0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: il. OKO.pressil. OKO.press

Pięć redakcji – łotewski TVNET, chorwacki Telegram, niemiecki CORRECTIV, austriacka Die Presse i polskie OKO.press przygotowują wspólny podcast poświęcony temu, co porusza europejską społeczność.

Tym razem koledzy z Łotwy zajęli się problemem, który z przyczyn oczywistych porusza ich bardzo żywo – kremlowską propagandą i dezinformacją w ich kraju. Łotewska sytuacja jest tu wyjątkowa, bo jedna trzecia mieszkańców jest tam rosyjskojęzyczna i w dużej mierze przyzwyczajona – zwłaszcza starsze pokolenie – do korzystania z rosyjskich źródeł informacji. Po pełnoskalowej inwazji na Ukrainę w 2022 roku rząd w Rydze odciął więc na Łotwie dostęp do rosyjskich kanałów telewizyjnych.

Ale dziś dezinformacja rozprzestrzenia się przez internet i to nie tylko po rosyjsku. Propagandziści dobrze bowiem wiedzą, w jakie struny uderzyć: podbić lęki, pogłębić podziały.

Gość podcastu, Bartosz Kocejko-Szukalski z OKO.press opowiada, jak to się robi w Polsce, podsycając konflikty polsko-ukraińskie.

Podcast został nagrany w języku angielskim i przeczytany przez polskiego lektora. Poniżej znajdziecie jego transkrypcję. A oryginał – TUTAJ.

Przeczytaj także:

Artūrs Guds: Co się dzieje, gdy propaganda traci swój największy megafon? Czy znika — czy po prostu zmienia formę i znajduje nowe sposoby, by do nas docierać?

Dzień dobry, witam w podcaście LensEU – zbliżenie na to, co napędza europejską wspólnotę. Nazywam się Artūrs Guds, jestem dziennikarzem łotewskiego portalu TVNET.

W dzisiejszym odcinku przyglądamy się temu, jak kremlowska propaganda przystosowała się do epoki cyfrowej — do kogo nadal dociera, dlaczego niektóre narracje trafiają na podatny grunt i co Europa może zrobić, by przeciwdziałać manipulacjom informacyjnym z zagranicy.

Po rozpoczęciu przez Rosję pełnoskalowej inwazji na Ukrainę Unia Europejska oraz kilka państw członkowskich — w tym Łotwa — wprowadziły daleko idące ograniczenia wobec rosyjskich mediów państwowych. Środki te znacząco ograniczyły zasięg wspieranych przez Kreml nadawców w Europie i zmieniły krajobraz informacyjny regionu.

Dla wielu Europejczyków wydawało się to momentem przełomowym. Rosyjska telewizja przez lata była jednym z najbardziej widocznych instrumentów oddziaływania Kremla za granicą. Nagle kanały, które przez lata docierały do europejskich domów, zniknęły z pakietów telewizyjnych i platform internetowych.

Łatwo było uwierzyć, że usunięcie najgłośniejszego megafonu uciszy również sam przekaz.

Propaganda nie ogranicza się jednak do jednego kanału telewizyjnego. Ograniczenie dostępu do rosyjskich mediów państwowych zakłóciło działanie ważnego systemu dystrybucji, ale nie usunęło narracji ani sieci, dzięki którym przekaz ten znajdował odbiorców. Operacje wpływu po prostu się dostosowały.

Przekaz przeniósł się z ekranu telewizora na ekran telefonu.

Prokremlowskie narracje rozprzestrzeniają się za pośrednictwem Telegrama, TikToka, Facebooka, Instagrama, YouTube’a i komunikatorów. Pojawiają się w formie krótkich filmów, memów, zrzutów ekranu, komentarzy influencerów i przekazywanych dalej wiadomości — często pozbawionych jakiegokolwiek widocznego związku ze swoim pierwotnym źródłem.

