Skrajna prawica w UE rośnie w siłę. Czy dojdzie do władzy?
W całej Europie wyborcy odwracają się od politycznego establishmentu i szukają zmiany. Pytanie brzmi jednak: której partii uda się przełożyć to poparcie na realną władzę. Bo może w ustabilizowanej demokracji przeznaczeniem radykalnych partii sprzeciwu jest wieczna opozycja?
Pięć redakcji – łotewski TVNET, chorwacki Telegram, niemiecki CORRECTIV, austriacka Die Presse i polskie OKO.press przygotowują wspólny podcast poświęcony temu, co porusza europejską społeczność.
W nowym odcinku LensEU sprawdzamy, dlaczego wyborcy na Łotwie, w Niemczech, Austrii i Chorwacji odwracają się od dotychczasowych partii i szukają politycznych alternatyw.
Gospodarz podcastu, Artūrs Guds z TVNET prowadzi nas przez cztery różne scenariusze: spektakularne zwycięstwo proeuropejskiej Zjednoczonej Listy na Łotwie, wzrost notowań AfD w Niemczech i FPÖ w Austrii oraz przypadek chorwackiego Ruchu Ojczyźnianego, który wszedł do rządu, a potem stracił znaczną część poparcia. Pytamy, kto potrafi zamienić wyborcze hasło zmiany w realną władzę — i co z tej zmiany rzeczywiście zostaje.
Podcast został nagrany w języku angielskim i przeczytany przez polskiego lektora. Transkrypcja poniżej, a oryginał – TUTAJ. Z kolei na Spotify jest do dyspozycji podcast tłumaczony maszynowo z użyciem AI.
Przeczytaj także:
Artūrs Guds: „Ludzie naprawdę chcą zmiany”.
Tak premier Łotwy Andris Kulbergs skomentował w noc wyborczą wyniki exit poll po wyborach parlamentarnych 3 października.
I rzeczywiście — wynik wyglądał jak wyraźny głos za zmianą. Jego centroprawicowa Zjednoczona Lista zdobyła nieco ponad 35 proc. głosów i 41 mandatów w stuosobowym łotewskim parlamencie. To zdecydowane zwycięstwo proeuropejskiego sojuszu, który mocno wspiera Ukrainę.
Ale to tylko część tej historii. Łotwa na Pierwszym Miejscu oraz Suwerenna Władza/Związek Nowych Łotyszy zdobyły łącznie niemal jedną czwartą głosów i 32 mandaty. Międzynarodowe media, w tym francuski „Le Monde”, określały oba ugrupowania jako populistyczne.
Łotewskie wybory nie przyniosły więc jednego, prostego rodzaju zmiany.
Urzędujący proeuropejski premier odniósł zdecydowane zwycięstwo, ale jednocześnie duże poparcie zdobyli również populistyczni konkurenci.
I Łotwa nie jest tu wyjątkiem. Cztery kraje, którym przyglądamy się w tym odcinku, pokazują, jak na bardzo różne sposoby rozpadają się dawne polityczne lojalności i utrwalone systemy partyjne — pod naciskiem różnych sił i w odpowiedzi na różne społeczne frustracje.
To prowadzi nas do głównego pytania tego odcinka: kiedy stare polityczne lojalności w Europie przestają działać, kto potrafi przejąć społeczne zapotrzebowanie na zmianę?
Artūrs Guds: Witamy w LensEU — podcaście, w którym przyglądamy się temu, co kształtuje europejską wspólnotę. To odcinek 16. Nazywam się Artūrs Guds, jestem dziennikarzem TVNET na Łotwie i będę waszym przewodnikiem.
Zaczynamy właśnie tutaj, na Łotwie, gdzie wyborcy wybrali nowy parlament. Potem przeniesiemy się do trzech innych państw europejskich, które pokazują, jak różnie może wyglądać polityczna zmiana.
Najpierw Niemcy. Lena Köpsell z CORRECTIV opowie o tym, jak skrajnie prawicowa populistyczna AfD skorzystała na osłabieniu więzi wyborców z tradycyjnymi niemieckimi partiami i — według szacunków sondażowych — zdobyła znaczne poparcie wśród osób, które wcześniej nie chodziły na wybory.
Potem Austria, gdzie Anna Wallner z „Die Presse” analizuje inny paradoks. Skrajnie prawicowa populistyczna FPÖ wygrała wybory parlamentarne w 2024 roku, ostatecznie pozostała poza rządem, a mimo to nadal zyskuje w sondażach.
