Czy Ursula von der Leyen jest królową Unii Europejskiej?
Skupiła w swoich rękach więcej władzy niż wielu jej poprzedników, ale jej polityczna pozycja w Europie wcale nie jest tak mocna, jak mogłoby się wydawać. Jak przewodnicząca Komisji Europejskiej jest postrzegana w Brukseli i krajach Unii? I dlaczego często nie ma to związku z nią samą?
Pięć redakcji – łotewski TVNET, chorwacki Telegram, niemiecki CORRECTIV, austriacka Die Presse i polskie OKO.press przygotowują wspólny podcast poświęcony temu, co porusza europejską społeczność.
W 13. odcinku LensEU, przygotowanym przez Die Presse, pytamy, ile władzy przewodnicząca Komisji Europejskiej rzeczywiście skupiła w Brukseli i jak postrzegają ją cztery bardzo różne europejskie kraje.
- Oliver Grimm, korespondent „Die Presse” ds. UE, nie owija w bawełnę. Jak mówi, najważniejsze decyzje w Komisji przechodzą dziś przez biuro von der Leyen i jej szefa gabinetu — „prawdopodobnie najpotężniejszego urzędnika w Komisji”. Paradoks polega na tym, że jego zdaniem przewodnicząca jest jednocześnie słabsza, niż wygląda, bo rzadko odważa się przeciwstawić Berlinowi. „To napięcie, które nie służy Europie” — mówi.
- Irena Frlan Gašparović i Jasmin Klarić z chorwackiego portalu Telegram pokazują, w jak niewielkim stopniu debata o von der Leyen dotyczy w rzeczywistości jej samej. Prezydent Zoran Milanović przedstawia ją jako niewybraną przez obywateli eurokratkę, która powinna „zajmować się jakością wina i kontrolą sanitarną grzybów”. Premier Andrej Plenković należy natomiast do jej najbliższych sojuszników w Radzie Europejskiej.
- Paulina Pacuła z OKO.press dostrzega bardzo podobny schemat w Polsce: zaufanie do von der Leyen niemal idealnie odzwierciedla podział między zwolennikami rządu i opozycji.
- A Nicolai von Ondarza z berlińskiego Stiftung Wissenschaft und Politik wyjaśnia, dlaczego dawny wizerunek von der Leyen jako „człowieka Merkel” właściwie już nie funkcjonuje — i dlaczego coraz ostrzejsza krytyka wobec niej płynie dziś także z jej własnej CDU.
Cztery kraje, cztery bardzo różne obrazy Ursuli von der Leyen.
Podcast został nagrany w języku angielskim i przeczytany przez polskiego lektora. Transkrypcja poniżej, a oryginał – TUTAJ. Z kolei na Spotify jest do dyspozycji podcast tłumaczony maszynowo.
Obejrzyj także
Nie jest królową, ale scentralizowała władzę
Ursula von der Leyen: To były najlepsze czasy. To były najgorsze czasy. Tak Charles Dickens opisywał Europę w czasach rewolucji francuskiej. Te słowa całkiem dobrze pasują również do świata, w którym dziś żyjemy.
Anna Wallner: Cytatem z Dickensa Ursula von der Leyen rozpoczęła 16 września w Strasburgu swoje orędzie o stanie Unii Europejskiej. Jej przesłanie było takie: Unia jest dziś silniejsza niż kiedykolwiek, a zarazem stoi przed wyjątkowo niepewną przyszłością. Jak podkreśliła, oba te stwierdzenia mogą być prawdziwe jednocześnie.
W swoim wystąpieniu zapowiedziała zakaz korzystania z mediów społecznościowych przez dzieci poniżej 13. roku życia, stowarzyszone członkostwo Kanady w UE oraz coś na kształt Kongresu Europy. Jedni widzą w tym przywództwo, inni – listę życzeń. Są też tacy, którzy zwracają uwagę na coś innego: jak wiele władzy skupiła w swoich rękach.