To szersze zjawisko określa się mianem zagranicznych manipulacji informacyjnych i ingerencji, czyli FIMI — Foreign Information Manipulation and Interference. Obejmuje ono zarówno jawne fałszerstwa, jak i prawdziwe informacje wyrwane z kontekstu, selektywne przemilczenia czy emocjonalnie nacechowane sposoby przedstawiania faktów.

Celem nie zawsze jest przekonanie ludzi, że jedno konkretne twierdzenie jest prawdziwe. Czasem wystarczy zasiać wątpliwość, wzmocnić istniejące uprzedzenia albo osłabić zaufanie do instytucji demokratycznych.

Łotwa jest pod tym względem szczególnie interesującym przykładem. Dziesięciolecia sowieckiej okupacji i migracji zmieniły strukturę demograficzną i językową kraju, a rosyjska telewizja pozostawała powszechnie dostępna jeszcze długo po odzyskaniu przez Łotwę niepodległości. Oznaczało to, że po 2022 roku Kreml nie musiał budować swojej publiczności od zera.

Aby zrozumieć, dlaczego rosyjska strategia wpływu działa w państwach bałtyckich inaczej niż w Europie Zachodniej, rozmawiałem z Mārisem Andžānsem, dyrektorem Centrum Studiów Geopolitycznych w Rydze.

Māris Andžāns: O ile na Zachodzie Rosja inwestowała ogromne środki w tworzenie nowych mediów oraz współpracę z gwiazdami mediów społecznościowych, z niektórymi mediami spoza głównego nurtu i politykami, o tyle w państwach bałtyckich nie było takiej potrzeby. Jest tu bowiem wiele osób, które wychowały się w sowieckiej, a następnie rosyjskiej przestrzeni informacyjnej.

Fizycznie mieszkają na Łotwie, ale wirtualnie, jeśli chodzi o przestrzeń informacyjną, znajdują się w Rosji. To zupełnie inna sytuacja. Dlatego w wielu przypadkach w krajach bałtyckich nie trzeba tworzyć nowej przestrzeni informacyjnej ani nowych mediów, ponieważ ludzie po prostu śledzili przekaz płynący ze Wschodu. Wielu z nich nie trzeba nawet do niczego przekonywać.

Artūrs Guds: To, co opisuje Andžāns, pomaga zrozumieć, dlaczego doświadczenie Łotwy różni się od doświadczeń wielu państw Europy Zachodniej. Kreml nie musiał tam budować swojej publiczności od podstaw.

Te nawyki mają swoje źródło w XX-wiecznej historii Łotwy. Przed II wojną światową etniczni Łotysze stanowili 77 procent ludności. Do 1989 roku, po dziesięcioleciach migracji planowanej przez władze sowieckie, ich udział spadł do 52 procent, podczas gdy odsetek Rosjan wzrósł z 9 do 33 procent. Obecnie około 35 procent mieszkańców Łotwy posługuje się w domu językiem rosyjskim.

Język nie jest jednak stanowiskiem politycznym, a rosyjskojęzyczna część społeczeństwa Łotwy nie stanowi jednej, jednolitej grupy odbiorców. Jak podkreśla Andžāns, obraz nie jest czarno-biały. Dane te pomagają natomiast zrozumieć, dlaczego przez dziesięciolecia funkcjonowały równoległe przestrzenie językowe i informacyjne.

Przez dziesięciolecia rosyjska telewizja była na Łotwie szeroko dostępna. Widzowie mogli oglądać te same programy informacyjne, rozrywkowe i polityczne talk-show co odbiorcy w Rosji. Kiedy po 2022 roku dostęp do tych kanałów został ograniczony, usunięto ważne źródło bezpośredniego wpływu Kremla. Nawyki i narracje, które przez lata wzmacniały te media, nie zniknęły jednak z dnia na dzień.

Pojawia się więc kluczowe pytanie: czy działania te są skierowane przede wszystkim do osób rosyjskojęzycznych, czy też kremlowskie narracje przenikają również do szerszej debaty politycznej i codziennego życia na Łotwie?

Zapytałem Andžānsa, kto jest celem tych działań i jak łatwo narracje te przekraczają granice językowe.