Na koniec Chorwacja. Jasmin Klarić z „Telegramu” opisuje niemal odwrotny przypadek: narodowo-konserwatywny, prawicowo-populistyczny Ruch Ojczyźniany wszedł do rządu w 2024 roku, później się rozpadł, a jego poparcie w sondażach gwałtownie spadło.
Cztery kraje, cztery różne drogi i cztery odpowiedzi na pytanie, co może się wydarzyć po tym, gdy wyborcy domagają się politycznej zmiany.
Co więc właściwie wydarzyło się na Łotwie?
Zacznijmy od skali wyniku. Cztery lata temu Zjednoczona Lista zdobyła 11,01 proc. głosów i 15 mandatów. Według wstępnych wyników z 2026 roku tym razem uzyskała 35,29 proc. i 41 mandatów — ponad trzykrotnie zwiększając swoje poparcie.
Ale zwycięstwo Zjednoczonej Listy to tylko część tej zmiany. Trzy partie, które od września 2023 roku do rezygnacji premier Eviki Siliņy w maju 2026 roku wspólnie rządziły Łotwą, osiągnęły bardzo różne wyniki.
Koalicję tworzyły Nowa Jedność, Związek Zielonych i Rolników oraz Postępowi. Dwa pierwsze ugrupowania poniosły poważne straty. Nowa Jedność, która wygrała wybory w 2022 roku z wynikiem 18,97 proc. i 26 mandatami, spadła do 6,36 proc. i siedmiu mandatów. Związek Zielonych i Rolników obniżył wynik z 12,44 proc. i 16 mandatów do 4,40 proc. i wypadł z parlamentu.
Postępowi natomiast zasadniczo utrzymali swoją pozycję. W 2022 roku zdobyli 6,16 proc. głosów i 10 mandatów. Według wstępnych wyników z 2026 roku ich poparcie wzrosło do 7,88 proc., a liczba mandatów pozostała bez zmian.
Nie był to więc po prostu bunt przeciwko wszystkim partiom, które wcześniej rządziły. Wyborcy bardzo różnie ocenili trzech byłych koalicjantów.
Sam Kulbergs również jest w tej historii nietypową postacią. Do polityki ogólnokrajowej wszedł dopiero w 2022 roku, wcześniej działał w biznesie i był ekspertem branży motoryzacyjnej. Nie należy do żadnej partii politycznej.
Kiedy Łotysze szli do urn, był premierem zaledwie od nieco ponad czterech miesięcy. Jego rząd objął władzę 28 maja po rezygnacji Eviki Siliņy, która doprowadziła do upadku poprzedniego gabinetu.
To postawiło Zjednoczoną Listę w szczególnej sytuacji. Do wyborów szła z urzędującym premierem jako centralną postacią kampanii, a jednocześnie przedstawiała się jako alternatywa wobec sposobu, w jaki Łotwa była rządzona przed jego dojściem do władzy.
Program wyborczy sojuszu mówił o tym wprost. Zjednoczona Lista podkreślała, że powstała po to, by zaproponować „kompetentnych ludzi, którzy chcą działać, a nie mówić”. Poprzedni rząd określała jako „oderwany od rzeczywistości”, przekonywała, że nieustanne spory między partiami doprowadziły do kryzysu politycznego, a Kulbergsa przedstawiała jako odpowiedź na ten kryzys.
Nie były to jednak wyłącznie hasła zapisane w programie. Sam Kulbergs uczynił zmianę centralnym elementem swojego politycznego wizerunku. Trzy dni przed wyborami powiedział Reutersowi: „Myślę, że uosabiam zmianę”. Łączył ją z bardziej bezpośrednią komunikacją, gotowością do podejmowania trudnych decyzji i próbą odbudowania więzi między obywatelami a polityką.
To pomaga zrozumieć główny paradoks jego kampanii: Kulbergs już był premierem, a mimo to zdołał przedstawić się jako polityk zmiany.
Dlaczego ta obietnica trafiła do wyborców? Jednym z możliwych wyjaśnień jest to, że oceniali oni nie tylko same obietnice, lecz także to, komu ufają, że rzeczywiście je zrealizuje.
Tak wybory interpretuje politolożka Lelde Metla-Rozentāle z Uniwersytetu Rīga Stradiņš.
