0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Il. OKO.pressIl. OKO.press

Czy prawo i instytucje międzynarodowe mają jeszcze sens w epoce Donalda Trumpa? W podcaście „Drugi Rzut Oka” rozmawiamy o tym z dr Agatą Kleczkowską z Instytutu Nauk Prawnych Polskiej Akademii Nauk, specjalistką w dziedzinie prawa międzynarodowego.

Anna Wójcik: Podczas obecnej kadencji Donalda Trumpa Stany Zjednoczone podejmują działania, które jeszcze niedawno wydawały się niewyobrażalne. Porywają prezydenta Wenezueli, atakują Iran, a prezydent Stanów Zjednoczonych co chwilę grozi przejęciem kontroli nad Grenlandią od swojego sojusznika. Czy takie zachowania Stanów Zjednoczonych pozostają bezkarne? Czy oznacza to, że system prawa międzynarodowego dotyczy tylko słabszych państw?

Agata Kleczkowska: To zależy od tego, co rozumiemy przez bezkarność. Jeżeli rozumiemy przez nią brak natychmiastowej sankcji, to rzeczywiście niektóre państwa, zwłaszcza Stany Zjednoczone, mają znacznie większą możliwość działania bez ponoszenia bezpośrednich konsekwencji niż pozostałe państwa. Jest to jednak możliwe ze względu na sposób, w jaki zaprojektowano porządek prawa międzynarodowego po 1945 roku, a nie dlatego, że coś zmieniło się dopiero ostatnio.

Jedną z podstawowych zasad prawa międzynarodowego jest zasada suwerennej równości państw. Z jednej strony wszystkie państwa mają więc taki sam status prawny. Z drugiej strony trudno nie zauważyć, że różnią się między sobą pod względem potencjału politycznego, gospodarczego czy wojskowego. Równość statusu prawnego nie gwarantuje im zatem takiej samej pozycji, na przykład w sporach z innymi państwami.

Jednym z obszarów, w których to zjawisko jest najbardziej widoczne, jest właśnie egzekwowanie prawa międzynarodowego i pociąganie państw do odpowiedzialności za jego naruszenie.

Każde państwo może dochodzić swoich praw na podstawie prawa międzynarodowego. Może korzystać ze środków jednostronnych albo zgodzić się na udział w określonym mechanizmie rozstrzygania sporów międzynarodowych. Jeżeli spór rozstrzyga sąd międzynarodowy, każde państwo, niezależnie od swojej siły politycznej lub militarnej, może mieć pewność, że jego roszczenie zostanie rozpatrzone na takich samych zasadach jak roszczenie państwa bogatszego lub większego. Jeżeli państwo stanie się ofiarą napaści zbrojnej, może samo użyć siły w samoobronie albo zwrócić się o pomoc do potężniejszych sojuszników.

Krótko mówiąc, zasada suwerennej równości zapewnia wszystkim państwom równy dostęp do mechanizmów egzekwowania prawa. Jednak to, czy wszystkie państwa są w stanie skutecznie z nich korzystać i pociągać inne państwa do odpowiedzialności, jest zupełnie inną kwestią.

Przeczytaj także:

W praktyce państwa w systemie prawa międzynarodowego nie są więc równe. Od czego to zależy?

Państwo może zerwać stosunki dyplomatyczne albo nałożyć sankcje gospodarcze na państwo, które narusza jego prawa. Skuteczność takich środków będzie jednak zależała od wielu czynników pozaprawnych.

Środki nakładane przez organ międzynarodowy w imieniu organizacji międzynarodowej często wynikają z decyzji zaledwie kilku państw będących członkami tego organu. Tak jest na przykład w przypadku Rady Bezpieczeństwa ONZ, podczas gdy z pozostałymi członkami organizacji nie konsultuje się tych decyzji.

W przypadku napaści zbrojnej państwo może się bronić. To, czy obrona okaże się skuteczna i czy inne państwa udzielą napadniętemu wsparcia, zależy jednak od jego siły militarnej, położenia geopolitycznego, sieci sojuszy politycznych i wielu innych czynników.

