ludzie, zasoby i sprawna komunikacja.

Podcast został nagrany w języku angielskim i przeczytany przez polskiego lektora. Transkrypcja poniżej, a oryginał – TUTAJ. Z kolei na Spotify jest do dyspozycji podcast tłumaczony maszynowo z użyciem AI.

Lilith Grull: Jak dobrze wasza okolica jest przygotowana na kryzys? Co się dzieje, gdy po fali upałów przychodzi gwałtowna powódź, a potem nagle znika prąd? Gdy przestają działać sieci komunikacyjne albo okazuje się, że przyczyną awarii był celowy sabotaż? Wraz z nasilaniem się skutków zmiany klimatu, wzrostem napięć geopolitycznych i powrotem wojny do Europy przygotowanie na kryzysy staje się coraz ważniejsze na całym kontynencie. Ale jak dobrze jesteśmy przygotowani?

Publicznie dostępnych informacji jest dziś bardzo mało, dlatego zwróciliśmy się bezpośrednio do władz lokalnych. W sytuacji kryzysowej kluczowe znaczenie ma bowiem to, jak przygotowane są lokalne struktury — i czy sami wiemy, jak chronić siebie i innych. Temu poświęcamy ten odcinek LensEU.

LensEU — przyglądamy się temu, co napędza europejską społeczność.

Nazywam się Lilith Grull, jestem reporterką międzynarodową w CORRECTIV i częścią zespołu CORRECTIV Europe. Razem z lokalnymi i niezależnymi dziennikarzami z całej Europy badamy sprawy, które przekraczają granice państw i dotyczą nas wszystkich.

Ostatnie miesiące po raz kolejny pokazały, jak zmiana klimatu i napięcia geopolityczne wpływają na całą Europę — na wiadomości, politykę, a w niektórych regionach także na codzienne życie. Chcieliśmy więc sprawdzić, jak dobrze ludzie są chronieni, gdy naprawdę dochodzi do kryzysu.

Ponieważ lubimy opowiadać historie poprzez dane, zaczęliśmy od szukania liczb, najlepiej — jak zwykle — na poziomie lokalnym. I tu pojawił się problem: publicznie dostępnych danych o przygotowaniu samorządów na sytuacje kryzysowe było bardzo mało. Postanowiliśmy więc zebrać je sami. Przygotowaliśmy ankietę, która miała pokazać, jakie zabezpieczenia już istnieją, a gdzie pozostają luki.

W Niemczech jedno jest już jasne: istnieją rozbudowane struktury ochrony ludności, ale to, jak dobrze ludzie są chronieni w sytuacji kryzysowej, w dużej mierze zależy od miejsca, w którym mieszkają.

Jak wspomniałam, niewiele wiadomo o tym, jak dobrze poszczególne powiaty i miasta na prawach powiatu są przygotowane na sytuacje kryzysowe. Pomyśleliśmy więc: po prostu je zapytajmy.

Nie wszyscy w CORRECTIV mówią jednak wszystkimi europejskimi językami. I nie mogłam poprosić całej redakcji, żeby na rok porzuciła wszystkie inne tematy i zajęła się wyłącznie kontaktowaniem z lokalnymi władzami na całym kontynencie. Na szczęście mamy sieć CORRECTIV Europe — koleżanki i kolegów w wielu krajach, którzy mogą prowadzić śledztwa tam, gdzie sami nie jesteśmy w stanie dotrzeć.

Zanim jednak poprosiliśmy ich o udział, musieliśmy ustalić właściwe pytania. Rozmawialiśmy z ekspertami i sprawdzaliśmy, jakie informacje są istotne i dostępne na poziomie krajowym, regionalnym i lokalnym. Kwestionariusz powstał także na podstawie rozmów z pracownikami samorządów, Bundeswehry oraz osobami zajmującymi się ratownictwem i pomocą humanitarną.

Przez półtora roku stopniowo budowaliśmy zestaw pytań, który miał możliwie jasno pokazać, jak dobrze lokalne władze są przygotowane na różne typy kryzysów — bez ujawniania informacji wrażliwych. To zresztą od początku budziło spory: nie wszyscy zgadzali się, że o takich danych należy mówić publicznie. Wrócimy do tego później.

Nie będę wymieniać wszystkich niemal pięćdziesięciu pytań. Chcieliśmy między innymi wiedzieć: czy istnieje plan reagowania kryzysowego i czy jest rzeczywiście wdrażany? Jak mieszkańcy są ostrzegani? Czy są wyznaczone schrony? Jak wygląda wyposażenie i finansowanie? Czy odpowiedzialność jest jasno podzielona również wtedy, gdy kluczowe osoby są niedostępne?

Kwestionariusz wysłaliśmy do władz lokalnych w Niemczech i Szwajcarii: do 401 powiatów i miast na prawach powiatu w Niemczech oraz 2110 gmin w Szwajcarii. Część naszych partnerów z sieci CORRECTIV Europe zaczęła też wysyłać ankietę do władz lokalnych w swoich krajach.

Jeśli jesteś dziennikarzem lub dziennikarką i chcesz pomóc rozszerzyć to badanie na inne części Europy, napisz do nas. Mój adres znajdziesz na stronie CORRECTIV i w opisie odcinka.