Lelde Metla-Rozentāle: Myślę, że na Łotwie możemy interpretować te wyniki przez pryzmat naszego własnego rozumienia sytuacji. Ale międzynarodowe badania politologiczne podpowiadają także inne możliwe wyjaśnienia tego sukcesu.
Różne grupy społeczne mierzą się z różnymi problemami. Dziś jednak wiele z nich łączy jedno: poważne trudności gospodarcze. Ludzie szukają więc siły politycznej, która potrafi ich przekonać, że ma rozwiązanie.
Powiedziałabym, że właśnie taka obietnica rozwiązań była ważną częścią kampanii Zjednoczonej Listy. I kiedy patrzę na badania politologiczne, zastanawiam się, czy był to szczęśliwy zbieg okoliczności, czy bardzo świadoma strategia. Kluczowe pytanie brzmi: która siła polityczna potrafi najlepiej przekonać wyborców, że naprawdę jest w stanie coś zrobić?
To ogromne wyzwanie dla partii, które od dawna były u władzy, takich jak Nowa Jedność czy Związek Zielonych i Rolników. Wyborcy mogą łatwo zapytać: „Co właściwie teraz mi obiecujecie? Przecież wcześniej już rządziliście i tego nie zrobiliście. Dlaczego miałbym wam teraz uwierzyć?”.
W takiej sytuacji zmniejsza się liczba partii, którym wyborcy są gotowi zaufać. Od mniejszych ugrupowań również nie oczekiwano szczególnie dobrych wyników. I w tej rywalizacji o wiarygodność Kulbergs okazał się najbardziej przekonujący.
Dzięki sposobowi komunikacji i umiejętności przekonywania dawał ludziom zaniepokojonym sytuacją gospodarczą poczucie, że to właśnie on oferuje największą szansę na realne działanie.
Artūrs Guds: Zjednoczona Lista nie była jednak jedyną siłą polityczną, która znacząco zyskała.
Łotwa na Pierwszym Miejscu ponad dwukrotnie zwiększyła swoje poparcie — z 6,24 proc. w 2022 roku do 13,08 proc. według wstępnych wyników z 2026 roku.
Suwerenna Władza sama zdobyła w 2022 roku 3,24 proc. głosów. W 2026 roku wystartowała wspólnie ze Związkiem Nowych Łotyszy, a ich sojusz uzyskał 11,71 proc. i 15 mandatów.
„Le Monde” określił oba ugrupowania jako populistyczne partie zabiegające także o poparcie rosyjskojęzycznych wyborców na Łotwie.
Znacząca zmiana nastąpiła właśnie w tej części elektoratu. Program śledczy łotewskiej telewizji „De facto” wskazał Łotwę na Pierwszym Miejscu oraz Suwerenną Władzę/Związek Nowych Łotyszy jako głównych beneficjentów tego przesunięcia i uznał, że wcześniejszy monopol jednej tak zwanej „partii rosyjskiej” przestał istnieć.
Łotewskie wybory nie przyniosły więc jednego antyrządowego zwrotu ani jednolitego przesunięcia ideologicznego. Zdecydowanie największym zwycięzcą była Zjednoczona Lista z 41 mandatami. Ale mocno zyskały również Łotwa na Pierwszym Miejscu oraz Suwerenna Władza/Związek Nowych Łotyszy, podczas gdy partie, które wcześniej wspólnie rządziły pod przewodnictwem Siliņy, osiągnęły bardzo różne wyniki.
I właśnie tutaj Niemcy stają się ciekawym punktem odniesienia — nie dlatego, że same siły polityczne są do siebie podobne, ale dlatego, że podobne jest podstawowe pytanie: kiedy dotychczasowa równowaga polityczna słabnie, kto potrafi wykorzystać powstałą przestrzeń?
Na Łotwie właśnie odbyły się wybory parlamentarne. Niemiecki przykład pochodzi z wyborów krajowych w Saksonii-Anhalcie.
Na Łotwie największym beneficjentem był proeuropejski sojusz kierowany przez urzędującego premiera. W Saksonii-Anhalcie tę zmianę zdominowała zupełnie inna siła polityczna.
Skrajnie prawicowa populistyczna AfD ponad dwukrotnie zwiększyła swoje poparcie: z 20,8 proc. w 2021 roku do 43,8 proc. w 2026.
Oto Lena Köpsell z CORRECTIV.
Lena Köpsell: Nazywam się Lena Köpsell i jestem reporterką CORRECTIV. Zajmuję się głównie AfD i oczywiście bardzo uważnie śledziłam wybory krajowe w Saksonii-Anhalcie.