Innymi słowy, zasada suwerennej równości państw gwarantuje wszystkim równy dostęp do środków egzekwowania prawa i pociągania innych państw do odpowiedzialności.

Ich faktyczna zdolność do skutecznego stosowania tych środków jest jednak diametralnie różna i nosi znamiona znacznej nierówności.

Odpowiadając wprost na twoje pytanie: cecha prawa międzynarodowego, która pozwala Stanom Zjednoczonym na większą bezkarność niż innym państwom, nie świadczy o tym, że prawo międzynarodowe jest fikcją. Pokazuje raczej jego słabość, wynikającą z konstrukcji całego systemu.

Podejmowano różne próby zmiany tego porządku, ale od 1945 roku jego podstawy tak naprawdę się nie zmieniły i nie widać, żeby miało się to wydarzyć w najbliższym czasie.

Widzimy jednak, że Stany Zjednoczone pod rządami Donalda Trumpa próbują ten system przekształcić za pomocą środków faktycznych. Dosyć wybiórczo wycofują się z globalnego systemu prawa i instytucji międzynarodowych. Czy Stany Zjednoczone nadal chcą być częścią tego systemu? Czy będą w nim uczestniczyć tylko wtedy, gdy takie instytucje jak ONZ czy NATO będą realizowały amerykańskie interesy?

Kierowanie się amerykańskimi interesami przy wykładni i stosowaniu prawa międzynarodowego przez Stany Zjednoczone nie jest niczym nowym. W tym kontekście warto powiedzieć o koncepcji tak zwanego rules-based international order, czyli porządku międzynarodowego opartego na zasadach.

Niektórzy twierdzą, że korzenie tej koncepcji sięgają okresu po II wojnie światowej. Inni wyraźnie przypisują jej rozwinięcie administracji prezydenta Joe Bidena. Czym jednak właściwie jest taki porządek? Moim zdaniem można go opisać jako pewną alternatywę dla prawa międzynarodowego, zgodną z interesami Stanów Zjednoczonych, ale niekoniecznie opartą na wiążących normach prawa międzynarodowego.

Zasady, na które powołują się zwolennicy rules-based international order, takie jak poszanowanie praw człowieka, ochrona rządów demokratycznych czy otwartość gospodarcza, nie mają precyzyjnej definicji ani treści. Trudno też jednoznacznie mówić o ich statusie w prawie międzynarodowym. Sąd międzynarodowy, rozstrzygając spór dotyczący prawa międzynarodowego, mógłby się nimi posłużyć przy interpretacji prawa, ale z całą pewnością nie oparłby na nich swojego rozstrzygnięcia.

Dlaczego Stany Zjednoczone w ogóle przyjmują koncepcję rules-based international order?

Po pierwsze, nie są stroną wielu konwencji międzynarodowych, na przykład Konwencji Narodów Zjednoczonych o prawie morza. O ile nie uznają norm wynikających z takich konwencji za część prawa zwyczajowego, nie mogą się na nie powoływać ani wymagać od innych państw ich egzekwowania. Zawsze mogą jednak odwołać się do ogólnego porządku międzynarodowego opartego na zasadach.

Po drugie, Stany Zjednoczone interpretują w bardzo specyficzny sposób jus ad bellum i jus in bello, czyli prawo dotyczące użycia siły oraz międzynarodowe prawo humanitarne. Pozwala im to uzasadniać działania, które zdaniem wielu ekspertów naruszają klasycznie rozumiane prawo międzynarodowe.

Po trzecie, Stany Zjednoczone nie chcą pociągać niektórych państw, takich jak Izrael, do odpowiedzialności za naruszenia prawa międzynarodowego. Traktują takie państwa jako przypadki sui generis, w których interes narodowy wyklucza pociągnięcie do odpowiedzialności.

Trudno to wyjaśnić za pomocą kategorii prawa międzynarodowego, ale jest to możliwe w ramach rules-based international order. Stany Zjednoczone zawsze miały zatem dosyć specyficzne podejście do prawa międzynarodowego.

Jak tę koncepcję zmienił Donald Trump?