Zanim przejdziemy do wyników, warto przyjrzeć się samemu systemowi. Choć kraje współpracują międzynarodowo w zakresie przygotowania na kryzysy, reagowania i ochrony ludności, podstawowe struktury i zakresy odpowiedzialności są w Europie organizowane przede wszystkim na poziomie krajowym.

Weźmy Niemcy. System jest budowany od dołu. W pierwszej kolejności odpowiedzialność spoczywa na władzach lokalnych — tam, gdzie dochodzi do kryzysu. Lokalne sztaby kryzysowe łączą przedstawicieli władz, na przykład burmistrza, ze strażą pożarną, pogotowiem i innymi służbami ratunkowymi. Jeżeli sytuacji nie da się opanować lokalnie, odpowiedzialność przechodzi wyżej: najpierw na powiat, potem kraj związkowy, a w końcu rząd federalny.

W szczególnie dużych kryzysach można uruchomić dodatkowe zasoby federalne albo pomoc międzynarodową. Podczas pożarów lasów w Saskiej Szwajcarii pomagali ratownicy z Czech, Polski, Słowacji i Szwecji. W czasie katastrofalnej powodzi w dolinie Ahr wsparcie przyjechało między innymi z Luksemburga.

To oznacza jednak, że skuteczność ochrony ludności w dużej mierze zależy od tego, jak dobrze przygotowane są struktury lokalne.

Wymagania wobec tych struktur się zmieniają. Ekstremalne zjawiska pogodowe, napięcia geopolityczne i wojna w Ukrainie pokazały, jak ważna jest ochrona ludności oraz infrastruktury krytycznej. Co się dzieje, gdy prąd znika na dłużej, sieci komunikacyjne przestają działać albo kilka kryzysów występuje jednocześnie? Gdzie ludzie mogą znaleźć schronienie? Jak służby ratunkowe mają utrzymać podstawowe dostawy?

Coraz trudniej oddzielić od siebie poszczególne typy kryzysów. Awaria prądu może być skutkiem burzy, usterki technicznej albo celowego ataku. Niezależnie od przyczyny ludzie na miejscu potrzebują początkowo tych samych podstawowych struktur: systemów ostrzegania, planów kryzysowych, zespołów ratunkowych i miejsc, w których można uzyskać pomoc.

Przez długi czas istniało stosunkowo jasne rozróżnienie między zarządzaniem kryzysowym a obroną cywilną. Zarządzanie kryzysowe dotyczy klęsk żywiołowych i innych zagrożeń w czasie pokoju — powodzi, pożarów lasów, gwałtownych burz, rozległych awarii prądu i innych wydarzeń, które poważnie zakłócają życie ludzi i podstawowe dostawy, ale nie wynikają z konfliktu zbrojnego.

Obrona cywilna służy natomiast ochronie ludności w sytuacji podwyższonego napięcia albo w stanie obrony, czyli w kontekście wojny. W Niemczech stan podwyższonego napięcia oznacza szczególną sytuację konstytucyjną, w której państwo stoi wobec zewnętrznego zagrożenia, choć stan obrony nie został jeszcze ogłoszony. Stan obrony dotyczy sytuacji, gdy Niemcy zostały zaatakowane zbrojnie albo taki atak jest bezpośrednio grożący.

W uproszczeniu: zarządzanie kryzysowe odpowiada na cywilne sytuacje nadzwyczajne, a obrona cywilna koncentruje się na zagrożeniach związanych z wojną. W praktyce ta granica coraz bardziej się zaciera. Cyberatak lub sabotaż wymierzony w infrastrukturę krytyczną może spowodować przerwę w dostawie energii, a jednocześnie być elementem szerszej konfrontacji hybrydowej.

Kraje związkowe i samorządy muszą więc przygotowywać się na częstsze i bardziej dotkliwe ekstremalne zjawiska pogodowe. Jednocześnie po dekadach zaniedbań trzeba wzmacniać i modernizować obronę cywilną. Właśnie dlatego chcieliśmy sprawdzić, w jakim stanie są dziś te struktury.

Zanim przejdziemy do odpowiedzi, trzeba powiedzieć o ograniczeniach naszego badania. Merytorycznych odpowiedzi udzieliło 266 powiatów i miast na prawach powiatu. Wyniki nie obejmują więc całych Niemiec, a część respondentów nie odpowiedziała na wszystkie pytania.

Nie możemy na tej podstawie tworzyć rankingu poszczególnych miejsc. Poziom przygotowania zależy również od lokalnych zagrożeń, wielkości regionu, położenia i dostępnych zasobów. Mimo tych ograniczeń zebrane dane po raz pierwszy dają szeroki wgląd w to, jak mniej więcej dwie trzecie niemieckich powiatów ocenia własne przygotowanie na kryzysy.

Jedno z najważniejszych pytań brzmiało: czy istnieje plan reagowania kryzysowego i czy jest rzeczywiście wdrażany? 203 powiaty i miasta na prawach powiatu poinformowały, że taki plan mają. W 97 przypadkach nie wdrożono jednak jeszcze żadnego z przewidzianych działań. 160 samorządów podjęło już konkretne kroki. 38 władz lokalnych stwierdziło, że nie ma szczegółowego planu. W kolejnych przypadkach nie udało się ustalić, czy plan istnieje, ponieważ nie otrzymaliśmy odpowiedzi na to pytanie.

