Gdyby nie 1,5%, mogłoby nie być OKO.press

Twoja pomoc ma znaczenie

0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Fot. Cezary Aszkielowicz / Agencja Wyborcza.plFot. Cezary Aszkielo...

„Za każdym razem, gdy pojawiają się kolejne zmiany, staram się zrozumieć, jak mam dalej z rodziną żyć w Polsce. I za każdym razem mam wrażenie, że polskie władze przeprowadzają jakiś nieludzki eksperyment. Co pół roku wymyślają nowe przeszkody. A to to odkręćmy, a to tamto zakażemy i zobaczmy, jak przetrwają” – mówi Orysia*.

„To gra podobna do gry w kalmara, Squid Game, tylko z ukraińskimi uchodźcami. To gra z ludźmi”.

Orysia przyjechała do Polski w marcu 2022 roku, od razu po rosyjskiej pełnoskalowej inwazji na Ukrainę, z mężem i trójką dzieci. Ze względu na stan zdrowia mąż Orysi nie pracuje, ponadto jedno z dzieci ma zaburzenia psychiczne. Samodzielnie trudno jej utrzymać rodzinę. Do tego niedawno straciła pracę i w związku z tym świadczenia 800 plus (a to właśnie w takiej sytuacji rodziny najbardziej potrzebują wsparcia), trudno znaleźć stabilne zatrudnienie.

„Po 4 marca 2026 nie widzę przyszłości w Polsce ani dla swojej rodziny, ani dla dziesiątków tysięcy rodzin w podobnej sytuacji, nie mówiąc już o osobach z niepełnosprawnościami, osobach starszych. Doszliśmy do 80. poziomu, a dalej dla nas gra się kończy” – mówi Orysia. Analizuje sytuację z różnych perspektyw: wielodzietnej matki, wolontariuszki, osoby pracującej.

Przeczytaj także:

Ograniczony dostęp do opieki medycznej

23 stycznia Sejm przyjął projekt ustawy o wygaszeniu rozwiązań wynikających z ustawy o pomocy obywatelom Ukrainy w związku z konfliktem zbrojnym na terytorium tego państwa, 28 stycznia – bez poprawek Senat. Dokument został przekazany prezydentowi do podpisu. Miałby wejść w życie 5 marca 2026 roku.

W OKO.press opisywaliśmy główne założenia ustawy.

Według niej ukraińscy uchodźcy wojenni powinni stopniowo przechodzić z nadzwyczajnych na ogólne przepisy dla wszystkich cudzoziemców. Część przepisów tzw. specustawy ukraińskiej z marca 2022 roku ma być wygaszona, część przeniesiona do rozwiązań systemowych – do ustawy o cudzoziemcach (w związku z tym zmieni się podstawa prawna pobytu uchodźców z Ukrainy).

Według projektu ustawy ochrona tymczasowa dla ukraińskich uchodźców może być przedłużona do 4 marca 2027 roku (tak, jak przewiduje to odpowiednia dyrektywa Unii Europejskiej). PESEL UKR będzie obowiązywał przez cały okres obowiązywania dyrektywy europejskiej.

Istotne zmiany mają dotyczyć dostępu do systemu opieki medycznej i martwią one wielu uchodźców wojennych.

Po wygaśnięciu przepisów specustawy ukraińskiej dostęp do wszystkich świadczeń opieki zdrowotnej mieliby tylko ci uchodźcy, którzy są ubezpieczeni (jeśli nie są – to otrzymają pomoc wyłącznie w nagłych przypadkach).

Świadczenia opieki zdrowotnej (z wyjątkiem m.in. leczenia uzdrowiskowego, rehabilitacji, leczenia niepłodności) przysługiwałyby jedynie tym osobom ze statusem UKR:

– które były ofiarami tortur, gwałtu, (Komentarz organizacji pozarządowych: ten przepis nie wyjaśnia kto i w jaki sposób ma to ustalić, jak osoba z takim doświadczeniem ma to wykazać; w dodatku, tym osobom nie miałaby przysługiwać rehabilitacja, której właśnie mogą potrzebować);

– do ukończenia 18. roku życia;

– które posiadają zaświadczenie o zamieszkiwaniu w ośrodku zbiorowego zakwaterowania;

– w okresie ciąży, porodu lub połogu.

