Karol Wojtyła miał dwie obsesje: komunizm i moralny upadek Zachodu. Były dla niego dwiema twarzami tego samego wroga: świata bez Boga. Potrzebował żołnierzy – twardych, ideowych. Arcybiskup Alfonso López Trujillo był takim człowiekiem, o jakiego chodziło Wojtyle.
Niecenzurowana, demaskująca, przerażająco aktualna. Lektura dla tych, którzy chcą wiedzieć, co naprawdę działo się za Spiżową Bramą – tak Wydawnictwo Prószyński i S-ka zapowiada swoja najnowszą pozycję z dziejów Kościoła Katolickiego: Skandale Watykanu.
Prof. Stanisław Obirek i Artur Nowak opisują, kto naprawdę rządził Kościołem katolickim w XX i XXI wieku. To portret 18 postaci – od bankierów mafii w sutannach po świętych manipulantów.
Czytelnikom OKO.press przedstawiamy rozdział poświęcony Kolumbijczykowi, kardynałowi Alfonso Lopez Trujillo. Odegrał wybitną rolę w zwalczaniu teologii wyzwolenia, a także aborcji, antykoncepcji i praw osób LGBT.
Wstęp specjalnie dla OKO.press napisał prof. Stanisław Obirek.
Od kilku lat w publicystyce liberalnej niemal na całym świecie pojawia się motyw dyskretnego powrotu chrześcijaństwa, który jest gorliwie nagłaśniany w Polsce. Można wręcz powiedzieć, że po dziesięcioleciach krytyki i wieszczenia nieodwołalnego triumfu sekularyzacji, w mediach zapanowała moda na religię, przede wszystkim na chrześcijaństwo. Oto wiara w Chrystusa, zwłaszcza w wersji katolickiej, znowu jest witana jako jedyna alternatywa dla skompromitowanych ideologii, zwłaszcza lewicowych. Niedawni krytycy i prześmiewcy posypują głowy popiołem i proszą o przyjęcie na łono Kościoła.
Na gruzach komunistycznych złudzeń pojawia się więc katolicyzm jako jedyna wiarygodna odpowiedź na nękający ludzkość kryzys. Marzenia o lepszym jutrze może spełnić tylko wiara religijna. Tę diagnozę zdaje się potwierdzać lewicowy włoski myśliciel Enzo Traverso, który ostatecznie pożegnał złudzenia swego obozu w nostalgicznym fresku Lewicowa melancholia. Marksizm, historia i pamięć już przed dziesięciu laty.
W Polsce książka Traverso przeszła niezauważona pewnie dlatego, że u nas nikt po lewicy nie płacze i raczej nie tęskni za jej powrotem. Marne notowania naszych partii lewicowych jedynie to potwierdzają. Już dawno zawyrokował przecież abp Józef Życiński, że lewicy wolno mniej.
Czy tak jest w istocie i czy prawicy w istocie można więcej, to teza wysoce dyskusyjna. Również w Polsce. Jej rodowód wcale nie jest świetlany, jak nam próbują to wmówić entuzjaści polityki historycznej. Dobierają te fragmenty przeszłości, które wzmacniają ich optymistyczną narrację, i której zwieńczeniem ma być wiara katolicka.
A przecież to Kościoły chrześcijańskie naznaczyły swoim błogosławieństwem krwawą historię nie tylko zdobywców Nowego Świata, ale i całkiem rodzime wojny religijne w Europie, które z niewiadomych przyczyn poszły w zapomnienie. A i miniony wiek XX ma równie wiele ran zadanych przez radykalne odłamy prawicy, z faszyzmem na czele.
Skąd więc ten pełen wigoru i nowych obietnic powrót religii skompromitowanej nie tak dawnymi w końcu związkami ze zbrodniczymi reżimami? Skąd więc ten bezrefleksyjny triumfalizm?
Próbujemy zadać kłam wspomnianym nadziejom. Dla nas to właśnie katolicyzm ostatecznie się skompromitował, a jego triumfalistyczna obecność nad Wisłą po 1989 roku budzi nasze głębokie zdumienie. Podobnie jak i rosnące w siłę partie prawicowe, które swoimi związkami z katolicyzmem jedynie pogłębiają to nasze przeświadczenie, że należy o tym głośno mówić i pisać. Razem z Arturem Nowakiem dajemy temu wyraz od kilku lat w naszych wspólnych publikacjach.