Takie plany mają określać, kto i za co odpowiada w sytuacji kryzysowej oraz jak władze i służby współpracują, by chronić mieszkańców — niezależnie od tego, czy chodzi o powódź, awarię prądu czy zagrożenie związane z wojną.

Sam plan jednak nie wystarczy. Zakres odpowiedzialności musi być jasny, personel dostępny, a komunikacja sprawna również wtedy, gdy nie działa energia elektryczna, telefonia i internet — albo gdy w Boże Narodzenie jednocześnie wybuchną trzy pożary w różnych miejscach.

Znaczenie przygotowania staje się jeszcze wyraźniejsze, gdy spojrzymy na skutki zmiany klimatu. Nieco ponad trzy czwarte władz lokalnych, które udzieliły merytorycznych odpowiedzi, odniosło się również do wpływu klimatu. Większość spodziewa się, że zmiana klimatu nasili ekstremalne zjawiska pogodowe i zwiększy związane z nimi koszty.

Ulewne deszcze, burze, fale upałów, powodzie i susze są postrzegane jako rosnące zagrożenia. Wiele samorządów zakłada więc, że takie kryzysy będą występować częściej i mieć poważniejsze skutki. Tym ważniejsze jest nie tylko tworzenie planów, lecz także ich regularne aktualizowanie i ćwiczenie. Gdy przychodzi kryzys, nie może być wątpliwości, kto ma działać — system musi po prostu zadziałać.

Plany kryzysowe nie są jedynym obszarem, w którym samorządy widzą problemy. Wskazują również na braki kadrowe, niewystarczające przygotowanie do długotrwałych przerw w dostawie energii oraz problemy finansowe.

Pieniądze są szczególnym wyzwaniem. Tylko 48 władz lokalnych stwierdziło, że jest w stanie w pełni sfinansować konieczne działania. Kolejne 93 mogą pokryć przynajmniej część kosztów. 50 odpowiedziało, że nie jest w stanie ich sfinansować wcale. Pozostali nie udzielili odpowiedzi.

Wiele samorządów rozpoznaje zagrożenia, ale możliwość realnego działania często rozbija się o brak pieniędzy i ludzi. Wyniki oraz część danych znajdziecie na specjalnej stronie śledztwa CORRECTIV.

Dobrym przykładem znaczenia przygotowania jest powiat Rheingau-Taunus w Hesji. Tego lata służby kilkakrotnie walczyły tam z pożarami roślinności. Niektóre akcje trwały do dwóch dni i obejmowały obszar ponad 35 tysięcy metrów kwadratowych. Zaangażowano około 1500 ratowników, w większości wolontariuszy.

1500 osób brzmi imponująco — to mniej więcej 55 pełnych klas szkolnych albo 30 dużych autobusów. Ale liczba ludzi mówi tylko część prawdy. Ratownicy nie mogą pracować bez przerwy. Osoby działające przez wiele godzin czy dni w wysokiej temperaturze potrzebują odpoczynku, snu, jedzenia i zmiany. Jednocześnie zwykłe działania ratunkowe muszą trwać. Nawet podczas wielkiego pożaru może wybuchnąć pożar domu, dojść do wypadku drogowego albo ktoś może pilnie potrzebować pomocy medycznej.

Duży kryzys może więc doprowadzić cały system do granic możliwości. Wolontariusze są jednym z najważniejszych zasobów w reagowaniu kryzysowym, dlatego pytaliśmy o nich w ankiecie. 137 powiatów i miast na prawach powiatu oceniło swoją obsadę wolontariuszy jako zabezpieczoną, 65 — jako częściowo zabezpieczoną, a w kolejnych 20 przypadkach sytuacja pozostała niejasna. Pozostali nie odpowiedzieli.

Wiele samorządów opiera się na wolontariuszach, ale gdy pożar, powódź i awaria prądu występują jednocześnie, ci sami ludzie nie mogą być w kilku miejscach naraz. Problemem bywa też sprzęt. Podczas dużych pożarów wodę trzeba czasem transportować na odległość kilku kilometrów. Potrzebne są więc odpowiednie zapasy, pojazdy i logistyka.

Przykład Rheingau-Taunus pokazuje, jak złożony może być kryzys i dlaczego trzeba planować także sytuacje, które trwają dłużej niż nasze zasoby. Potrzebne są elastyczne plany, wystarczająca liczba ludzi, właściwy sprzęt i zespoły zdolne działać przez kilka dni, a jednocześnie utrzymać codzienną ochronę mieszkańców.

Wiele władz lokalnych przyznaje, że ma poważne braki kadrowe, finansowe i operacyjne. Więcej o tych problemach oraz o sytuacji w Rheingau-Taunus znajdziecie na stronie śledztwa CORRECTIV.

Zmieniło się także podejście do schronów — w Niemczech i w całej Europie. Gdy wyją syreny, nadchodzi burza albo pojawia się zagrożenie atakiem, pytanie jest podobne: gdzie ludzie mogą się schronić? Odpowiedź zależy od rodzaju zagrożenia.

