Zapytany w Berlinie, czemu radiowa Trójka nie informowała o decyzji Trybunału Sprawiedliwości UE zatrzymującej "reformę" SN, prezydent Duda bronił mediów publicznych argumentując, że... szczegółowo informują o gwałtach. Nawiązał do obrzydliwej narracji o "obcych" gwałcących białe, najlepiej polskie kobiety. OKO.press demaskuje

Podczas spotkania w Berlinie 23 października Andrzej Duda podzielił się wieloma przemyśleniami na temat bieżących kwestii politycznych. Stwierdził, że Polacy bywają niechętni Unii Europejskiej, ponieważ nie lubią żarówek energooszczędnych (jego zdaniem być może była to także przyczyna Brexitu), ale mimo wszystko w Polsce nie ma żadnych partii eurosceptycznych.

Jeden z niemieckich dziennikarzy spytał prezydenta o powody, dla których Program Trzeci PR nie podał w miniony weekend informacji o decyzji Trybunału Sprawiedliwości UE w sprawie zawieszenia przepisów ustawy o Sądzie Najwyższym.

„O wielu rzeczach można nie usłyszeć w Polsce i w innych krajach, np. o różnych kryzysach wewnątrzpolitycznych można nie usłyszeć w mediach, chociaż trwają one od dawna. Nie jest powiedziane, że media muszą informować o wszystkim. Mnie jest trudno się do tego odnieść, bo nie słuchałem radia w tym momencie. A po drugie, proszę wybaczyć, ja nie wpływam na media w Polsce.

W Polsce jest tak, że gdyby jakaś kobieta, czy kobiety zostały zgwałcone, to media poinformowałyby o tym natychmiast. Wskazując szczegóły, które tylko byłyby do zdobycia. Więc media w Polsce są wolne!”,

stwierdził prezydent.

Czym powinny zajmować się media publiczne

Niepoinformowanie o tak ważnym wydarzeniu, jakim jest decyzja Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej w sprawie Sądu Najwyższego jest bez wątpienia naruszeniem ustawy o radiofonii i telewizji. Art. 21.1 oraz 21.2 określają, czym jest „misja publiczna”, którą powinny realizować media. Ich podstawowym zadaniem jest informowanie społeczeństwa o wydarzeniach w Polsce i zagranicą – zarówno tych politycznych, jak i kulturalnych czy sportowych. Przekaz powinien być zróżnicowany, wyróżniać się wysoką jakością, bezstronnością, a przede wszystkim – rzetelnością. Wszystko to, by „umożliwić obywatelom uczestnictwo w życiu publicznym” oraz „wykonywanie prawa od kontroli i krytyki społecznej”.