Tak też jest w naszej najnowszej książce Skandale Watykanu, która jest kontynuacją opublikowanej w 2024 roku książki Skandaliści w sutannach. Można je obie czytać jako swoisty dyptyk, który jest definiowany przez historyków sztuki jako rodzaj niewielkiego przenośnego obiektu artystycznego, służącego celom dewocyjnym.
Materiału ilustracyjnego dostarcza samo życie. Nie chcemy jednak wpływać na pobożność naszych Czytelników. Przeznaczenie naszych książek jest odmienne. Mają pomóc w wyrobieniu sobie realistycznego obrazu ludzi tworzących system kościelny. Wydaje nam się bowiem, że znacznie skuteczniejszym jest pokazywanie konkretnych przykładów niż wchodzenie w abstrakcyjne spory na temat szkodliwości czy pożytków takiej czy innej ideologii.
Zresztą sam Kościół podpowiada nam taką właśnie metodę, propagując żywoty swoich świętych. Naszym zdaniem te żywoty nie wyczerpują prawdy o tej instytucji. To, co o nich piszemy, nie jest tajemnicą. Wiele z przywoływanych przez nas faktów i wielu naszych bohaterów jest dobrze znanych i nagłośnionych medialnie.
Jednak zwykle nie wywołują głębszego namysłu ani nad instytucją, ani nad głoszonymi przez nią naukami. Owszem, prowokują chwilowe zgorszenie, które wszak szybko mija w natłoku kolejnych skandali.
Tak więc proponujemy pewną formę pisania o Kościele, która otwiera oczy na pełną rzeczywistość tej instytucji. Zachęcamy naszych Czytelników do łączenia faktów i wyciągania z nich wniosków.
Oto przykład pierwszy z brzegu, o którym informuje rozdział naszej książki poświęcony kardynałowi Alfonso López Trujillo.
Czytelnicy książki Frederica Martela Sodoma, zapewne go pamiętają, tak jak pamiętają go tysiące ludzi, którzy się z nim zetknęli i z którymi Martel rozmawiał. Ale tylko nieliczni mogą połączyć postać tego kolumbijskiego hierarchy z polskim biskupem Grzegorzem Kaszakiem, jednym z najbliższych i wieloletnich współpracownikiem Trujillo.
Kaszak to bohater jednej z najgłośniejszych afer obyczajowych w polskim kościele katolickim – to wydarzenia w diecezji sosnowieckiej doprowadziły do jego dymisji w 2023 roku. Był też jednym z bohaterów naszej poprzedniej wspomnianej wyżej książki Skandaliści w sutannach.
Kto o nim jeszcze pamięta? A to Trujillo i Kaszak przez dziesięciolecia uczyli katolików moralności i wdrażali najbardziej rygorystyczne nauki o seksualności, jakie można sobie wyobrazić.
Zderzenie z praktyką nie tyle duszpasterską, ile życiową może być pouczające. Zachęcamy.
Przecież to watykańska dykasteria do Spraw Rodziny, którą przez lata kierował właśnie Trujillo, zasłynęła z najbardziej nienawistnych dokumentów wobec osób LGBT+ i wobec teorii gender, którą nieodmiennie nazywała „ideologią”, odmawiając jej statusu naukowego.
A Kaszak te nauki propagował w Polsce jako odpowiedzialny znowu za sprawy rodzinne w polskim episkopacie. Jak jeden i drugi łączył te pouczenia z nadużyciami seksualnymi w swojej własnej instytucji, to już pozostawiamy osądowi naszych Czytelników.
Wymieńmy z pozostałych opisanych postaci przynajmniej niektórych, może najmniej oczywistych w naszym zbiorze.
Otwiera go generał jezuitów Włodzimierz Ledóchowski, brat dwu świętych sióstr. Jan Paweł II bardzo zachęcał, by jezuici zadbali o jego beatyfikację. A jednak uznaliśmy, że jego antysemityzm i nieskrywana sympatia do faszyzmu kwalifikuje go do naszego zbioru.