Nie ma tu osobno wyszczególnionych osób starszych czy z niepełnosprawnościami (prawdopodobnie zakłada się, że należą do grupy najwrażliwszej i mieszkają w ośrodkach, o czym piszemy niżej).

Konsultacje publiczne projektu ustawy (jak i samo głosowanie) miały odbyć się w ekspresowym trybie. Jak pisaliśmy, wiele organizacji pozarządowych, które zajmują się pomocą ukraińskim uchodźcom, początkowo nie były poproszone o zgłaszanie uwag. Po napisaniu listu z prośbą o wydłużenie terminu konsultacji, pod którym podpisały się dziesiątki organizacji, oraz po nagłośnieniu przez media, m.in. OKO.press, tematu, władze wydłużyły termin i zaprosiły NGO-sy na rozmowę.

„To trochę zadziałało, ale niestety nie przyniosło dużego efektu. Mam wrażenie, i nie tylko ja, ale także moi koledzy, że nie słucha się nas zbytnio w kwestii problemów, jakie te zmiany mogą spowodować dla najbardziej wrażliwych grup społecznych” – mówi OKO.press Ganna Poliak, założycielka Fundacji Pallium for Ukraine, która pomaga ukraińskim nieuleczalnie chorym dzieciom w Ukrainie i w Polsce.

W ostatecznym tekście uwzględniona została część uwag ze strony NGO-sów, jednak w większości uwzględniono jedynie uwagi instytucji państwowych i wojewodów.

„Są to niepokojące zmiany i nie do końca rozumiem, jak to będzie działać i co mają zrobić niektóre z naszych rodzin” – martwi się Ganna Poliak.

Osoby w ośrodkach i dostęp do opieki medycznej

Jak wynika z ustawy, opiekę medyczną będą miały zapewnioną osoby mieszkające w ośrodkach zbiorowego zakwaterowania (OZZ). W pewnym sensie nie jest to logiczne rozwiązanie. Jeśli władze dążą do tego, żeby „wyprowadzać” uchodźców z ośrodków i pomagać im się usamodzielniać, to przez ten przepis uchodźcy, wymagający opieki, wybiorą pozostanie w ośrodkach.

Choć warto zauważyć, że od listopada 2025 roku w OZZ i tak mogą mieszkać tylko osoby należące do grup wrażliwych (choć wydawałoby się, że uchodźcy wojenni jako tacy już są grupą wrażliwą). Teraz władze jeszcze bardziej zawężają katalog osób, które będą kwalifikować się do zamieszkania w ośrodku (nie należą do nich np. dzieci, na co zwracały uwagę NGO-sy).

„Skupiamy się przede wszystkim na pacjentach wymagających intensywnej opieki medycznej i chociaż OZZ wybrzmiały w ustawie, to można podać mnóstwo kontrprzykładów z życia, które uniemożliwiają pomoc dla osób z wrażliwych grup” – mówi Poliak.

Wyjaśnia, że od początku wojny pełnoskalowej w ewakuacjach medycznych chodziło o to, żeby umożliwić wyjazd całej rodzinie osoby z niepełnosprawnością. Osoba z niepełnosprawnością, dziecko, które potrzebuje opieki paliatywnej, wymaga całodobowego nadzoru, na przykład, aby ktoś co kilka minut odsysał mu wydzielinę z dróg oddechowych, wykonywał inne zabiegi.

„Nie chodzi tu o krótkoterminowe lub długoterminowe leczenie, ale o możliwość życia w takim trybie” – mówi Ganna. Rodzicom nieuleczalnie chorych dzieci (często z różnych przyczyn są to same matki) trudno jest w takich warunkach podjąć się pracy. Opiekun osoby z niepełnosprawnością (która ma potwierdzoną niepełnosprawność w Polsce) może otrzymywać świadczenie pielęgnacyjne. Natomiast według przepisów w OZZ może zamieszkać opiekun, o ile nie pobiera tego świadczenia.

Ponadto takie miejsca są często nieprzystosowane dla ciężkich, niemobilnych pacjentów (np. zbyt wąskie drzwi, przez które wózek nie przejedzie), znajdują się daleko od szpitali.