Podczas fali upałów schronieniem mogą być chłodne biblioteki czy muzea. W czasie burzy lub powodzi — wyżej położone budynki. W razie ataku zbrojnego albo zagrożenia CBRN, czyli chemicznego, biologicznego, radiologicznego lub nuklearnego, potrzebne są odpowiednio zabezpieczone pomieszczenia.

W Niemczech stan schronów jest jednak daleki od uspokajającego. Nasze śledztwo pokazało, że większość powiatów i miast na prawach powiatu nie chciała przekazać CORRECTIV szczegółowych informacji. Nie pytaliśmy jednak o konkretne adresy schronów, lecz o to, czy istnieją i ile osób mogą pomieścić.

Według Federalnego Urzędu Ochrony Ludności i Pomocy w Katastrofach w Niemczech formalnie wciąż istnieje 579 obiektów przeznaczonych do obrony cywilnej. Łącznie oferują około 478 tysięcy miejsc. Przy populacji przekraczającej 83 miliony oznacza to miejsca dla mniej niż 1 procenta mieszkańców. Co więcej, według urzędu nawet te schrony nie są dziś w pełni sprawne ani gotowe do użycia.

W zależności od sytuacji pewną ochronę mogą jednak zapewnić także inne budynki: podziemne parkingi, stacje metra czy piwnice. Niektóre samorządy zaczynają również identyfikować i mapować chłodne miejsca, do których mieszkańcy mogą udać się w wyjątkowo gorące dni.

Rządy federalny i krajów związkowych pracują też nad nową strategią schronową. Ma powstać ogólnokrajowa inwentaryzacja odpowiednich miejsc oraz cyfrowy katalog. Budowa nowych schronów byłaby bardzo kosztowna i trwałaby latami, dlatego w krótkiej perspektywie priorytetem jest lepsze wykorzystanie istniejącej infrastruktury.

Finlandia pokazuje, co jest możliwe. Kraj dysponuje około 4,8 miliona miejsc w schronach przy populacji około 5,7 miliona. Wiele z tych obiektów na co dzień pełni inne funkcje, na przykład sportowe i rekreacyjne.

W części europejskich krajów informowanie mieszkańców o dostępnych schronach i właściwym zachowaniu jest stałym elementem przygotowania kryzysowego. Władze i służby nie mogą być wszędzie jednocześnie. Dobrze poinformowani ludzie wiedzą, jak pomóc sobie samym, a dzięki temu całe społeczeństwo lepiej zachowuje zdolność reagowania.

Jeśli chodzi o ochronę ludności i utrzymanie podstawowych usług w sytuacji kryzysowej, Niemcy i inne kraje mogą wiele nauczyć się od Ukrainy. Niestety dlatego, że kraj ten od lat żyje w warunkach wojny.

Zapytaliśmy Andrija Sadowego, mera Lwowa, czego nauczyły go ostatnie lata i co jest najważniejsze w ochronie mieszkańców.

Andrij Sadowy: W Ukrainie mamy kryzysy cywilne, kryzys klimatyczny i ogromne doświadczenie kryzysu militarnego. Przed pełnoskalową rosyjską inwazją niewiele wiedziałem o odporności. Dziś, po latach wojny, musimy przygotowywać nasze miasta na nową rzeczywistość.

Wojna rosyjsko-ukraińska jest starciem systemu totalitarnego z demokratycznym. Ukraińcy bronią dziś nie tylko własnej niepodległości, ale także demokracji — w Ukrainie i w Europie. Dziesiątki tysięcy mieszkańców Lwowa są dziś na froncie. Wiele rodzin kogoś straciło. To jest nasza rzeczywistość i nasze życie.

Kryzys, problem, rozwiązanie — i cały czas myślenie o przyszłości oraz przygotowywanie się na kolejne scenariusze. Kryzysy potrafią występować jednocześnie, dlatego zawsze trzeba mieć plan B. Trzeba też rozumieć, że komunikacja i zaufanie są częścią infrastruktury krytycznej. Należy przygotować zespół na sytuacje, których nie da się przewidzieć. To moja krótka rada dla europejskich kolegów. I cały czas musimy wierzyć w zwycięstwo.

Lilith Grull: Andrij Sadowy podkreśla znaczenie komunikacji. Dla niego jest ona zasobem równie ważnym jak personel, generatory awaryjne czy pojazdy ratunkowe. Wnioski, których Lwów i cała Ukraina musiały nauczyć się w ostatnich latach, są dziś przekazywane innym miastom i społecznościom.

Lwów został wyznaczony jako ośrodek odporności w ramach programu ONZ Making Cities Resilient 2030. Dzięki temu inne miasta mogą poprawiać swoje przygotowanie na kryzysy i uczyć się od siebie nawzajem.

Lwów leży w zachodniej Ukrainie, około 80 kilometrów od polskiej granicy. Choć miasto jest regularnie atakowane przez Rosję, pozostaje też ważnym miejscem schronienia dla osób przesiedlonych z innych części kraju.

Rozmawialiśmy również z Ołeksandrem Sienkewyczem, merem Mikołajowa, o tym, jak miasta mogą chronić mieszkańców i utrzymywać podstawowe usługi podczas wojny. Mikołajów leży na południu kraju, niedaleko Morza Czarnego. Na początku pełnoskalowej rosyjskiej inwazji w 2022 roku ukraińskim siłom udało się zatrzymać rosyjskie natarcie na miasto i uniemożliwić dalszy marsz w stronę Odessy.