Obecność założyciela Opus Dei Josemarii Escrivy też zapewne nie dla wszystkich jest uzasadniona. Dla nas była wręcz konieczna nie tylko ze względu na faszystowski rodowód, ale i osobiste autorytarne i nieznoszące żadnego sprzeciwu rządy w założonej przez siebie instytucji.
Wątpliwości mogą się pojawić o Josepha Ratzingera, wybitnego teologa i papieża, lektura jego portretu powinna te wątpliwości rozwiać, bo to jego obecność w Watykanie od 1980 do samej śmierci w 2022 roku (również jako były papież kontrolował następcę) skutecznie zamroziła wszelkie twórcze myślenie w rzymskim katolicyzmie.
Te same, choć w mniejszej skali „zasługi” można przypisać Zenonowi Grocholewskiemu, który próbował (na szczęście nieskutecznie) pacyfikować katolickie uczelnie w USA. Większe sukcesy odniósł w Polsce, gdzie jego wpływy są aż nadto widoczne w katolickich seminariach i wydziałach teologicznych.
Angelo Sodano i Carlo Maria Vigano nie prowokują pytań, bo ich obecność jest oczywista. Podobnie jak dwóch drapieżców seksualnych, biskupa i nuncjusza Józefa Wesołowskiego czy byłego już jezuity i artysty Marko Rupnika.
Stanisław Obirek
Fragment książki „Skandale Watykanu”
Karol Wojtyła miał dwie obsesje: komunizm i moralny upadek Zachodu. I choć różniły się geografią i językiem ideologicznym, w oczach papieża z Polski były dwiema twarzami tego samego wroga: świata bez Boga. Wojtyła nie szukał ludzi prawdziwie świętych, „ubogich duchem” prostaczków ani pogodnych intelektualistów. Potrzebował żołnierzy – twardych, bezkompromisowych, ideowych.
Ludzi, którzy nie będą wahać się, by użyć noża, jeśli będzie trzeba – oczywiście w sensie politycznym. Ich przymioty moralne kompletnie papieża z Polski nie interesowały. Inna sprawa to fakt, że trudno mu było pewnie znaleźć postaci nieskazitelne, podzielające jego poglądy na świat.
Alfonso López Trujillo był dokładnie takim człowiekiem, o jakiego chodziło Wojtyle. Ten Kolumbijczyk – bystry, chłodny, nieprzejednany, niski wzrostem, ale wielki ambicjami, a przy tym ze swobodą poruszający się między teologiczną argumentacją a polityczną manipulacją – w latach siedemdziesiątych zasłynął w Ameryce Łacińskiej jako jeden z najbardziej zaciekłych krytyków teologii wyzwolenia.
Dla duchownych zaangażowanych w walkę o prawa ubogich był bezwzględnym cenzorem. Dla prawicowych elit – lojalnym sojusznikiem. Trujillo nie bał się oskarżać księży o marksizm, nawet jeśli oznaczało to skazanie ich na marginalizację albo represje ze strony lokalnych władz. Wygrywał polityczne pojedynki w episkopacie i był mistrzem zakulisowych rozgrywek. Dla Wojtyły było jasne: właśnie takiego człowieka potrzebował do walki ideologicznej Kościoła.
W 1979 roku Trujillo trafił do Rzymu jako sekretarz generalny CELAM – Konferencji Episkopatów Ameryki Łacińskiej. Już wtedy Jan Paweł II traktował go jako swojego „człowieka na miejscu”.
Gdy papież odwiedził Meksyk w 1979 roku, Trujillo odgrywał kluczową rolę w przygotowaniu dokumentów potępiających „odchylenia teologiczne” i „upolitycznienie Ewangelii”. W ciągu kolejnych lat jego pozycja w hierarchii tylko rosła: został arcybiskupem Medellín, potem kardynałem, wreszcie przewodniczącym Papieskiej Rady do spraw Rodziny.
