0:00
0:00

0:00

01 października 2026

Idź do dentysty, zrób plan dla rodziny na kartce [RECEPTY NA STRACH PRZED PUTINEM]

przeczytasz w 10 minut

Kryzysy się zdarzają. Może nie być prądu, wody. Może to oznaczać, że trzeba 72 godziny wytrzymać na swoich zapasach. Pierwsze, do czego stracimy dostęp, to system ochrony zdrowia. Dlatego pomyślcie o dentyście zawczasu – mówi Łukasz Stępień z Obserwatorium Bezpieczeństwa.

Google News

Wspólnota poradzi sobie z każdym kryzysem, jeśli jest dobrze zorganizowana. Jeśli ludzie wiedzą o sobie więcej, niż to, pod którym numerem mieszkają. Jeśli wiedzą, kto jest w czym dobry, a gdzie trzeba komuś pomóc. Wszystkie kryzysy to pokazują – mówi Łukasz Stępień z think tanku Obserwatorium Bezpieczeństwa.

Opowiada o tym, jak sobie radzić ze strachem i czy ufać administracji publicznej.

Nie wszystko od nas zależy, ale całkiem sporo. Dlatego, zamiast myśleć o wielkich operacjach, powinniśmy skupić się na lokalnych działaniach.

Agnieszka Jędrzejczyk, OKO.press: Jak się przygotować do zagrożenia, skoro nie wiadomo, jakie ono będzie? Być może eksperci mają rację i zagrożenie ze strony Rosji nie jest teraz większe niż pół roku temu. Ale wszyscy o nim mówią.

Łukasz Stępień, Obserwatorium Bezpieczeństwa*: No to zacznijmy od podstaw. Boimy się rzeczy strasznych, a nie rzeczy groźnych. Strach jest normalną, wytworzonym przez ewolucję reakcją. Mózg daje nam szybką informację, że sytuację przekracza nasze możliwości i może być groźna. To działanie intuicyjne – psycholog Daniel Kahnemann nazywa to „systemem 1”.

I przez tysiące lat działało to dobrze, lepiej było wiele razy niepotrzebnie uciec, niż raz się pomylić. Ale mózg ma też „system 2”, który odpowiada za myślenie wolne i analityczne. I pozwala przejść z poziomu reakcji emocjonalnej na bardziej pragmatyczną, pozwalającą przejąć kontrolę nad sytuacją.

Ale nie wiemy, co się stanie, więc reakcja intuicyjna musi przeważyć. I o to Moskwie chodzi – straszyć tak, byśmy nie wiedzieli, czego się spodziewać.

Nie wiemy, co się stanie, ale sporo wiemy, o tym, jak się obronić.

Jesteśmy w stanie tzw. wojny hybrydowej i obecnie raczej nie grozi nam bezpośrednio konflikt militarny. Powinniśmy się jednak liczyć z uszkodzeniami instalacji wodno-kanalizacyjnych, czy infrastruktury energetycznej. Może to być podpalenie galerii handlowej, ale też atak cybernetyczny na elektrownie albo wodociągi. A do tego już można się przygotować, zwłaszcza że nie potrzebujemy Putina, żeby doszło do takich sytuacji.

Powalone drzewa już nieraz zerwały linie energetyczne, a w moim rodzinnym Wrocławiu wiekowe rury kanalizacyjne regularnie pękają zimą. Zresztą, tylko w jednym roku na moim osiedlu były dwa pożary, zalane ulice, zagrożenie powodzią i brak wody w kranach.

Przygotowanie rodzinnego planu reagowania to nie jest nic skomplikowanego. Każdy z nas ma dostęp do rządowego poradnika bezpieczeństwa. Nie jest on doskonały, ale jest świetną bazą wiedzy. I na ostatniej stronie ma miejsce, żeby spisać ustalenia z bliskimi.

Nie bardzo jednak wiem, jakbym się miała porządnie przygotować do alertu RCB, Rządowego Centrum Bezpieczeństwa.

Owszem, nad samym systemem powiadamiania państwo musi popracować. Miotamy się od braku informacji do jej przeładowania. To tak, jakbyśmy codziennie rano dostawali SMS, że mamy uważać na pasach.

Tylko 28 września Alert RCB został uruchomiony pięć razy.