Māris Andžāns: Oczywiście nie chodzi wyłącznie o odbiorców rosyjskojęzycznych. Z badań opinii publicznej wynika jednak, że sytuacja nie jest czarno-biała. Widać wyraźne różnice między łotewskojęzycznymi i rosyjskojęzycznymi mieszkańcami, jeśli chodzi o poparcie dla Ukrainy, stosunek do Rosji i NATO czy potępienie działań Rosji.

Poparcie dla NATO jest znacznie większe wśród osób łotewskojęzycznych niż rosyjskojęzycznych.

Oczywiście również część łotewskojęzycznej ludności jest podatna na rosyjską propagandę. Jednak przede wszystkim dotyczy to tutaj ludności rosyjskojęzycznej.

Część społeczeństwa z pewnością rozumie, że nie chodzi jedynie o treści w języku rosyjskim, ponieważ różne narracje można znaleźć także w języku łotewskim. 3 października na Łotwie odbędą się wybory i są partie, które rozpowszechniają rosyjskie narracje dotyczące dronów, poboru do wojska, polityki czy twierdzenia, że Łotwa jest po części państwem upadłym, i tak dalej.

Myślę więc, że ludzie rozumieją, iż nie chodzi wyłącznie o treści rosyjskojęzyczne. Rosyjskie narracje przenikają również do innych części przestrzeni medialnej. Mimo to w państwach bałtyckich, a szczególnie na Łotwie i w Estonii, wciąż chodzi przede wszystkim o treści w języku rosyjskim.

I znów: Rosja nie musi być przesadnie precyzyjna. Nie musi prowadzić specjalnych operacji przeznaczonych wyłącznie dla państw bałtyckich — choć takie działania również podejmuje — ponieważ część osób rosyjskojęzycznych nadal funkcjonuje w rosyjskiej przestrzeni informacyjnej.

Artūrs Guds: Odpowiedź Andžānsa wskazuje jednocześnie na dwie rzeczy. Rosyjskie narracje rozchodzą się głównie w środowiskach rosyjskojęzycznych. Kremlowska propaganda nie pozostaje jednak zamknięta w obrębie jednej wspólnoty językowej.

Kiedy treści zostaną dostosowane do lokalnej debaty, mogą być powtarzane po łotewsku przez krajowych polityków, twórców internetowych czy anonimowe konta w mediach społecznościowych — czasami bez jakiegokolwiek widocznego związku z rosyjskimi mediami państwowymi. Kremlowska narracja może więc dotrzeć znacznie dalej niż nadawca, który pierwotnie ją promował.

Analizy łotewskiego Biura Ochrony Konstytucji oraz Służby Bezpieczeństwa Państwa pokazują, jak to środowisko informacyjne dostosowuje się do epoki cyfrowej. Służby opisują skoordynowane działania prowadzone na różnych platformach internetowych, przekazy dostosowane do różnych grup odbiorców, rosnące wykorzystanie sztucznej inteligencji oraz próby werbowania lokalnych mieszkańców — czasami za pieniądze, a nie z powodów ideologicznych.

Bezpośrednim tematem może być polityka językowa, ceny energii, migracja czy wojna w Ukrainie. Strategiczne motywy pozostają jednak znajome. Łotwa jest przedstawiana jako państwo rusofobiczne lub faszystowskie, jako „marionetka Zachodu” albo kraj systematycznie dyskryminujący osoby rosyjskojęzyczne. Inne narracje przedstawiają Unię Europejską jako pogrążoną w nieodwracalnym kryzysie, Zachód jako moralnie zepsuty, a wspieranie Ukrainy jako bezcelowe lub szkodliwe.

Innymi słowy, różne historie mogą służyć temu samemu celowi: osłabieniu zaufania do państwa łotewskiego, pogłębianiu podziałów społecznych oraz podważaniu społecznego poparcia dla Ukrainy, NATO i Unii Europejskiej.

