Gdyby nie 1,5%, mogłoby nie być OKO.press

Twoja pomoc ma znaczenie

0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Fot. Jim WATSON / AFPFot. Jim WATSON / AF...

Trzy tygodnie po ataku Stanów Zjednoczonych i Izraela na Iran świat pozostaje w stanie niepewności. Nie wiadomo, ile ten konflikt będzie trwał i jaki przybierze charakter. Poprzednie naloty Trumpa z połowy 2025 roku miały skończyć się przecież wielkim sukcesem i – wedle słów Trumpa – „obliteracją” (czyli anihilacją) irańskich instalacji.

Teraz Waszyngton nie próbował w żaden sposób psychologicznie przygotować Amerykanów na nowy konflikt. Nie umieścił w regionie odpowiedniego kontyngentu wojsk lądowych. Stąd dodatkowe zamieszanie: ruchy amerykańskiej floty sprzed ataku wielu komentatorów traktowało jako formę dyplomatycznego nacisku na Iran. Dosłownie parę godzin przed nalotami minister spraw zagranicznych Omanu al Busaidi oświadczył, że Iran zgodził się na politykę „zero zapasów” wzbogaconych materiałów jądrowych, de facto rezygnując z fizycznej możliwości zbudowania i utrzymania broni atomowej.

A Trump zaatakował.

Przeczytaj także:

Chaos

Podstawowym problemem świata jest to, że nikt chyba nie wie, jaki właściwie jest cel tej wojny. Sami przedstawiciele Białego Domu przeczą sobie nawzajem i często zmieniają zdanie.

Doskonały przykład to kwestia Izraela.

Trzy dni po inwazji sekretarz stanu Marco Rubio powiedział, że Amerykanie spodziewali się, że Izrael zaatakuje Iran. W konsekwencji Iran yl odpowiedział, a atak wymierzony byłby także w amerykańskie instalacje wojskowe w regionie. Dlatego Pentagon musiał uprzedzić bieg wydarzeń.

Problem w tym, że Rubio niechcący przyznał, że amerykańską polityką zagraniczną rządzi Netanjahu.

Najpotężniejsze nuklearne mocarstwo nie jest w stanie opanować liczącego 10 milionów mieszkańców Izraela, nawet w sprawie wybuchu wojny o nieokreślonych konsekwencjach dla światowej gospodarki. Czyli wedle angielskiego powiedzenia, ogon macha psem.

Takiej wojny nikt nie chce

Nic dziwnego, że deklaracja Rubio wywołała burzę. Tyrania Izraela wobec Palestyńczyków oznacza, że od ponad dekady powoli spada poparcie dla Izraela pośród amerykańskich liberałów. Krwawy atak Hamasu z 7 października 2023 roku na moment odnowił sympatię Amerykanów wobec Tel Awiwu. Ale nieproporcjonalna, ludobójcza wobec Gazy odpowiedź rządu Netanjahu przyspieszyła erozję poparcia dla Izraela pośród liberałów i w zainicjowała ją pośród wyborców niezależnych. Te dwie grupy mają „ujemny apetyt” na pakowanie się w kolejną „wieczną wojnę” na Bliskim Wschodzie.

Po prawej stronie, radykalne skrzydło MAGA może lubić Izrael za przemoc wobec muzułmanów. Skażone jest jednak także wirusem antysemickich teorii spiskowych, jakoby USA rządziła tajna kabała globalistów (czytaj: Żydów), którzy chcą zniszczyć białych ludzi. Jeśli potraktować wypowiedź Rubio na serio, to... przyznał radykałom rację. I jeszcze dodał, że Trump stał się teraz narzędziem owych rzekomych globalistów.

W efekcie Trump zaczął tracić nawet takich radykałów MAGA jak Matt Walsch czy Nick Fuentes, a w prawicowej medio-sferze wybuchła prawdziwa wojna domowa.

Trump musiał wycofać się rakiem, a Marco Rubio odbył kolejne tournée po mediach, udając, że nie powiedział tego, co powiedział. Problem w tym, że w nowej narracji wojnę wywołał sam Trump – a tej większość Amerykanów nie chce. Kiedy piszę te słowa, jest tak chaotycznie, że wciąż nie jest nawet jasne, czy Amerykanie zdecydują się na inwazję lądową, chociaż jednocześnie Waszyngton huczy od plotek, że Trump szuka opcji wyjścia z tej sytuacji z twarzą.

Skąd to całe zamieszanie?

Wydaje mi się, że w tej sprawie możemy zaufać Trumpowi. Otóż pod koniec 2011 roku Trump na Twitterze napisał: „aby wygrać wybory, Barrack Obama wywoła wojnę z Iranem”. Była to jednak nie tyle prognoza, ile projekcja i nieświadome wyznanie winy.

Uważam, że Trump zaatakował Iran, bo dopadł go syndrom kulawej kaczki.