Fundacja pomaga kilku osobom w Ukrainie, które osiągnęły pełnoletniość.

„Te osoby są chore od urodzenia lub od wczesnego dzieciństwa. Chociaż dożyły pełnoletności, są nadal pacjentami pediatrycznej opieki paliatywnej. W Polsce byłyby one pod opieką hospicjum dziecięcego” – opowiada Poliak. „Obecnie w Ukrainie są ogromne problemy z dostępem do energii elektrycznej. I dla pewnej liczby tego typu pacjentów głównym problemem jest to, że są oni uzależnieni od sprzętu, który zależy od prądu w gniazdku. Można byłoby rozważyć możliwość wyjazdu z Ukrainy na jakiś czas, aby aparat do wentylacji mechanicznej, koncentrator tlenu i inne urządzenia działały. Jak taka osoba pojedzie sama i będzie leżeć gdzieś w miejscu zbiorowego zakwaterowania?”.

(Istotne jest, że w OZZ może zamieszkać osoba z niepełnosprawnością, ale tylko wtedy, gdy będzie miała polskie orzeczenie o niepełnosprawności. Wyrobienie dokumentu zajmuje kilka miesięcy. Nie wiadomo, gdzie taka osoba mogłaby zamieszkać w tym okresie. Ponadto trudno wyrobić takie orzeczenie, nie mając od „startu” wolnego dostępu do systemu opieki medycznej).

„Myślę, że ludzie, którzy tworzyli ten przepis, po prostu nie wzięli pod uwagę, że wśród osób z niepełnosprawnościami mogą być osoby wymagające całodobowej opieki, które nie mają żadnej mobilności, ale mają sprzęt, od którego są zależne, które potrzebują dostępu do hospicjum, do szpitala. Chodzi o młodych ludzi, którzy zazwyczaj mają rodziny i chcieliby żyć, jak wszyscy inni. Dla nich ta pomoc będzie całkowicie niemożliwa” – mówi Poliak. Podkreśla, że OZZ nie są dobrym rozwiązaniem dla takich pacjentów.

„Należałoby zapewnić im możliwość indywidualnego zakwaterowania [takim rozwiązaniem był program rekompensat dla właścicieli mieszkań 40+, który został zlikwidowany pod koniec czerwca 2024 roku] lub dopilnować, aby ośrodki spełniały odpowiednie wymagania medyczne i społeczne, i żeby można było przyjąć tam całą rodzinę. Jest wiele różnych niuansów. Nikt nawet nie pomyślał o tym. Wątpię, że teraz pojawi się mnóstwo rozporządzeń, które będą regulować te kwestie”.

OzN poza ośrodkiem bez dostępu do opieki medycznej

Natomiast ukraińskie rodziny z osobami z niepełnosprawnością, które w Polsce nie mieszkają w OZZ (podobnie, jak osoby starsze), a same wynajmują mieszkania lub korzystają z programów organizacji pozarządowych wspierających je w opłaceniu czynszu, nie będą mogły liczyć na bezpłatny dostęp do opieki zdrowotnej.

„To jest absurdalne. Nie wiem, czym kierowali się ludzie, którzy wprowadzili ten punkt dotyczący ograniczenia pomocy medycznej” – mówi Poliak.

„Bardzo dobrze, jeśli ludzie przyjechali, zintegrowali się, mieszkają tu i pracują. Ale nie wszyscy mogą to zrobić. I nie dlatego, że nie chcą. Ludzie, którzy naprawdę należą do najbardziej wrażliwej grupy, bo nie są w stanie pracować i funkcjonować tak jak zdrowe, zdolne do pracy osoby. Powinni być najlepiej chronieni. Okazuje się jednak, że są pozbawieni wsparcia”.

„Pamiętam, że mowa jest o optymalizacji budżetu. Śledzę artykuły opisujące stan polskiego NFZ, który jest wyczerpany, mierzy się z głębokim deficytem i oczywiście nigdzie zasoby nie są nieskończone. Nie należę do osób, które krzyczą, żeby Ukraińcom zapewniono wszelką niezbędną pomoc, abyśmy mieli tutaj lepsze warunki niż obywatele polscy” – kontynuuje Poliak. „Nasze rodziny są świadome tego, że otrzymują w Polsce ogromną pomoc. W Ukrainie system nie działa tak dobrze, jak tutaj. Jesteśmy naprawdę bardzo za to wdzięczni”.

