0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Wyborcza.plFot. Sławomir Kamińs...

Było sobie udzielne Księstwo. Teoretycznie mieściło się w granicach Rzeczpospolitej Polskiej, z siedzibą główną w zamczysku przy warszawskich Alejach Ujazdowskich, ale funkcjonowało na zasadach eksterytorialnych. W każdym razie o tyle, że porządek prawny miało swój własny oraz kierowało się własnymi zasadami dotyczącymi dobra, prawa i sprawiedliwości. Nie miało jednak pieniędzy, dlatego by realizować potrzeby własne oraz swych poddanych, korzystało z funduszu finansowanego przez polskich podatników.

Na czele stał potężny książę Zbigniew wraz z księżną Patrycją, a ich zaplecze stanowili wierni i obrotni magnaci: magnat numerariusz Marcin, magnat pomorski Dariusz, magnat opolski Patryk oraz inni pomniejsi padawani księcia Zbigniewa.

Księstwo miało nietypową nazwę: Ministerstwo Sprawiedliwości. O jego burzliwej historii z tygodnia na tydzień dowiadujemy się coraz więcej.

Przeczytaj także:

Zaczęliśmy bajkowo, ale tę historię można opowiedzieć na wiele sposobów, zaś jej puenta najprawdopodobniej przyjmie postać ballady więziennej. Chodzi oczywiście o kolejne fakty dotyczące zarządzania Funduszem Sprawiedliwości przez resort Zbigniewa Ziobry.

O tym, jak Fundusz Sprawiedliwości utworzony do pomocy ofiarom przestępstw stał się de facto partyjną kasą jednego środowiska politycznego, pisaliśmy w OKO.press kilkadziesiąt razy, odkrywając i opisując kolejne afery. Dlatego dla naszych Czytelników i Czytelniczek rewelacje przedstawione publicznie w środę 22 maja przez b. dyrektora Funduszu Sprawiedliwości Tomasza Mraza nie są niespodzianką.

Rewelacje Mraza potwierdzają nasze śledcze ustalenia, ale oznaczają również coś więcej: że prokuratura oprócz poszlak, dokumentów i zrekonstruowanej sieci powiązań ma także kluczowego, skruszonego świadka ze środka systemu stworzonego przez środowisko Zbigniewa Ziobry. Do tego jest to świadek, który, jak informuje Onet, miał zgromadzić ponad 50 godzin nagrań. OKO.press dotarło do jednego z nich, na którym ludzie Ziobry i o. Tadeusza Rydzyka negocjują organizację koncertu Roksany Węgiel za kasę z Funduszu Sprawiedliwości

Kaliber sprawy i możliwe sankcje są potężne, w grę wchodzi sprzeniewierzenie kilkuset milionów złotych. Sama dotacja dla słynnej już fundacji Profeto wynosiła ok. 100 mln.

Czy chodziło tu o zwykłą, pospolitą kradzież i osobiste korzyści? Być może również, to już muszą ustalić prokuratura i sąd. Natomiast mechanizm był czysto polityczny. I w gruncie rzeczy dość prosty. Oto co chcieli osiągnąć ziobryści.

„Tydzień, jakiego nie było” to cotygodniowy newsletter OKO.press, który jako pierwsi otrzymują posiadacze konta TWOJE OKO. By zarejestrować się za darmo i założyć konto, KLIKNIJ TUTAJ.

Fundusz Sprawiedliwości: wihajster do zdobycia władzy

Zbigniew Ziobro jest politykiem ambitnym. Po tym, jak po zdradzie z 2012 roku prezes Jarosław Kaczyński przyjął go znów pod swe skrzydła przed wyborami parlamentarnymi 2015, szef Suwerennej (a wcześniej Solidarnej) Polski konsekwentnie rozszerzał swoje wpływy.

Gdy po wygranych przez PiS wyborach został ministrem, wziął się za realizację obietnicy zmian w wymiarze sprawiedliwości, konstruując reformy tak, żeby na działanie prokuratury i sądów wpływ mieli wyznaczeni przez niego ludzie lub osoby zawdzięczające mu awanse, lepsze życie i wyższą pozycję społeczną. Plany Ziobry, by zostać nadwiślańskim, kieszonkowym Robespierrem, odrobinę pokrzyżował swoimi dwoma wetami z 2017 roku prezydent Andrzej Duda.

Ale minister dalej śnił sen o politycznej potędze, może nawet intensywniej, niż wcześniej.