Dlatego ograniczenie dostępu do rosyjskiej telewizji państwowej rozwiązało tylko jedną część problemu.

Nadawca może zniknąć, ale narracja może przetrwać — przetłumaczona, przepakowana i oderwana od swojego pierwotnego źródła.

Łotwa jest często przedstawiana za granicą jako jeden z krajów Europy najbardziej zdeterminowanych w walce z kremlowską propagandą. Czy jednak same szeroko zakrojone ograniczenia wystarczą, by uznać ją za skuteczny i trwały model długofalowego przeciwdziałania dezinformacji?

Zapytałem Andžānsa, czy Łotwa zrobiła wystarczająco dużo.

Māris Andžāns: Nie uważam, żeby Łotwa należała do krajów, które odniosły największy sukces w przeciwdziałaniu rosyjskiej propagandzie. Gdyby Rosja nie zaatakowała Ukrainy, prawdopodobnie nie byłoby zakazu działalności rosyjskich mediów państwowych i powiązanych z Kremlem ani wielu innych działań służących przeciwdziałaniu rosyjskiej dezinformacji.

Wciąż istnieje wiele nierozwiązanych problemów — na przykład dotyczących tego, jak angażować rosyjskojęzycznych mieszkańców i jak pomagać im w nauce języka łotewskiego, którego wielu z nich przez dziesięciolecia nie było w stanie, nie chciało lub nie potrafiło się nauczyć.

Nie uważam więc Łotwy za dobry przykład. I ponownie: najbardziej zdecydowane działania podjęto wyłącznie dzięki temu, co wydarzyło się w Ukrainie. Należał do nich zakaz działalności rosyjskich mediów państwowych i powiązanych z rosyjską władzą.

Jak dotąd rezultaty są dobre. Jednak różne badania nadal pokazują znaczące różnice, gdy porównuje się poglądy osób łotewskojęzycznych i rosyjskojęzycznych. Wielu rosyjskojęzycznych mieszkańców nie ujawnia swoich opinii. Nie mówią, co sądzą na przykład o Ukrainie, Rosji czy innych kwestiach, które uważają za drażliwe.

Artūrs Guds: Ocena Andžānsa komplikuje prostą opowieść o Łotwie jako przykładzie sukcesu. Nie twierdzi on, że ograniczenia były niepotrzebne. Zmniejszyły zasięg rosyjskich nadawców państwowych i usunęły ważny kanał bezpośredniego przekazu Kremla. Chodzi mu jednak o to, że środki wprowadzone w reakcji na kryzys nie są w stanie samodzielnie naprawić podziałów, które powstawały przez dziesięciolecia.

Jego odpowiedź przenosi też ciężar debaty z ograniczeń na odporność społeczną. Długofalowa odporność wymaga czegoś więcej niż blokowania wrogich mediów. Zależy również od integracji, znajomości języka i zaufania — a także od tego, czy różne społeczności pozostają częścią wspólnej debaty publicznej.

Łotwa dostarcza więc dwóch ważnych lekcji. Zdecydowane regulacje mogą zakłócić funkcjonowanie utrwalonych kanałów dystrybucji kremlowskiego przekazu. Samo usunięcie tych kanałów nie likwiduje jednak automatycznie przyzwyczajeń odbiorców ani równoległych przestrzeni informacyjnych, na których opierają się operacje wpływu.

Łotwa jest tylko jednym z elementów znacznie szerszego europejskiego obrazu. Jej doświadczenie pokazuje, jak historia i demografia mogą przez dziesięciolecia podtrzymywać określony ekosystem informacyjny. Polska pokazuje natomiast, w jaki sposób Kreml dostosowuje swoją strategię tam, gdzie takich warunków nie ma.

W przeciwieństwie do Łotwy Polska nie ma dużej rosyjskojęzycznej mniejszości, a próby budowania pozytywnego wizerunku Rosji znajdują niewielki oddźwięk społeczny. Strategia jest więc inna. Zamiast przekonywać Polaków do popierania Rosji, operacje wpływu mają zwracać ich przeciwko Ukrainie — i przeciwko sobie nawzajem.