AfD wygrała je z wynikiem 43,8 proc. Szczególnie zaskoczyło mnie to, jak wielu dotychczasowych niegłosujących partia zdołała przyciągnąć. Według ośrodków badania opinii było ich 170 tysięcy — zdecydowanie więcej niż w przypadku jakiejkolwiek innej partii.
Od pewnego czasu widzimy, że słabną dawne więzi wyborców z tradycyjnymi partiami masowymi, takimi jak CDU i SPD. System partyjny staje się coraz bardziej rozdrobniony.
AfD korzysta także z tego, że może przedstawiać się jako alternatywa wobec istniejącego systemu politycznego. Może obiecywać bardzo daleko idące zmiany, nie musząc wcześniej — ani na poziomie federalnym, ani krajowym — pokazywać, jak w praktyce zamierza je zrealizować.
Teraz oczywiście pojawia się pytanie, jak będzie wyglądał przyszły rząd w Saksonii-Anhalcie. Jak dotąd większość innych partii wykluczyła współpracę z AfD. Jedynie Sojusz Sahry Wagenknecht (BSW) prowadzi z nią rozmowy. Wyklucza koalicję, ale jest gotowa rozmawiać z AfD o konkretnych sprawach programowych.
BSW to stosunkowo młoda partia, która opowiada się za polityką społeczną skierowaną do osób o niskich dochodach, a jednocześnie chce ograniczenia imigracji i negocjacji z Rosją zamiast dostaw broni dla Ukrainy.
Kandydat AfD Ulrich Siegmund chce w grudniu ubiegać się o urząd premiera kraju związkowego. AfD ma 39 mandatów, ale nie posiada samodzielnej większości. Siegmund potrzebuje więc głosów deputowanych z innych klubów.
Głosowanie jest tajne, dlatego ciekawe będzie, jak zachowają się pozostali posłowie. Kluczowe pytanie brzmi:
jak dużą część swojego programu AfD będzie w stanie faktycznie zrealizować, jeśli do zdobywania większości będzie potrzebowała innych partii albo pojedynczych parlamentarzystów?
Na poziomie kraju związkowego AfD ma pewne pole manewru, przede wszystkim w polityce wewnętrznej, edukacji i mediach. W edukacji chce na przykład dopuścić nauczanie domowe. Chce również zmienić programy nauczania i położyć większy nacisk na historię Cesarstwa Niemieckiego, potencjalnie kosztem historii okresu nazistowskiego.
Rząd kierowany przez AfD mógłby także inaczej ustawić priorytety krajowej służby ochrony konstytucji, czyli Verfassungsschutz. Mógłby na przykład mocniej koncentrować się na lewicowym ekstremizmie i islamizmie, a mniej uwagi poświęcać skrajnej prawicy.
Jednocześnie kompetencje rządu kraju związkowego są ograniczone. Polityki zagranicznej nie prowadzi się w Saksonii-Anhalcie. Relacje z Rosją, sankcje UE czy zasadnicze decyzje dotyczące wsparcia dla Ukrainy są podejmowane na poziomie federalnym i europejskim.
Artūrs Guds: Relacja Leny prowadzi nas do kolejnej części tej historii. Jedną rzeczą jest zdobyć społeczne zapotrzebowanie na zmianę przy urnach. Czym innym — zamienić to poparcie na realną władzę polityczną.
Zanim jednak porównamy Niemcy z Łotwą, trzeba zaznaczyć jedną fundamentalną różnicę.
AfD w Saksonii-Anhalcie jest klasyfikowana przez tamtejszą służbę ochrony konstytucji jako „potwierdzona organizacja skrajnie prawicowa”. Urząd twierdzi, że jej działalność polityczna jest wymierzona w podstawowe zasady wolnego demokratycznego porządku konstytucyjnego Niemiec, w szczególności w godność człowieka i zasadę demokracji.
Nie zestawiamy więc Zjednoczonej Listy i AfD jako politycznie równoważnych sił. Porównujemy mechanizm polityczny: co dzieje się wtedy, gdy partia zdobywa bardzo dużo głosów, ale nie ma samodzielnej większości?
AfD ma 39 z 83 mandatów w Saksonii-Anhalcie — o trzy mniej od większości bezwzględnej. CDU, SPD, Zieloni i Lewica odrzuciły jej zaproszenia do rozmów. BSW zgodziło się rozmawiać o współpracy w poszczególnych sprawach, ale wykluczyło zarówno koalicję z AfD, jak i poparcie jej kandydata na premiera.