I właśnie to prowadzi nas do głównego pytania tego odcinka: czy Ursula von der Leyen jest królową Unii Europejskiej?
Witajcie w 13. odcinku LensEU. Nazywam się Anna Wallner. Od ponad 20 lat pracuję jako dziennikarka w wiedeńskim dzienniku „Die Presse”, gdzie między innymi odpowiadam za podcasty. Ten odcinek powstał po angielsku, a następnie zostanie przetłumaczony na pozostałe języki LensEU: niemiecki, łotewski, chorwacki i polski.
Dziś spróbujemy odpowiedzieć na postawione przed chwilą pytanie, przyglądając się von der Leyen z kilku perspektyw.
Najpierw porozmawiam z Oliverem Grimmem, naszym korespondentem unijnym w Brukseli i jednym z bardziej zdecydowanych krytyków przewodniczącej Komisji. Następnie przeniesiemy się do Chorwacji, gdzie Irena Frlan Gašparović i Jasmin Klarić z portalu Telegram opowiedzą, jak von der Leyen jest postrzegana w ich kraju.
Potem zajrzymy do Polski. Paulina Pacuła z OKO.press pokaże nam, jak mocno podzielone są tam opinie o przewodniczącej Komisji. Na koniec zapytam Nicolaia von Ondardzę z berlińskiego think tanku, jak von der Leyen jest odbierana w Niemczech i ile zostało z jej dawnych związków z Angelą Merkel.
Dla przypomnienia: von der Leyen stoi na czele Komisji Europejskiej od 2019 roku, a jej druga kadencja potrwa do wyborów europejskich w 2029 roku. Wystąpienie w Strasburgu było jej szóstym orędziem o stanie Unii.
A teraz Bruksela i Oliver Grimm. Chcę go zapytać, jak silną pozycję zbudowała sobie Ursula von der Leyen i ile znaczą zapowiedzi zawarte w jej ostatnim przemówieniu.
Wszystkie sukcesy i porażki vdL
Anna Wallner: Cześć, Oliverze. Pozdrawiamy Brukselę.
Oliver Grimm: Cześć.
Anna Wallner: Oliverze, czy określenie Ursuli von der Leyen mianem królowej UE jest trafne?
Oliver Grimm: Przyznam, że to określenie mi się podoba – oczywiście z przymrużeniem oka i odrobiną ironii.
Von der Leyen nie jest królową ani monarchinią. Nie została też bezpośrednio wybrana przez obywateli. Wskazali ją szefowie państw i rządów, a następnie zatwierdził Parlament Europejski. Ma więc demokratyczną legitymację, ale nie sprawuje władzy absolutnej.
Władza w Komisji jest w dużym stopniu skupiona w jej najbliższym otoczeniu. Kiedy mówię o jej biurze, mam na myśli także dosłownie gabinet w budynku Komisji. Jak być może niektórzy wiedzą, ma tam nawet niewielkie mieszkanie – maleńką kawalerkę w tym dość ponurym gmachu.
Ale przede wszystkim chodzi mi o szefa jej gabinetu Björna Seiberta. Jest jej zaufanym współpracownikiem jeszcze z czasów, gdy kierowała niemieckim Ministerstwem Obrony.
Seibert jest prawdopodobnie jednym z najpotężniejszych urzędników Komisji. Najważniejsze decyzje przechodzą przez jego biurko.
Pod tym względem sposób zarządzania Komisją jest bardzo spersonalizowany i rzeczywiście trochę monarchiczny.
Co oczywiście nie oznacza, że von der Leyen jest dosłownie królową Europy.
Anna Wallner: Z twoich tekstów wiemy, że często krytycznie oceniasz von der Leyen. Spójrzmy więc na jej ostatnie siedem lat na tym stanowisku. Jakie sukcesy trzeba jej uczciwie przypisać?
Oliver Grimm: Zdecydowanie są takie sukcesy. Przede wszystkim nie jestem jej politycznym przeciwnikiem.