To właśnie on stanie się twarzą watykańskiej krucjaty przeciw aborcji, antykoncepcji i prawom osób LGBT. Zawsze bezkompromisowy, nieczujący języka poprawności, zawsze gotowy do wojny ideologicznej i dla mniejszości seksualnych bezwzględny.
Awans Trujillo to była strategiczna decyzja.
Wojtyła potrzebował kogoś, kto będzie jego batem na teologię wyzwolenia i zachodni liberalizm. Kto nie będzie się wahał. Kto nie będzie zadawał zbędnych pytań. I Trujillo nie zawiódł.
Jego lojalność wobec papieskiej linii była absolutna. A styl działania? Brutalny, bezlitosny i dla wielu przerażająco skuteczny.
Trujillo nie był tylko kolejnym urzędnikiem w sutannie. Od 1972 roku jako sekretarz generalny CELAM systematycznie przesuwał Kościół w regionie z pozycji rewolucyjnego sojusznika biednych na pozycję strażnika porządku. W 1979 roku na Trzeciej Konferencji Episkopatu w Puebli stał się architektem jednego z największych ideologicznych zwrotów w historii Kościoła po soborze watykańskim II.
Zamiast kontynuacji progresywnego ducha Medellín (1968), gdzie Kościół w niemałej części oficjalnie zaakceptował analizę marksistowską jako narzędzie walki z niesprawiedliwością, Puebla przyniosła chłodny prysznic. Jan Paweł II poprzez ludzi takich jak Trujillo jasno dał do zrozumienia: Kościół nie jest partią rewolucyjną. Ma być moralnym kompasem, a nie polityczną dźwignią. W kuluarach mówiło się, że to nie Duch Święty, ale duch Trujilla pisał większość przemówień papieża w Ameryce Łacińskiej.
Po Puebli rozpoczęła się systematyczna kampania nie tylko przeciwko herezji, ale też przeciwko niepokornym. Biskupów, którzy wspierali oddolne ruchy społeczne, zaczęto usuwać lub marginalizować, księży bliskich ludowi przesuwać do funkcji administracyjnych. Teologów takich jak Gustavo Gutiérrez, Leonardo Boff i Jon Sobrino cenzurowano, wyciszano, kierowano do „ponownego rozeznania swojej misji”.
Trujillo, od 1983 roku kardynał, a potem przewodniczący Papieskiej Rady do spraw Rodziny, zyskał ogromne wpływy nie tylko w Ameryce Łacińskiej, ale też w Rzymie. Był jednym z najbliższych doradców Jana Pawła II w sprawach moralnych i doktrynalnych. A przy tym, jak donosili dziennikarze i byli współpracownicy, prowadził podwójne życie – pełne luksusów, prywatnych apartamentów i tajemnic, które z czasem zaczęły budzić pytania.
W latach osiemdziesiątych regularnie przyjeżdżał do Watykanu, by informować papieża o sytuacji w Kolumbii, Nikaragui, Salwadorze. Przekazywał raporty o rzekomym „zinfiltrowaniu seminariów przez marksistów”. Jego doniesienia często były niepełne, przesadzone, a nawet nieprawdziwe, ale Trujillo mówił papieżowi to, co papież chciał usłyszeć. Budował swoją pozycję na rosnącym lęku Watykanu przed utratą kontroli nad Kościołem w Ameryce Południowej.
Kiedy w 1983 roku Jan Paweł II odwiedził Nikaraguę, na lotnisku doszło do jednego z najbardziej symbolicznych gestów jego pontyfikatu – papież upomniał klęczącego przed nim księdza Ernesta Cardenala, ministra w sandinistowskim rządzie. Scena została zaaranżowana. To właśnie Trujillo miał być jej inicjatorem, przekonując papieża, że Cardenal jest symbolem „upadku kapłańskiej dyscypliny” i „publicznego zgorszenia”.