Granice tej współpracy zostały jednak przetestowane 6 października, kiedy polityk AfD Tobias Rausch został wybrany przewodniczącym parlamentu krajowego 48 głosami — czterema więcej, niż mają łącznie AfD i BSW. BSW wcześniej zapowiedziało swoje poparcie, ale ponieważ głosowanie było tajne, nie wiadomo, skąd pochodziły dodatkowe głosy.
To pokazuje, że wejście do rządu nie jest jedynym sposobem zdobywania wpływu instytucjonalnego. AfD uzyskała przewodnictwo parlamentu krajowego, choć nie jest w stanie samodzielnie rządzić. Rozróżnienie między wpływem parlamentarnym a władzą wykonawczą będzie kluczowe dla dalszego rozwoju sytuacji.
Na Łotwie wygląda to zupełnie inaczej.
Zjednoczona Lista również nie ma samodzielnej większości — posiada 41 ze 100 mandatów. Po konsultacjach z przedstawicielami wszystkich sześciu sił politycznych wybranych do parlamentu prezydent Edgars Rinkēvičs powiedział, że Kulbergs i Zjednoczona Lista mają szerokie poparcie większości z nich do rozpoczęcia tworzenia nowego rządu.
Łotwa pokazuje zarazem drugą stronę tego równania: bardzo dobry wynik wyborczy nie daje automatycznie dostępu do rządu.
Łotwa na Pierwszym Miejscu zajęła drugie miejsce z 17 mandatami, a Suwerenna Władza/Związek Nowych Łotyszy trzecie z 15. Kulbergs wyraźnie wykluczył utworzenie koalicji z którymkolwiek z tych ugrupowań. Zjednoczona Lista i kilka innych partii także wcześniej sygnalizowały, że nie chcą z nimi rządzić.
Przypadki niemiecki i łotewski dodają więc do naszego pierwotnego pytania jeszcze jedno. Nie chodzi tylko o to, kto potrafi przejąć społeczne zapotrzebowanie na zmianę. Chodzi również o to, kto potrafi przełożyć zdobyte głosy na władzę rządową — albo wywierać wpływ bez wchodzenia do rządu. A to zależy nie tylko od arytmetyki wyborczej, lecz także od tego, czy inne siły polityczne są gotowe z tobą współpracować.
Austria pokazuje jeszcze inny sposób, w jaki sukces wyborczy może rozmijać się z realną władzą polityczną. Skrajnie prawicowa populistyczna FPÖ wygrała wybory parlamentarne w Austrii w 2024 roku z wynikiem 28,8 proc. i 57 mandatami.
Po załamaniu się pierwszych rozmów między ÖVP, SPÖ i NEOS prezydent Alexander Van der Bellen formalnie powierzył w styczniu 2025 roku liderowi FPÖ Herbertowi Kicklowi próbę utworzenia rządu z ÖVP. Negocjacje zakończyły się fiaskiem w lutym.
Rząd ÖVP, SPÖ i NEOS pod przewodnictwem Christiana Stockera został zaprzysiężony 3 marca 2025 roku.
FPÖ nie została więc po prostu odsunięta od władzy mimo wygranych wyborów. Jej lider formalnie dostał możliwość przełożenia zwycięstwa wyborczego na większość rządową, ale rozmowy koalicyjne ostatecznie się rozpadły. A jednak pozostanie poza rządem nie zatrzymało politycznej dynamiki FPÖ.
Oto Anna Wallner z austriackiego dziennika „Die Presse”.
Anna Wallner: Niemal dokładnie dwa lata temu w Austrii odbyły się wybory. Po raz pierwszy w historii tak zwanej Drugiej Republiki, czyli od 1945 roku, skrajnie prawicowa Wolnościowa Partia Austrii — FPÖ — zdobyła najwięcej głosów: około 29 proc.
Mimo to nie weszła do rządu. Po długich negocjacjach konserwatywna ÖVP, socjaldemokratyczna SPÖ i liberalny NEOS połączyły siły, tworząc pierwszą od czasów powojennych trójpartyjną koalicję na poziomie federalnym.
Plan był prosty: dzięki dobremu rządzeniu ograniczyć poparcie dla FPÖ. Jak dotąd to się nie udało.