Mikołajów nadal jest celem rosyjskich ataków rakietowych i dronowych. Uderzenia w dostawy awaryjne i inną infrastrukturę krytyczną zagrażają mieszkańcom, a jednocześnie miasto musi utrzymywać codzienne funkcjonowanie i odbudowywać zniszczenia.

Ołeksandr Sienkewycz: Nigdy nie da się być w pełni przygotowanym na każdy kryzys, dopóki naprawdę się w nim nie znajdzie. Można jednak uczyć się od tych, którzy żyją w takich warunkach. Europejczycy mogą uczyć się od nas, od Ukraińców.

Zwykle myślimy o ekonomii, oszczędnościach, efektywności czy ekologii. Dlatego centralizujemy infrastrukturę krytyczną. Jednocześnie właśnie to staje się główną słabością. Jedno źródło wody, jedna sieć energetyczna czy jedna duża ciepłownia obsługująca całe miasto mogą być ekonomicznie wydajne, ale w czasie ataku tworzą pojedynczy punkt awarii. Dlatego większą odporność daje dywersyfikacja. Trzeba znaleźć równowagę.

Najważniejsze jest, żeby ludzie wiedzieli, co mają robić i nie panikowali. Nie ma światła? Wiemy, dokąd pójść. Punkty poboru wody wyposażyliśmy w panele słoneczne, akumulatory i generatory diesla. Nawet przy awarii prądu trwającej tydzień czy dwa mieszkańcy mogą dostać wodę przez kilka godzin dziennie — rano i wieczorem.

Taka jest ludzka natura: nie wierzymy, że coś złego może się wydarzyć, dopóki naprawdę nas to nie spotka. Nie twierdzę, że codziennie w radiu i telewizji trzeba mówić ludziom, by przygotowywali się na wojnę. Trzeba jednak być przygotowanym na katastrofy i nauczyć ludzi, jak działać: gdzie jest schron, gdzie znaleźć wodę pitną, co robić podczas przerwy w dostawach.

W Europie widzimy powodzie i inne katastrofy. Jeśli zakładamy, że nas ominą, to znaczy, że nie jesteśmy przygotowani. Media powinny informować ludzi i wymagać od władz lokalnych jasnych odpowiedzi: gdzie są zasoby, jak działają, w jakim są stanie.

Społeczeństwo powinno domagać się przygotowania, a ludzie muszą wiedzieć, jak reagować, bo po samej katastrofie panika jest jednym z największych zagrożeń. Życzę wam, żebyście nigdy nie doświadczyli wojny takiej jak my. Uczcie się od nas — mądrzy ludzie uczą się na doświadczeniach innych.

Lilith Grull: Doświadczenia Mikołajowa pokazują, jak ważne jest unikanie nadmiernej centralizacji infrastruktury krytycznej. Gdy jedna główna magistrala wodna, elektrownia albo ciepłownia przestaje działać, skutki mogą objąć całe miasto.

Dlatego Mikołajów coraz częściej stawia na rozwiązania zdecentralizowane i alternatywne drogi dostaw: dodatkowe źródła wody, generatory awaryjne i mniejsze źródła ciepła. W przypadku wody problem był szczególnie pilny. Po rosyjskich atakach, które zniszczyły pierwotną magistralę, mieszkańcy przez lata musieli odbierać wodę pitną z publicznych punktów dystrybucji. Dzięki wsparciu Danii miasto wywierciło studnie i zainstalowało systemy uzdatniania wody.

Także system energetyczny ma stać się bardziej odporny dzięki tak zwanym wyspom energetycznym i instalacjom solarnym. Ale przygotowane muszą być nie tylko władze. Sienkewycz podkreśla, że mieszkańcy również powinni wiedzieć, gdzie zdobyć wodę, naładować telefon czy znaleźć schronienie.

Jego zdaniem media mają ważną rolę: powinny informować opinię publiczną i pytać władze, jak dobrze są przygotowane. Najważniejsza lekcja z Mikołajowa jest prosta: nie czekajmy z przygotowaniami do momentu, gdy kryzys już się zacznie. Jak mówi mer: mądrzy ludzie uczą się na doświadczeniach innych, zamiast uczyć się wszystkiego na własnych błędach.

W LensEU zawsze patrzymy na problemy z europejskiej perspektywy. Teraz przenosimy się do Portugalii i Polski. Żeby zrozumieć sytuację w obu krajach, rozmawialiśmy z dziennikarzami pracującymi na miejscu.

Nasza koleżanka w Portugalii jest częścią europejskiej sieci lokalnych i niezależnych dziennikarzy. Ona również rozesłała ankietę dotyczącą przygotowania kryzysowego. Wciąż czekamy na odpowiedzi, więc wrócimy do tych danych innym razem.

Cátia Vilaça jest reporterką w Gerador, lizbońskim niezależnym magazynie poświęconym dziennikarstwu, kulturze i edukacji. W Portugalii skupia się przede wszystkim na ekstremalnych zjawiskach pogodowych i klęskach żywiołowych, a nie na zagrożeniu ze strony Rosji. Ten temat odgrywa tam relatywnie mniejszą rolę. Pojawiają się artykuły o możliwości ataków na kraje sąsiednie, ale w jej regionie nie jest to dominująca kwestia. Znacznie większe znaczenie mają pożary lasów i gwałtowne burze.