Według wolontariuszki, osoby z pewnymi niepełnosprawnościami, problemami ze zdrowiem lub znajdujące się w trudnej sytuacji społecznej, którym wszystkie te zmiany utrudniłyby życie w Polsce, w najgorszym przypadku wrócą do Ukrainy. Natomiast OzN, których życie w dużym stopniu zależy od wielu urządzeń i od elektryczności, są w innej sytuacji. Nie można umieścić ich w żadnym schronie podczas ostrzału.

„Często dziecko, choć wśród podopiecznych mamy też dorosłych, m.in. weteranów, podczas ataku zostaje w łóżku. Pójście do schronu jest nierealne, ponieważ mają mnóstwo różnych urządzeń, ich mobilność jest utrudniona. Przy tej osobie pozostają jej bliscy. Wszyscy narażają się na znacznie większe niebezpieczeństwo, niż ci, którzy mogą gdzieś się ukryć”.

„W Ukrainie każdy dzień jest trudnym wyzwaniem”

Ukraińskie rodziny z bliskimi uzależnionymi od prądu codziennie mierzą się z tym, jak przetrwać długie przerwy w dostawie prądu.

„Niektórym rodzinom kupowaliśmy dość mocne stacje zasilania. Niektórym pacjentom wystarcza to, aby przetrwać przerwy w dostawie prądu, ponieważ w tym czasie stacja działa. A innym nie – na przykład osobom, które stale potrzebują tlenoterapii. Koncentrator tlenu zużywa dużo energii elektrycznej i nie wystarczają im na przykład dwie stacje typu Ecoflow o mocy 3-3,5 kW” – wyjaśnia Poliak.

Rodzice jadą z dziećmi do szpitali, żeby przeżyć ten czas (szpitale należą do obiektów infrastruktury krytycznej i tam przerw prądu być nie powinno, choć teraz w związku z sytuacją w ukraińskim systemie energetycznym nawet tam zdarzają się odłączenia). Musieliby jeździć codziennie. Do tego hospitalizować dziecko, oznacza narażać go na dodatkowe infekcje.

Wiele wysiłku poszło, żeby jeden z podopiecznych Fundacji, półtoraroczny syn weterana, mieszkał w domu, a nie w szpitalu (paliatywni pacjenci powinni mieszkać w domu razem z bliskimi). Natomiast w obecnej sytuacji przeniósł się z mamą do szpitala, nie wiadomo na jaki okres. Według wolontariuszki nie jest to jedyny przypadek. Rodzina w Oczakowie, który jest ostrzeliwany, aby pojechać do szpitala, ryzykuje oprócz wszystkiego trafienie pod ostrzał.

„W obwodzie tarnopolskim mamy dziecko, które cały czas jest podłączone do respiratora i jednocześnie potrzebuje dużego przepływu tlenu. Nie starcza im stacji, która działa przez jakieś cztery godziny bez prądu. Używają też generatora. Jeden już się spalił, bo działał prawie bez przerw. Po drugie, paliwo kosztuje, a rodziny, które i tak mają ograniczone zasoby finansowe, muszą wydać jeszcze duże kwoty na samo paliwo” – wyjaśnia założycielka Pallium for Ukraine.

W Ukrainie uruchomiła zbiórkę, aby wspomóc te rodziny, nie mogą przekazać z Polski paliwa. Choć generator to rozwiązanie dla domów prywatnych, w skrajnym przypadku do zamieszczenia na pierwszym piętrze, nie nadają się do mieszkań w budynkach wielorodzinnych.

„Biedne matki biją się jak ryba o lód” – mówi Poliak.

„W ciągu ostatnich tygodni zmarło wiele dzieci, którym pomagaliśmy. Oczywiście od czasu do czasu to się zdarza, ponieważ to są dzieci, których niestety czas życia jest ograniczony. Natomiast prawie we wszystkich przypadkach śmierć nastąpiła od zapalenia płuc, które rozwinęło się w wyniku wychłodzenia organizmu”.

