NATO ogłasza sukces: więcej pieniędzy, więcej broni, więcej odpowiedzialności Europy. Donald Trump mówi o „wielkiej miłości” między sojusznikami. Czy dobry humor Trumpa wystarczy, by utrzymać wiarygodność odstraszania?
Ankara sprząta po szczycie NATO. Z ulic znikają rzędy specjalnie na ten cel wyprodukowanych niebieskich barierek z logiem Sojuszu. Z fasady hotelu Marriott znika gigantyczna flaga Stanów Zjednoczonych. W okolice pałacu prezydenckiego Beştepe, gdzie odbywał się szczyt, wraca normalny ruch, a mieszkańcy znów mogą korzystać z zamkniętej na czas szczytu stacji metra.
Europejscy przywódcy wyjechali z Ankary z nietypowymi pamiątkami — podarowanymi im przez prezydenta Turcji Recepa Tayyipa Erdoğana rewolwerami z wygrawerowanymi nazwiskami i ostrą amunicją. Jak ujawnił „Wall Street Journal”, każdy z obdarowanych otrzymał także specjalny dokument zwalniający broń z kontroli eksportowej.
Nie wszyscy jednak zabiorą suwenir do domu. Premier Wielkiej Brytanii Keir Starmer już oznajmił, że musiał zostawić rewolwer w Turcji, bo wwiezienie go do kraju byłoby niezgodne z brytyjskim prawem. Część przywódców prawdopodobnie zostawi prezent w ambasadach w Ankarze, choć i to może rodzić prawne wątpliwości — w niektórych państwach przepisy regulują także przechowywanie broni w placówkach dyplomatycznych.
Kłopotliwy prezent dobrze obrazuje atmosferę szczytu w Ankarze: pokaz siły, hojności i sprawczości gospodarzy, który po bliższym przyjrzeniu się okazuje się też źródłem dyplomatycznego kłopotu.
Organizująca szczyt administracja prezydenta Turcji zrobiła wszystko, żeby był to oślepiający pokaz prestiżu państwa. Samoloty z delegacjami lądowały na nowo wybudowanym pasie startowym, co podczas zamykającej szczyt konferencji prasowej zauważył Donald Trump. Przed przyjazdem przywódców odświeżono miasto: wyremontowano nawierzchnie części dróg na trasie z lotniska, odmalowano elewacje budynków.
Pierwszego wieczoru przywódcy zostali po sułtańsku przyjęci na kolacji w pałacu przez Erdoğana i jego żonę. Z tego wieczoru media społecznościowe obiegł widok, jak prezydent Francji Emmanuel Macron chce na powitanie pocałować Emine Erdoğan w rękę, ale ta – nie zważając na konsternację prezydenta Francji – zabiera dłoń. Część komentatorów tłumaczyła to przestrzeganiem przez nią konserwatywnych zasad dotyczących kontaktu fizycznego między kobietami i mężczyznami. Część z lubością pisała o „upokorzeniu” Macrona.
Imponująco wyglądała też organizacja szczytu z perspektywy dziennikarzy. Szczyt odbył się w gigantycznym i bardzo reprezentacyjnym kompleksie prezydenckim wybudowanym przez Erdoğana. Żeby wnętrza trzymały się kupy kolorystycznie, w wielu pomieszczeniach wykładziny wymieniono na niebieskie.
Podawane przez 12 godzin dziennie w salach dla mediów posiłki gotowali ściągnięci z całego kraju kucharze z pięciogwiazdkowych hoteli. Były kubeczki z logo NATO, opakowania na sztućce z logo NATO, orzeszki z logo NATO, czekolada, chusteczki.
Znajoma dziennikarka, od lat pracująca w Ankarze: „Byłam na wielu politycznych wydarzeniach w Turcji, ale czegoś takiego jeszcze nie widziałam”.