Jest to potrzebne i efektywne narzędzie, ale musi być ograniczone do konkretnej informacji o zagrożeniu i co z nim mamy zrobić. Nie musimy dowiadywać się codziennie, co robią nasze myśliwce. Są inne kanały do przekazywania takich informacji.

Komunikacja kryzysowa powinna być jasna, konkretna i rzeczowa. Jeżeli mieszkańcy nie dostaną informacji, to ją sobie sami znajdą. Często w najgorszym możliwym miejscu. Podczas powodzi w 2024 roku w social mediach szybko rozprzestrzeniała się dezinformacja. Jej celem było nie tylko zwiększenie chaosu, ale też wykorzystanie sytuacji do prób wyłudzenia pieniędzy.

I tu się pojawia problem: niektóre samorządy uważają, że do komunikacji wystarcza im Facebook. Otóż nie. Bo nie każdy ma do tego dostęp i nie każdy chce. Poza tym Facebook to międzynarodowa korporacja, która kieruje się swoimi celami biznesowymi. Sekurak, portal poświęcony cyberbezpieczeństwu, został zablokowany na Facebooku po udostępnieniu ostrzeżeń o oszustwach na tej platformie.

Kij z wiadomością

W Obserwatorium Bezpieczeństwa doradzamy różnym samorządom w dziedzinie bezpieczeństwa. Czasami prosimy o pokazanie procedury ostrzegania i alarmowania mieszkańców. W wielu przypadkach ta procedura ogranicza się do twierdzenia, że: „wójt /burmistrz,/ prezydent / będzie informować mieszkańców o zagrożeniu adekwatnie do posiadanych sił i środków oraz rozwoju sytuacji”.

Naprawdę?

Niestety. A mówię tutaj o świadomych samorządach, które mają potrzebę poprawy, więc się do nas zwróciły.

Więc zaczynamy od podstaw: że informowanie musi być wielokanałowe. Sołeckie grupy na WhatsAppie, dzwony kościelne czy wóz OSP wyposażony w megafon. Trzeba wcześniej przygotować wzory komunikatów i to, jak będą przekazywane. Efektywna komunikacja zaczyna się od zaufania i relacji. Jeżeli urząd ma stronę internetową, to niech umieszcza tam informacje o tym, co się dzieje w gminie, jakie są wydarzenia – a nie tylko, co robi władza i w jakich zebraniach uczestniczył burmistrz.

Tak, żeby było to naturalnym źródłem informacji dla mieszkańca. Nie tylko w sytuacji zagrożenia.

Jeśli chodzi o komunikację, to na spotkaniach ludzi zajmujących się partycypacją, czyli zwiększaniem udziału obywateli w podejmowaniu decyzji, Kuba Wygnański ze Stoczni pokazuje taki „kij z wiadomością”, który w dawnych czasach krążył po wsi. Od jednego domu do drugiego, razem z wiadomością. Kiedy wróci do pierwszego gospodarstwa, to wiadomo, że wszyscy już wiedzą. Bez prądu.

„Kij z wiadomością” też jest dobry. Nikomu nie wolno przerwać łańcucha: każdy ma zadanie do wykonania i czuje się za nie odpowiedzialny. Bo każdy jest częścią systemu bezpieczeństwa.

A jak dziecko będzie chciało siusiu?

Czyli należy się zainteresować planami? Nie tylko tymi rodzinnymi, prywatnymi?

Finowie mawiają, że „dobrze zaplanowanie to połowa sukcesu”. Plan pozwala nam poukładać sobie wszystko w głowie i oswoić z tym, co się może wydarzyć.

W przypadku dużych, komercyjnych obiektów, takich jak centra handlowe, plany awaryjne istnieją i są weryfikowane podczas ćwiczeń. Jednak warto przyjrzeć się na przykład szkołom.

Kilka dni temu mieliśmy dyskusję z jednym z dyrektorów. Poprosił o wsparcie w zakresie reakcji na „alarm dronowy”, bo jeżeli chodzi o alarm pożarowy, to oni mają wszystko ułożone.

Jak? – pytamy. „Ewakuujemy na zewnątrz” – mówi.

Więc zaczynamy drążyć: a co w sytuacji, kiedy jest minus 15 na dworze? A co jeżeli dziecko będzie chciało siusiu, kupę? Kto ma zostawić swoją grupę i zająć się tym dzieckiem? Jak będzie wyglądała komunikacja z rodzicami i w jaki sposób odbiorą dzieci, żeby ich samochody nie sparaliżowały dojazdu służb?