Gdyby wybory odbyły się w najbliższą niedzielę, poparcie dla Wolnościowej Partii — „Niebieskich”, jak się ich tutaj nazywa — byłoby jeszcze wyższe. W sondażach FPÖ zbliża się do 40 proc., Partia Ludowa ma nieco ponad 20 proc., a socjaldemokraci około 15 proc.
Oznacza to, że obecna koalicja nie miałaby już większości. A lider FPÖ Herbert Kickl zdecydowanie prowadzi, gdy Austriacy są pytani, kogo chcieliby widzieć na stanowisku kanclerza.
Czy to tylko frustracja wobec rządu? Są powody, by sądzić, że chodzi o coś głębszego. FPÖ od dawna zdobywa poparcie w środowiskach, które kiedyś głosowały na socjaldemokratów. W ostatnich wyborach poparła ją około połowa wszystkich robotników.
Co napędza ten trend? Przede wszystkim sprawy krajowe: wysoka inflacja ostatnich lat, słaba gospodarka i restrykcyjna polityka oszczędnościowa. Do tego dochodzi rząd, który często wygląda bardziej jak małżeństwo z rozsądku niż wspólny polityczny projekt.
Szczególnie źle radzą sobie socjaldemokraci, którzy mają dziś najgorsze notowania w historii. Teraz menedżer medialny Gerhard Zeiler chce zastąpić obecnego lidera partii Andreasa Bablera.
Zeiler ma 71 lat, kiedyś kierował austriacką telewizją publiczną ORF, a od kilku lat zajmuje wysokie stanowisko w amerykańskiej grupie Warner Bros. Discovery. Chce przesunąć partię w kierunku bardziej przyjaznym biznesowi. Babler jest wicekanclerzem i zamierza pozostać na stanowisku. Dla koalicji oznacza to kolejne napięcia.
Szczególnie dużo mówi kwestia migracji — w Austrii, podobnie jak w wielu innych krajach europejskich. Partia Ludowa w dużej mierze przejęła stanowisko FPÖ w sprawie azylu. Łączenie rodzin uchodźców zostało zawieszone, a minister spraw wewnętrznych używa nawet określenia, które wcześniej należało do języka FPÖ: „ujemna imigracja”.
Liczba wniosków azylowych jest najniższa od ponad 20 lat, a w pierwszej połowie tego roku z kraju wydalono więcej osób, niż złożono nowych wniosków o azyl.
A jednak FPÖ nadal rośnie. Przejmowanie jej postulatów nie wzmocniło partii głównego nurtu. Jak dotąd korzysta na tym przede wszystkim oryginał.
Co to oznacza dla Europy? Dopóki obecny rząd się utrzymuje, Austria pozostaje wiarygodnym partnerem. Popiera sankcje wobec Rosji i wspiera Ukrainę — nie militarnie, ze względu na neutralność, lecz politycznie i finansowo.
Kanclerz Christian Stocker mówi dziś otwarcie: sama neutralność nie chroni Austrii.
Gdyby kanclerzem został Kickl, sytuacja mogłaby się zmienić. FPÖ uważa pomoc dla Ukrainy za naruszenie neutralności, sceptycznie podchodzi do rozszerzenia UE, a w 2016 roku podpisała porozumienie o przyjaźni z partią Władimira Putina.
Austria mogłaby wtedy odgrywać w Brukseli rolę podobną do tej, jaką przez lata odgrywały Węgry pod rządami Viktora Orbána.
Kolejne regularne wybory parlamentarne mają się odbyć dopiero w 2029 roku. Zobaczymy, czy koalicja przetrwa tak długo, czy socjaldemokratom uda się odzyskać pozycję i co przyniosą wybory regionalne w Górnej Austrii jesienią 2027 roku — gdzie FPÖ, podobnie jak wcześniej w Styrii, może po raz pierwszy zająć pierwsze miejsce.
Artūrs Guds: Austria pokazuje, że zwycięstwo wyborcze i pozostanie poza rządem nie muszą osłabić partii. FPÖ nadal jest w opozycji, ale jej poparcie w sondażach jest dziś znacznie wyższe niż wynik z 2024 roku: wtedy zdobyła 28,8 proc., a niedawny sondaż dawał jej 38 proc.
Co jednak dzieje się wtedy, gdy nacjonalistyczna albo skrajnie prawicowa partia rzeczywiście wchodzi do rządu?
W tym celu przenosimy się do Chorwacji.