Rok później – 4 lutego 1984 roku – Jan Paweł II nałożył na Cardenala suspensę a divinis, jeden z najcięższych kościelnych zakazów. Odebrał duchownemu prawo sprawowania jakichkolwiek funkcji kapłańskich. Watykan nie pozostawiał wątpliwości – poeta i teolog miał „uregulować swoje sprawy z Kościołem”, co w języku kurialnym oznaczało jedno: porzuć politykę albo porzuć kapłaństwo. Cardenal się nie podporządkował. Pozostał ministrem kultury w sandinistowskim rządzie. Pisał, milczał, tworzył wspólnotę. Zakaz nałożony przez Wojtyłę trwał trzydzieści pięć lat.
Gdy w lutym 2019 roku ciężko chory Cardenal leżał w szpitalnym łóżku już na granicy życia i śmierci, 17 lutego do kliniki w Managui przyszedł do niego biskup pomocniczy Silvio José Báez Ortega z listem od papieża Franciszka. List był krótki, ale jednoznaczny: „w duchu miłości i miłosierdzia” papież zdjął suspensę. Ortega przykląkł przy łóżku dziewięćdziesięciopięcioletniego kapłana i poprosił o błogosławieństwo. „Jako kapłana Kościoła katolickiego” – dodał cicho. Cardenal uniósł rękę. Po raz pierwszy od 1984 roku.
Ale wróćmy do naszego bohatera.
Na wewnętrznych zebraniach CELAM Trujillo mówił wprost: „Kościół nie może służyć ubogim kosztem posłuszeństwa Rzymowi. Chrystus nie był rewolucjonistą. Ewangelia nie potrzebuje marksistowskiej korekty”.
W rozmowach z zachodnimi dziennikarzami i teologami bronił swojego stanowiska: „To nie bieda zagraża Kościołowi, ale błędna teologia biedy” – powtarzał z uśmiechem człowieka pewnego swojej pozycji. Dla wielu duchownych z Ameryki Południowej był symbolem upadku soborowych nadziei. Dla Watykanu – niezastąpionym żołnierzem w wojnie o dusze kontynentu.
W 1990 roku papież powierzył mu kierowanie Papieską Radą do spraw Rodziny, którą Trujillo przekształcił w bastion walki z postulatami równości płci, prawami osób LGBT oraz legalizacją antykoncepcji i aborcji.
Organizował konferencje i kampanie medialne, w których antykoncepcję porównywał do „duchowego ludobójstwa”, a związki jednopłciowe nazywał „zagrożeniem dla cywilizacji chrześcijańskiej”.
Z jednej strony to lojalny współpracownik papieża, który umacnia jego władzę w Ameryce Łacińskiej i gasi płomienie rewolucji rozpalone przez duchownych w fawelach, barakach i na andyjskich wzgórzach, z drugiej – hipokryta, któremu zarzucano kradzieże i wyrafinowane homoseksualne orgie.
W 1997 roku podczas Światowego Kongresu Rodzin w Rio de Janeiro Trujillo wygłosił przemówienie, w którym stwierdził, że „homoseksualizm jest sprzeczny z prawem naturalnym” i Kościół ma obowiązek bronić rodziny przed „ideologiczną kolonizacją Zachodu”.
Jego słowa – pełne potępień, alarmistycznych fraz i moralistycznych ostrzeżeń – idealnie współgrały z lękami papieża z Polski. W oczach Wojtyły każdy postulat dotyczący praw mniejszości seksualnych, edukacji seksualnej, prawa do wyboru był zapowiedzią duchowego chaosu, niemal takim samym zagrożeniem jak marksizm, tyle że ubranym w język praw człowieka.
To dlatego tacy ludzie jak Trujillo awansowali. Nie dlatego, że byli bez skazy. Nie dlatego, że byli duchowymi gigantami. Po prostu potrafili mówić językiem wojny kulturowej. Nie powstrzymywali się przed nazwaniem przeciwników Kościoła „ideologicznymi kolonizatorami”, „spadkobiercami komunizmu” albo „piewcami kultury śmierci”.
Trujillo nie miał oporów, żeby na konferencjach ONZ-owskich rzucać oskarżenia o „globalny spisek antyrodzinny”. Organizował medialne kampanie przeciw feministkom, środowiskom LGBT i ONZ-owskim agendom zdrowotnym, promującym antykoncepcję w krajach globalnego Południa. Dla papieża z Polski wybór był prosty: albo my, albo oni. I Trujillo znakomicie wcielał tę zasadę w życie.