To nie są oczywiste pytania, bo — zauważmy — ćwiczenia ewakuacyjne na ogół organizuje się, kiedy jest ciepło, na głowę nie pada i jest pełna obsada.

Ale w tej rozmowie doszliśmy do tego, że warto nawiązać porozumienie z pobliskim centrum kultury, tak, aby wzajemnie się wesprzeć w sytuacjach awaryjnych. Szkoła zaplanowała też spotkanie z przedstawicielem policji, żeby porozmawiać o możliwości kierowania ruchem w sytuacji awaryjnej.

Rodzic się z policją raczej nie umówi?

Ale może zapytać się w szkole swoich dzieci o takie plany awaryjne. Nie tylko w przypadku zagrożeń dronowych, ale też bardziej prozaicznych. Co w przypadku dłuższego braku prądu? Po jakim czasie rodzice powinni przyjechać po dzieci?

Spóźnieni dostają czarne opaski

Czyli zamiast bać się ruskich, trzeba przyjąć do wiadomości, że kryzys to jest rzecz, która się po prostu może zdarzyć w życiu.

Sytuacje kryzysowe były, są i będą. W obszarach ochrony ludności i obrony cywilnej są już zmiany, ale mamy jeszcze sporo do nadrobienia. Warto brać przykład od naszych sąsiadów. Wilno jest świetnym przykładem. Już rok temu przeprowadziło próbną ewakuację miasta. W ćwiczeniach wzięło udział 500 mieszkańców. To dużo i takie ćwiczenia pozwalają sprawdzić, gdzie nasze plany mają braki i co wymaga poprawy.

Jednocześnie obywatele biorący udział w takich ćwiczeniach mogą zobaczyć, jak wyglądają takie działania od środka, i z czym mogą się zmierzyć. Jest to też element budowania zaufania do państwa.

Zwróciłbym też uwagę na to, jak traktujemy ekspertów od bezpieczeństwa. Oczekujemy, że państwo będzie sprawnie reagować na sytuacje kryzysowe i natychmiast nam pomoże. Tymczasem Urząd Wojewódzki w Poznaniu proponował w tym roku na stanowisku specjalisty ds. zarządzania kryzysowego 5600 zł brutto. Tak się nie da. Bez właściwych kadr nie zbudujemy sprawnego państwa.

Jak NIE budować tam

Czyli należy urządzać ćwiczenia i nie oszczędzać na bezpieczeństwie bez sensu?

Bez uczciwych ćwiczeń nie wiemy, gdzie jesteśmy. Ćwiczenia są po to, by znaleźć luki i błędy.

Myśmy np. raz ćwiczyli ewakuację z budynku i — ponieważ koordynator ewakuacji był mężczyzną — prosiliśmy koleżankę, żeby została w damskiej toalecie. Chodziło o sprawdzenie, czy koordynator przełamie naturalny odruch i jednak w sytuacji zagrożenia sprawdzi damską toaletę.

Na innym obiekcie w czasie ćwiczeń wszystkim, którzy wyszli z budynku po czasie dłuższym niż 6 minut, zakładaliśmy czarne opaski. Żeby wszyscy widzieli, że gdyby to nie były ćwiczenia, prawdopodobnie zatruliby się dymem

Same ćwiczenia jednak to nie wszystko. W zasadzie – dopiero pierwszy krok, bo dalej jest dopiero ciekawie.

Bo mamy tę słabość, że traktujemy społeczeństwa jak petentów, a nie partnerów w działaniu. Ludzie mogą być albo ogromnym zasobem i wsparciem, albo ogromnym utrudnieniem.

We Wrocławiu podczas powodzi w 1997 część mieszkańców układała zapory z worków z piaskiem bez żadnej konsultacji ze służbami. W efekcie woda, zamiast wypłynąć z miasta, jak zaplanował to sztab kryzysowy, została tam zatrzymana, co zwielokrotniło straty.

Inny przykład to niekontrolowane dostawy butelkowanej wody do Stronia Śląskiego podczas powodzi w 2024 roku. Tych butelek było tak dużo, że blokowały magazyny.