Kulawa kaczka

W języku angielskim określenie lame duck (dosłownie kulawa kaczka lub kulawy kaczor) oznacza polityka, który za chwilę odejdzie z urzędu. Najsłynniejszy okres kulawej kaczki to dwa ostatnie miesiące kadencji amerykańskiego prezydenta, między listopadowym wyborem następcy i jego styczniową inauguracją. W tym czasie, stary prezydent zajmuje się głównie bieżącą administracją – formalnie pozostaje najpotężniejszą osobą na świecie, ale nie traktuje się go poważnie.

Wydaje się, że w ostatnich dekadach zaobserwować można, że okres kulawej kaczki rozciąga się poza tradycyjne dwa ostatnie miesiące.

Obama spędził ostatni rok na bojach z republikańskim Senatem. Ten na przykład zablokował nominacje sędziowskie. W ten sposób (wbrew zwyczajowi i duchowi konstytucji) zabierając prezydentowi jedną z jego najważniejszych funkcji i de facto przejmując konserwatywną kontrolę nad trzecią władzą, przede wszystkim nad Sądem Najwyższym.

Bidena zaczęto traktować jak chodzącego trupa w lecie 2024 roku, po katastrofalnej debacie z Trumpem, kiedy stało się jasne, że partia zmusi go do wycofania się z walki o drugą kadencję.

Wreszcie, ostatni rok pierwszej kadencji Trumpa to pandemia, z którą walkę Biały Dom oddał Izbie Reprezentantów z Demokratyczną większością.

W przykładach tych widać, że syndrom kulawej kaczki zwykle związany jest z dwoma czynnikami:

  • Po pierwsze, administracja w naturalny sposób zużywa się kolejnymi błędami, skandalami i wyzwaniami w polityce zagranicznej i gospodarczej. Przy odbywających się co dwa lata wyborach oznacza to, że prezydent ma rok na ofensywę legislacyjną, po którym jego partia zaczyna zajmować się prawyborami, a potem traci przynajmniej jedną izbę Kongresu. Pozostała część kadencji prezydenta zamienia się w czystą polityczną nawalankę z konkurencyjną partią, której marzy się odzyskanie Białego Domu.
  • Po drugie, brzemię prezydentury wyraźnie odciska piętno na kolejnych prezydentach. Każdy z nich zaczyna mieć problemy ze zdrowiem lub wizerunkiem, powoli wytraca osobisty kapitał polityczny. W ten sposób staje się toksyczną dla własnej partii kulawą kaczką.

Naszym nieszczęściem jest to, że ten syndrom dopadł Trumpa znacznie wcześniej niż jego poprzedników.

Projekt Trumpa na rok 2025

W trakcie ostatniej kampanii wyborczej Trump oparł swój program dla Ameryki o dwa filary.

  • Jego administracja miała wprowadzić prawicowy zwrot w polityce gospodarczej.

Od deregulacji, przez demontaż administracji publicznej, po obniżki podatków. I żeby nie było wątpliwości co do tej części programu, firmował ją Elon Musk, najbogatszy człowiek świata. Obiecywał ściąć budżet federalny o dwa biliony dolarów, czyli o ponad jedną czwartą. Na tym w zasadzie kończył się dobrze sprecyzowany program gospodarczy, w innych aspektach dostaliśmy ogólne obietnice, że Trump magicznie posprząta po Bidenie.

Symbolem tego stała się dyskusja o służbie zdrowia – w trakcie jedynej debaty z Kamalą Harris, Trump zaatakował Obamacare, ale jako alternatywę był w stanie zaoferować tylko „zarys planu” (concept of a plan ). A jednak ów koncept planu, wraz ze zmęczeniem po fali inflacji i domyślnym przekonaniem wyborców, że republikanie lepiej znają się na gospodarce, wystarczyło, aby przyciągnąć do Trumpa wyborców niezależnych i wygrać wybory.

  • Drugi filar programu politycznego Trumpa skierowany był wprost do rdzenia jego elektoratu: wieczne wojny kulturowe.

W trakcie kampanii wyborczej, obok starych „hitów” jak obsesja konserwatystów na punkcie społeczności trans, najgłośniejsze okazały się ataki na Amerykanów pochodzących z Haiti. Czytelnicy mogą pamiętać słynne rasistowskie (i oczywiście kompletnie wyssane z palca) „oni jedzą psy” z debaty wyborczej.

Najwyższy Przywódca obiecał MAGA przyspieszenie

Kiedy przysłuchać się otoczeniu Trumpa, ale też i anegdotycznym rozmowom z jego wyborcami, dla ruchu MAGA pierwsza kadencja Trumpa wiązała się z jednym ważnym rozczarowaniem. Trump w 2016 roku zwyczajnie nie był przygotowany do przejęcia najtrudniejszego urzędu świata. Brakuje mu głębi intelektualnej czy wiedzy o świecie, co maskuje butną pewnością siebie i skłonnością do personalnych walk o funkcję „samca alfa” – mówimy w końcu o gwieździe reality show. Do tego ruch MAGA nie był nigdy w stanie przyciągnąć ludzi kompetentnych. Dlatego Trump musiał część funkcji powierzyć starej gwardii Republikanów, jak Mike Pompeo czy John Bolton. W efekcie dostaliśmy groteskową administrację, która miotała się od skandalu do skandalu, a cały ten cyrk ostatecznie zderzył się z górą lodową pandemii.