Uważam, że ostatecznie całkiem dobrze poradziła sobie z pandemią, a właściwie z organizacją europejskiej odpowiedzi. Trzeba jednak pamiętać, że na początku zupełnie nie dostrzegała skali zagrożenia.
Kiedy w marcu 2020 roku zaczynał się pierwszy lockdown, Komisja przygotowywała uroczystości z okazji pierwszych stu dni urzędowania zespołu von der Leyen.
Pod koniec lutego doszło w Komisji do bardzo napiętego spotkania. Niektórzy mówili: „Pani przewodnicząca, coraz więcej ludzi choruje i umiera z powodu tej tajemniczej choroby. Kolejne państwa będą zamykać życie publiczne. Nie możemy teraz świętować, jak wspaniale wszystko się układa”.
Von der Leyen – podobnie jak zapewne wiele innych osób w Europie – wychodziła z założenia, że w dziedzinie zdrowia publicznego Unia ma ograniczone kompetencje. Może przede wszystkim koordynować działania państw, ale nie narzucać im wiążących rozwiązań.
Na szczęście w Komisji byli ludzie, między innymi były francuski komisarz Thierry Breton, którzy przekonywali: „Pani przewodnicząca, z całym szacunkiem, musimy coś zrobić. Trzeba przyspieszyć produkcję szczepionek i ich zakup przez państwa członkowskie”.
Von der Leyen szybko zrozumiała, że Komisja może odegrać ważną rolę we wspólnych zakupach szczepionek. To okazało się trafną decyzją.
Po stronie pozytywów dodałbym też jej stanowisko wobec rosyjskiej wojny przeciwko Ukrainie. Tutaj miała rację i wyprzedzała wiele państw członkowskich.
Kiedy Niemcy wciąż próbowali przekonywać Zełenskiego do opuszczenia kraju, ona mówiła: „Będziemy stać po stronie Ukrainy tak długo i tak mocno, jak będzie trzeba”.
To, moim zdaniem, dwa najważniejsze osiągnięcia jej dotychczasowych lat urzędowania.
Anna Wallner: Przejdźmy do teraźniejszości i zeszłotygodniowego orędzia o stanie Unii. Von der Leyen mówiła, że Unia jest silniejsza niż kiedykolwiek, a zarazem bardziej krucha niż kiedykolwiek. Czy rzeczywiście tak jest? Czy może – jak napisał niemiecki „taz” – dostaliśmy przede wszystkim listę życzeń bez wyraźnego kierunku?
Oliver Grimm: Warto wiedzieć, że przemówienie zostało w zasadzie napisane przez jej szefa gabinetu Björna Seiberta. Tuż przed wystąpieniem kilkakrotnie przerabiał tekst.
Zwykle Komisja działa trochę jak wielki tankowiec. To ogromna instytucja, poszczególne dyrekcje generalne zgłaszają swoje propozycje, a później wszystko przechodzi przez długi proces uzgodnień.
Tym razem tekst był wyraźnie podporządkowany temu, jaki wizerunek von der Leyen chciała zbudować. To zręczny przekaz: z jednej strony jesteśmy silni i zjednoczeni, z drugiej – poruszamy się po cienkim lodzie.
Podzielam opinię, że w tym przemówieniu było wiele rzeczy nowych i wiele interesujących. Problem polega na tym, że rzeczy nowe nie były szczególnie interesujące, a te naprawdę interesujące nie były nowe. Von der Leyen ma tendencję do ponownego przedstawiania pomysłów, które już wcześniej zapowiadała – zamiast doprowadzić do ich przyjęcia – albo do proponowania rozwiązań, które świetnie brzmią, ale za którymi niewiele się kryje.
Anna Wallner: Co masz na myśli? Na przykład zakaz korzystania z mediów społecznościowych przez dzieci poniżej 13. roku życia albo pomysł dotyczący Kanady?