Ludzie chcą pomagać, ale trzeba im wskazać właściwy kierunek. Przejęcie kontroli nad sytuacją to element zadbania o swoje zdrowie psychiczne w trudnych sytuacjach.

Powinniśmy zastanowić się, co każdy z nas może zrobić. Co umie?

Na razie jeszcze rozmowa o kryzysie i bezpieczeństwie jest silnie zmilitaryzowana. Więcej mówi się o szkoleniach z obsługi broni palnej i przetrwania w lesie, niż o tym, jak budować lokalne grupy wsparcia.

Musimy o bezpieczeństwie myśleć szerzej niż 3 S – strzelby, szlabany, strażnicy.

Podczas powodzi w Stroniu Śląskim Stowarzyszenie Tratwa uruchomiło dla mieszkańców magazyn sprzętu budowlanego oraz punkt opieki nad dziećmi. Dzięki temu mieszkańcy mogli skupić się na odbudowie swoich mieszkań.

Podczas kryzysu uchodźczego w roku 2022 Fundacja Ukraina, przy współpracy z Dolnośląskim Urzędem Wojewódzkim, uruchomiła na Dworcu Głównym we Wrocławiu bardzo sprawnie działające Centrum Wsparcia Uchodźców. Wolontariusze mogli się tam zgłaszać do pomocy. Byli kierowani do zadań zgodnie ze swoją wiedzą i umiejętnościami. Jest to świetny przykład uzupełnienia kompetencji pomiędzy organizacjami pozarządowymi a administracją państwową.

I temu też służy między innymi sieć Mapuj Pomoc. Łącząca różne podmioty w jednym celu – lepszej reakcji na sytuacje kryzysowe. W dyskusjach eksperckich często umyka potencjał organizacji pozarządowych i lokalnych społeczności. Na szczęście są już dostępne projekty, które wykorzystują te możliwości.

Dziś zajęcia z pierwszej pomocy są jak najbardziej OK. Ale lepiej, by organizowały je same lokalne społeczności. Bo wtedy pojawi się pytanie, które w zmilitaryzowanym dyskursie umyka: A kto się zajmie dziećmi, jak wszyscy będą się szkolić?

Jak się to dobrze poprowadzi, to się okaże, że każdy ma zadanie do wykonania.

Moc Małych Społeczności

Te projekty, o których pan mówi, to w ramach programu Moc Małych Społeczności? Jakoś się u nas nie mówi, że to dobre działanie przeciw ruskim.

Łatwiej zdobyć uwagę strachem niż dumą. Moc Małych Społeczności to program realizowany już drugi rok przez Narodowy Instytut Wolności. Jest to forma grantów, skierowanych do lokalnych społeczności oraz organizacji pozarządowych. Jest to ważne, bo to na tym najniższym poziomie buduje się odporność społeczna.

W tym roku Koło Gospodyń i Gospodarzy Wiejskich z Gałowa i Gałówka organizuje warsztaty z zakresu bezpiecznego prowadzenia kuchni polowej i organizacji punktów opieki nad dziećmi. Dlaczego? Podczas powodzi w 2024 druhowie i druhny z lokalnych OSP nie mogli w pełni skupić się na działaniach kryzysowych, bo właśnie nie mieli z kim zostawić dzieci. Brakowało też zwykłego zaplecza socjalnego z ciepłym posiłkiem. I jest to potrzeba, jaka wyszła od samej społeczności.

Program daje nie tylko możliwość rozwiązania tego problemu, ale też daje poczucie sprawczości lokalnym społecznościom.

Wy uczestniczycie w Mocy Małych Społeczności? Dopytuję, bo na starcie programu wiele dużych organizacji miało wątpliwości, czy to się uda i czy ma sens.

Tak, bierzemy w tym udział i uważam, że to dobrze działa.

W tym roku zostałem zaproszony do oceny grantów przyznawanych na poziomie wojewódzkim. Dzięki temu mam szansę zobaczyć, ile jest energii i fantastycznych, oddolnych inicjatyw. Od szkoleń z pierwszej pomocy dostosowanych do potrzeb osób z niepełnosprawnościami, poprzez powołanie i przeszkolenie lokalnych grup działania kryzysowego po warsztaty z przetwarzania żywności.

Z kolegą śmialiśmy się, że dawniej było wspólne darcie pierza, a teraz wspólne robienie konserw. Najważniejsze, że jest to robione razem, to buduje wspólnotę.