W tej sytuacji w Ukrainie nie ma systemowego rozwiązania. Władze lokalne, do których zwracają się rodzice, mówią, że technicznie niemożliwe jest nieodłączanie jednego mieszkania, kiedy jest odłączany cały rejon. Mogą przyznać pieniądze na benzynę generatora. Ale nie są to wystarczające kwoty. Na przykład, 2000 hrywien miesięcznie, a rodzina wydaje na paliwo 400 hrywien dziennie.

Życie zależy od prądu

„Na początku 2022 roku to było jak jedna potężna fala, ludzie przyjeżdżali i natychmiast znajdowali wsparcie. Można było powiedzieć: zbierajcie się, jedźcie, my postaramy się z polskimi przyjaciółmi, z hospicjami jakoś rozwiązać tę kwestię. Ludzie jechali i znajdowali tu mieszkanie, czasem schronienie w polskich rodzinach. W pewnej liczbie przypadków bez żadnego programu 40+” – opowiada Ganna.

„W kilku przypadkach przyjęli ich polscy mnisi i mniszki w swoich klasztorach lub budynkach przy klasztorach. Teraz moglibyśmy poprosić ich, aby znów przyjęli te rodziny i pozwolili im przetrwać ten okres strasznych ostrzałów, bez ogrzewania i prądu. Ale co z pomocą medyczną? Jeśli ludzie przyjadą, ale nie będą mieszkać w ośrodkach zbiorowego zakwaterowania, to wyjazdowa służba hospicjum do nich nie przyjedzie, a jak przyjedzie, to NFZ jej tego nie kompensuje. Dlatego mówimy naszym znajomym rodzinom w Ukrainie, które myślą o wyjeździe, że powinny rozważyć inne kraje”.

Według założycielki Pallium for Ukraine, rodziny z bliskimi z niepełnosprawnościami do ostatniej chwili nie chcą wyjeżdżać. Jest to duży wysiłek: zebrać cały sprzęt, znaleźć medyczny transport, nie wiadomo też, jak chory przeżyje drogę.

„Każda decyzja o wyjeździe jest wyważona. Ludzie są gotowi wyjechać, gdy naprawdę nie ma już żadnej możliwości pozostania w Ukrainie, a chcą uratować życie dziecka, bliskiej osoby i dać jej możliwość przebywania w bezpiecznych warunkach. Zresztą, jeśli wiadomo, że pacjent umrze, to ważne jest, żeby to wydarzyło się w spokojnych warunkach, na tyle, na ile to możliwe, komfortowych, i żeby miał wszystko, co niezbędne, aby ułatwić mu ostatnie chwile, aby nie było to zbyt bolesne zakończenie życia. I żeby w tej chwili cała rodzina mogła być razem”.

„Obecnie życie osób uzależnionych od tlenu w Ukrainie czasami jest po prostu niemożliwe” – podkreśla Poliak. „Wydaje się, że osoby, które napisały ten projekt ustawy i przegłosowały go w Sejmie, w ogóle nie myślą o tym, że tacy ludzie również istnieją i że potrzebują ochrony i pomocy”.

Problemy w ukraińskim systemie energetycznym nie są nowe – Rosja niszczy go od 2022 roku.

„Chcielibyśmy spróbować znaleźć jakieś wyjście z tej sytuacji i szczerze porozmawiać z ludźmi, od których zależy wejście w życie tej ustawy. Gdyby prezydent Nawrocki był zainteresowany tym, jak trudno jest funkcjonować takim szczególnie ciężko chorym pacjentom, to zapewne my i wielu innych polskich organizacji opowiedzielibyśmy mu o tym w przyjaznej atmosferze” – mówi Ganna.

„Mam przekonanie, że jeśli wyjaśni się ludziom, co robią źle, to z dużym prawdopodobieństwem będą chcieli to naprawić. Zwłaszcza jeśli ci ludzie uważają się za chrześcijan. Ale zdaję sobie sprawę z tego, że to jest absurdalnie naiwne podejście. Najprawdopodobniej nikt niczego nie poprawi, ponieważ przede wszystkim decydenci uważają, że mają rację. Bo inaczej po co byłoby procedować ustawę w takim pośpiechu, ignorować uwagi organizacji pozarządowych, tak bardzo chcąc uniknąć prawdziwych konsultacji społecznych” – podsumowuje wolontariuszka.