Aby zrozumieć, jak wygląda to w praktyce, rozmawiałem z Bartoszem Kocejką-Szukalskim, zastępcą redaktora naczelnego OKO.press. Na początku zapytałem go, dlaczego termin „dezinformacja” nie wystarcza już do opisu tego, z czym mierzy się Polska — i co właściwie Kreml próbuje osiągnąć.

Bartosz Kocejko-Szukalski: Od lat polska polityka i polskie społeczeństwo znajdują się pod nieustannym atakiem rosyjskiej dezinformacji. Dziś jednak skala i stopień zaawansowania tych operacji sprawiają, że samo określenie „dezinformacja” przestaje być wystarczające. Dlatego coraz częściej, z perspektywy działań Kremla, mówimy o wojnie kognitywnej.

Cele są dość proste. Pierwszym jest osłabienie poparcia Polski dla Ukrainy. To najbardziej oczywisty cel i ma on znaczenie, ponieważ Polska stała się jednym z najważniejszych hubów logistycznych dla Ukrainy.

Drugim celem jest podważenie europejskiej jedności w sprawie Ukrainy. To właśnie ta jedność pozwala europejskim państwom koordynować wojskowe, polityczne i finansowe wsparcie dla Kijowa.

Oczywiście realizacja obu tych celów ma pomóc Rosji osiągnąć za pomocą wojny kognitywnej to, czego nie udało jej się osiągnąć na polu walki podczas ponad czterech lat pełnoskalowej wojny przeciwko Ukrainie.

Ze względu na historię Polski oraz fakt, że wielokrotnie była ona ofiarą rosyjskiego imperializmu, rosyjskim propagandystom trudno jest promować pozytywny wizerunek Rosji. Tego rodzaju narracje znajdują bardzo niewielki oddźwięk w polskim społeczeństwie.

Artūrs Guds: Rozróżnienie, którego dokonuje Kocejko-Szukalski, ma kluczowe znaczenie. W Polsce Kreml nie musi przekonywać ludzi, że Rosja jest godna zaufania. Wystarczy, że osłabi ich poparcie dla Ukrainy — i utrudni utrzymanie europejskiej solidarności.

Innymi słowy, operacja może zakończyć się sukcesem nawet wtedy, gdy sama Rosja pozostaje w Polsce bardzo niepopularna.

Po 2022 roku do Polski przybyła duża liczba uchodźców z Ukrainy. Kraj, który wcześniej był stosunkowo jednorodny etnicznie, doświadczył gwałtownej zmiany demograficznej. Rosyjskie operacje wpływu szybko zaczęły wykorzystywać obawy związane z tą zmianą.

Bartosz Kocejko-Szukalski: Zamiast próbować poprawić wizerunek Rosji, Kreml wybrał inną strategię. Koncentruje się na nastawianiu Polaków przeciwko Ukraińcom.

Artūrs Guds: Każdy przekaz potrzebuje jednak również systemu dystrybucji. W Polsce system ten w coraz większym stopniu łączy skoordynowane sieci spamerskie, pozornie zwyczajne profile w mediach społecznościowych oraz sztuczną inteligencję.

Narzędzia te pozwalają przedstawiać tę samą narrację w wielu różnych formach — jako artykuł informacyjny, post na Facebooku, osobiste świadectwo, a nawet film, w którym ktoś podający się za polskiego żołnierza przekazuje określoną wiadomość.

Kocejko-Szukalski opisał kilka metod zidentyfikowanych przez dziennikarzy i badaczy.

Bartosz Kocejko-Szukalski: Nasza dziennikarka Anna Mierzyńska zidentyfikowała kilka kluczowych elementów antyukraińskiej kampanii kognitywnej, która jest obecnie wymierzona w Polskę.