Oliver Grimm: Tak. Pomysł stowarzyszonego członkostwa Kanady jest dobrym przykładem, bo Kanada już teraz jest z Unią tak blisko, jak tylko może być państwo spoza Europy. Od około dziesięciu lat mamy CETA, kompleksową umowę handlową między UE i Kanadą. Kanada dołącza również do unijnego instrumentu SAFE, który zapewnia około 150 miliardów euro preferencyjnych pożyczek na wspólne zakupy uzbrojenia.
Pod względem kulturowym, politycznym i społecznym Kanada jest bardzo bliska Europie.
Nie bardzo więc rozumiem, dlaczego von der Leyen albo jej szef gabinetu sięgnęli po hasło „stowarzyszonego członkostwa”. W prawie unijnym coś takiego po prostu nie istnieje.
Kiedy Mark Carney przyjechał w zeszłym tygodniu do Strasburga, przedstawił trzy konkretne postulaty: większą swobodę przemieszczania się młodych ludzi, którzy chcą studiować, mieszkać i pracować po obu stronach Atlantyku; zintegrowany rynek usług finansowych – którego nie udało nam się stworzyć nawet w samej Europie – oraz wspólny łańcuch wartości w obszarze surowców krytycznych.
Pomysł z Kanadą brzmi więc atrakcyjnie, ale na razie po stronie europejskiej niewiele za nim stoi.
Anna Wallner: A druga zapowiedź z tego przemówienia – EU Kids Act?
Oliver Grimm: EU Kids Act nie był nowym pomysłem. Komisja zapowiedziała go już kilka tygodni wcześniej. W pewnym sensie von der Leyen jest z nim nawet spóźniona, bo wcześniej mówiła, że przedstawi projekt na przełomie roku. Ale oczywiście lepiej przygotować solidne i przemyślane przepisy niż zrobić coś na szybko.
Sam pomysł uważam za dobry. Teraz Parlament Europejski i państwa członkowskie będą musiały znaleźć dla niego większość.
Anna Wallner: Po lekturze relacji z zeszłego tygodnia miałam wrażenie, że udało jej się stworzyć obraz silnej Europy i wiele osób ten obraz kupiło. Czy wynika to z tego, że cała reszta świata wygląda dziś tak ponuro, czy jednak w przemówieniu było coś więcej?
Oliver Grimm: Niestety konkretów było bardzo mało.
To było dobrze napisane, emocjonalne wystąpienie z poruszającymi gośćmi – dziewczynką z Ukrainy, która straciła nogę, a dziś tańczy z protezą, czy rodziną duńskiego pilota samolotu gaśniczego, który zginął we Francji. Ale merytorycznie było bardzo słabe.
Weźmy budżet. Do końca roku potrzebujemy porozumienia dotyczącego finansów Unii na kolejne siedem lat. Bez niego wszystkie ambitne zapowiedzi pozostają tylko słowami. Von der Leyen poświęciła temu właściwie jedno zdanie: „Potrzebujemy budżetu i nowych źródeł dochodów”. Nie było w tym żadnego poczucia, że czas nagli.
I to jest jeden z moich głównych zarzutów. Kiedy coś idzie dobrze, von der Leyen uruchamia ogromną machinę komunikacyjną – Instagram, TikTok, influencerów – i wszędzie opowiada o sukcesach. Kiedy coś nie działa albo pojawia się poważny problem, znika.
Przewodnicząca Komisji powinna wywierać presję na szefów państw i rządów i zmuszać ich do podejmowania trudnych decyzji, choćby w sprawie budżetu. Von der Leyen tego nie robi. I trudno nazwać to polityczną odwagą.
Anna Wallner: Kto jest jej największym krytykiem w Europie? Głównie skrajna prawica czy niezadowolenie widać również w politycznym centrum?
Oliver Grimm: Jest atakowana zarówno przez skrajną lewicę, jak i skrajną prawicę. Obie strony jej nie znoszą i zgłosiły już trzy czy cztery wnioski o wotum nieufności.