Problem w tym, że w kulcie jednostki nie wolno kwestionować geniuszu Najwyższego Przywódcy. Właśnie dlatego wyborcy MAGA i otoczenie Trumpa wypracowali sobie wymówkę: Trump, przez brak odpowiedniego radykalizmu, miał pozwolić zdrajcom w Partii Republikańskiej, a potem Demokratom, sabotować swoje kolejne poczynania, a w końcu sfałszować wybory w 2020 roku. Innymi słowy, wojny kulturowe należy przyśpieszyć, aby oczyścić Waszyngton z „konserwatywnych trockistów”. A do tego trzeba symbolicznie i systemowo ukarać zdradzieckich liberałów. I Trump obiecał takie przyśpieszenie, najlepiej wyrażone w Projekcie 2025.

Spełnione obietnice

Po wygranej z Harris, Trump z zapałem zaczął wprowadzać w życie oba filary swojego programu. Najważniejszy dorobek legislacyjny pierwszego roku (jeśli nie całej) jego kadencji to One Big Beautiful Bill, który szczegółowo opisałem w OKO.press w tekście sprzed roku.

Pokrótce, ta ustawa to program degresywnych obniżek podatków, z których skorzysta przede wszystkim najwyższy decyl zarabiających. Pieniądze na to miały się znaleźć kosztem setek miliardów cięć różnych dóbr publicznych, w szczególności służby zdrowia, oraz z kilku bilionów dolarów dodatkowego długu publicznego.

Na początku kadencji Trump powołał Departament Rządowej Efektywności (DOGE) na czele z Elonem Muskiem, który zaczął ciąć politycznie niepoprawne programy rządowe. Od pomocy żywnościowej dla ubogich krajów, po badania medyczne mające jakikolwiek związek z terapiami hormonalnymi. Problem w tym, że ten Departament (powołany zresztą nielegalnie) pracował chaotycznie i ewidentnie bez zrozumienia celów tych programów, nieraz kosztem konserwatywnych wyborców.

Walka z pomiarami temperatury

Jednym z tradycyjnych pól wojen kulturowych pozostaje kwestia globalnego ocieplenia. Trump kadencję zaczął od ataku na akademię i środowiska ekspertów od klimatologii (pamiętacie jeszcze te czasy, kiedy konserwatyści walczyli o wolność słowa na uniwersytetach?). Jedną z pierwszych ofiar była NOAA (Narodowa Administracja Oceaniczna i Atmosferyczna), której DOGE obciął środki na mierzenie temperatury (i w domyśle – zakresu globalnego ocieplenia), w szczególności na balony meteorologiczne.

Problem w tym, że NOAA wykonuje takie pomiary temperatury, bo jednym z jej głównych zadań jest... prognozowanie pogody. Na przykład, publikuje ostrzeżenia przed huraganami i powodziami, informacje z oczywistych powodów bezcenne dla rolników i rybaków. A ci w 2024 w większości zagłosowali właśnie na Trumpa.

To tylko jeden z długiej listy przykładów bezsensownych cięć w usługach publicznych, jakie wprowadziła przypadkowa zbieranina pozbawionych kompetencji „techno-ziomów”. Koszty ponoszą często akurat bardziej konserwatywni Amerykanie. Do tego DOGE nie spełnił swojego podstawowego celu. Zamiast obiecanych przez Muska dwóch bilionów dolarów oszczędności, otrzymaliśmy najpewniej kilka, może kilkanaście miliardów, a więc w zasadzie kwotę ledwo zauważalną w kontekście całego federalnego budżetu.

Bezsensowne cła

Ostatni element polityki gospodarczej Trumpa to cła (pisałem o nich szerzej rok temu).

OBBB, niezależnie od oceny, było dobrze zdefiniowaną ustawą budżetową, a DOGE mogło działać przypadkowo, ale jednak z jasno określonym celem. Cła to już czysty chaos, bez jasnego uzasadnienia, ze stawkami zmieniającymi się z tygodnia na tydzień i – po ostatniej decyzji Sądu Najwyższego – bez podstawy prawnej. Z punktu widzenia polityki gospodarczej, trumpowe cła to odwrotność darmowego lunchu, czyli kosztowny obiad, którego się nawet nie zjadło.

Dostaliśmy wszystkie negatywne efekty wyższych ceł, przede wszystkim inflację, na którą skarży się dwie trzecie Amerykanów (w tym także prawie tyle Republikanów oraz wiele firm). Wedle szacunków FED-u same zwyżki ceł z pierwszej połowy 2025 roku oznaczały dodatkowe pół punktu proc. wzrostu cen. Do tego zabrakło jasnej polityki przemysłowej, dlatego cła, które w zamyśle miały wzmocnić amerykański przemysł, tylko mu zaszkodziły.