Oficjalny przekaz brzmi: Turcja tradycyjnie pokazuje swoją gościnność. Ale wysyła też polityczny komunikat: jesteśmy regionalnym mocarstwem. Daje też wyraz typowego dla autokratycznej władzy mentalu — ludzi dzieli się na tych, których prawa można dowolnie ograniczać, i na tych, przed którymi robi się elegancką szopkę.
Choć granica między jednymi, a drugimi, może być bardzo płynna. Przekonałam się o tym, relacjonując w 2023 roku wybory prezydenckie w Turcji.
Ze względu na organizację szczytu władze Ankary wprowadziły liczne ograniczenia, w tym zakazy zgromadzeń i demonstracji w wyznaczonych częściach miasta. Jeśli w okolicach miejsca, gdzie odbywał się szczyt, pojawiali się manifestanci, byli natychmiast usuwani przez policję.
Antyamerykańskie demonstracje odbyły się za to w Stambule, gdzie rządzi opozycyjna wobec Erdoğana Republikańska Partia Ludowa (CHP). Protestujący sprzeciwiali się obecności Trumpa i polityce USA, oskarżając Waszyngton m.in. o wspieranie działań Izraela w Strefie Gazy.
Tuż przed szczytem doszło też do kolejnej fali zatrzymań dziennikarzy. Według Komitetu Ochrony Dziennikarzy (CPJ) między 23 czerwca a 7 lipca tureckie służby zatrzymały co najmniej 11 przedstawicieli mediów. Część zatrzymań miała miejsce podczas szerokich operacji policyjnych prowadzonych przed szczytem NATO.
Dziennikarzom zarzucono m.in. „publiczne szerzenie dezinformacji” — na podstawie przyjętej w 2022 roku ustawy, która przewiduje za to nawet trzy lata więzienia. W praktyce powodem zatrzymania mógł być np. artykuł dotyczący zarzutów korupcji w policji.
To właśnie w takiej scenerii — między pokazem perfekcyjnej organizacji i wielkiej dyplomacji a przypomnieniami o autorytarnym charakterze tureckiej władzy — przywódcy 32 państw NATO spotkali się, by wysłać w świat przede wszystkim jeden komunikat: Sojusz pozostaje zjednoczony. Temat łamania praw człowieka w Turcji, czy — ku niezadowoleniu premiera Grecji Kyriakosa Mitsotakisa — nierozwiązanego sporu z Turcją o wody terytorialne na Morzu Egejskim, nie został zaadresowany.
Europejscy sojusznicy NATO bardzo chcieli, żeby końcowym przesłaniem szczytu, który pójdzie w świat, był sygnał o bezwzględnej jedności Sojuszu i zobowiązaniu do kolektywnej obrony. To się częściowo udało. Taki punkt otwiera ostateczną deklarację ze szczytu:
„Atak na jednego z nas jest atakiem na wszystkich” – czytamy.
W deklaracji przywódcy potwierdzają też „niezachwiane zaangażowanie na rzecz zbiorowej obrony zgodnie z art. 5 Traktatu Waszyngtońskiego oraz na rzecz więzi transatlantyckiej”.
„Nasza jedność, solidarność i zbiorowa siła pozostają fundamentem pokoju, bezpieczeństwa i dobrobytu dla miliarda obywateli naszego Sojuszu (...) Pozostajemy wierni naszemu podejściu do odstraszania i obrony” – deklarują.
O tym, że szczyt był manifestacją jedności Sojuszu i żelaznego przywiązania do zasady kolektywnej obrony, mówił też po spotkaniu sekretarz generalny NATO Mark Rutte.
„Właśnie zakończyliśmy niezwykle udany szczyt NATO tutaj w Ankarze. Było ogromne poczucie jedności. Przesłanie tego szczytu jest proste: NATO dowozi” – mówił.
Najważniejsze osiągnięcia szczytu to według niego:
W efekcie: większa odpowiedzialność Europy i Kanady za bezpieczeństwo NATO oraz bardziej zrównoważony podział odpowiedzialności między Europą a USA.
O tym, że szczyt Sojuszu był wielkim sukcesem, przekonany jest też prezydent Karol Nawrocki.