Ale również w centrum narasta niepokój, zwłaszcza wśród socjaldemokratów i Zielonych. Jej polityczna rodzina, Europejska Partia Ludowa, coraz częściej buduje doraźne większości ze skrajną prawicą. Dobrym przykładem było głosowanie w Strasburgu nad rezolucją dotyczącą Ceuty. EPL zagłosowała wspólnie ze skrajnie prawicowymi ugrupowaniami, a później przekonywała, że właśnie to głosowanie pokazało, kto naprawdę jest „proeuropejski”.
Anna Wallner: Von der Leyen będzie sprawować urząd do 2029 roku. Kto właściwie jest w stanie ją powstrzymać? Parlament? Rada? Paryż i Berlin?
Oliver Grimm: W praktyce robi tylko to, na co pozwala jej Berlin.
W samej Komisji ma bardzo silną pozycję i mocno scentralizowała władzę. Paradoksalnie jednak na poziomie całej Unii nie jest szczególnie silną przewodniczącą, ponieważ nie chce przeciwstawiać się Berlinowi – zwłaszcza w sprawach dotyczących niemieckiej motoryzacji. Nie zaproponuje ani nie poprze pełnego przejścia na samochody elektryczne od 2035 roku, jeśli Volkswagen uzna, że jest to dla niego nie do przyjęcia.
Europa potrzebuje przewodniczącej Komisji z jasną wizją polityczną, która ma ciche poparcie Berlina i Paryża i potrafi tę wizję realizować.
Obecna sytuacja Europie nie służy.
Anna Wallner: Skoro mówisz o Berlinie, ostatnie pytanie. Wiele osób wciąż postrzega von der Leyen jako „człowieka Merkel” w Brukseli, bo to Angela Merkel wprowadziła ją do niemieckiego rządu w 2005 roku. Jak silne są dziś ich związki?
Oliver Grimm: Pod koniec swojej kadencji jako ministra obrony von der Leyen była jednym z najmniej popularnych polityków w Niemczech. Jej poparcie wynosiło około 10–11 procent.
Latem 2019 roku Merkel było więc całkiem na rękę, że von der Leyen opuści Berlin i przeniesie się do Brukseli.
Tak naprawdę główną siłą stojącą za jej nominacją był Emmanuel Macron. Prawdopodobnie uznał, że niemiecka polityczka bez bardzo silnego własnego zaplecza będzie korzystnym wyborem z punktu widzenia Francji.
Dziś jej relacje z Berlinem nie są szczególnie serdeczne i nie widzę sprawnie działającego trójkąta między von der Leyen, Berlinem i Paryżem.
Anna Wallner: Dziękuję, Oliverze To było bardzo ciekawe. Pozdrawiamy Brukselę.
Oliver Grimm: Wszystkiego dobrego.
Przeczytaj także:
Chorwacja: vdl zależy od mężczyzn
Anna Wallner: Oliver Grimm opowiedział nam, jak Ursula von der Leyen jest postrzegana od środka brukselskiej machiny. Ale zupełnie inną kwestią jest to, jak odbierają ją mieszkańcy państw członkowskich.
Dlatego przenosimy się do Chorwacji. Irena Frlan Gašparović i Jasmin Klarić, dziennikarze chorwackiego portalu Telegram, rozmawiają o tym, czy Chorwaci wiedzą, kim jest Ursula von der Leyen, i co o niej sądzą.
Nie ma sondaży mierzących bezpośrednio jej popularność, ale zdaniem naszych rozmówców jej wizerunek w dużej mierze zależy od dwóch mężczyzn: premiera Andreja Plenkovicia i prezydenta Zorana Milanovicia.
Irena Frlan Gašparović: Cześć wszystkim. Nazywam się Irena Frlan Gašparović i jestem dziennikarką chorwackiego portalu Telegram. Jest ze mną mój kolega Jasmin Klarić.