Zaznacza, że jeśli państwowa opcja pomocy się kurczy, to większa musi być rola zwykłych ludzi w społeczeństwie, którzy mogliby wesprzeć swoich bliźnich, chodzi też o migrantów z Ukrainy, którzy już dłuższy czas mieszkają w Polsce i mają pewną stabilność.

Przydałoby się wyjaśnienie od rządu, Ministerstwa Zdrowia, jakie zmiany będą dotyczyć osób z niepełnosprawnościami i na jaką pomoc będą mogły liczyć.

„Jesteśmy zabawką dla polityków”

Dla wielu uchodźców nie są też jasne zasady dotyczące uzyskania kart CUKR – specjalnych kart pobytu dla ukraińskich uchodźców. Nie wiadomo też, kiedy o nie można będzie już wnioskować.

Orysia przyznaje, że nie miałaby pieniędzy wyrobić karty dla całej rodziny. Opłata administracyjna za jeden wniosek 340 złotych. W razie pozytywnego rozpatrzenia wniosków trzeba będzie zapłacić jeszcze po 100 zł za wydaną kartę dla każdej osoby, jak będzie odmowa – pieniądze nie będą zwrócone.

Od lutego 800 plus na dzieci Orysii jest zawieszone (to rozwiązanie teraz weszło w życie po poprzedniej nowelizacji specustawy ukraińskiej). Jak pisaliśmy, polskie władze stawiają na aktywność zawodową migrantów, w tym uchodźców wojennych z Ukrainy. Dlatego i wypłata świadczeń 800 plus, i dostęp do opieki medycznej (oprócz wyjątków) będą uzależnione od aktywności zawodowej.

„W większości Ukraińcy w Polsce nie otrzymują żadnego socjalu oprócz 800 plus, które są wydawane na potrzeby dzieci – na opłacenie przedszkola, obiadów w szkole, na zajęcia rozwojowe: muzyczne, taneczne, sportowe, w niektórych również na wynajem mieszkania” – mówi Orysia. Dodaje, że nie warto porównywać ukraińskich uchodźców wojennych z obywatelami Polski, którzy żyją w swoim kraju, władają językiem, mają wsparcie społeczne, rodzinę. Lub z osobami, które planowały emigrację i do niej się przygotowywały.

„To są inne procesy, przede wszystkim moralne i psychologiczne” – tłumaczy.

Mąż Orysii co trzy miesiące przechodzi badania w szpitalu. Mimo że jest ubezpieczony jako bezrobotny w Urzędzie Pracy i ma prawo do korzystania z opieki medycznej, to według szpitala nie może zapisać się na bezpłatną wizytę do kardiologa czy korzystać z innych usług medycznych.

„Musimy ratować jego życie” – mówi Orysia.

„Mam wrażenie, że jesteśmy zabawką dla polityków. Można wymyślić nam nieadekwatne warunki pobytu w Polsce, pozwolić na nieadekwatne traktowanie Ukraińców przez Polaków, nie reagować na ksenofobię”.

Coraz bardziej zastanawia się nad wyjazdem. Martwi się też, żeby w szkole nic nie stało się dzieciom. Nie w szkole, a raczej na ulicy.

„Dzieci same chodzą do szkoły i boję się o ich życie. Bo nie będzie mi łatwiej, jeśli przestępca trafi do więzienia. Martwię się, co ten ksenofob może zrobić mojemu dziecku” – przyznaje.

„Polscy politycy uzasadniają swoje rozwiązania, mówiąc chociażby, że nawet Niemcy ograniczyły pomoc. Jak się dowiedziałam od znajomej, która mieszka w Niemczech, te zmiany polegają na tym, że urzędy będą bardziej pilnować, czy uchodźca ma inne źródło dochodu, po drugie, będą śledzić, na jakiej podstawie dana osoba odmówiła przyjęcia proponowanej (przez urząd) pracy. Może to spowodować wstrzymanie świadczeń socjalnych. Wszystko inne pozostaje bez zmian: pomoc dla rodzin wielodzietnych, osób starszych, opiekunów osób niepełnosprawnych, wsparcie w wynajmie mieszkań i pełna opieka medyczna dla wszystkich ukraińskich uchodźców wojennych”.