Entuzjastycznie o szczycie wypowiedział się też Donald Trump. „Spędziliśmy tu wspaniały czas i myślę, że odnieśliśmy wielki sukces” – powiedział. Ale podczas konferencji zamykającej szczyt nie zająknął się ani o obowiązywaniu artykułu 5, ani o „żelaznym przywiązaniu USA” do zasady kolektywnej obrony.
Ze względu na to, że przyjął pytania tylko od kilku dziennikarzy, nie poruszono też tematu jego najbardziej kontrowersyjnych wypowiedzi sprzed rozpoczęcia szczytu: m.in. ponownych deklaracji o tym, że Stany Zjednoczone chciałyby przejąć kontrolę nad Grenlandią.
Bez komentarza zostały też jego niejasne wypowiedzi dotyczące przyszłości amerykańskiej obecności wojskowej w Europie. Tuż przed szczytem, podczas spotkania z dziennikarzami,
Trump znów zasugerował, że USA mogłyby wycofać swoje wojska z Europy.
Podczas konferencji kończącej szczyt w żaden sposób tego nie dementował. Mówił tylko w niezbyt zrozumiały sposób, że „Europa jest bogata”, co „nie oznacza, że jest dobrze chroniona”, i podkreślał, że europejscy sojusznicy muszą brać większą odpowiedzialność za własne bezpieczeństwo.
Gdy podczas konferencji zamykającej szczyt Trump mówił o „niesamowitej jedności”, która rzekomo panowała na sali, nie miał na myśli obowiązywaniu artykułu 5. Mówił o porozumieniu dotyczącym zwiększenia wydatków obronnych przez Europejczyków z 2 do 5 procent PKB. Zachwycał się tym, że jeszcze w zeszłym roku część sojuszników twierdziła, że „to się nie da”, a obecnie – według Trumpa – wszyscy są zachwyceni „historyczną zmianą”, która – żeby nie było wątpliwości: dzięki niemu – zachodzi w Sojuszu.
„Podnieśliśmy cel z 2 proc. do 5 proc. PKB, choć wszyscy mówili, że to niemożliwe. A teraz wszyscy mi dziękują” – mówił.
Zachwycał się też tym, jak to amerykański przemysł na tych gigantycznych europejskich wydatkach zyska, bo „wszyscy chcą kupować amerykański sprzęt”.
Wygląda więc na to, że deszcz kontraktów, podpisanych podczas forum przemysłowego, spełnił swoje zadanie: poprawił Trumpowi humor.
Wiele z tych kontraktów to bowiem projekty realizowane z amerykańskimi firmami.
Mark Rutte z zapałem podkreślał na konferencjach prasowych „efekt Trumpa” i „miliardy Trumpa”, chwaląc dynamiczny wzrost wydatków sojuszników na obronę i przypisując go „amerykańskiej presji”.
Wiele mediów opisuje ten plan Marka Ruttego na szczyt jako „sprytny”. Opierał się on bowiem na idei przemówienia do Trumpa jednym z dwóch języków, które ten rozumie najlepiej: językiem korzyści. To, obok języka siły, jedyna droga do porozumienia z amerykańskim prezydentem.
Rutte, niezwykle krytykowany za służalczość i nadmierne pochlebstwo wobec Trumpa, osiągnął swój cel.
Utrzymał Trumpa w orbicie NATO i wycisnął z niego nieco bardziej przychylne wobec Sojuszu wypowiedzi niż te, które padały z jego ust ostatnio: o tym, że amerykańskie członkostwo w NATO jest właściwie bez sensu, a kontynuowanie go byłoby „absurdalne”. Taki wpis na Truth Social pojawił się jeszcze w czwartek 2 lipca.
Choć za milczenie podczas jego konferencji prasowych i przytakiwanie wszystkiemu, co amerykański prezydent mówi, spotkała go też publiczna szydera.