Cátia Vilaça: Pożary lasów są poważnym problemem właściwie co roku, ale tym razem chcę skupić się na serii burz, które uderzyły w Portugalię na początku roku i pozostawiły wiele rodzin w centralnej części kraju bez domu albo z ogromnymi stratami materialnymi.

Był to efekt nietypowego nałożenia się kilku warunków meteorologicznych. W dużym uproszczeniu tego rodzaju zjawiska są związane z nadmiarem energii cieplnej w systemie klimatycznym. Jeśli planeta będzie się dalej ocieplać, podobne zdarzenia mogą występować częściej.

Lilith Grull: Cátia Vilaça relacjonowała serię gwałtownych burz, które uderzyły w Portugalię na początku roku. W centralnej części kraju wiele rodzin straciło domy albo poniosło poważne straty materialne. Takie ekstremalne zjawiska wynikają z nietypowego połączenia warunków meteorologicznych, a modele prognozowania wciąż nie są wystarczająco precyzyjne. W tym konkretnym przypadku wiarygodne prognozy pojawiły się dopiero kilka godzin przed nadejściem burzy.

Cátia Vilaça: Wiedza o takich zjawiskach istnieje, ale nie zawsze przekłada się na skuteczne modele prognostyczne. Najdokładniejsze ostrzeżenia pojawiły się dopiero kilka godzin przed wydarzeniem. Do poprawy jest również komunikacja i koordynacja między różnymi szczeblami władz. Ogólnie rzecz biorąc, droga między nauką a decyzją polityczną powinna być krótsza.

Gdy ostrzeżenia zostały już wydane, ludzie w większości zastosowali się do zaleceń i zostali w domach. Mimo to straty były ogromne. Niektóre miejscowości zostały odcięte przez wodę, a część mieszkańców nie miała prądu przez miesiąc. Generatory były drogie i trudno dostępne. Pojawiło się poczucie złości i rozpaczy, bo wiele osób czuło się podczas tego kryzysu pozostawionych samym sobie.

Lilith Grull: Cátia Vilaça również widzi potrzebę poprawy komunikacji między różnymi szczeblami administracji. Ostrzeżenia zostały wydane, a wiele osób zastosowało się do zaleceń i zostało w domach. Mimo to zniszczenia były ogromne.

Powodzie odcięły całe społeczności, a część mieszkańców pozostawała bez prądu nawet przez miesiąc. Generatory były jednocześnie drogie i trudno dostępne. Wielu ludzi czuło złość i rozpacz. Mimo ostrzeżeń i środków ostrożności mieli poczucie, że gdy kryzys naprawdę nadszedł, zostali pozostawieni sami sobie.

Teraz Polska. Michał Piekarski z Instytutu Studiów Międzynarodowych i Bezpieczeństwa Uniwersytetu Wrocławskiego, który regularnie publikuje również w OKO.press, opisuje stan polskiej obrony cywilnej jednym słowem: odbudowa.

Piekarski wyjaśnia, że podczas zimnej wojny Polska miała rozbudowany system obrony cywilnej, przygotowany na możliwość trzeciej wojny światowej. Po upadku muru berlińskiego znaczna część tego systemu została jednak zdemontowana. Przez wiele lat ryzyko wojny uznawano za bardzo niskie. Obrona cywilna funkcjonowała czasem niemal wyłącznie z nazwy, a w pewnym okresie zabrakło nawet odpowiednich podstaw prawnych.

W praktyce pozostały przede wszystkim straż pożarna, pogotowie oraz część zawodowych i ochotniczych służb ratunkowych. Wielkie powodzie pokazały jednak, jak szybko takie struktury mogą osiągnąć granice swoich możliwości. Potrafią reagować na pojedyncze pożary czy wypadki, ale nie są dostatecznie przygotowane do jednoczesnego zarządzania kilkoma dużymi kryzysami.

Michał Piekarski: System ochrony ludności dopiero zaczyna być odbudowywany. Przez długi czas mieliśmy ten komfort, że w przypadku bardzo dużego kryzysu mogliśmy po prostu wezwać wojsko. Do dziś symbolem wielkiej katastrofy, na przykład powodzi, jest wojsko przyjeżdżające z ciężkim sprzętem — amfibiami, śmigłowcami — i kierujące do działania dużą liczbę żołnierzy.

Przez lata siły zbrojne nie musiały przygotowywać się do wielkiej wojny, bo takiego zagrożenia nie dostrzegano. Mogły więc przeznaczać część zasobów na pomoc w sytuacjach kryzysowych. Nadal mamy jednak poważne problemy z samymi zasobami, ich rozmieszczeniem i sposobem użycia.

Dobrym przykładem jest ostrzeganie ludności. Przez lata syren alarmowych używano głównie podczas świąt i rocznic państwowych.

Pojawił się nawet żart, że gdyby doszło do prawdziwego zagrożenia i uruchomiono syreny, ludzie pomyśleliby, że obchodzimy kolejne święto narodowe.