Lepiej już było

Polityka gospodarcza Trumpa sprowadziła się więc do transferu do najbogatszych, ceł i osłabieniu federalnych instytucji gospodarczych. Wbrew obietnicom wyborczym, nie przełożyło się to na boom ekonomiczny. W ostatnim kwartale ubiegłego roku amerykański wzrost gospodarczy zwolnił do 0,7 proc. przyrostu PKB rocznie, co de facto oznacza stagnację (ostatecznie wzrost za cały 2025 rok wyniesie około 2 proc.). Widać to szczególnie na rynku pracy, który od 2025 roku wyraźnie przyhamował i zachowuje ten negatywny trend także w tym roku.

Ale perturbacje na amerykańskim rynku pracy współistnieją z rekordowymi zyskami na giełdzie. Dobry przykład to Standard&Poor 500 (indeks złożony z 500 największych amerykańskich spółek giełdowych), który w 2025 roku wzrósł o mniej więcej jedną szóstą, do rekordowego poziomu prawie 7000 punktów, czyli dwukrotnie więcej, niż przed pandemią. Innymi słowy, po pierwszym roku prezydentury Trumpa mamy wyraźny podział na zwycięzców (wąską grupę najbogatszych Amerykanów) i przegranych (resztę społeczeństwa, w szczególności klasę średnią i najgorzej zarabiających).

Gwoli sprawiedliwości, nie tylko Ameryka zmaga się ze spowolnieniem gospodarczym, na przykład Unia Europejska powiększyła się w zeszłym roku tylko o 1,5 proc. Należy tu jednak podkreślić trzy ważne kwestie:

  • światowa gospodarka w zeszłym roku rosła jednak w przyzwoitym tempie 2,7 proc.;
  • Ameryka jest tu wyraźnie w tyle;
  • polityka Trumpa nie tylko nie pomogła amerykańskiej gospodarce, ale wręcz mogła zaszkodzić i jej, i gospodarce światowej, szczególnie w związku z chaotycznymi cłami.

Igrzyska zamiast chleba

W powyższym opisie widać wyraźnie, że poza „socjalizmem dla najbogatszych” i degresywnymi reformami podatkowymi, w polityce gospodarczej Trumpa i jego administracji znajdziemy zaskakująco mało, no właśnie, polityki gospodarczej. Za to ważnym jej elementem jest wojna symboliczna z rzekomo liberalnym establishmentem. Na przykład DOGE ciął „lewackie” programy federalne, podobnie Trump wielokrotnie podkreślał, że cła miały być zemstą na sojusznikach za rzekome „oszukiwanie Ameryki”.

Każdy tydzień oznaczał nowy chaos i nowy front wojny kulturowej, poza wspomnianymi wcześniej cięciami DOGE, administracja rozpoczęła boje na przykład o kontrolę nad uniwersytetami. Tu polecam wspaniały artykuł z „NYT” o tym, jak w obawie przed reperkusjami finansowymi i prawnymi amerykańska akademia zaczęła się autocenzurować.

Podobny proces widać w mediach, na przykład w sprawie popularnego komika Jimmiego Kimmela, który ośmielił się nie być odpowiednio wiernopoddańczy wobec tragicznie zamordowanego Charliego Kirka.

Kolejny front wojny to DEI

Ta nazwa to akronim angielskiego „różnorodność, sprawiedliwość, inkluzywność” (Diversity, Equity, Inclusion), czyli popularnego w korporacyjnej Ameryce programu, w ramach którego firmy starają się zdywersyfikować demograficzne zatrudnianie i proces awansu pracowników.

Jak to często bywa z korporacyjnymi modami, program ma swoje wady i „przesady”, ale konserwatywną reakcję trudno odróżnić od jakiejś parodii „anty-DEI”, wedle którego należy promować tylko białych mężczyzn. Doskonały przykład to szeregowy pracownik DOGE, o którym zrobiło się głośno, bo jego decyzją skasowano fundusze na szereg projektów naukowych rzekomo promujących DEI, w tym program badający kobiety-ofiary Holocaustu (!).

Innym przykładem, do którego jeszcze wrócimy, jest rewolucja kulturowa w amerykańskiej armii. Pete Hegseth, nowy sekretarz obrony, zaczął ciąć dofinansowanie na „projekty DEI”. Na przykład skończył z pokazywaniem dokumentu o tzw. Lotnikach Tuskegee kadetom w szkołach Sił Lotniczych. Lotnicy Tuskegee to pierwsi afroamerykańscy lotnicy w Ameryce, których odwaga w czasie II wojny światowej utorowała drogę do desegregacji w amerykańskim wojsku. Ale po co oficerowie mają znać historię własnych sił zbrojnych, jeśli nie dotyczy ona białych mężczyzn?

Jeszcze większym echem odbiła się wrześniowa konferencja w Quantico, w trakcie której Hegseth opowiadał amerykańskim generałom, jakoby amerykańska armia za bardzo skupiała się na „sprawiedliwości społecznej” (co w dyskursie konserwatystów jest określeniem ironicznym i pejoratywnym), politycznej poprawności i studiowaniu książek, a za mało na wojowniczości. Bo w końcu tak się właśnie wszystkim kojarzy amerykańska armia – z lewakami od sprawiedliwości społecznej.