Stanowisko Donalda Trumpa wobec porządku międzynarodowego opartego na zasadach jest ciekawe. Wiele osób twierdzi, że prezydent Trump go odrzuca. Faktycznie jego administracja nie posługuje się tym pojęciem. Powiedziałabym jednak, że koncepcyjnie Donald Trump nie tyle odrzucił tę wizję porządku międzynarodowego, ile jeszcze bardziej ją zradykalizował.

Zasada „America First” definiuje to, co Stanom Zjednoczonym wolno, a czego nie wolno w relacjach międzynarodowych.

Nie jest to już nawet rules-based international order, ale raczej deals-based international order – porządek międzynarodowy oparty na transakcjach.

Z drugiej strony nie jest do końca tak, że Stany Zjednoczone całkowicie ignorują prawo międzynarodowe. Spójrzmy na ostatnie interwencje zbrojne, ponieważ to one budzą największe emocje.

Od 1945 roku, czyli od czasu, kiedy w prawie międzynarodowym wprowadzono zakaz użycia siły, Stany Zjednoczone są jednym z państw, które najczęściej ten zakaz łamią. Na przestrzeni ostatnich 81 lat mogłabym wymienić kilkadziesiąt interwencji zbrojnych przeprowadzonych przez USA, które naruszały zakaz użycia siły. Nie jest to więc kwestia wyłącznie ostatniego roku. Co ważne, paradoksalnie przyczyniło się to do wzmocnienia zakazu, a nie do jego osłabienia.

Stany Zjednoczone prawie zawsze starały się uzasadnić użycie siły jako zgodne z prawem. Świadczy to o tym, że uznawały ogólną zasadę, zgodnie z którą siły w stosunkach międzynarodowych używać nie wolno. Twierdziły jednak, że w przypadku konkretnej interwencji mają na przykład prawo do samoobrony, stanowiące jeden z wyjątków od zakazu użycia siły. Tak było również w odniesieniu do ostatnich interwencji w Wenezueli i Iranie.

Być może nie przebiło się to do opinii publicznej, ale w przypadku interwencji w Iranie Stany Zjednoczone, zgodnie z artykułem 51 Karty Narodów Zjednoczonych, przesłały list do przewodniczącego Rady Bezpieczeństwa ONZ. Uzasadniały w nim atak na Iran prawem do samoobrony indywidualnej i zbiorowej. Inną kwestią jest oczywiście to, czy rzeczywiście zostały spełnione przesłanki samoobrony. Moim zdaniem nie zostały. Ważny jest jednak sam fakt, że Stany Zjednoczone nie zignorowały potrzeby oparcia użycia siły na prawie międzynarodowym, jakkolwiek wątłe było przedstawione przez nie uzasadnienie.

Stany Zjednoczone postanowiły w wybiórczy sposób wycofywać się z systemu Organizacji Narodów Zjednoczonych. Wstrzymują wpłaty i uzależniają finansowanie od realizacji amerykańskich interesów. Wystąpiły ze Światowej Organizacji Zdrowia, a do końca roku mają się wycofać z UNESCO. Jak wpływa to na system ONZ?

Wpływ jest z pewnością znaczący, ponieważ Stany Zjednoczone są nie tylko jednym z najpotężniejszych państw świata, lecz także jednym z największych płatników wielu organizacji i programów systemu ONZ. Kiedy ograniczają finansowanie albo wycofują się z poszczególnych instytucji, pojawiają się konsekwencje finansowe i polityczne. Osłabieniu ulega również amerykańskie przywództwo w tak zwanym wolnym świecie.

Skutki finansowe są oczywiste. Kiedy największy płatnik ogranicza finansowanie, mniej środków pozostaje na programy zdrowotne, edukacyjne, humanitarne czy naukowe.

Skutki polityczne wynikają przede wszystkim z tego, że Stany Zjednoczone wysyłają sygnał, iż nie uważają niektórych instytucji za skuteczne albo zgodne ze swoimi interesami. Może to zachęcać pozostałe państwa do bardziej selektywnego podejścia do współpracy międzynarodowej i osłabiać autorytet ONZ.