Jeden z duńskich dziennikarzy, po zakończeniu szczytu, zapytał Marka Ruttego, czy ten, pomimo ciągłego potakiwania Trumpowi, także wówczas, gdy Trump mówi o aneksji Grenlandii lub zapowiada nowe wojny handlowe, jest w stanie ocalić resztki poczucia szacunku do samego siebie. Rutte odpowiedział od rzeczy: że „docenia, gdy pochwały są zasłużone” i przekonywał, że Trumpowi należy oddać zasługi za to, że NATO jest dziś silniejsze.
Mimo to chwilowa emocja Trumpa wobec sojuszników poprawiła się na tyle, że podczas konferencji zamykającej szczyt określił ich mianem „dobrych ludzi”. Nieco umniejszył też ciężar wcześniejszych oskarżeń o brak lojalności w sprawie Iranu. Pytany o tę kwestię, zamiast rzucanych wcześniej oskarżeń o nielojalność i brak wdzięczności, stwierdził, że „mieli po prostu zły moment”.
Nie miał jednak litości dla Hiszpanii, która wciąż jest jego zdaniem „bardzo zła”.
Madryt nie może liczyć na ulgę ze strony Trumpa, bo premier Pedro Sánchez to socjalista, który do tego prowadzi — zdaniem Trumpa — „szaloną” politykę migracyjną. Odważny, spektakularny gest Sancheza w postaci reformy, która ma uregulować status nawet ok. 900 tys. migrantów w ciągu najbliższych lat, spotkał się z niezwykle ostrą krytyką Trumpa.
Sánchez niezwykle irytuje Trumpa brakiem spolegliwości i uporem.
Tylko on nie uległ żądaniom prezydenta USA, by zwiększyć wydatki obronne do 5 proc. w ciągu 10 lat. Uznał, że Hiszpania jest w stanie wypełnić wszystkie wynikające z regionalnych planów obronnych zobowiązania względem Sojuszu wydając na obronność 2 proc. PKB.
Poza tym swoją polityką migracyjną uderza w sam rdzeń przekazu ideologicznego obozu MAGA: że śmiertelnym zagrożeniem dla naszej kultury i cywilizacji jest właśnie migracja. A co, jeśli się okaże, że rzekomo »zalana« setkami tysięcy migrantów Hiszpania po takim kroku się nie zawali, a może nawet odnotuje korzyści?
Dla populistów takie spektakularne gesty są groźne, bo informacje o nich potrafią przebijać się między bańkami informacyjnymi.
Przekonał się o tym niedawno były premier Węgier Viktor Orbán.
Mimo wszystko humor Trumpowi podczas szczytu poprawił się na tyle, że Ukrainie zaproponował rozmowy o produkcji systemów Patriot na amerykańskiej licencji. „Damy wam prawo do produkowania Patriotów. Pokażemy wam, jak to robić” – proponował.
Dopytywany o to, czy uzgodnił to z producentami, nie potwierdził. Pytany, czy USA mogłyby przekazać Ukrainie dodatkowe systemy Patriot już teraz, zanim ruszyłaby produkcja w Europie, odpowiedział: „Mamy Patrioty, ale nie mamy ich tak wiele. Sami też ich potrzebujemy. Ale część – tak”.
Z jego wypowiedzi po szczycie wynika to, co już wiemy: że Trump podejście do NATO ma czysto transakcyjne.
Aby był zainteresowany pozostaniem w Sojuszu, musi mieć poczucie, że to się opłaca. Czasem za to w przypływie dobrego humoru zaproponuje innym coś, co później może się okazać obietnicą bez pokrycia.
Produkcja Patriotów w Ukrainie? Zwiększenie amerykańskiej obecności wojskowej w Polsce? Czas pokaże, co z tego wyniknie.
Wygląda więc na to, że na szczycie nie poruszono tematów trudnych: nie dowiedzieliśmy się niczego na temat planowanych zmian amerykańskiej obecności wojskowej w Europie, ani nie usłyszeliśmy zapewnień, że ewentualne wycofywanie amerykańskich zdolności z kontynentu będzie robione w taki sposób, by nie sabotować europejskiego odstraszania.