I w końcu sprawa Epsteina

Nie sposób nie wspomnieć tu o najdłuższym rozdziale wojen kulturowych, czyli o sprawie Epsteina. Ważnym elementem kampanii wyborczej była obietnica Trumpa, że rozliczy „liberałów-pedofilów”. Problem w tym, że sam Trump należał do ścisłego grona znajomych Epsteina. Dlatego w administracji zapał do zajęcia się tą sprawą szybko minął.

Zamiast tego dostaliśmy sagę o FBI, które najpierw nie chciało upublicznić tzw. akt Epsteina, potem próbowało usunąć z nich zapisy inkryminujące prezydenta, a na koniec zaczęło wydzielać je i cenzurować. Ale nawet z tych okruchów wyłania się wyjątkowo niekorzystny obraz Trumpa, który wiedział o poczynaniach multimilionera Epsteina, a być może nawet brał udział w niektórych jego praktykach.

Te sprawy zwykle nie miały większego wpływu na życie normalnych Amerykanów. Ale energia, jaką administracja Trumpa poświęca na te wojny kulturowe, powoduje medialny chaos i poczucie, że Trumpowi właśnie nie zależy na materialnym dobrobycie całego społeczeństwa, i do zaoferowania ma tylko wieczną polaryzację i polityczną wojnę domową.

Brutalność zimna jak lód

Apogeum tej wiecznej polaryzacji to kwestia imigracji, w szczególności zaostrzenie kursu wobec nielegalnych imigrantów. Przy czym należy tu wyjaśnić jedną podstawową kwestię. Czytelnicy na pewno spotkali się z opinią, popularną na prawicy, jakoby amerykańska lewica była łagodniejsza wobec nielegalnych imigrantów, w skrajnej wersji – zostawiając „otwarte granice”. To mit.

Prawda jest tymczasem taka, że patrząc na statystyki deportacji, nie sposób odróżnić od siebie poprzedników Trumpa. A sam Trump w trakcie pierwszej kadencji deportował rocznie mniej „nielegalnych” niż np. Obama. Na podstawie danych federalnych, które obejmują okres do roku 2019 roku możemy powiedzieć, że średnia z obu kadencji Obamy to 382 tys. deportacji rocznie, średnia z pierwszych trzech lat pierwszej kadencji Trumpa: 325 tys.

To prawda, że rok 2025 może być rekordowy pod względem tej liczby, ale, po pierwsze, nie mamy jeszcze pełnych danych, a po drugie mówimy o tym samym rzędzie wielkości niecałego pół miliona ludzi rocznie.

To, co odróżnia Trumpa od poprzedników, to nie tyle skala, ile towarzyszący jej spektakl brutalności.

Trump zwiększył roczny budżet ICE (Immigration and Customs Enforcement, akronin układa się w angielskie słowo oznaczające lód) do nieco ponad 10 miliardów dolarów oraz w ramach OBBB jednorazowo przyznał 80 mld dolarów na dodatkowe projekty, na przykład budowę nowych więzień, oraz jeszcze drugie tyle na ochronę południowej granicy (poza samym ICE). Spora część tych pieniędzy poszła na zatrudnienie nowych agentów ICE oraz na medialne, antyimigracyjne „najazdy” na Demokratyczne miasta (np. Minneapolis).

Przemoc zamiast polityki

Problem w tym, że wszyscy od początku wiedzieli, że w tych akcjach będzie chodziło o „rozprawienie się” z imigrantami, a nie o prawdziwą politykę imigracyjną. ICE zaczęło tracić ludzi wykwalifikowanych i rozumiejących problem migracji (co siłą rzeczy oznacza wyczucie niuansów i niechęć do czarno-białego obrazu świata), na rzecz rekrutów, którzy brak znajomości prawa i technik policyjnych nadrabiali niechęcią do obcych i entuzjazmem do „wyglądania cool” z bronią w ręku. Efekt mógł być tylko jeden: cyrk niekompetencji i brutalności.

Media z początku przykuł sam „zmilitaryzowany”, no właśnie medialny charakter rajdów ICE, w trakcie których drużyny uzbrojonych agentów w maskach krążyły po imigranckich dzielnicach. Ale szybko zaczęły pojawiać się historie o tym, że ICE porywa przypadkowych ludzi, legalnych migrantów, w tym także z „białych krajów”, a nawet obywateli. Pomimo ogólnie większego budżetu na walkę z imigracją, administracja Trumpa jednocześnie obcięła fundusze na „obsługę” (np. „przerób” prawny) już złapanych podejrzanych. Stąd na przykład historia pozostawionej w celi na dwa tygodnie bez dostępu do adwokata Kanadyjki Jasmine Mooney, którą aresztowano pomimo ważnej wizy i której udało się wyjść z centrum detencyjnego tylko dzięki burzy medialnej w Kanadzie... gdzie jest popularną aktorką.