Higiena informacyjna

To kupuję. Ale jeśli ktoś mieszka na Lubelszczyźnie i Podkarpaciu i regularnie dostaje alerty RCB? Ma prawo żyć w stresie – a o to właśnie Rosji chodzi. Żeby nas tym wykończyć.

Jakby do mnie zadzwonił kolega z Lubelszczyzny, poradziłbym mu to samo, co każdej innej osobie, żeby spotkał się z rodziną, ze znajomymi, omówił, co się może zdarzyć. Jak się np. skomunikujemy, np. kiedy nie będzie prądu, kiedy padną telefony.

Radziłbym, żeby rozpisać to sobie na kartce, ponieważ nasz mózg ma tendencję do wyolbrzymiania zagrożeń.

I spytałbym go, czy jego plan zakłada wizytę u stomatologa i badania kontrolne u lekarza rodzinnego. Bo możemy mieć zapas konserw na pół roku, ale ból zęba wykluczy z działania nawet komandosa. Tymczasem w sytuacjach kryzysowych system ochrony zdrowia jest pierwszym dobrem cywilizacyjnym, do którego stracimy dostęp. Mieliśmy okazję tego doświadczyć podczas pandemii.

I jeszcze jedno – tego się u nas nie mówi, ale tak musimy być przygotowani na co najmniej 72 godziny samodzielnego funkcjonowania. To jest napisane wprost w wielu poradnikach bezpieczeństwa przygotowanych w innych krajach. Państwo pomoże, ale najpierw musi się skupić na najbardziej potrzebujących.

Każdy przygotowany i samodzielny obywatel zwiększa odporność całego państwa.

Doradziłbym też z higienę informacyjną. Tak jak nie jadamy w jadłodajniach, gdzie po stołach biegają szczury, tak nie zaopatrujemy się w informacje w podejrzanych miejscach. Nawet jeżeli instytucje samorządowe i rządowe czasami popełniają błędy, to jest to wciąż najbardziej wiarygodne źródło informacji. A już na pewno wiarygodniejsze niż „sąsiad co ma siostrę w policji i mówi, że ...”,

Zwróciłbym mu też uwagę na rzeczy, na jakie się ma wpływ. Bo my naprawdę nie potrzebujemy rosyjskich sabotażystów. Niedawno we Wrocławiu zdarzył się pożar, gdzie straż pożarna nie mogła dojechać przez źle zaparkowane samochody. Brzmi to banalnie, ale zgłaszanie źle zaparkowanych aut to element budowania odporności państwa. To jest kultura odpowiedzialność za nasze otoczenie.

Ale powiedziałbym też temu koledze: Rosja nas straszy, bo się nas boi. Jesteśmy kamieniem w rosyjskim bucie. Im lepsze nasze przygotowanie, tym ostrzejsze krawędzie ma ten kamień. Mnie to przekonuje do działania.

* Obserwatorium Bezpieczeństwa to think tank zajmujący się sprawami bezpieczeństwa miast, samorządu terytorialnego oraz instytucji publicznych. Zajmuje się sprawami bezpieczeństwa i porządku publicznego, prewencji terrorystycznej, bezpieczeństwa ruchu drogowego, ruchów migracyjnych, problemów społecznych, ochrony przeciwpożarowej, ratownictwa, bezpieczeństwa imprez masowych, zgromadzeń, spraw obronnych, obrony cywilnej, ochrony ludności, zarządzania kryzysowego, ochrony osób i mienia, infrastruktury krytycznej, ciągłości działania, bezpieczeństwa informacji i ochrony danych osobowych.

Na zdjęciu Agnieszka Jędrzejczyk
Agnieszka Jędrzejczyk

Z wykształcenia historyczka. Od 1989 do 2011 r. reporterka sejmowa, a potem redaktorka w „Gazecie Wyborczej”, do grudnia 2015 r. - w administracji rządowej (w zespołach, które przygotowały nową ustawę o zbiórkach publicznych i zmieniły – na krótko – zasady konsultacji publicznych). Do lipca 2021 r. w Biurze Rzecznika Praw Obywatelskich. Laureatka Pióra Nadziei 2022, nagrody Amnesty International, i Lodołamacza 2024 (za teksty o prawach osób z niepełnosprawnościami)

Komentarze