„Przyjechaliśmy do Polski, żeby uchronić się przed wojną”

„Jadąc do Polski, nie myśleliśmy o tym, że będziemy otrzymywać jakieś pieniądze. Liczyliśmy na ochronę tymczasową, pomoc medyczną, jak to przewiduje humanitarne prawo UE. Jechaliśmy do kraju, który jest blisko nas, żeby w razie potrzeby można szybko wrócić do Ukrainy, jeśli będą problemy z rodzicami, krewnymi. Nie wiedzieliśmy, że tutaj tak będą się bawić naszym życiem” – mówi Orysia. Zaznacza, że setki tysięcy uchodźców znalazło w Polsce pracę i dokłada się do wzrostu polskiego PKB, póki w ich kraju trwa wojna.

„Zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że mamy pracować. Ale nie jesteśmy ekonomicznymi migrantami” – podkreśla. „Przyjechaliśmy tu, aby uchronić dzieci przed wojną, żeby mieszkać i popracować tu, a potem wrócić do domu. Ukraińcy nie jechali po darmowe jedzenie, a dlatego, że nad ich głowami latają rakiety”.

Według Orysii, wiedząc jakie są dane co do wkładu obywateli Ukrainy do polskiej gospodarki, trudno zrozumieć takie decyzje władz.

„Przysłowie mówi: nie gryź ręki, która cię karmi. Kto będzie woził obywateli Polski w taksówkach, obsługiwał w Biedronkach, kto będzie sprzątał w polskich domach i opiekował się waszymi emerytami?” – mówi Orysia. Podkreśla, że w związku z panującą atmosferą Ukraińcy będą skłonni do wyjazdu.

„Nie jestem odosobniona w swoich odczuciach. Inne osoby, które nie wnioskowały o karty pobytu, mówią, że już dawno wyjechałyby. Ale są z Zaporoża, z Melitopola, z Charkowa, dokąd jechać? Jaki kraj przyjmie nas po Polsce jako uchodźców wojennych? Wyjeżdżać z UE?” – rozmyśla na głos Orysia. „Ludzie nie chcą tu zostawać. I to jest spore wyzwanie dla polskiej gospodarki. Nie można ciągle naciskać na ludzi, bo to zaczyna działać w drugą stronę”.

I dalej:

„Perspektywa, że będą się z nami dalej bawić, pozostaje. Ale w tej grze wszyscy przegrywają. A przede wszystkim przegrywa Polska. Straci nie tylko ukraińskich uchodźców, ale w perspektywie wszystkich Ukraińców. Rozmawiamy między sobą o tym. Polska straci zaufanie, przyjacielskie relacje. Nie będzie to już kwestia wołyńskiej tragedii, narracji historycznych i relacji, które miały miejsce 100 lat temu. A stosunków między Ukraińcami a Polakami, za pięć, dziesięć lat” – mówi Orysia.

„W mojej głowie jestem na walizkach. Nie wiem, dokąd jechać. Niosę odpowiedzialność za pięć osób. Jest mnóstwo niuansów. Ale najważniejsze, żeby wszyscy byli żywi i zdrowi. Te problemy mają jakieś rozwiązanie, w przeciwieństwie do braku prądu, ogrzewania, wody w naszym domu w Kijowie. W przeciwieństwie do Shahedów i zimna”.

*Imię rozmówczyni zostało zmienione na jej prośbę.

;
Na zdjęciu Krystyna Garbicz
Krystyna Garbicz

Jest dziennikarką, reporterką. Ukończyła studia dziennikarskie na Uniwersytecie Jagiellońskim. Pisała na portalu dla Ukraińców w Krakowie — UAinKraków.pl oraz do charkowskiego Gwara Media. W OKO.press pisze o wojnie Rosji przeciwko Ukrainie oraz jej skutkach, codzienności wojennej Ukraińców. Opisuje również wyzwania ukraińskich uchodźców w Polsce, np. związane z edukacją dzieci z Ukrainy w polskich szkołach. Od czasu do czasu uczestniczy w debatach oraz wydarzeniach poświęconych tematowi wojny w Ukrainie.

Komentarze