Na początku obecnego roku niekompetencja agentów ICE kosztowała życie Renee Good i Alexa Prettiego. Tak naprawdę lista ofiar ICE jest znacznie dłuższa. Pierwszą osobą zastrzeloną przez agentów tej organizacji, jeszcze we wrześniu 2025 roku, był Silverio Villegas Gonzalez. Wcześniej jednak te ofiary to Latynosi, zwykle imigranci (czasem nielegalni), dlatego te sprawy nie przebiły się do mediów narodowych pomimo lokalnych protestów. Tym razem mieliśmy do czynienia z dwójką białych obywateli, matki i pielęgniarza ze szpitala dla weteranów. To był punkt, kiedy na bezsensowną brutalność ICE zwrócili uwagę nawet ci, którzy niezbyt interesują się polityką, albo którym nie przeszkadza przemoc wobec imigrantów. W efekcie połowa Amerykanów zaczęła się opowiadać za zniesieniem tej agencji.

Kulawy Kaczor Donald

Chaos w polityce wewnętrznej i problemy gospodarcze już od kilku miesięcy widać w sondażach. Obecnie Trumpa popiera około 40 proc. potencjalnych wyborców, a przeciw jest niecałe 60 proc. Innymi słowy, prezydent płynie w tej chwili około 18 punktów „pod wodą”. Dla porównania – Biden w tym samym momencie swojej kadencji miał tylko 7 punktów procentowych więcej przeciwników niż zwolenników.

Do tego wedle ostatniego sondażu YouGov 59 proc. Amerykanów spodziewa się pogorszenia sytuacji ekonomicznej, a to właśnie gospodarka historycznie jest głównym motywem wyborców niezależnych. Trump wypada relatywnie słabo nawet w sprawie migracji, gdzie historycznie cieszył się zawsze wysokim poparciem.

A to dla republikańskich polityków olbrzymi problem.

Za osiem miesięcy odbędą się wybory połówkowe, w których Amerykanie wybiorą Izbę Reprezentantów i mniej więcej jedną trzecią Senatu. W zasadzie wszyscy już od paru miesięcy spodziewali się, że zgodnie z historyczną prawidłowością Republikanie stracą Izbę Reprezentantów. Ale jeśli obecne sondaże przełożą się na wynik wyborczy, Amerykę czeka niebieska fala, masakra Republikanów w stylu roku 2006. Sytuacja jest w istocie tak zła, że w jednym z ostatnich sondaży Demokrata wygrywa z Republikaninem senacki wyścig... w Teksasie. Byłby to pierwszy taki przypadek od 1993 roku, a w ostatnich wyborach prezydenckich Trump miał tam przewagę 14 punktów procentowych.

Sprawę komplikuje fakt, że Trump pozostaje najbardziej polaryzującą postacią w obecnej amerykańskiej polityce i chociaż jest znienawidzony przez liberałów, i coraz częściej odrzucany przez wyborców niezależnych, ruch MAGA twardo stoi za swoim Genialnym Przywódcą. To stawia między młotem i kowadłem każdą konserwatywną Kongres-osobę: musi albo odciąć się od Trumpa i przepaść w Republikańskich prawyborach, albo opowiedzieć się za Trumpem i ryzykować gniew wyborców niezależnych w wyborach ogólnych oraz porażkę nawet w relatywnie czerwonych dystryktach.

Nadciąga katastrofa Republikanów?

Do tego sam Trump raczej już nie będzie startował na trzecią kadencję, co, przynajmniej teoretycznie, wymagałoby przecież zmiany konstytucji. Ale to nie przeszkadzało Trumpowi od czasu do czasu sugerować, że może się pokusić o kolejną kadencję.

Do tej pory powszechnie zakładano, że jego naturalnym następcą zostanie wiceprezydent JD Vance. Temu brakuje jednak charyzmy i sondażowego poparcia (także wśród konserwatywnych wyborców), dlatego powoli otwiera się giełda nazwisk (ostatnio na przykład mówi się o ambicjach sekretarza stanu Marco Rubio) i pole do prawdziwych prawyborów prezydenckich w 2028 roku.

Wszystko to jednak sprawia, że Partia Republikańska sama znalazła się w stanie chaosu. Na Kapitolu, większość Reprezentantów i Senatorów musi skupić się na nadchodzącej kampanii wyborczej w swoim dystrykcie lub stanie, oczekując krwawej, często pozbawionej nadziei walki.

Spora ich część (w tej chwili otwarcie 35 osób) wolała od razu się poddać, wybierając honorowe przejście na emeryturę lub ewakuację do sektora prywatnego, póki ich kontakty w Waszyngtonie wciąż mają wartość. W tym samym czasie Partii brakuje przywództwa, bo Speaker Izby Mike Johnson i szef Republikanów w Senacie John Thune ledwo panują nad minimalną konserwatywną większością w Kongresie, nie posiadają też charyzmy i szacunku w Partii.

Wreszcie, Trump w ogóle nie próbuje opanować sytuacji, a jego otoczenie myśli już o 2028 roku. Stan rzeczy dodatkowo pogarsza fakt, że – podobnie jak z Bidenem parę lat temu – powszechnie spekuluje się o pogarszającym się stanie zdrowia Trumpa, od dziwnych problemów ze skórą, przez wyraźny brak energii, po spekulacje o demencji. Wszystko to sprawia, że pomimo ekscesów brutalności ICE i bezkompromisowej retoryki Białego Domu, wszyscy powoli zaczynają traktować Trumpa jako kulawą kaczkę.

Wojna na ratunek

Trump ma niewątpliwie jeden talent, to znaczy znakomite wyczucie „telewizyjności” i spektaklu. Dlatego doskonale rozumie beznadziejne sondaże i jest nimi sfrustrowany. Widać wyraźnie, że od kilku miesięcy stara się znaleźć jakąś magiczną sztuczkę na zdobycie popularności, chwaląc się wynikami giełdy czy atakując liberałów. I przez kompletny przypadek znalazł rozwiązanie w polityce zagranicznej.

Czytelnicy zapewne rozpoznają chaos, jaki opisałem w kwestii polityki wewnętrznej Trumpa, w zupełnie innym kontekście, to znaczy w kwestii Ukrainy.

Trump obiecywał rozwiązać ten konflikt „w jeden dzień” (co chyba wszyscy rozumieliśmy nie dosłownie, ale jako metaforę na „szybko”), ale nie pomogły ani rozmowy z Putinem, ani odcięcie pomocy dla Ukrainy, ani osobiste ataki na Zełenskiego, ani wreszcie kłótnie z Europą. Stąd poczucie, że Trump jedną ręką pomaga Ukrainie, na przykład nakładając na Rosję kolejne sankcje, a drugą próbuje Ukrainę Rosji sprzedać, na przykład na Alasce. To tylko jeden z przykładów Trumpowego chaosu, tym razem w polityce zagranicznej, kolejne jego odsłony to wojny celne, Bliski Wschód, boje o Grenlandię i dwuznaczna postawa wobec sojuszników Ameryki na Pacyfiku.

Wszędzie powtarza się jeden refren: Trump pragnie jakiegoś „medialnego zwycięstwa”, zarazem kompletnie nie rozumie uwarunkowań sytuacji,

obraża sojuszników, których uznaje za „przedłużenie” amerykańskich liberałów, a zarazem ma zbyt wiele uznania wobec wrogów USA i ich autorytaryzmu.

Sukces w Wenezueli. W pewnym sensie

Jedną z kolejnych odsłon chaosu było sformułowanie „doktryny Donroe”, czyli odświeżenie klasycznej doktryny prezydenta Jamesa Monroe z początku XIX wieku, wedle której dwie Ameryki mają być strefą wpływu USA.

„Donroe” z początku było wyrazem izolacjonizmu, frustracji wobec „upartej” Europy oraz przekonania (które Trump formułował jeszcze w kampanii wyborczej w 2016 roku), że Ameryka powinna wycofać się z wiecznych wojen na Bliskim Wschodem. Zarazem Trump w pewnym momencie skierował swoją uwagę na Wenezuelę, wobec której obsesję miał jeszcze pierwszej kadencji (Wenezuela stanowiła dla konserwatystów „strach na wróble” w dyskusjach o „socjalizmie”, czyli o poglądach lewego skrzydła Partii Demokratycznej). Pełna interwencja w Wenezueli byłaby katastrofą porównywalną z Irakiem, ale z uwagi na jej geograficzne położenie, Ameryce relatywnie łatwo było ją pod koniec ubiegłego roku zablokować i spróbować przejąć kontrolę nad eksportem wenezuelskiej ropy naftowej.

Kiedy blokada nie skłoniła jednak Caracas do kapitulacji, Biały Dom postawił na gambit: szybką operację służb specjalnych, w trakcie której uprowadzono prezydenta Marudo. I udało się! – przynajmniej w pewnym sensie.

Media obiegło zdjęcie pojmanego Marudo.

Z czysto wojskowego punktu widzenia akcja była majstersztykiem, a nowa prezydentka Wenezueli Rodriguez wystosowała kilka „dyplomatycznych” komunikatów wobec USA. Problem w tym, że – Czytelnicy widzą stały refren w polityce Trumpa – ten spektakl był zwycięstwem czysto medialnym, z którego w sumie nic materialnego nie wynika (a Trump znowu zaczął grozić Rodriguez, która na użytek wewnętrznej polityki wypowiadała się już znacznie mniej dyplomatycznie). Nie rozwiązał też problemu Trumpa z sondażami.

Wydaje mi się, że właśnie stąd decyzja ataku na Iran.

W otoczeniu Trumpa ważną funkcję pełni kilku neokonserwatystów (jak Rubio), marzących o tej wojnie od 2003 roku. W dodatku konserwatywni ewangelikanie, ważna część ruchu MAGA, popierają Izrael wbrew Iranowi z powodów religijnych: wielu z nich szczerze wierzy w dosłowną interpretację Biblii i bliski koniec świata, po którym ma nadejść nowe Królestwo Jezusa. Przy czym ten konflikt ma się zacząć właśnie od wojny na Bliskim Wschodzie, najpewniej Izraela z „bezbożnym” Iranem i Rosją (!).