Dziś musimy brać pod uwagę ryzyko rosyjskich rakiet i dronów, które mogą znaleźć się nad Polską przypadkowo albo nieprzypadkowo. W ostatnich miesiącach okazało się, że gdy pojawiało się realne zagrożenie i trzeba było ostrzec mieszkańców przed możliwością wtargnięcia rosyjskiego pocisku manewrującego w polską przestrzeń powietrzną, uruchomienie syren bywało niemożliwe, bo w nocy nie było osób pełniących dyżur. Przez lata nie przeznaczaliśmy pieniędzy na obsadę 24 godziny na dobę, siedem dni w tygodniu. Mieliśmy luksus, by o tym nie myśleć.

Lilith Grull: Według Piekarskiego Polska przez długi czas opierała reagowanie na szczególnie poważne kryzysy — także klęski żywiołowe — przede wszystkim na wojsku. Do dziś podczas wielkich powodzi widok żołnierzy przyjeżdżających z ciężkim sprzętem jest czymś powszechnym. Jednocześnie kraj ma problemy z zasobami, niezawodną infrastrukturą ostrzegania oraz jasnymi kanałami komunikacji.

Michał Piekarski: Drugim problemem, obok swoistej militaryzacji ochrony ludności, jest nadmierne poleganie na wolontariuszach. Nie chodzi o ochotnicze straże pożarne czy inne zorganizowane formacje, lecz o sytuację, w której w czasie kryzysu po prostu publikuje się apel o pomoc i liczy, że ludzie się pojawią.

Podczas powodzi ochotnicy pracowali przy wałach. Pomagali w transporcie. W pierwszych dniach pełnoskalowej rosyjskiej inwazji na Ukrainę, kiedy do Polski przybyła bardzo duża liczba uchodźców, ogromną część pracy wykonali właśnie zwykli ludzie. Był to oddolny wysiłek, jedynie koordynowany przez lokalne władze.

To oczywiście przywraca wiarę w ludzi i społeczeństwo, ale nie można budować systemu reagowania kryzysowego na założeniu, że ktoś przypadkiem będzie chciał pomóc i akurat będzie miał do tego odpowiednie zasoby.

Największe wyzwanie jest dziś takie, że właściwie zaczynamy od początku. Wciąż musimy zdecydować, jak dokładnie powinien wyglądać system ochrony ludności, bo musi on odpowiadać jednocześnie na kilka różnych zagrożeń.

Lilith Grull: Piekarski wskazuje więc także na nadmierne uzależnienie od spontanicznej pomocy wolontariuszy. Gotowość społeczeństwa do działania jest ważna, ale system nie może zależeć od tego, czy w chwili kryzysu pojawi się wystarczająco dużo chętnych.

W 2024 roku Polska przyjęła nową ustawę o ochronie ludności i obronie cywilnej. Dla Piekarskiego to dopiero początek. Kolejnym krokiem musi być zapewnienie wyszkolonego personelu i odpowiednich zasobów. Wobec zagrożenia ze strony Rosji jest to szczególnie pilne.

Polska musi przygotowywać się na ataki hybrydowe, w tym sabotaż, ale także na możliwość wojny. To oznacza potrzebę zapewnienia schronów, możliwości ewakuacji, ratownictwa medycznego oraz zdolności do jednoczesnego reagowania na kilka kryzysów.

Piekarski dostrzega również potencjał w wykorzystywaniu istniejącej infrastruktury do kilku celów. Odporna sieć energetyczna, odnawialne źródła energii i dobrze rozwinięty transport publiczny mogą pomóc także podczas kryzysu. Pojawiają się jednak sprzeczności: pociągi elektryczne mogą stanąć podczas awarii zasilania, podczas gdy pojazdy z silnikami Diesla bywają bardziej niezawodne, ale gorzej wpisują się w cele klimatyczne.

Polska mierzy się więc z problemem wspólnym dla reszty Europy: jak zbudować system ochrony ludności, który będzie zdolny radzić sobie z kilkoma kryzysami jednocześnie.

Przykłady Portugalii i Polski pokazują, jak różne mogą być kryzysy w poszczególnych częściach Europy — i jak podobne są problemy leżące u ich podstaw.

W Portugalii gwałtowne burze i powodzie pozostawiły ludzi bez domów, a w części miejsc także bez prądu przez wiele tygodni. Mimo ostrzeżeń wielu mieszkańców czuło się pozostawionych samym sobie. Cátia Vilaça wskazuje na potrzebę lepszego prognozowania ekstremalnych zjawisk pogodowych i poprawy współpracy między instytucjami publicznymi.

W Polsce zadaniem jest odbudowanie struktur, które w dużej mierze zdemontowano po zimnej wojnie. Michał Piekarski zwraca uwagę, że wiele miejsc nie ma odpowiednich zasobów, by jednocześnie poradzić sobie z kilkoma poważnymi kryzysami. Wobec zagrożenia rosyjską agresją Polska musi gruntownie przebudować system obrony cywilnej.

Doświadczenie Ukrainy pokazuje z kolei, jak ważne jest utrzymanie podstawowych dostaw, ochrona infrastruktury krytycznej i wiarygodne informowanie mieszkańców.

Zagrożeń w Europie przybywa. Obok ekstremalnych zjawisk pogodowych — fal upałów, susz i powodzi — coraz większe znaczenie mają zagrożenia hybrydowe: sabotaż, incydenty z dronami i cyberataki, które mogą prowadzić do kradzieży danych, wyłączenia systemów cyfrowych i zakłócenia podstawowych usług.