A czego potrzeba do realizacji takich politycznych ambicji? Po pierwsze, pieniędzy, po drugie, mediów, po trzecie, instytucji. I tu pojawił się problem.

Pieniędzy partia Ziobry nie miała, bo co prawda prezes Kaczyński wziął ziobrystów na pokład jako koalicjantów, ale kazał im startować z partyjnej listy PiS, co w praktyce oznaczało, że całą subwencją partyjną zarządzała Nowogrodzka. Ziobrę ustawiało to nawet nie w roli petenta, co dziecka proszącego rodziców o kieszonkowe. Oznaczało to również całkowitą zależność od woli Kaczyńskiego i groźbę natychmiastowej politycznej anihilacji, gdyby jednak ziobryści się prezesowi znudzili.

Mediów partia Ziobry również nie miała, bo prywatne podmioty popierające rząd Zjednoczonej Prawicy albo były pod całkowitą instytucjonalną kontrolą Kaczyńskiego (jak konsorcjum tytułów powiązanych z Tomaszem Sakiewiczem), albo nawet jeśli próbowały lawirować między frakcjami, koniec końców podporządkowywały się narracyjnej woli centrali z Nowogrodzkiej (jak tytuły związane z braćmi Karnowskimi). Zaś powolna obozowi władzy TVP była kierowana co prawda przez byłego partyjnego towarzysza Ziobry Jacka Kurskiego, ale ostatecznie Kurski jako człowiek inteligentny i przebiegły wiedział, kto tak naprawdę decyduje o jego losie i komu należy się koniec końców pokłonić.

Podobnie z instytucjami. Zapleczem instytucjonalnym ziobrystów miał być partyjny wymiar sprawiedliwości, a źródłem politycznej siły Ziobry gra śledztwami i hakami, wprzęgnięta w ręcznie zarządzany ciąg technologiczny między prokuraturą a sądami. Jednak, jako się rzekło, ten plan w obliczu ciągłego oporu sędziów, opinii publicznej, instytucji międzynarodowych i “zdrady” Dudy udał się tylko połowicznie.

I wtedy któryś z ziobrystów musiał wpaść na genialny plan, konstatując, że kontrola nad Funduszem Sprawiedliwości to również kontrola nad setkami milionów złotych. A więc dostęp do pieniędzy dla partii.

A dostęp do pieniędzy to otwierający się ocean politycznych możliwości.

Z takim zapleczem finansowym można próbować korumpować niezależne media oraz kupować większą przychylność mediów podporządkowanych PiS-owi, a także projektować własne zaplecze medialne. O tym ostatnim mówił dyrektor Mraz, opisując spotkanie w domu Zbigniewa Ziobry, gdzie obecni byli m.in. Marcin Romanowski, Michał Woś oraz Dariusz Matecki, a także „trzy osoby związane z mediami”. Omawiali tam plan utworzenia portalu internetowego, który miał być konkurencją dla Onetu, a publikować treści przychylne partii Ziobry.

W końcu pieniądze pozwalają wspierać instytucje powiązane z politykami Suwerennej Polski, finansować struktury i tworzyć zaplecze w terenie dla aktywności politycznej w czasie kampanii wyborczej lub wprost takie kampanie finansować. Jak to bezwstydnie miało miejsce w przypadku kampanii w Rzeszowie, gdy na stanowisko prezydenta tego miasta bez powodzenia kandydował Marcin Warchoł.

Ziobryści musieli czuć, że dorwali się do skarbca, który w wypadku trzeciej wygranej PiS i możliwej abdykacji Jarosława Kaczyńskiego da im w perspektywie wyborów 2027 roku szansę na przejęcie samodzielnej władzy – i to nie tylko nad prawicą, ale również nad Polską. Jak często bywa w takich przypadkach, blask złota i ambitna wizja tak ich zaślepiły, że zupełnie stracili samokontrolę. A teraz przyszedł czas zapłaty.

Reakcją Ziobrystów na rewelacje ujawnione lub potwierdzone przez dyrektora Mraza była panika.

Najpierw opublikowali anonimowe oświadczenie w poetyce strumienia świadomości. Mieszały się w nim “gangsterskie metody”, agent Szmydt i “lincz na chorym Zbigniewie Ziobrze”, ale nic nie dało się z tego zrozumieć. Co nota bene pozwala wysnuć przypuszczenie, że tekst oświadczenia pisał Janusz Kowalski.