Trujillo jako bliski współpracownik Ratzingera uczestniczył także w opracowaniu i promowaniu dokumentów Kongregacji Nauki Wiary, które piętnowały teologię wyzwolenia jako „błędne połączenie marksizmu i chrześcijaństwa”. W 2004 roku był jednym z głównych architektów watykańskiego raportu „Instrukcja dotycząca niektórych aspektów »teologii wyzwolenia«”, ostatecznie marginalizującego ten nurt w Kościele.
Kardynał był również gorącym orędownikiem konserwatywnego sojuszu z amerykańską prawicą religijną. W 2003 roku, próbując stworzyć globalny front przeciwników aborcji i małżeństw jednopłciowych, spotykał się z przedstawicielami takich organizacji jak Family Research Council i The Heritage Foundation. Współpracował z Opus Dei oraz legionistami Chrystusa, wspierając ich ekspansję w Ameryce Łacińskiej i kontrolę nad mediami katolickimi.
Trujillo działał przy użyciu środków represyjnych: przesłuchań, donosów, kontroli seminariów. Dostarczył do Rzymu fotografie przedstawiające krzyże z narzędziami pracy (na przykład siekiera zamiast Chrystusa), jak przekonywał, używane podczas katechez wśród meksykańskiej ludności rdzennej. Był to rzekomy dowód na „marksistowski synkretyzm religijny”.
W Salwadorze doniósł na jezuitę Jona Sobrina. Stwierdzał, że jego chrystologia „zastępuje Jezusa Chrystusa Jezusem rewolucjonistą”. W 2006 roku Kongregacja potępiła prace Sobrina jako „niewystarczająco ortodoksyjne”.
Watykańskie media pod jego wpływem publikowały teksty uderzające w organizacje pozarządowe walczące z AIDS, zwłaszcza jeśli promowały prezerwatywy. Chociaż oficjalnie nie zostały nigdy udowodnione sądownie, liczne relacje świadków i byłych członków duchowieństwa wskazują, że Trujillo miał powiązania z kolumbijskimi grupami paramilitarnymi.
Według zeznań byłego księdza Germána Robleda miał przekazywać spisy duchownych „o podejrzanych poglądach” lokalnym władzom i strukturom powiązanym z Autodefensas Unidas de Colombia. Niektórzy księża – na przykład Javier Giraldo Moreno i Gabriel Izquierdo – musieli przez niego uciekać z kraju z powodu gróźb.
W 1995 roku Trujillo był współautorem dokumentu Lexique des termes ambigus et controversés sur la famille, la vie et les questions éthiques, znanego jako „Leksykon nienawiści”, który miał stanowić „narzędzie dla prawodawców” do walki z nowoczesnym językiem praw człowieka.
Znalazły się w nim takie hasła jak:
Z kolei termin „panseksualizm”, używany przez Trujilla i jego współpracowników, był ironicznie przywoływany w kontekście jego prywatnego życia, gdy po jego śmierci ujawniono informacje o homoseksualnych relacjach kardynała, tuszowanych przez jego otoczenie. Bo znany z bezkompromisowej retoryki moralnej i obsesji na punkcie czystości kardynał prowadził życie, które stało w jaskrawej sprzeczności z głoszoną przez niego doktryną.
Na przykład w 2010 roku, już po jego śmierci, watykanista Giancarlo Zizola ujawnił, że kardynał prowadził podwójne życie i miał „tajemnice, które chronił jak relikwie”. Podobne sugestie pojawiły się w książkach Carmela Abbatego (Sex and the Vatican) i Frédérica Martela, którzy pisali o dwulicowości konserwatywnego establishmentu Watykanu i wskazywali Trujilla jako przykład inkwizytora, który sam nie żył według własnych zasad.
W Kolumbii, szczególnie w Medellín, gdzie przez ponad dekadę sprawował funkcję arcybiskupa, miał według doniesień rozbudowaną siatkę „łowców”, czyli zaufanych duchownych i świeckich współpracowników, których zadaniem było wyszukiwanie mu młodych mężczyzn.