Jasmin Klarić z „Telegramu” analizuje, jak wejście Ruchu Ojczyźnianego do rządu wpłynęło na chorwacki krajobraz polityczny i co jego zdaniem może to oznaczać dla przyszłego kierunku kraju.
Oto Jasmin Klarić.
Jasmin Klarić: „Skrajna prawica grozi przejęciem władzy” — to zdanie brzmi dziś dość staroświecko. W Chorwacji skrajna prawica już jest u władzy. Weszła do niej w 2024 roku.
Ruch Ojczyźniany, czyli chorwacki Domovinski pokret, to partia nacjonalistyczna, konserwatywna i antyimigracyjna. Jest częścią koalicji kierowanej przez Chorwacką Wspólnotę Demokratyczną, HDZ, zwykle określaną jako centroprawicowa.
Od 2024 roku Ruch Ojczyźniany ma trzy stanowiska ministerialne. Wszystkie trzy zajmują, oczywiście, mężczyźni. Partia wywarła też silny wpływ na ogólny klimat społeczny, który wyraźnie przesunął się w prawo.
Latem 2025 roku wrogość wobec największej mniejszości narodowej w Chorwacji — społeczności serbskiej — przerodziła się w brutalne zakłócanie albo próby zakłócania jej wydarzeń kulturalnych. Premier przeprosił za te incydenty, ale przesunięcie polityczne na prawo trwało nadal.
A jednak sam Ruch Ojczyźniany się rozpadł. Niedługo po wejściu do koalicji z HDZ partia pękła, a jej notowania runęły. Spadek zatrzymał się w okolicach 2 proc. Jeśli jednak w ostatnich wyborach zdobyło się prawie 10 proc. głosów, taki wynik nie wróży Ruchowi Ojczyźnianemu szczególnie dobrze.
Najważniejszą zmianą na chorwackiej scenie politycznej nie jest jednak upadek Ruchu Ojczyźnianego, lecz spodziewane w tym miesiącu porozumienie koalicyjne między dwiema najsilniejszymi partiami lewicowymi: socjaldemokratami i zielono-lewicowym Možemo!.
Sondaże pokazują, że te dwie partie od dłuższego czasu — od końca 2024 roku — wyprzedzają HDZ. Ich przewaga powoli, ale systematycznie rośnie i obecnie wynosi około pięciu punktów procentowych.
HDZ jest u władzy od 2016 roku. To już dziesięć lat. Utrzymywało się przy władzy, tworząc w zależności od potrzeb koalicje z małymi partiami centrowymi i regionalnymi albo ze skrajną prawicą, bądź po prostu przeciągając na swoją stronę posłów opozycji.
Wygląda na to, że przed wyborami parlamentarnymi w 2028 roku dojrzewa zmiana kierunku. Nie oznaczałaby ona jednak zasadniczej zmiany w najważniejszych sprawach europejskich: przyszłości Unii, rozszerzenia, Ukrainy czy Rosji.
Praktycznie wszystkie partie głównego nurtu w Chorwacji mają w tych kwestiach podobne stanowisko. Poparcie dla UE w obecnym kształcie, obrona Ukrainy, potępienie rosyjskiej agresji i utrzymanie surowych kryteriów dla nowych państw członkowskich pozostaną więc niezmienione niezależnie od tego, kto będzie rządził Chorwacją.
Artūrs Guds: Jeden dobrze udokumentowany incydent pokazuje napięcia, o których mówi Jasmin. 3 listopada 2025 roku grupa osób przerwała serbskie wydarzenie kulturalne w Splicie. Chorwacka prokuratura poinformowała, że podejrzewa, iż działanie było motywowane wrogością wobec serbskiej mniejszości. Premier Andrej Plenković potępił incydent jako atak na prawa mniejszości.
Jeden przypadek nie może definiować polityki całego kraju, ale jest częścią szerszego klimatu, na który zwraca uwagę Jasmin.
Chorwacja pokazuje jeszcze jedno ważne rozróżnienie: utrata wyborców nie musi oznaczać utraty wpływu. Spadek Ruchu Ojczyźnianego w sondażach mówi nam coś o jego popularności, ale sam w sobie nie pokazuje, jak duże możliwości oddziaływania partia zachowała jako partner koalicyjny.
Jasmin przewiduje również możliwą zmianę rządu w 2028 roku. To prognoza, a nie wynik wyborów. Socjaldemokraci i Možemo! rozpoczęli formalną współpracę nad wspólnym programem, ale ostatecznie to wyborcy zdecydują, co wydarzy się dalej.