Po trzecie, gdy Stany Zjednoczone wycofują się z organizacji, pojawia się przestrzeń dla innych państw, na przykład Chin, do zwiększenia swoich wpływów. Zmienia się wówczas układ sił wewnątrz organizacji, co w dłuższej perspektywie może wpłynąć na kierunek prac ONZ.

Jeżeli chodzi o Polskę, wpływ z pewnością może być pośredni. Dla takich państw jak Polska silne i sprawnie działające instytucje międzynarodowe są ważnym elementem bezpieczeństwa. Im bardziej się je osłabia, tym większą rolę zaczyna odgrywać sama siła polityczna i militarna.

Jak zatem postrzegasz rolę Trumpa? Czy jest destruktorem, który niszczy ONZ, czy brutalnym reformatorem, który zmusza tę organizację do zmierzenia się z jej słabościami? Która z tych narracji wydaje ci się bardziej przekonująca?

Prezydenta Trumpa można opisać na oba sposoby. Można uznać go za destruktora, ponieważ podważa legitymację ONZ jako globalnego forum służącego rozwiązywaniu światowych problemów. Faktycznie destabilizuje finansowanie i zdolności operacyjne wielu agend ONZ. Promuje również alternatywne ciała, takie jak Rada Pokoju, które – gdyby odniosły sukces – mogłyby zmarginalizować rolę ONZ w kwestiach związanych z międzynarodowym pokojem i bezpieczeństwem.

Nie zmienia to faktu, że niektórzy mogą jednocześnie postrzegać Trumpa jako reformatora, nawet jeżeli bardzo brutalnego. Wprost nazywa problemy, które wielu ekspertów zna, ale o których rzadko mówi się bezpośrednio, takie jak biurokracja ONZ czy słaby stosunek kosztów do wyników.

Ponadto jeszcze podczas pierwszej kadencji Donalda Trumpa Stany Zjednoczone przygotowały dziesięciopunktową deklarację wspierającą reformatorskie wysiłki sekretarza generalnego ONZ Antónia Guterresa.

Jeżeli Stany Zjednoczone opuszczają kolejne instytucje systemu ONZ, powstałej próżni nie zajmą inne mocarstwa. Czy istnieje ryzyko, że Chiny albo Rosja przejmą ten system?

Trudno powiedzieć, że Rosja albo Chiny przejmą ONZ. Ich znaczenie z pewnością jednak wzrośnie.

Kiedy powstaje luka budżetowa, państwa średniej wielkości, takie jak Kanada, Australia, Szwajcaria czy Zjednoczone Emiraty Arabskie, mogą zwiększyć swoje składki. Pewną rolę może odegrać Unia Europejska, a w określonym stopniu także sektor prywatny. Prowadzi to jednak do fragmentacji źródeł finansowania zamiast oparcia systemu na uniwersalnym i stabilnym mechanizmie.

Znacznie poważniejszym problemem jest luka przywódcza.

W niektórych obszarach, na przykład w promowaniu praw człowieka, rolę Stanów Zjednoczonych mogą przejąć państwa europejskie, Kanada czy Japonia. Ale także Chiny mogą zwiększyć swoje wpływy w agencjach ONZ. Jeżeli chodzi o Rosję, jej obecny potencjał do wypełnienia luki przywódczej pozostawionej przez Stany Zjednoczone jest moim zdaniem znacznie bardziej ograniczony.

Donald Trump od lat twierdzi, że europejscy członkowie NATO korzystają z amerykańskiej ochrony, ale nie ponoszą odpowiednich kosztów. Skutecznie wymusił w ostatnich latach na wielu państwach europejskich zwiększenie wydatków na obronność. Można się jednak zastanawiać, na ile pewna jest rola Stanów Zjednoczonych w tym systemie. Czy w razie zagrożenia każdy sojusznik musi natychmiast wysłać wojsko? Czy może sam zdecydować, jakiej pomocy udzieli pozostałym członkom Sojuszu?