  • Po pierwsze, kampania wykorzystuje tak zwane wietnamskie sieci spamerskie — ogromne farmy fałszywych stron internetowych i kont w mediach społecznościowych prowadzonych przez wietnamskie grupy cyberprzestępcze. Skala tych sieci jest ogromna.
  • Po drugie, na Facebooku pojawia się coraz więcej polskojęzycznych profili, które wyglądają jak konta zwykłych użytkowników, choć w rzeczywistości wiele z nich służy głównie do powielania i wzmacniania rosyjskich oraz prorosyjskich treści.
  • Po trzecie, propagandyści wykorzystują społeczne zaufanie do Wojska Polskiego. To stosunkowo nowe zjawisko. Badacze zidentyfikowali wygenerowane przez sztuczną inteligencję filmy, w których fałszywi polscy żołnierze przekazują zmyślone informacje.

I wreszcie, same narracje stają się coraz bardziej skrajne. Ich cel jest prosty: zatruwać relacje między Polakami a Ukraińcami. W fałszywych historiach Ukraińcy są oskarżani o potworne zbrodnie, o to, że nie szanują Polski i Polaków, a nawet przedstawia się ich jako zagrożenie militarne.

Artūrs Guds: Narzędzia mogą się różnić, ale wszystkie pełnią tę samą funkcję: sprawiają, że wrogie narracje brzmią lokalnie, powszechnie i wiarygodnie.

Twierdzenie powtarzane przez setki pozornie niezależnych kont może wyglądać jak autentyczny społeczny konsensus. Zmyślony komunikat przekazany przez osobę w mundurze wojskowym może czerpać wiarygodność z autorytetu instytucji, którą naśladuje.

Sama technologia nie wyjaśnia jednak, dlaczego te przekazy trafiają na podatny grunt. Technologia jest tylko systemem ich dystrybucji.

Treść nabiera siły wtedy, gdy łączy się z rzeczywistymi lękami, sporami politycznymi i nierozliczonymi wspomnieniami historycznymi.

W Polsce jednym z najbardziej wrażliwych elementów tej pamięci są masakry Polaków na Wołyniu i w Galicji Wschodniej — jeden z najbardziej bolesnych rozdziałów w historii polsko-ukraińskiej.

Kocejko-Szukalski przekonuje, że rosyjskie operacje wpływu wykorzystują tę historię, ale ich skuteczność mogą zwiększać również krajowi aktorzy polityczni, kiedy sięgają po te same resentymenty do osiągania korzyści wyborczych.

Bartosz Kocejko-Szukalski: Aby uczynić te przekazy bardziej przekonującymi, rosyjska propaganda wykorzystuje również jeden z najbardziej bolesnych rozdziałów historii polsko-ukraińskiej — rzeź wołyńską z 1943 roku.

W ostatnim czasie kwestia ta ponownie stała się źródłem napięć między Warszawą a Kijowem i, mówiąc wprost, oba rządy przyczyniły się do ich pogłębienia.

W Polsce jednak część prawicowych polityków eskalowała ten spór, wyraźnie z myślą o korzyściach w polityce krajowej. W ten sposób pomogli legitymizować narracje bardzo zbliżone do tych rozpowszechnianych przez rosyjską propagandę.

To jeden z powodów, dla których rosyjska operacja kognitywna okazała się tak skuteczna.

Najnowsze badania opinii publicznej pokazują, że po raz pierwszy od 2022 roku większość Polaków sprzeciwia się przyjmowaniu kolejnych ukraińskich uchodźców uciekających przed wojną. Jest to niewielka większość, ale jednak większość. Gwałtownie spadło również poparcie dla członkostwa Ukrainy w Unii Europejskiej, choć wciąż opowiada się za nim większość społeczeństwa.

Podsumowując: Rosja prowadzi przeciwko Polsce wojnę kognitywną, a my przegrywamy wiele jej bitew z powodu naszych własnych decyzji politycznych.

Artūrs Guds: Ostatnie zdanie może być najważniejsze. Zagraniczne operacje wpływu nie funkcjonują poza krajową polityką. One ją wykorzystują.