Ostatnia uwaga Jasmina prowadzi nas z powrotem do pytania, od którego zaczęliśmy. Kiedy stare polityczne lojalności w Europie przestają działać, kto potrafi przejąć społeczne zapotrzebowanie na zmianę?
Te cztery przypadki pokazują, że nie ma jednego europejskiego schematu.
W Saksonii-Anhalcie AfD zdobyła 43,8 proc. głosów. Nadal nie ma jednak wystarczającej liczby mandatów, żeby rządzić samodzielnie. Mimo to już zdobyła wpływ instytucjonalny: 6 października polityk AfD Tobias Rausch został wybrany przewodniczącym parlamentu krajowego.
To ważne stanowisko parlamentarne, ale nie oznacza kontroli nad rządem kraju związkowego. A podstawowe decyzje niemieckiej polityki zagranicznej dotyczące Rosji, sankcji UE i Ukrainy pozostają sprawą szczebla federalnego i europejskiego.
Austria pokazuje inną sytuację. FPÖ pozostaje poza rządem, a mimo to nadal rośnie w sondażach. Anna przekonuje, że rząd kierowany przez FPÖ mógłby zmienić podejście Austrii między innymi do Ukrainy i integracji europejskiej.
Chorwacja daje jeszcze inną odpowiedź. Ruch Ojczyźniany wszedł do rządu, po czym jego poparcie gwałtownie spadło. Argument Jasmina jest jednak taki, że znaczenia tej partii nie można mierzyć wyłącznie jej obecnymi notowaniami — podobnie jak ewentualna przyszła zmiana rządu nie musi oznaczać zmiany podstawowej orientacji europejskiej Chorwacji.
I wreszcie Łotwa.
Wybory radykalnie zmieniły układ sił w parlamencie. Największy zwycięzca, Zjednoczona Lista, prowadził jednak kampanię pod hasłem utrzymania Łotwy mocno zakotwiczonej w NATO i Unii Europejskiej oraz dalszego wspierania Ukrainy. To zobowiązanie zapisano wprost w programie wyborczym sojuszu na 2026 rok.
Łotwa pokazuje więc ważną różnicę: wyborcy mogą domagać się zmiany politycznego przywództwa, nie domagając się jednocześnie zmiany geopolitycznego kierunku swojego kraju.
Tym, co łączy te cztery historie, nie jest jedna wspólna fala ideologiczna.
Łączy je napięcie między zdobyciem społecznego poparcia a przełożeniem tego poparcia na realne decyzje.
Partia może wygrać wybory i mieć problem z utworzeniem rządu. Może zdobywać wpływ instytucjonalny bez sprawowania władzy wykonawczej. Może też wejść do koalicji, stracić popularność, a mimo to nadal uczestniczyć w rządzeniu.
Te różnice mają znaczenie także poza polityką krajową. Dla europejskiej odpowiedzi na wojnę w Ukrainie, relacji z Rosją i przyszłości integracji europejskiej same wyniki wyborów są tylko częścią obrazu.
O tym, co naprawdę może się zmienić — a co pozostanie bez zmian — decydują również wybory koalicyjne, instytucje polityczne i rzeczywiste kompetencje rządów.
Pytanie nie brzmi więc po prostu, czy Europa przesuwa się w lewo czy w prawo albo czy populizm wygrywa, czy przegrywa. Chodzi o to, co wyborcy chcą zmienić, kto potrafi ich do siebie przekonać i co polityczne zwycięstwa oznaczają później w praktyce. Wybory mówią nam, kto zdobył poparcie. Dopiero to, co dzieje się później, pokazuje, czy takie zwycięstwo rzeczywiście oznacza zmianę.
Więcej na ten temat przeczytacie w naszym newsletterze. A jeśli podobał wam się ten odcinek, opowiedzcie o nim innym.
Artūrs Guds: Jeśli interesują was te tematy, zaglądajcie regularnie do LensEU — niezależnie od tego, czy wolicie słuchać podcastu i czytać newsletter po łotewsku, niemiecku, polsku czy chorwacku.
To był LensEU. Nazywam się Artūrs Guds. Dziękuję za wysłuchanie.
A jeśli wolisz czytać, zasubskrybuj nasz newsletter LensEU. Znajdziesz w nim informacje na tematy europejskie z pięciu krajów biorących udział w projekcie.

Komentarze