  • Zobacz art. 21 ustawy o radiofonii i telewizji

    Art. 21. 1. Publiczna radiofonia i telewizja realizuje misję publiczną, oferując,
    na zasadach określonych w ustawie, całemu społeczeństwu i poszczególnym jego
    częściom, zróżnicowane programy i inne usługi w zakresie informacji, publicystyki,
    kultury, rozrywki, edukacji i sportu, cechujące się pluralizmem, bezstronnością,
    wyważeniem i niezależnością oraz innowacyjnością, wysoką jakością i integralnością
    przekazu.
    1a. Do zadań publicznej radiofonii i telewizji, wynikających z realizacji misji,
    o której mowa w ust. 1, należy w szczególności:
    1) tworzenie i rozpowszechnianie programów ogólnokrajowych, programów
    regionalnych, programów dla odbiorców za granicą w języku polskim i innych
    językach oraz innych programów realizujących demokratyczne, społeczne
    i kulturalne potrzeby społeczności lokalnych;
    2) tworzenie i rozpowszechnianie programów wyspecjalizowanych, na których
    rozpowszechnianie uzyskano koncesję;
    3) budowa i eksploatacja nadawczych i przekaźnikowych stacji radiowych
    i telewizyjnych;
    4) rozpowszechnianie przekazów tekstowych;
    5) prowadzenie prac nad nowymi technikami tworzenia i rozpowszechniania
    programów radiowych i telewizyjnych;
    6) prowadzenie działalności produkcyjnej, usługowej i handlowej związanej
    z twórczością audiowizualną, w tym eksportu i importu;
    7) popieranie twórczości artystycznej, literackiej, naukowej oraz działalności
    oświatowej i działalności w zakresie sportu;
    8) upowszechnianie wiedzy o języku polskim;
    8a) uwzględnianie potrzeb mniejszości narodowych i etnicznych oraz społeczności
    posługującej się językiem regionalnym, w tym emitowanie programów
    informacyjnych w językach mniejszości narodowych i etnicznych oraz języku
    regionalnym;
    9) tworzenie i udostępnianie programów edukacyjnych na użytek środowisk
    polonijnych oraz Polaków zamieszkałych za granicą;
    10) zapewnianie dostępności programów lub ich części i innych usług dla osób
    niepełnosprawnych z powodu dysfunkcji narządu wzroku oraz osób
    niepełnosprawnych z powodu dysfunkcji narządu słuchu;
    11) upowszechnianie edukacji medialnej.
    2. Programy i inne usługi publicznej radiofonii i telewizji powinny:
    1) kierować się odpowiedzialnością za słowo i dbać o dobre imię publicznej
    radiofonii i telewizji;
    2) rzetelnie ukazywać całą różnorodność wydarzeń i zjawisk w kraju i za granicą;
    3) sprzyjać swobodnemu kształtowaniu się poglądów obywateli oraz formowaniu
    się opinii publicznej;
    4) umożliwiać obywatelom i ich organizacjom uczestniczenie w życiu publicznym
    poprzez prezentowanie zróżnicowanych poglądów i stanowisk oraz
    wykonywanie prawa do kontroli i krytyki społecznej;
    5) służyć rozwojowi kultury, nauki i oświaty, ze szczególnym uwzględnieniem
    polskiego dorobku intelektualnego i artystycznego;
    6) respektować chrześcijański system wartości, za podstawę przyjmując
    uniwersalne zasady etyki;
    7) służyć umacnianiu rodziny;
    7a) służyć kształtowaniu postaw prozdrowotnych;
    7b) służyć propagowaniu i upowszechnianiu sportu;
    8) służyć zwalczaniu patologii społecznych;
    9) (uchylony)
    10) służyć edukacji medialnej.

To prawda, media nie muszą więc informować o wszystkim. Z perspektywy „interesu życia publicznego” Trójka mogłaby bez szkody w miniony weekend zrezygnować z  audycji  o nowej płycie Dawida Podsiadły lub historii tańca hula. Ale nie z informowania o przełomie w wielomiesięcznym konflikcie wokół konstytucyjnego organu.

„A media milczą!”

Andrzej Duda mógł skończyć swoją wypowiedź na podobnym bagatelizowaniu roli mediów publicznych. Postanowił jednak pójść o krok dalej i przeforsować tezę, jakoby media pod butem PiS przedstawiały wydarzenia rzetelnie i nie bojąc się kontrowersji.

Wypowiedź o gwałtach jest oczywiście nawiązaniem do wydarzeń w Kolonii z grudnia 2015 roku. W sylwestrową noc zgłoszono ponad 1200 zawiadomień o przestępstwie, z czego około 500 było przestępstwami na tle seksualnym, wśród nich 28 – gwałtami lub próbami gwałtu. Część z mediów niemieckich poinformowało o incydentach z opóźnieniem, główne wiadomości telewizji publicznej ARD czekały na to aż cztery dni, ZDF – nawet pięć. Dziennikarze ostatecznie uznali to opóźnienie za błąd, jednak  jako przyczynę podawali niechęć do opierania się o informacje z mediów społecznościowych. Czekali zatem na oficjalne dane od policji.

Nie bez podstaw. Wiele doniesień o przestępstwach i incydentach związanych z uchodźcami okazywały się fake newsami. Wystarczy wspomnieć historię o zaatakowanym autokarze, czy o gwałcie na Rosjance. Na początku 2017 niemiecki „Bild” opisał historię o seksualnych napaściach podczas sylwestrowej nocy, która przypominała wydarzenia z Kolonii. Gdy informacja obiegła już świat, okazało się, że cała historia była spreparowana.