Rosja może tworzyć lub wzmacniać presję, ale lokalni politycy i użytkownicy mediów społecznościowych mogą wielokrotnie zwiększać jej oddziaływanie, powtarzając te same twierdzenia z własnych powodów. Kiedy do tego dochodzi, narracja przestaje wyglądać na zagraniczną. Staje się częścią zwyczajnej krajowej debaty.

To jedna z podstawowych cech zagranicznych manipulacji informacyjnych i ingerencji, czyli FIMI. Źródło każdego pojedynczego wpisu ma mniejsze znaczenie niż jego skumulowany wpływ na debatę publiczną. Osoba powtarzająca narrację zgodną z linią Kremla może nie mieć żadnych bezpośrednich związków z Rosją — i może nawet nie zdawać sobie sprawy ze strategicznej funkcji tej narracji.

Łotwa i Polska pokazują zatem dwa różne punkty wejścia dla operacji wpływu.

Na Łotwie Rosja może wykorzystywać istniejącą od dawna rosyjskojęzyczną przestrzeń informacyjną. W Polsce instrumentalizuje obawy związane z Ukrainą, uchodźcami i nierozwiązanymi napięciami historycznymi.

Metody są różne, lecz strategiczny cel pozostaje podobny: ograniczyć zaufanie, pogłębić podziały i sprawić, by europejskie społeczeństwa były mniej zdolne do wspólnego działania.

Europa nie pozostaje bierna. Unia Europejska i jej państwa członkowskie nałożyły sankcje na kremlowskie media propagandowe, zainwestowały w edukację medialną i zwiększanie świadomości społecznej oraz wspierały inicjatywy takie jak EUvsDisinfo — flagowy projekt Europejskiej Służby Działań Zewnętrznych zajmujący się identyfikowaniem i ujawnianiem prokremlowskiej dezinformacji.

Działania te mają znaczenie. Zmniejszył się bezpośredni zasięg rosyjskich nadawców państwowych, a badacze i dziennikarze coraz skuteczniej identyfikują skoordynowane kampanie oraz powtarzające się narracje.

Doświadczenia Łotwy i Polski pokazują jednak również ograniczenia regulacji. Można ukrócić działalność jednego kanału telewizyjnego, a jego narracje pojawią się ponownie za pośrednictwem setek kont w mediach społecznościowych. Można obalić jedną zmyśloną historię, a na jej miejsce pojawi się kolejna, odwołująca się do tego samego lęku lub resentymentu.

Długofalowa odporność wymaga więc czegoś więcej niż usuwania wrogich treści. Zależy również od tego, czy ludzie mają dostęp do wiarygodnych informacji, czy profesjonalne dziennikarstwo zachowuje społeczne zaufanie oraz czy różne segmenty społeczeństwa pozostają połączone wspólną przestrzenią debaty publicznej.

Wyzwanie to staje się coraz pilniejsze, ponieważ sztuczna inteligencja ułatwia tworzenie zmanipulowanych obrazów, głosów i filmów, a coraz więcej osób odwraca się od tradycyjnego dziennikarstwa na rzecz indywidualnych twórców, influencerów i treści dobieranych przez algorytmy.

Na zakończenie wróciłem do Mārisa Andžānsa i zapytałem go, co zmieniające się środowisko informacyjne oznacza dla zwykłych obywateli — i co mogą zrobić, aby się chronić.

Māris Andžāns: To niepokojące zjawisko, ponieważ tradycyjne media tracą widzów, słuchaczy i czytelników. Staje się to bardzo poważnym problemem, bo dzisiaj właściwie każdy może stać się medium i głosem, któremu ludzie ufają. Każdy może stać się ekspertem, podczas gdy tradycyjne media pełniły i nadal pełnią funkcję strażnika informacji.

Dziś sytuacja staje się znacznie bardziej skomplikowana. Najwięcej wyświetleń zdobywa ten, kto mówi w najbardziej interesujący i atrakcyjny sposób. Bardzo często jednak prezentowane w ten sposób poglądy nie są precyzyjne.