Dziś porozmawiamy o tym, jak w Chorwacji postrzegana jest przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen. Co myślą o niej Chorwaci? Czy wiedzą, kim jest? I czy ją lubią?
Zacznijmy od liczb.
Nie mamy badań dotyczących poparcia dla samej von der Leyen, ale mamy dane na temat rozpoznawalności Komisji Europejskiej. W 2024 roku słyszało o niej około 83 procent Chorwatów. Dziś to już 89 procent.
Mam wrażenie, że sama von der Leyen jest w Chorwacji bardzo dobrze rozpoznawalna – być może nawet lepiej niż niektórzy krajowi politycy.
Ale pozostaje pytanie: czy ludzie ją lubią?
Jasmin Klarić: Tego nie możemy powiedzieć z całą pewnością, bo nie mamy odpowiednich badań. Mam jednak wrażenie, że Chorwaci nie darzą jej szczególną sympatią, głównie dlatego, że jest bardzo blisko związana z Andrejem Plenkoviciem. Kiedy odwiedza Chorwację, często widzimy ich razem. Pozują do zdjęć i sprawiają wrażenie bardzo zaprzyjaźnionych.
Irena Frlan Gašparović: Wyjaśnijmy słuchaczom: Andrej Plenković jest premierem Chorwacji. Czy twoim zdaniem obraz von der Leyen kształtują przede wszystkim dwaj najważniejsi politycy w kraju – premier Plenković z jednej strony i prezydent Zoran Milanović z drugiej?
Jasmin Klarić: Zdecydowanie. Plenković i Milanović przedstawiają zupełnie odmienne obrazy zarówno von der Leyen, jak i samej Unii Europejskiej.
Irena Frlan Gašparović: Pozwól, że przeczytam kilka cytatów:
„Po pierwsze, tych ludzi nikt nie wybrał. Kto wybrał Ursulę von der Leyen? Ursula von der Leyen i Kaja Kallas nie mogą wypowiadać się w imieniu Chorwacji. To urzędnicy najwyższego szczebla, ale jednak urzędnicy. Przewodnicząca Komisji powinna zajmować się jakością wina i kontrolą sanitarną grzybów”.
Wiesz, kto to powiedział?
Jasmin Klarić: Oczywiście. Od razu słychać, że to Zoran Milanović, który dziś ustawia się bardzo blisko pozycji eurosceptycznych i właśnie z takiej perspektywy patrzy na von der Leyen.
Irena Frlan Gašparović: Przypomnijmy: kiedy Chorwacja wstępowała do Unii w 2013 roku, Milanović był premierem i politykiem głównego nurtu socjaldemokracji. Nikt nie uważał go wtedy za eurosceptyka. Dziś, kiedy mówi o von der Leyen czy Brukseli, brzmi momentami jak prawicowy populista. Skąd się wzięła ta zmiana? Czy przede wszystkim z politycznej rywalizacji z premierem Plenkoviciem?
Jasmin Klarić: W dużej mierze właśnie z tego.
Żartujemy czasem, że gdyby Plenković został eurosceptykiem, Milanović natychmiast stałby się największym euroentuzjastą.
Jego stanowisko wynika przede wszystkim z rywalizacji z Plenkoviciem, a von der Leyen jest tylko jednym z tematów, w których obaj stoją po przeciwnych stronach.
Irena Frlan Gašparović: Plenković i von der Leyen należą do tej samej europejskiej rodziny politycznej – Europejskiej Partii Ludowej. W Chorwacji Plenković uchodzi za jednego z jej najbardziej lojalnych sojuszników w Radzie Europejskiej, a jego nazwisko regularnie pojawia się w spekulacjach dotyczących najwyższych stanowisk w UE. Jak wyglądają ich relacje?