Europejska prawica jednak nadal żywi się podobnymi doniesieniami i historię z Kolonii opowiada na nowo przy każdej możliwej okazji. W 2017 roku w tym duchu wypowiadał się publicznie Jarosław Sellin. Podobnie jak Andrzej Duda bronił godności polskich mediów publicznych, które zdaniem polityków PiS są wzorem niezłomności i niezależności. Sellin powiedział wprost to, co prezydent jedynie zasugerował: „Pewne informacje nie mogą się przebić do opinii publicznej, bo były skutecznie blokowane. (…) poprawność polityczna, a może nawet jakieś dyspozycje władzy nie pozwalały mediom informować (…) o tych wydarzeniach”.

W Polsce poprawność polityczna to wróg niewiele mniejszy niż demokracja liberalna (Jarosław Kaczyński obie bolączki wymienia jednym tchem). Sytuacja w ojczyźnie PiS jest więc odwrotna niż w Niemczech – tu władza wydaje mediom publicznym dyspozycje, by informować o tym, co wydarzyło się w Kolonii 3 lata temu najczęściej jak to tylko możliwe.

Zarządzanie strachem

Straszenie uchodźcami jest od 2015 roku jednym z kluczowych narzędzi w retoryce PiS. Konsekwentnie łączą uchodźców z organizatorami zamachów terrorystycznych, przedstawiając siebie jako obrońców kraju przed islamską nawałnicą. Regularnie też oskarżają innych polityków, przede wszystkim Platformy Obywatelskiej, o chęć sprowadzania uchodźców „bez żadnych ograniczeń”, „na masową skalę”. Te kłamstwa prezentowano m.in. w spocie PiS z 2016 roku. Ostatnio przywoływał to Adam Bielan, komentując… wyrok w trybie wyborczym dla Mateusza Morawieckiego (to nie żart). Było to oczywiście jedynie skromne preludium to ponownej bomby antyuchodźczej, jaką był spot wypuszczony przed wyborami samorządowymi.

Stronniczość mediów

Poważni medioznawcy, poważniejsi niż Andrzej Duda i Jarosław Sellin, od dawna badają stronniczość zachodnich mediów wobec muzułmanów. W 2017 roku Georgia State University opublikował badania dotyczące sposobu w jaki amerykańska prasa i internet przedstawiają zamachy terrorystyczne. W latach 2006-2015 muzułmanie popełnili 12 proc. spośród odnotowanych zamachów, a jednocześnie stali się bohaterami aż 41 proc. poświęconych im tekstów. Z wyliczeń naukowców wynika, że jeśli zamachowiec był muzułmaninem – ilość materiałów poświęconych temu wydarzeniu wzrastała o… 357 proc. w stosunku do nie-muzułmańskiego sprawcy.

Do tego doliczyć należy skłonność mediów, przede wszystkim, ale nie tylko tych prawicowych, do podawania narodowości, pochodzenia czy wyznania przestępców za każdym razem, gdy nie chodzi o białych chrześcijan. W Polsce Polskie Radio zdegradowało zawodowo i finansowo dziennikarkę Dorotę Nygren za to, że nie podała pochodzenia mężczyzny, który znieważył we Włoszech księdza i próbował go okraść.

Prawdziwe gwałty są gdzie indziej

W straszeniu uchodźcami kwestia przemocy seksualnej odgrywa rolę kluczową. Prawica lubuje się w przywoływaniu zmanipulowanych statystyk, które rzekomo pokazują, że Szwedki są masowo gwałcone przez uchodźców.

Podobne rzeczy mówi się oczywiście o sytuacji w Niemczech. W styczniu 2018 roku Der Spiegel opublikował efekty śledztwa w sprawie skali przemocy seksualnej dokonywanej przez sprawców pochodzenia arabskiego. W szczytowym okresie lęku przed napaściami uchodźców stanowili oni nadal 9 proc. skazanych za gwałty.