Cztery minuty później ukazało się oświadczenie kolejne, tym razem podpisane przez Marcina Romanowskiego. To już zrozumieć się dało, a jego sens można streścić następująco: może i wydawaliśmy pieniądze konkursowe po uważaniu kierownictwa resortu, ale na wszystko mieliśmy odpowiednie przepisy. Czyli, jak głosi znana metoda wyłuszczona przez Stanisława Tyma w “Misiu”, zasadniczo starali się mieć kwit.

I to zapewne będzie ich główna linia obrona przed sądem.

Tusk chce gromadzić ludzi pod flagą

Tymczasem coraz bliżej finisz kampanii przed wyborami europejskimi i już wiemy, że aż do końca będzie się ona toczyła wokół tematu bezpieczeństwa, którym Koalicja Obywatelska oraz Prawo i Sprawiedliwość próbują mobilizować swoich zwolenników.

Według premiera i szefa KO Donalda Tuska stawką głosowania w eurowyborach jest ochrona Polski przed rosyjskimi wpływami, które w jego ocenie reprezentuje PiS: „Jeśli my do Parlamentu Europejskiego w Polsce i Europie wybierzemy ludzi, którzy będą de facto realizowali plany, zamierzenia Putina to zbliżymy się do katastrofy. (...) Błagam i was i wszystkich w Polsce: nie zlekceważcie tego 9 czerwca. Zróbmy to dla siebie, dla nas wszystkich – bo od tego też w jakiejś części będzie zależało nasze bezpieczeństwo. Tańszej metody na bezpieczeństwo niż pójść na wybory nie ma” – mówił Tusk w piątek 24 maja w Białymstoku.

Próba mobilizacji przez narracyjne stworzenie mechanizmu gromadzenia się pod flagą i gra na lękach przed destabilizacją to nowość w opowieści politycznej KO. PiS natomiast swoją historię kampanijną snuje w sposób dla siebie tradycyjny: mamy postawić na Prawo i Sprawiedliwość, bo inaczej dominacja niemiecka w Europie jeszcze się pogłębi, partia Tuska chodzi na ich pasku, a wszystko to owocuje próbami narzucenia biednym Polakom kolejnych europejskich szaleństw i bezeceństw.

Wygląda na to, że wszystko to póki co działa na elektoraty obu formacji. Choć frekwencja w wyborach 9 czerwca będzie niska, to akurat wyborcy KO i PiS są relatywnie mocno zmobilizowani. Opisywaliśmy ten efekt na podstawie opublikowanego we wtorek badania Ipsos, wskazując na trzy podstawowe wnioski z tego sondażu:

  • kampania do Parlamentu Europejskiego słabo dociera do Polek i Polaków: ponad połowa czuje się w niewielkim stopniu lub wcale poinformowana o wyborach, tylko co piąty badany twierdzi, że w znacznym stopniu interesuje się wyborami;
  • największe zainteresowanie i potencjalną mobilizację widać wśród najstarszych wyborców i zarazem sympatyków KO oraz PiS;
  • kłopot ma Trzecia Droga: jej elektorat w najmniejszym stopniu deklaruje duże osobiste zainteresowanie eurowyborami.

Innymi słowy, mniejsze partie Koalicji 15 października (oprócz Trzeciej Drogi również Lewica) mogą mieć 9 czerwca kłopoty, zwłaszcza że Donald Tusk postanowił mocno osobiście zaangażować się w kampanię (ogłaszając jednocześnie, że nie będzie się ubiegał o urząd prezydenta). Między innymi wezwał swoich zwolenników do Warszawy na wielki wiec 4 czerwca.

Z drugiej strony, jeśli przy niskiej frekwencji i tak dużym zaangażowaniu premiera Platformie Obywatelskiej po raz kolejny nie uda się zdobyć większej liczby głosów niż PiS, po stronie największego ugrupowania obozu rządzącego może zacząć robić się nieco nerwowo.

To był ciekawy tydzień, dlatego koniecznie sprawdźcie jeszcze inne nasze teksty:

;

Udostępnij:

Michał Danielewski

Wicenaczelny OKO.press, redaktor, socjolog po Instytucie Stosowanych Nauk Społecznych UW. W OKO.press od 2019 roku, pisze o polityce, sondażach, propagandzie. Wcześniej przez ponad 13 lat w "Gazecie Wyborczej" jako dziennikarz od spraw wszelakich, publicysta, redaktor, m.in. wydawca strony głównej Wyborcza.pl i zastępca szefa Działu Krajowego. Pochodzi z Sieradza, ma futbolowego hopla, kibicuje Widzewowi Łódź i Arsenalowi

Komentarze