To, że deklaracja ze szczytu wspomina Rosję jako długoterminowe zagrożenie dla Sojuszu, także nie znalazło potwierdzenia w słowach Trumpa po szczycie. Administracja Trumpa zaakceptowała ten zapis w ramach szerszego kompromisu: Europa bierze na siebie większy ciężar finansowy, a USA podpisują się pod wspólną oceną zagrożeń.
Mimo wszystko szczyt w Ankarze można uznać za udany. Ale nie dlatego, że rozwiązał wszystkie problemy NATO, lecz dlatego, że pokazał, że Sojusz się adaptuje, a Europa i Kanada zaczynają realnie przejmować większą odpowiedzialność za bezpieczeństwo.
Zdaniem ekspertów zaproszonych do udziału w poszczytowym seminarium European Policy Centre:
„europeizacja” NATO staje się bardziej rzeczywistością niż hasłem.
I bynajmniej nie chodzi o filar UE w NATO, ale szerzej: Europę, Wielką Brytanię, Turcję, Norwegię, Islandię oraz Kanadę.
Europejczycy przyjechali na szczyt nie tylko z deklaracjami, ale też z konkretnymi pieniędzmi, zamówieniami i zdolnościami.
Trump zobaczył to, co chciał zobaczyć.
Eksperci zwrócili uwagę, że:
Zdaniem Oany Lungescu powtórzenie w deklaracji zobowiązania do art. 5 miało znaczenie, zwłaszcza po miesiącach gróźb i wahań Trumpa. To przypomnienie „centrum ciężkości” NATO. Ale sam zapis nie gwarantuje, że Trump za kilka miesięcy nie wróci do krytyki czy gróźb wobec sojuszników.
Eksperci nie mówią, że USA wychodzą z NATO. Mówią raczej, że powstaje bardziej zrównoważony Sojusz: USA nadal są gwarantem nuklearnym i dostawcą kluczowych zdolności, ale Europa ma brać większą odpowiedzialność za konwencjonalną obronę kontynentu. To już nie tylko burden-sharing, ale burden-shifting.
Deklaracja, art. 5, Rosja jako „długoterminowe zagrożenie”, wydatki i kontrakty wzmacniają wiarygodność odstraszania. Ale prawdziwe odstraszanie zależy od tego, czy pieniądze szybko zamienią się w zdolności: produkcję, amunicję, obronę powietrzną, drony, logistykę, mobilność wojskową. Szczyt potwierdza, że sojusznicy wzięli się do roboty.
Fabian Zuleeg ostrzegał przed duplikacją, obroną narodowych przemysłów, brakiem wspólnej bazy przemysłowej i inflacją cen sprzętu. Więcej pieniędzy nie wystarczy, jeśli państwa będą kupować osobno, wolno i niespójnie. Potrzebny jest skok w sposobie myślenia o wspólnych zakupach i przemyśle obronnym. Tu też widać kroki naprzód.
Eksperci mocno podkreślali zmianę narracji: Ukraina nie tylko potrzebuje bezpieczeństwa, ale sama je współtworzy – przez doświadczenie bojowe, innowacje, drony, uderzenia w rosyjską infrastrukturę. Ich zdaniem to wybrzmiało podczas szczytu. To wzmacnia jej pozycję wobec NATO, UE i Trumpa, który – jak zauważono – lubi być po stronie „wygrywających”.
Szczyt w Ankarze nie usunął jednak podstawowych niejasności towarzyszących relacjom transatlantyckim. Pokazał za to kierunek.
Mniej europejskiego oglądania się i czekania na decyzje Waszyngtonu. Więcej odpowiedzialności za własne bezpieczeństwo.
Dla skuteczności odstraszania kluczowe jest jednak nie tylko to, co przywódcy NATO zapiszą we wspólnej deklaracji. Istotne jest przede wszystkim to, czy Rosja uwierzy, że Sojusz ma zarówno wolę polityczną, jak i realne zdolności wojskowe, by bronić każdego centymetra swojego terytorium — mówiła w przedszczytowej rozmowie z OKO.press Iana Maisuradze, ekspertka z European Policy Centre.