Gwałciciel „obcy” jest wart więcej niż tysiąc gwałcicieli polskich. Dał temu wyraz Patryk Jaki w sierpniu 2017 po gwałcie w Rimini, którego na Polce dokonało kilku ubiegających się o azyl imigrantów. Wiceminister sprawiedliwości i były kandydat bezpartyjny na prezydenta Warszawy zareagował na pierwsze informacje o wydarzeniu słowami: „Macie swoich imigrantów”. W ciągu kilku kolejnych dni fantazjował w social mediach o przywracaniu tortur oraz kary śmierci za podobne przestępstwa. W wywiadach opowiadał, że „muzułmanie mają takie zachowania w kodzie kulturowym”:

„Te takie przestępstwa i gwałty w miejscach publicznych to nowa moda sprowadzona przez muzułmanów do Europy. Wcześniej oczywiście zdarzały się zbrodnie, ale nie na taką skalę, nie tyle i nie w miejscach publicznych”.

W tym samym czasie do równie brutalnego gwałtu doszło w Łodzi. Ofiara zmarła w wyniku obrażeń. O przyczyny milczenia pytali Jakiego internauci. „Te sprawy są o tyle różne, że gdyby nie cudowna polityka migracyjna, to akurat tego dramatu we Włoszech by nie było” – odniósł się do zarzutów wiceminister.

Fantazje o gwałcie

Gwałt dla polityków prawicy ma głęboko polityczny wymiar. Ich zdaniem same kobiety inaczej odbierają gwałty chrześcijan i muzułmanów. Zgwałcenie przez „uchodźcę” to zdaniem Marka Suskiego marzenie feministek.

„To jak z tymi feministkami w Unii, które mówią, że jak was będą gwałcić ci z ISIS, to się nie brońcie, bo oni są spragnieni kobiety i dajcie im jeszcze kwiatka, a w Szwecji mieszkanie im chcą jeszcze dać. Nie rozumiem tego myślenia i od tego uciekamy”

– opowiadał Suski w Trójce w marcu 2017 roku, osiągając poziom najsłynniejszych wypowiedzi Janusza Korwin-Mikkego. Zaledwie kilka miesięcy później, w grudniu 2017 roku, od spodu zapukał jednak Joachim Brudziński:

Co PiS wie o gwałtach i pomocy dla ofiar?

Wypowiedź Andrzeja Dudy jest więc nie tylko cyniczna, ale też oderwana od jakichkolwiek realiów. Od 2014 roku gwałty w Polsce ścigane są z urzędu. Według oficjalnych statystyk policja wszczyna rocznie nawet 2400 postępowań w takich sprawach, zarzuty przedstawiane są jednak w mniej niż 1500 przypadków. Niemniej, to już daje nam 7 gwałtów dziennie, które mogłyby zostać opisane w głównym wydaniu „Wiadomości” TVP.

Ta statystyka odległa jest oczywiście nawet od tego, co ląduje na policji. Historie o tym, jak funkcjonariusze potrafią zniechęcać kobiety przed składaniem zeznań, bagatelizować niebezpieczne zajścia są stałym elementem polskiego krajobrazu. Jest to też oczywiście jeden z powodów, dla których wiele kobiet dotkniętych przemocą seksualną nawet nie myśli o tym, żeby szukać pomocy u organów ścigania.

Zdaniem ekspertek „Niebieskiej linii” w Polsce dochodzić może zatem do aż 30 tysięcy gwałtów rocznie. Pamiętamy o pomyśle posła PiS, który proponował płacenie kobietom 4000 zł za urodzenie dziecka z gwałtu. Co jednak robi rząd PiS w kwestii zapobiegania przemocy seksualnej? Po ich dotychczasowych działaniach nie można wnioskować, że uważają zjawisko za problem wart uwagi:

  • politycy PiS nawołują do wypowiedzenia konwencji antyprzemocowej;
  • ograniczają fundusze programów pomocy ofiar przemocy;
  • odbierają dotacje organizacjom takim jak Centrum Praw Kobiet, które zajmują się problemem przemocy.

Absolwentka Prawa i Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego. Publikowała m.in. w Dwutygodniku, Res Publice Nowej i Magazynie Kulturalnym. Pisze o polityce i mediach. Prowadzi relacje LIVE w mediach społecznościowych.


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym