0:00
0:00

0:00

29 marca zawsze dzwonię do Hałyny Semeniwny, swojej nauczycielki języka ukraińskiego i literatury z liceum w Chersoniu, żeby złożyć jej życzenia z okazji urodzin. To jej zawdzięczam umiejętność pisania tekstów. Tego roku zastanawiam się, czy mój telefon jej nie zaszkodzi. Chersoń jest pod rosyjską okupacją, jako jedyna stolica obwodu w takim tragicznym położeniu.

Inteligencja ukraińska ma być unicestwiona

Czemu się boję? Ponieważ od czasów sowieckich wszelka inteligencja pozostawała dla czekistów wrogiem numer 1, a inteligencja ukraińska to już szczególnie. 24 marca redaktor naczelny ukraińskiego portalu „Historyczna prawda” Wachtang Kipiani poinformował, że ukraiński wywiad odnotował celowe usuwanie jego książek o ukraińskim poecie-dysydencie Wasylu Stusie z bibliotek w trzech okupowanych przez Rosjan miastach.

Pikanterii dodaje fakt, że książka „Sprawa Wasyla Stusa” dotyczy bliskiego przyjaciela Putina i jego kuma Wiktora Medwedczuka, który w 1980 był nominalnym obrońcą Stusa, ale przyczynił się do zwiększenia kary poety. Tak czy owak – ukraińska inteligencja jest u Rosjan na celowniku.

Publikujemy czwarty odcinek „DZIENNIKA UKRAIŃSKIEGO”, osobistej relacji z Ukrainy Romana Kabaczija, historyka i dziennikarza. Tym razem o Chersoniu, który pod rosyjską okupacją nie traci godności i odwagi. Poprzednie trzy odcinki:

Przeczytaj także:

28 marca, według informacji Iwana Fiodorowa, burmistrza Melitopola, innego zajętego miasta na południu Ukrainy, okupanci porwali kierowniczkę wydziału oświaty rady miejskiej Irynę Szczerbak. Zanim do tego doszło, Rosjanie weszli do miejskich szkół i próbowali zmusić nauczycieli i wychowawców do wznowienia nauczania „według jakiegoś niezrozumiałego rosyjskiego programu”.

Jak napisał Fiodorow, „żaden dyrektor szkoły ani dyrektor przedszkola nie zgodził się na współpracę z okupantami”. Porwanie Szczerbak okazało się „bardziej skuteczną” metodą.

Moja teściowa, która całe życie poświęciła edukacji, pokazała mi i mojej żonie Radosławie ostrzeżenie wysłane przez jej kolegę z uczelni. To informacja o instrukcji „pracy politycznej" dla rosyjskich oficerów na terenie Ukrainy.

„Chodzi o celowe fizyczne unicestwienie wszystkiego, co związane jest z naszym krajem, w tym grobów i pomników. Zabijanie kobiet i dzieci jest zrozumiałe i uzasadnione. Zamiarem jest niszczenie kultury i języka, a przede wszystkim historii. To kwestia całkowitej rusyfikacji. Nauczyciele przedszkolni i szkolni w przypadku oporu narażeni są na zniszczenie” – głosiło ostrzeżenie.

Zdanie Putina „Zniszczę ich”, rzekomo wycedzone w reakcji na notatkę od Wołodymyra Zełenskiego przekazaną przez oligarchę Romana Abramowicza, przestaje budzić zdziwienie i nabiera właściwego kontekstu.

Rosjanie strzelają manifestującym w stopy, ale Chersoń się nie poddaje

Tak oto na drodze Putina i jego sił okupacyjnych jako pierwszy stanął Chersoń. Rosjanie zaczęli wchodzić doń już 1 marca.

Miasto założone przez Katarzynę II i Grigorija Potiomkina w międzyrzeczu Dniepru i Bohu na 200 lat przed moimi narodzinami – w roku 1778. Miasto, które w XIX wieku było centrum guberni obejmującej połowę narodzonej w kremlowskich chorych głowach „Noworosji”, w skład której wchodziły też Odessa, Mikołajów, Jelizawetgrad (dziś Kropywnycki), Tyraspol (dziś w Naddniestrzu, Mołdawia).

Zełenski nadał Chersoniowi status „miasta bohatera”. Dlaczego? Ze względu na odważny sprzeciw mieszkańców, którzy zwoływali tysięczne wiece przeciwko okupacji, dając przykład innym miastom regionu – Ołeszkom, Kachowce, Nowej Kachowce, Skadowskowowi, Hołej Prystani, Nowotroickowi.

Wiece były wyjątkowo pokojowe, ale mimo tego pod koniec marca Rosjanie zaczęli używać gazu łzawiącego, lekkich granatów dźwiękowych i strzelać manifestującym w stopy. Kilka osób zostało rannych.

Poniżej wideo z wiecu w Kachowce.

Po pierwszych informacjach o oporze chersończyków i chersonek moja teściowa wyraziła podziw. Stereotypy o prorosyjskości południa Ukrainy były mocno osadzone nie tylko w głowach ideologów wszelkiego rodzaju „instytutów słowianoznawstwa” w Moskwie, ale też sporej części Ukraińców.

13 marca udostępniłem zdjęcie z wiecu zaczerpnięte od kolegi z czasów studiów, który pracuje teraz na Uniwersytecie Chersońskim. Za nim znajdował się plakat z napisem po ukraińsku: „Jesteśmy Ukraińcami, a nie kacapskimi (ruskimi) niewolnikami” (patrz niżej).

Post skomentowała znajoma z Galicji, która od dawna mieszka w Polsce. Napisała (alfabetem łacińskim, a nie cyrylicą choć po ukraińsku): „Molodci, i tilky ukrajinskoju mowoju howorit i pyshit, bo mowa ce oznaka nacionalnoji identychnosti!” („Super jesteście, i tylko po ukraińsku mówcie i piszcie, bo język jest oznaką tożsamości narodowej!”).

Oooo, nie wyobrażacie sobie, jak mnie i inne pochodzące z Chersonia osoby to wkurzyło.

Nie wystarczą zdjęcia tysięcy ludzi z ukraińskimi flagami w okupowanym mieście i z takimi hasłami? Ktoś jednak doszedł do wniosku, że powinien nas uczyć „tożsamości narodowej” w takich warunkach?

Znajoma poprosiła o wybaczenie, ale zaznaczyła, że jest teraz w Polsce wolontariuszką i drażni ją rosyjskojęzyczność uchodźców. Napiszę na ten temat w następnym odcinku, a teraz wróćmy do Chersonia.

Pierwszy duży wiec odbył się 5 marca, i kiedy udostępniłem na profilu zdjęcia z platformy Vhoru, napisała do mnie na priv uczennica mojej mamy, która jest już dzisiaj już starszą kobietą. Poznała siebie na jednym z nich. „Chcesz może, żeby je usunął?” – zapytałem nieśmiało. „Nie, niech zostaje, jesteśmy Ukrainkami, jesteśmy odważne. Zwycięstwo będzie nasze” – napisała w odpowiedzi.

Sołtys Maruniak zatrzymany po raz drugi

Plakat z 13 marca, którego hasło zachęciło moją galicyjską znajomą do rozmowy o tożsamości, został narysowany na odwrocie baneru festiwalu dokumentalnych filmów o prawach człowieka „Docudays”. Sęk w tym, że w czołówce tego kijowskiego festiwalu są ludzie z Chersonia, nie raz ukazujący specyfikę regionu za pomocą filmów.

Chodzi o małżeństwo Daryny Awerczenko i Romana Bondarczuka. Najbardziej znane są ich dwa filmy. Pierwszy fabularny – „Wułkan”, 2018, który dostał w 2019 roku Narodową Nagrodę imienia Tarasa Szewczenki i drugi dokument „Ukraińscy Szeryfowie” z 2015 roku. Oto jego trailer:

Film opowiada o zorganizowaniu lokalnego posterunku przez dwu mężczyzn ze wsi Stara Zburjiwka w moim rodzimym regionie Hoła Prystań. Film operuje prawdziwym materiałem, który pokazuje reakcję chersońskich chłopów na wiadomość o ataku Rosji w 2014 roku. O tym, jak skrzykiwali chłopaków na wojnę.

Paradoks polega na tym, że pokazany w filmie sołtys Wiktor Maruniak jest w tym momencie przetrzymywany przez Rosjan. Został już po raz drugi porwany.

I nawet takie przypadki nie zmieniają sytuacji, bo kiedy pada nazwa „Chersoń”, twój rozmówca zaczyna się krzywo uśmiechać. W nazwie miasta jest bowiem nieprzystojne skojarzenie o śnie, lubieżnej Katarzyny II (cher to członek – cher-son, sen o członku), choć po prawdzie miasto jest nazwane na cześć antycznego Chersonesa.

Teraz ten sen dotyczy szefa Kremla, który ma gdzieś chersończyków i chersonki. Jak myśli mer Chersonia Ihor Kołychajew, „oni nie są zainteresowani tworzeniem jakiejkolwiek »chersońskiej ludowej republiki«, chodzi im raczej o przyłączenie nas do okupowanych terenów, do Krymu. Po co tworzyć iluzję konfrontacji, skoro już jesteśmy pod rosyjską okupacją?”.

Jednak, jak twierdzi Kołychajew w rozmowie z portalem Liga, „niewolnictwo to okropny los. Aby tego uniknąć, musisz czuć się gospodarzem na swojej ziemi. A recepta na to uczucie jest tylko jedna: pracuj, działaj, nie poddawaj się. Szczególnie moralnie. Chersoń to Ukraina”.

Jednak zadzwoniłem do Hałyny Semeniwnej i...

Tak, do Hałyny Semeniwnej zadzwoniłem. „Nie wyjechaliśmy z Chersonia. Wszyscy moi cali i zdrowi. Przekaż rodzicom pozdrowienia. Takie czasy...”.

;

Udostępnij:

Roman Kabaczij

Ukraiński historyk i dziennikarz

Komentarze