Czytelnicy dobrze mnie rozumieją: jedna z najsilniejszych frakcji w amerykańskiej polityce, która wspiera Izrael, to ludzie, którym marzy się, aby Izrael uwikłał się w krwawą wojnę religijną. Do tego Trump lubi się osobiście z Netanyahu, który od dawna był zwolennikiem konfrontacji z Iranem.

Myślę, że właśnie ta koalicja sprzedała Trumpowi wojnę z Iranem, jako powtórkę porwania Maduro i szansę na kolejny „sukces telewizyjny”. A Trump dał się tej fali porwać, bo chciał sukcesu, a zupełnie się na Iranie nie zna.

Stany razem z Izraelem zaatakowały wtedy, kiedy z jednej strony postępy w negocjacjach mogły zabrać Trumpowi wymówkę na wojnę, a z drugiej izraelskiemu wywiadowi udało się zlokalizować miejsce spotkania najwyższych przedstawicieli irańskiego rządu. Z powodów logistycznych porwanie Chameneiego nigdy nie było możliwe i w Pentagonie nikt nawet nie próbował czegoś takiego zaplanować, dlatego Chamenei zamiast tego musiał zginąć.

Świat płonie

Plan miał jedną zasadniczą wadę: zakładał, że podobnie jak pół roku temu, Iran postawi na szybką deeskalację,

a więc, że po tym, jak Trump ogłosi zwycięstwo i śmierć Chameneiniego w Fox News, wszystko po cichu wróci do status quo, jak w wypadku Wenezueli.

Tym razem jednak Iran postanowił się bronić, co wprost wynika z doktryny strategicznej Iranu. A po części także z faktu, że jego nowe kierownictwo jest jeszcze bardziej fanatyczne. Do tego Irańczycy wyciągnęli lekcję po poprzedniej wojnie.

W efekcie Ameryka znalazła się w roli psa, który dla zabawy lubi biegać i szczekać za samochodami. Ale raz się zapomniał i rzeczywiście złapał zębami za zderzak. Skalę nieprzygotowania widać w każdym aspekcie tej wojny.

Na przykład, kiedy piszę te słowa, cieśnina Ormuz (20 proc. światowych dostaw ropy i gazu) jest faktycznie zablokowana, do tego Iran straszy Amerykę zaminowaniem tego akwenu.

Amerykańskie wojsko od zawsze wiedziało, że postawiony pod ścianą Iran może tego dokonać, i że w każdym realnym scenariuszu skończy się to katastrofą dla Ameryki. Tymczasem Biały Dom postanowił zignorować te ostrzeżenia.

Do tego Pentagon pod przywództwem Hegsetha niedawno zezłomował połowę wyspecjalizowanych okrętów przeciwminowych a pozostałe umieścił w innych częściach świata. W efekcie Hegseth desperacko próbuje zatopić irańską marynarkę wojenną. Problem w tym, że minę można zrzucić dosłownie z motorówki. O czym Hegseth by wiedział, gdyby wziął do ręki jakąkolwiek książkę na temat Iranu.

Trump bez planu

W tej chwili administracja Trumpa ma jakiś miesiąc, maksymalnie dwa, zanim braki w dostawach ropy spowodują gwałtowny wzrost jej ceny. Eskalacja działań wojskowych w ostatnich dniach pokazuje jednak, że żadna ze stron konfliktu nie chce się z niego wycofać bez (przynajmniej) jasnego „medialnego” zwycięstwa. Iran jest w stanie się bronić, a Trump zwyczajnie nie ma planu i miota się od ściany do ściany.

I tak oto Trump, goniąc sondaże, podpalił świat.

Dla nas wynika z tego ważna lekcja. Jeszcze do niedawna w polskiej polityce panował konsensus, że naszą pozycję geopolityczną musimy oprzeć na sojuszu z Ameryką. Prezydentura Trumpa wyraźnie pokazuje, że Stanom nie można już ufać. Czekają nas kolejne trzy lata chaosu.

Nawet jeśli po nich prezydentem zostanie ktoś odpowiedzialny, nic nam nie gwarantuje, że nawet po relatywnie dobrej administracji Amerykanie znowu nie wybiorą Trumpa, lub – bardziej prawdopodobne – jakąś jego nową odmianę, na przykład Tuckera Carlsona.

Amerykańska polityka jest wyraźnie pęknięta, cierpi na systemowe problemy. Zanim Amerykanom uda się ją naprawić, powinniśmy myśleć o bardziej wiarygodnych sojusznikach w Europie. W szczególności, powinniśmy przestać liczyć na to, że Stany obronią nas przed Rosją, i zamiast tego samodzielnie rozwiązać ten problem.

Na przykład pomagając Ukrainie wygrać obecną wojnę, zanim ta przeniesie się nad Wisłę.

Na zdjęciu Tomasz Makarewicz
Tomasz Makarewicz

Adiunkt na Wydziale Nauk Ekonomicznych Uniwersytetu Warszawskiego Interesuje się interakcjami rynków finansowych i makroekonomii, wpływem polityki monetarnej na stabilność makroekonomiczną i finansową, oraz bańkami spekulacyjnymi

Komentarze