Zacznijmy od tego, co właściwie mówi Artykuł 5 Traktatu Północnoatlantyckiego. Strony zgadzają się, że zbrojna napaść na jedną lub więcej z nich w Europie lub Ameryce Północnej będzie uznana za napaść przeciwko nim wszystkim. Jeżeli taka napaść nastąpi, każda ze stron, w ramach wykonywania prawa do indywidualnej lub zbiorowej samoobrony uznanego w Artykule 51 Karty Narodów Zjednoczonych, udzieli pomocy stronie lub stronom napadniętym. Podejmie niezwłocznie, samodzielnie oraz w porozumieniu z innymi stronami działania, jakie uzna za konieczne, łącznie z użyciem siły zbrojnej, w celu przywrócenia i utrzymania bezpieczeństwa obszaru północnoatlantyckiego.

Co z tego wynika w praktyce?

Jedynym obowiązkiem, który Artykuł 5 nakłada na członków NATO w sytuacji napaści zbrojnej na jednego z nich, jest udzielenie pomocy napadniętemu państwu. Jednocześnie Artykuł 5 pozostawia członkom NATO swobodę działania na dwóch poziomach.

Po pierwsze, każdy członek NATO może sam ocenić, czy doszło do napaści zbrojnej, a w konsekwencji, czy uruchomienie Artykułu 5 jest w ogóle zasadne.

Ani Traktat Północnoatlantycki, ani Karta Narodów Zjednoczonych, ani żaden inny akt prawny nie definiują precyzyjnie, czym jest napaść zbrojna. Może się wydawać, że pojęcie to ma oczywiste znaczenie i nie trzeba go definiować.

Jednak w obliczu nowych, niekonwencjonalnych zagrożeń, takich jak ataki w cyberprzestrzeni, mogą pojawić się rozbieżności dotyczące zakwalifikowania działań przeciwnika jako napaści zbrojnej.

Po drugie, nawet jeśli wszyscy członkowie NATO uznają, że doszło do napaści zbrojnej i należy uruchomić artykuł 5, przepis ten nie definiuje, jakiego rodzaju pomocy należy udzielić napadniętemu państwu.

Każdy członek NATO ma prawo podjąć takie działania, jakie uzna za konieczne. Może to obejmować użycie siły zbrojnej, ale nie jest ono obowiązkowe.

Jeżeli najważniejszy członek Sojuszu mówi, że nie będzie bronił niektórych państw NATO – niezależnie od tego, czy jako powód wskazuje zbyt małe wydatki na obronność, czy brak pomocy udzielonej Stanom Zjednoczonym, na przykład podczas konfliktu zbrojnego z Iranem – niewątpliwie osłabia to NATO.

Największą bronią, jaką dysponujemy wobec Rosji, jest jedność. Rosja obawia się tego, że kiedy zaatakuje jedno państwo, pozostałe, które nie zostały zaatakowane, przyjdą mu z pomocą.

Gwarancja, że w przypadku rosyjskiego ataku na Polskę w naszej obronie mogą stanąć Stany Zjednoczone, jest najważniejszą polisą bezpieczeństwa, ponieważ realnie odstrasza Rosję. Kiedy prezydent Trump kwestionuje tę jedność, daje Rosji paliwo do testowania reakcji pozostałych państw. Rosja może próbować sprawdzać, co zrobią sojusznicy, jeżeli przeprowadzi prowokację na mniejszą lub większą skalę, i czy jedność Sojuszu nadal istnieje.

Formalnie Artykuł 5 daje Stanom Zjednoczonym możliwość samodzielnej oceny, czy doszło do napaści zbrojnej i jakiej pomocy należy udzielić napadniętemu państwu. Co więcej, Artykuł 5 nie przewiduje żadnych negatywnych konsekwencji dla członka NATO, który powstrzyma się od udzielenia pomocy zaatakowanemu sojusznikowi albo nie uzna, że doszło do napaści zbrojnej – nawet jeżeli sytuacja będzie wydawała się ewidentna.

Jeżeli członek NATO chce ograniczyć swój przyszły wkład w pomoc zaatakowanemu sojusznikowi, może podjąć wiele kroków, zanim w ogóle zajdzie potrzeba powołania się na Artykuł 5. Może na przykład zredukować obecność swoich wojsk na terytoriach pozostałych państw NATO, co obecnie zdają się robić Stany Zjednoczone.