W 2025 roku koszty kradzieży danych, szpiegostwa przemysłowego i sabotażu dla niemieckiej gospodarki oszacowano na ponad 211 miliardów euro. Od pełnoskalowej rosyjskiej inwazji na Ukrainę sytuacja bezpieczeństwa w Europie zasadniczo się zmieniła.

Niemcy pozostają w pokoju i nie ogłoszono tam stanu obrony. Jednocześnie niemiecki rząd ostrzega przed rosnącym zagrożeniem hybrydowym ze strony Rosji. W październiku niemiecki wywiad zagraniczny BND określił Rosję jako największe i najbardziej bezpośrednie zagrożenie dla bezpieczeństwa Niemiec.

Na wschodniej flance NATO zagrożenie jest bardziej bezpośrednie. We wrześniu ubiegłego roku Polska odpowiedziała środkami obronnymi na naruszenie swojej przestrzeni powietrznej przez 19 rosyjskich dronów. Estonia, Łotwa i Litwa również intensyfikują przygotowania na potencjalne zagrożenia militarne.

To prowadzi do trudnego pytania: gdzie kończy się zagrożenie hybrydowe, a zaczyna coś poważniejszego?

Granice między cywilnym kryzysem, sabotażem i zagrożeniem militarnym nie zawsze są wyraźne. W odniesieniu do ochrony ludności odpowiedź jest jednak jasna: system musi być gotowy na wiele scenariuszy i działać również wtedy, gdy kilka kryzysów występuje jednocześnie.

Wracając do naszych wyników z Niemiec: obraz jest niejednoznaczny. Niemcy mają rozbudowane struktury ochrony ludności, ale jednocześnie widoczne są braki kadrowe i finansowe, niedostateczne przygotowanie na długotrwałe przerwy w dostawie energii oraz niewystarczająca liczba miejsc schronienia.

Niemiecki Związek Powiatów określił wyniki naszego kwestionariusza jako poważny sygnał ostrzegawczy. Organizacja podkreśla, że powiaty traktują swoje obowiązki poważnie i dysponują doświadczonym personelem oraz istniejącymi strukturami. Wymagania jednak rosną. Bez odpowiedniej liczby ludzi i finansowania nie da się trwale wzmacniać przygotowania kryzysowego.

Związek ostrzega też przed zbyt daleko idącymi uogólnieniami. Merytorycznych odpowiedzi udzieliło około dwóch trzecich powiatów i miast na prawach powiatu, do których się zwróciliśmy. Nie daje to pełnego obrazu całych Niemiec. Nasze śledztwo pokazuje ważne problemy, ale nie pozwala wydawać ogólnych ocen o każdym samorządzie.

Najważniejsze jest rozpoznanie, gdzie system już działa, gdzie brakuje wsparcia i co należy poprawić. To, jak dobrze ludzie są chronieni w sytuacji kryzysowej, zależy także od miejsca zamieszkania. To, czy władze lokalne potrafią szybko ostrzec mieszkańców, skoordynować pomoc i utrzymać podstawowe dostawy, rozstrzyga się na długo przed nadejściem kryzysu — poprzez jasny podział odpowiedzialności, odpowiednią liczbę pracowników i środki finansowe, regularne ćwiczenia oraz odporną infrastrukturę.

Częścią przygotowania jest również dobrze poinformowane społeczeństwo. Ludzie muszą wiedzieć, jak odbierać ostrzeżenia, gdzie szukać pomocy i co mogą zrobić samodzielnie. Osoby, które na początku potrafią zadbać o siebie, odciążają służby, dzięki czemu te mogą skoncentrować się na ludziach wymagających pilnej pomocy.

Doświadczenia wojny w Ukrainie oraz katastrof takich jak powódź w dolinie Ahr pokazują, co działa, a gdzie system dochodzi do granic możliwości. Możemy wyciągać z tych doświadczeń wnioski, zanim sami będziemy musieli uczyć się ich w najtrudniejszy sposób.

Odporność nie oznacza możliwości zapobieżenia każdemu kryzysowi. Oznacza zdolność do działania wtedy, gdy istniejące systemy dochodzą do swoich granic. Wymaga to inwestycji, jasnego podziału odpowiedzialności oraz skutecznej współpracy — lokalnie i ponad granicami państw.

Bezpieczeństwo ludzi nie powinno zależeć od tego, czy przypadkiem mieszkają w dobrze przygotowanej gminie. Jeśli chcemy zwiększyć odporność Europy, musimy zacząć tam, gdzie kryzysy stają się realne dla ludzi — tuż za ich drzwiami.

Napis lensEU na żółto-niebieskim tle.
lensEU – zbliżenie na to, co napędza europejską wspólnotę.
Na zdjęciu Redakcja OKO.press
Redakcja OKO.press

Jesteśmy obywatelskim narzędziem kontroli władzy. Obecnej i każdej następnej. Sięgamy do korzeni dziennikarstwa – do prawdy. Podajemy tylko sprawdzone, wiarygodne informacje. Piszemy rzeczowo, odwołując się do danych liczbowych i opinii ekspertów. Tworzymy miejsce godne zaufania – Redakcja OKO.press

Komentarze