Preferencje Trujilla były, jak twierdzą świadkowie cytowani przez Martela i Abbatego, wyraźnie ukierunkowane: jasna cera, delikatne rysy, często ministranci, chórzyści lub klerycy z biednych rodzin. Miał szczególną obsesję na punkcie chłopięcych chórów. Świadkowie twierdzili, że osobiście „przeglądał” chórzystów – chłopców o „estetyce europejskiej”, których kazał ubierać w białe dopasowane szaty. Wchodził na próby i przerywał je, by wskazać, którzy chłopcy mają „odpowiedni wygląd”.
Niektórych z tych chłopców później wyświęcał – co, jak sugerują źródła, miało ukryć charakter relacji, ale też zagwarantować mu lojalność w duchownej strukturze. Relacje seminarzystów – w tym Morgaina, który po latach opisał swoje doświadczenia w niezależnych mediach – wskazują, że odmowa współpracy groziła wstrzymaniem święceń, degradacją, a nawet wydaleniem z zakonu.
Jednym z najczęściej przytaczanych w mediach przypadków jest historia kolumbijskiego biskupa, który awansował dzięki jego wsparciu. Po śmierci kardynała w 2008 roku duchowny ten miał być w kościelnych kręgach określany żartobliwie (a czasem złośliwie) wdową po kardynale.
Styl życia Trujilla był jawnie pretensjonalny. Nawet jego przeciwnicy polityczni w Kościele przyznawali, że był mistrzem autoprezentacji: poruszał się z teatralnym rozmachem, jego wizyty poprzedzały czerwone dywany, kolumny ministrantów i śpiewy chórów. Według kolumbijskich watykanistów zawsze miał przy sobie butelkę dobrej whisky, a jego garderoba obejmowała szyte na zamówienie jedwabne sutanny ze złotymi wykończeniami.
„Nie wysiadał z samochodu, dopóki nie podano mu szkockiej. Poważnie. Nawet jeśli droga była błotnista, dywan miał być rozłożony. Inaczej nie było wizyty”.
Ten rytualny przepych łączył się z obsesją kontroli, hierarchii i adoracji. Trujillo żądał całowania pierścienia, wielogodzinnych przemówień, kontrolowania światła, kadzidła i dźwięku podczas mszy i kongresów CELAM. Duchowni żartowali, że „myli kazalnicę z rampą teatralną”.
Przydomek Księżniczka Medellín zyskał jednak wśród duchownych nie tylko z powodu swojego wystawnego stylu, ale i sposobu bycia: mrużenia oczu, właśnie teatralnych pauz w mowie, wachlowania się ręką i dramatycznego tonu wypowiedzi. „Szedł, jakby stąpał po wybiegu mody haute couture” – miał powiedzieć jeden z kolumbijskich biskupów, cytowany anonimowo w prasie.
To, co kryło się pod purpurą kardynalską, nie było tylko hipokryzją. Było – jak pisze Martel – „formą przemocy sakralizowanej, uświęconej władzą i obojętnością papieży”. Co ciekawe, po śmierci Trujilla w 2008 roku jego ciało niemal przez dekadę spoczywało w Rzymie. Według kardynała Lorenza Baldisseriego Trujillo „nie mógł wrócić do swojego kraju, nawet martwy”, ponieważ w Kolumbii grożono mu nawet po śmierci z powodu jego powiązań z paramilitarnymi grupami zbrojnymi.
Dopiero w 2017 roku papież Franciszek zdecydował o odesłaniu jego szczątków. Być może dlatego, że chciał uniknąć połączenia ewentualnego skandalu związanego z życiem kardynała z Watykanem.
Obecnie ciało Lópeza Trujilla spoczywa w katedrze w Medellín, w krypcie pod białą kamienną płytą, a jego duch może więc teraz konfrontować się z realnym ludem, którego tak skutecznie przez lata uciszał. Wejście do kaplicy zabezpieczone jest kratą, gdyż obawiano się aktów wandalizmu ze strony rodzin ofiar lub dawnych kochanków kardynała, ale stoją w niej świece zapalone wiecznie – oto ironiczna liturgia dla człowieka, którego życie było zaprzeczeniem jego dogmatów. A może to ostatni hołd dla watykańskiej diwy, Antychrysta w kardynalskiej piusce?