Tymczasem w reakcji na szczyt Kreml z kilkunastogodzinnym opóźnieniem zmienił narrację — pisze w OKO.press Agnieszka Jędrzejczyk. Początkowo rosyjska propaganda bagatelizowała ustalenia z Ankary i kpiła z Ukrainy. Nowe wytyczne przyszły 9 lipca rano. Brzmiały: „NATO to wróg”, a Trump „się myli”.
„Sam akt ogłoszenia kogoś przeciwnikiem jest w istocie aktem agresji” – mówił rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow, odnosząc się do deklaracji przywódców NATO, w której Rosję nazwano długoterminowym zagrożeniem dla bezpieczeństwa euroatlantyckiego.
Pieskow przekonywał, że nie jest to dla Moskwy zaskoczenie, bo — według Kremla — NATO od początku było „instrumentem stworzonym do konfrontacji” z Rosją. W odpowiedzi na zapowiedzi wzmacniania zdolności obronnych Sojuszu i zwiększania wydatków wojskowych państw europejskich stwierdził, że Rosja musi „być silna, pewna siebie i kontynuować swoją konsekwentną politykę”.
Na zapowiedź przekazania Ukrainie licencji na produkcję rakiet do systemu Patriot rosyjska propaganda najpierw reagowała kpinami. „Nie dali rakiet, kazali samemu sobie produkować” – relacjonuje Jędrzejczyk. Następnego dnia Pieskow zapewniał już jednak, że rosyjskie władze „wiedzą dokładnie, co robić”, aby chronić swoje interesy.
Moskwa musiała też przyznać, że zmienia się podejście USA. Pieskow mówił o „pewnych błędnych przekonaniach” administracji Trumpa, że presja militarna może ułatwić zakończenie wojny. Jednocześnie Kreml nadal podkreśla, że liczy na „konstruktywny dialog” Putina z Trumpem.
Ostatecznie więc najważniejszym testem po szczycie w Ankarze będzie to, czy Moskwa uzna, że za deklaracjami jedności stoją realna siła i gotowość do jej użycia. Europejskie wywiady wciąż ostrzegają przed możliwą eskalacją agresywnych działań bezpośrednio wobec państw NATO jeszcze tego lata. Czy szczyt odwiódł Kreml od tego planu? To się dopiero okaże.
Bezpieczeństwo
Świat
USA
Donald Trump
Wołodymyr Zełenski
NATO
obronność
przemysł obronny
przemysł zbrojeniowy
szczyt NATO
wojna w Ukrainie
zbrojenia
Dziennikarka działu politycznego OKO.press. Absolwentka studiów podyplomowych z zakresu nauk o polityce Instytutu Studiów Politycznych PAN i Collegium Civitas, oraz dziennikarstwa na Uniwersytecie Wrocławskim. Stypendystka amerykańskiego programu dla dziennikarzy Central Eastern Journalism Fellowship Program oraz laureatka nagrody im. Leopolda Ungera. Pisze o demokracji, sprawach międzynarodowych i Unii Europejskiej. Publikowała m.in. w Tygodniku Powszechnym, portalu EUobserver, Business Insiderze i Gazecie Wyborczej.
Dziennikarka działu politycznego OKO.press. Absolwentka studiów podyplomowych z zakresu nauk o polityce Instytutu Studiów Politycznych PAN i Collegium Civitas, oraz dziennikarstwa na Uniwersytecie Wrocławskim. Stypendystka amerykańskiego programu dla dziennikarzy Central Eastern Journalism Fellowship Program oraz laureatka nagrody im. Leopolda Ungera. Pisze o demokracji, sprawach międzynarodowych i Unii Europejskiej. Publikowała m.in. w Tygodniku Powszechnym, portalu EUobserver, Business Insiderze i Gazecie Wyborczej.
Komentarze