Odpowiadając na ostatnie pytanie: rozpoznawanie wiarygodnych informacji staje się coraz trudniejsze, ponieważ wokół nas jest tak wiele różnych opinii, że niemal niemożliwe staje się rozstrzygnięcie, co jest prawdą, a co nią nie jest.

Wraz z rozwojem deepfake’ów i generatywnej sztucznej inteligencji będzie to jeszcze trudniejsze.

Mimo wszystko sugerowałbym śledzenie mediów publicznych i tradycyjnych oraz porównywanie informacji pochodzących z różnych źródeł. Rozumiem, że może to być trochę wymagające, ale nadal zalecałbym korzystanie z tradycyjnych mediów oraz słuchanie ekspertów, którzy rzeczywiście są ekspertami, a nie tylko interesującymi ludźmi prezentującymi ciekawe poglądy.

Artūrs Guds: Rada Andžānsa może brzmieć dość prosto, ale odzwierciedla jedną z najważniejszych lekcji płynących z tej rozmowy. Odporności na manipulacje informacyjne nie da się zbudować wyłącznie za pomocą sankcji, technologii czy regulacji.

Zależy ona również od codziennych nawyków: porównywania informacji pochodzących z wiarygodnych źródeł, podawania w wątpliwość twierdzeń silnie nacechowanych emocjonalnie oraz wspierania dziennikarstwa, które pozostaje wierne zasadom weryfikacji i standardom redakcyjnym.

Odpowiedź na pytanie postawione na początku nie brzmi więc: kremlowska propaganda znalazła jedną nową grupę odbiorców. Znalazła wiele różnych dróg dotarcia do wielu różnych grup.

Na Łotwie ekspozycja nadal koncentruje się w części rosyjskojęzycznej przestrzeni informacyjnej, chociaż kremlowskie narracje przekraczają również granice językowe i przenikają do łotewskiej debaty politycznej oraz codziennego życia.

W Polsce antyukraińskie narracje docierają do odbiorców, łącząc się z obawami dotyczącymi uchodźców, tożsamości narodowej i pamięci historycznej.

Oba przypadki łączy nie jeden język, jedna platforma czy jedna grupa demograficzna. Łączy je wykorzystywanie podziałów, które już istnieją. Propagandę najtrudniej rozpoznać wtedy, gdy nie wygląda na importowaną — gdy brzmi jak coś, o co społeczeństwo i tak już się spierało.

Usunięcie rosyjskiej telewizji państwowej miało znaczenie. Ograniczyło bezpośredni dostęp do jednego z najpotężniejszych systemów wpływu Kremla. Nie zlikwidowało jednak narracji ani sieci, które podtrzymywały ten wpływ.

Najgłośniejszy megafon być może zniknął. Dziś ten sam przekaz podróżuje za pośrednictwem tysięcy mniejszych megafonów.

Dlatego odporność demokracji zależy nie tylko od ograniczania działalności wrogich mediów, lecz także od wzmacniania wiarygodnych źródeł informacji, profesjonalnego dziennikarstwa oraz nawyków, które pomagają ludziom odróżniać dowody od manipulacji.

Słuchali Państwo podcastu LensEU — zbliżenie na to, co napędza europejską wspólnotę. Nazywam się Artūrs Guds. Dziękuję za wysłuchanie i zapraszam ponownie we wrześniu, po wakacyjnej przerwie, na kolejną historię z Europy.

A jeśli wolisz czytać, zasubskrybuj nasz newsletter LensEU. Znajdziesz w nim informacje na tematy europejskie z pięciu krajów biorących udział w projekcie.

Na zdjęciu Redakcja OKO.press
Redakcja OKO.press

Jesteśmy obywatelskim narzędziem kontroli władzy. Obecnej i każdej następnej. Sięgamy do korzeni dziennikarstwa – do prawdy. Podajemy tylko sprawdzone, wiarygodne informacje. Piszemy rzeczowo, odwołując się do danych liczbowych i opinii ekspertów. Tworzymy miejsce godne zaufania – Redakcja OKO.press

Komentarze