W związku z tym coraz częściej mówi się, że Europa musi przejąć większą odpowiedzialność za Sojusz Północnoatlantycki. Pojawia się pojęcie europeizacji NATO. Czy jest to tylko marzenie i zaklinanie rzeczywistości, czy konkretny postulat, który jest już realizowany?

Europeizacja NATO nie jest już tylko postulatem. Ona częściowo już się dokonuje. Państwa europejskie zwiększają wydatki obronne, rozwijają własne zdolności i realnie biorą większą odpowiedzialność za bezpieczeństwo kontynentu. Nie oznacza to jednak, że Europa może zastąpić Stany Zjednoczone. NATO nadal pozostaje sojuszem, którego wiarygodność w dużej mierze opiera się na amerykańskich zdolnościach wojskowych.

Właściwym celem nie powinna być zatem Europa bez Stanów Zjednoczonych, ale Europa będąca silniejszym i bardziej równorzędnym partnerem w ramach NATO.

Czy systemy NATO i Unii Europejskiej nie zaczynają ze sobą konkurować? Czy wzajemnie się wspierają?

Polityka obronna Unii Europejskiej może i powinna wzmacniać NATO, ale będzie to możliwe tylko wtedy, gdy pozostanie komplementarna wobec Sojuszu. Jeżeli będzie traktowana jako alternatywa dla NATO, może realnie osłabić więź transatlantycką.

Sojusz jest tak silny jak zdolności jego członków. Jeżeli państwa europejskie produkują więcej uzbrojenia, zwiększają gotowość swoich armii i rozwijają infrastrukturę wojskową, przyczynia się to również do wzmocnienia NATO.

Co właściwie rozumiemy przez zagrożenia hybrydowe? Czy w razie takiego zagrożenia nasi sojusznicy w NATO i Unii Europejskiej przyjdą nam z pomocą?

Termin „zagrożenia hybrydowe” stał się w debacie publicznej pojęciem używanym do opisania niemal każdego rodzaju wrogich działań.

Jeżeli jednak chcemy posługiwać się nim precyzyjnie, to – jak wskazuje sama nazwa – chodzi o hybrydę różnych instrumentów. Jest to skoordynowane użycie różnych środków: militarnych i niemilitarnych, jawnych i niejawnych.

Zwykłym, w cudzysłowie, wrogim działaniem może być na przykład szpiegostwo. Nieprzyjaznym działaniem może być również nałożenie sankcji gospodarczych przez jedno państwo na drugie albo nawet przeprowadzenie interwencji zbrojnej.

Z zagrożeniem hybrydowym będziemy natomiast mieli do czynienia wtedy, gdy wrogie państwo równolegle przeprowadzi

cyberatak na infrastrukturę krytyczną, zorganizuje kampanię dezinformacyjną w mediach społecznościowych, fałszywie przypisując innemu państwu odpowiedzialność za ten cyberatak, a następnie wesprze osoby protestujące pod wpływem informacji rozpowszechnianych w ramach kampanii dezinformacyjnej.

W definicjach zagrożeń hybrydowych podkreśla się również ich cel: osłabienie instytucji państwa, wpływanie na procesy decyzyjne, wywoływanie podziałów albo pogłębianie podziałów już istniejących w społeczeństwie.

Jeżeli chodzi o możliwość udzielenia pomocy przez sojuszników i uruchomienia klauzul samoobrony – czy to na podstawie Artykułu 42 ustęp 7 Traktatu o Unii Europejskiej, czy Artykułu 5 Traktatu Północnoatlantyckiego – teoretycznie jest ona możliwa.

Wszystko jednak zależy od tego, jak szeroko rozumiemy zagrożenia hybrydowe. Jeżeli uznamy, że ich częścią może być cyberatak, warto zauważyć, że większość państw Unii Europejskiej i NATO przedstawiła już swoje stanowiska dotyczące zastosowania prawa międzynarodowego w cyberprzestrzeni. Wynika z nich, że cyberatak o odpowiedniej skali i określonych skutkach może dawać państwom prawo do samoobrony.