Jasmin Klarić: Podczas pierwszej kadencji von der Leyen były bardzo bliskie. Teraz, przynajmniej za kulisami, wydają się trochę chłodniejsze, choć publicznie tego nie widać. Mimo wszystko sposób, w jaki Chorwaci patrzą na von der Leyen, nadal w ogromnej mierze zależy od konfliktu między Plenkoviciem a Milanoviciem.
Irena Frlan Gašparović: Czyli w uproszczeniu: zwolennik Plenkovicia widzi w przewodniczącej Komisji potężną sojuszniczkę w Brukseli, a zwolennik Milanovicia – odległą, pouczającą wszystkich eurokratkę. Tak to działa?
Jasmin Klarić: Mniej więcej tak.
Trzeba też dodać, że w ostatnich miesiącach poparcie dla Andreja Plenkovicia słabnie. A to nie pomaga również wizerunkowi von der Leyen.
Polska: podział i w sprawie vdL
Anna Wallner: Tyle Chorwacja. Przenieśmy się do Polski. Według sondażu CBOS z lutego 2026 roku 43 procent Polaków nie ufa Ursuli von der Leyen, a zaufanie do niej deklaruje 31 procent.
Paulina Pacuła z OKO.press opowiada, dlaczego jej wizerunek w Polsce jest tak mocno spolaryzowany.
Paulina Pacuła: Ursula von der Leyen jest w Polsce bardzo dobrze znana. Nie jest już postrzegana wyłącznie jako wysoka rangą urzędniczka UE. Stała się samodzielną postacią polityczną i jedną z najbardziej rozpoznawalnych twarzy Brukseli.
Dobrze pokazują to badania. W sondażu CBOS z lutego 2026 roku rozpoznawało ją 93 procent Polaków – to bardzo wysoki wynik jak na zagraniczną polityczkę. Dla porównania Emmanuela Macrona nie rozpoznawało 10 procent badanych, Viktora Orbána 11 procent, a Giorgii Meloni 28 procent. Marcowy sondaż IBRiS dał podobny wynik – 95 procent.
Ale rozpoznawalność nie oznacza sympatii. W badaniach IBRiS z marca i lipca około 35–40 procent respondentów oceniało ją pozytywnie lub deklarowało zaufanie. Negatywnie odnosiło się do niej albo jej nie ufało od 50 do 60 procent.
Bardzo wyraźnie widać przy tym podział polityczny.
Wśród zwolenników ugrupowań rządzących – między innymi Koalicji Obywatelskiej i Lewicy – prawie 70 procent ufa von der Leyen. Wśród wyborców PiS i Konfederacji zaufanie do niej deklaruje zaledwie około 5 procent.
Na polskiej prawicy von der Leyen stała się wygodnym symbolem tego, co przedstawiane jest jako nadmierna ingerencja Brukseli: polityki klimatycznej, Europejskiego Zielonego Ładu, paktu migracyjnego czy zbyt rozbudowanych regulacji. W tej narracji uosabia Brukselę narzucającą swoją politykę państwom członkowskim. W bardziej radykalnej wersji zarzuca się jej wręcz realizowanie interesów niemieckich zamiast wspólnych interesów Europy.
Ta narracja często łączy się z atakami na premiera Donalda Tuska.
Czy von der Leyen jest postrzegana przez pryzmat Angeli Merkel? Do pewnego stopnia tak. Merkel wciąż jest w Polsce silnie kojarzona z reakcją na kryzys migracyjny w 2015 roku. Krytycy von der Leyen przedstawiają politykę obecnej Komisji jako kontynuację podejścia Merkel.
Łączą się tu dwa często powracające na polskiej prawicy motywy: sprzeciw wobec unijnej polityki migracyjnej oraz przekonanie, że Niemcy mają zbyt duży wpływ na decyzje podejmowane w Unii.
Reakcje na orędzie o stanie Unii z września 2026 roku dobrze pokazały tę polaryzację. Europosłowie koalicji rządzącej w większości pozytywnie oceniali propozycje dotyczące bezpieczeństwa, obronności, energetyki i suwerenności cyfrowej. PiS i Konfederacja krytykowały je jako zbyt daleko idące, ideologiczne i szkodliwe dla europejskich gospodarek.