*
To jeden z wielu kardynałów, którzy uosabiali watykański paradoks: im głośniej krzyczeli o czystości, tym bardziej ich życie odbiegało od ideałów, które narzucali innym. „Za rygoryzmem zawsze coś się kryje” – mówił papież Franciszek, celując w świętoszków, którzy za doktrynalną fasadą chowali zupełnie inne oblicze.
Przykłady takich duchownych można mnożyć: kardynał Keith O’Brien z Wielkiej Brytanii wzywał do zakazania małżeństw jednopłciowych, a sam ustąpił po zarzutach o molestowanie młodych seminarzystów. Kardynał Hans Hermann Groër z Austrii, którego Jan Paweł II chronił mimo wieloletnich oskarżeń o nadużycia seksualne. Amerykański arcybiskup Rembert Weakland, który potajemnie wypłacił setki tysięcy dolarów, by zatuszować romans homoseksualny. Wreszcie kardynał Bernard Law, który zbudował całą karierę na obronie „moralności katolickiej”, a jednocześnie ukrywał księży pedofilów i niszczył życie ofiar.
To nie były jednostkowe potknięcia. Tak działa po prostu system. Kościół, w którym karierę robią ci, co umieją najlepiej udawać. W którym uczciwość przegrywa ze zmową milczenia. Doktryna ta była nie do zniesienia dla ludzi przyzwoitych, więc właśnie nieprzyzwoici odnajdowali się w niej najlepiej. Im większy absurd, tym skuteczniejszy filtr selekcji: ci, którzy nie kłamali, odpadali na starcie.
Pontyfikat Jana Pawła II był gloryfikacją moralnej surowości połączonej z głuchotą na podwójne życie najbliższych współpracowników papieża. A Kościół za jego rządów był nie tyle święty, ile uświęcony kłamstwem.
Teolog, historyk, antropolog kultury, profesor nauk humanistycznych, profesor zwyczajny Uniwersytetu Warszawskiego, były jezuita, wyświęcony w 1983 roku. Opuścił stan duchowny w 2005 roku, wcześniej wielokrotnie dyscyplinowany i uciszany za krytyczne wypowiedzi o Kościele, Watykanie. Interesuje się miejscem religii we współczesnej kulturze, dialogiem międzyreligijnym, konsekwencjami Holocaustu i możliwościami przezwyciężenia konfliktów religijnych, cywilizacyjnych i kulturowych.
Teolog, historyk, antropolog kultury, profesor nauk humanistycznych, profesor zwyczajny Uniwersytetu Warszawskiego, były jezuita, wyświęcony w 1983 roku. Opuścił stan duchowny w 2005 roku, wcześniej wielokrotnie dyscyplinowany i uciszany za krytyczne wypowiedzi o Kościele, Watykanie. Interesuje się miejscem religii we współczesnej kulturze, dialogiem międzyreligijnym, konsekwencjami Holocaustu i możliwościami przezwyciężenia konfliktów religijnych, cywilizacyjnych i kulturowych.
Adwokat, publicysta i pisarz. Współautor książki „Żeby nie było zgorszenia. Ofiary mają głos” o ofiarach księży pedofilów, autor „Kroniki opętanej” – historii egzorcyzmowanej nastolatki oraz „Dzieci, które gorszą”, w której oddaje głos dzieciom i partnerkom kapłanów. W swojej praktyce adwokackiej wielokrotnie reprezentował pokrzywdzonych w sprawach, dotyczących pedofilii.
Adwokat, publicysta i pisarz. Współautor książki „Żeby nie było zgorszenia. Ofiary mają głos” o ofiarach księży pedofilów, autor „Kroniki opętanej” – historii egzorcyzmowanej nastolatki oraz „Dzieci, które gorszą”, w której oddaje głos dzieciom i partnerkom kapłanów. W swojej praktyce adwokackiej wielokrotnie reprezentował pokrzywdzonych w sprawach, dotyczących pedofilii.
Komentarze