W dokumentach NATO pojawiają się również odniesienia wskazujące, że same operacje hybrydowe mogą doprowadzić do uruchomienia Artykułu 5 Traktatu Północnoatlantyckiego. Mam jednak wrażenie, że najczęściej przez zagrożenia hybrydowe rozumie się w tym kontekście właśnie cyberataki, chociaż dokumenty mówią także o innych działaniach.

Czasami twierdzi się, że charakterystyczną cechą zagrożeń hybrydowych jest pozostawanie poniżej progu użycia siły. Zgodnie z tym podejściem nie można ich zakwalifikować jako naruszenia zakazu użycia siły ani jako napaści zbrojnej, a więc nie mogą uruchomić prawa do samoobrony.

Nie zgadzam się z tak kategorycznym stanowiskiem. Niemal codziennie pojawiają się informacje o nowych formach niekonwencjonalnych działań, na przykład ze strony Rosji. Nie wiemy, co przyniesie przyszłość.

Absolutnie nie wykluczałabym, że określony rodzaj zmasowanej operacji hybrydowej może doprowadzić do uruchomienia klauzul samoobrony – zarówno na podstawie Traktatu o Unii Europejskiej, jak i Traktatu Północnoatlantyckiego. Dzisiaj jest to jednak w dużej mierze teoria. Jak mówiłam w odniesieniu do Artykułu 5, sojusznicy mogą różnie interpretować pojęcie napaści zbrojnej. Wszystko będzie więc zależało od okoliczności konkretnego przypadku, z którym możemy mieć do czynienia w przyszłości.

Czy Europa musi dzisiaj przejąć większą odpowiedzialność za instytucje porządku międzynarodowego? Jeśli tak, to jak powinna to robić? Czy obecnie robi wystarczająco dużo?

Coraz wyraźniej widać, że Europa musi wziąć większą odpowiedzialność zarówno za własną obronę, jak i za funkcjonowanie instytucji międzynarodowych oraz ochronę prawa międzynarodowego. Przez wiele lat Europa mogła zakładać, że to Stany Zjednoczone będą głównym gwarantem bezpieczeństwa i ładu międzynarodowego. Nie oznacza to jednak – jak już mówiłam – że Europa może zastąpić Stany Zjednoczone. Optymalnym scenariuszem jest, moim zdaniem, silniejsza Europa, będąca bardziej odpowiedzialnym partnerem w ramach wspólnoty transatlantyckiej.

Jakich trzech rzeczy życzyłabyś sobie, jeśli chodzi o bezpieczeństwo i walkę z zagrożeniami hybrydowymi w Europie?

Po pierwsze, życzyłabym sobie podjęcia prac nad rozwiązaniami prawnymi, które pozwalałyby zarówno państwom, jak i poszczególnym obywatelom skuteczniej reagować na zagrożenia hybrydowe. Dotyczy to zarówno ostrzegania przed nimi, jak i reagowania na działania, które już nastąpiły.

Po drugie, życzyłabym sobie zachowania jedności wspólnoty transatlantyckiej. Powinniśmy pokazać naszym przeciwnikom, zwłaszcza Rosji, że na obszarze północnoatlantyckim panuje jedność co do wspólnych wartości i sposobu postrzegania bezpieczeństwa.

Po trzecie, życzyłabym sobie większego nacisku na Rosję. Wydaje mi się, że nadal istnieją obszary, w których można zwiększyć presję, aby doprowadzić do zakończenia wojny w Ukrainie, a w dłuższej perspektywie – do osłabienia zdolności Rosji do zagrażania innym państwom. Nie wykorzystaliśmy jeszcze wszystkich dostępnych możliwości. Większa presja na Rosję mogłaby w przyszłości znacząco wpłynąć na nasze bezpieczeństwo.

Na zdjęciu Anna Wójcik
Anna Wójcik

Pisze o praworządności, demokracji, prawie praw człowieka. Prowadzi podcast OKO.press "Drugi rzut OKA na prawo". Współzałożycielka Archiwum Osiatyńskiego i Rule of Law in Poland. Doktor nauk prawnych.

Komentarze