W Polsce Ursula von der Leyen stała się więc mocno upolitycznionym symbolem, na który różne obozy polityczne nakładają własne wizje Europy.
Niemcy: vdL bardziej kontrowersyjna niż KE
Anna Wallner: Dziękujemy Paulinie Pacule za perspektywę z Polski.
A jak wyglądają relacje Ursuli von der Leyen z krajem, w którym się urodziła i zrobiła polityczną karierę? Rozmawiam o tym z Nicolaiem von Ondarzą, szefem zespołu badawczego ds. UE w berlińskiej Stiftung Wissenschaft und Politik, SWP.
Nicolai von Ondarza: Relacje von der Leyen z obecnym niemieckim rządem są skomplikowane. Choć wywodzi się z CDU, wcześniej nie należała do politycznego obozu Friedricha Merza. SPD z kolei miała z nią trudne relacje zarówno wtedy, gdy była ministrą obrony, jak i dziś, kiedy kieruje Komisją. W Niemczech jest więc postrzegana raczej jako samodzielna europejska polityczka niż jako „niemiecka” przewodnicząca Komisji.
Anna Wallner: A co zostało z jej dawnych związków z Angelą Merkel?
Nicolai von Ondarza: Znacznie mniej niż kiedyś. Kiedy w 2019 roku von der Leyen obejmowała stanowisko przewodniczącej Komisji, była przedstawiana jako bliska sojuszniczka Merkel, wyniesiona na to stanowisko dzięki Merkel i Macronowi.
Z czasem zaczęła być postrzegana przede wszystkim jako samodzielna postać polityczna. Dziś dyskusja dotyczy raczej jej działań podczas pandemii i wojny w Ukrainie, dziedzictwa Zielonego Ładu oraz tego, na ile potrafi przestawić Komisję na kwestie konkurencyjności europejskiej gospodarki.
Anna Wallner: Czy wzrost znaczenia przewodniczącej Komisji to przede wszystkim zasługa samej von der Leyen, czy efekt szerszych zmian instytucjonalnych?
Nicolai von Ondarza: Patrząc z zewnątrz, wyraźnie widać, że Ursula von der Leyen zmieniła sposób sprawowania tej funkcji. Pełni ją znacznie bardziej „prezydencko” niż jej poprzednicy. Wspólnie z bardzo wpływowym szefem gabinetu sprawuje ścisłą kontrolę nad najważniejszymi inicjatywami Komisji.
Co ciekawe, w Niemczech sama von der Leyen budzi większe kontrowersje niż Komisja Europejska jako instytucja.
Stała się twarzą trudnych decyzji Unii – choćby w sprawie szczepionek podczas pandemii czy wsparcia dla Ukrainy.
Anna Wallner: Kto jest jej największym krytykiem w Niemczech? AfD i skrajna prawica czy również inne środowiska?
Nicolai von Ondarza: Najostrzej krytykują ją skrajna prawica i wyborcy AfD. Ale coraz więcej kontrowersji budzi również we własnej CDU. Wśród niemieckich chadeków narasta krytyka nadmiernej biurokracji i pojawiają się głosy, że von der Leyen robi zbyt mało, by ograniczyć unijne obciążenia regulacyjne. Paradoksalnie najmniej kontrowersji wzbudza chyba wśród Zielonych, którzy popierali znaczną część jej programu.
Anna Wallner: Jak w Niemczech przyjęto jej przemówienie z 16 września?
Nicolai von Ondarza: Zainteresowanie było niewielkie, bo uwaga opinii publicznej skupiała się na wyborach regionalnych w Saksonii-Anhalt i Meklemburgii-Pomorzu Przednim. Media odnotowały przede wszystkim kilka najbardziej efektownych propozycji dotyczących bezpieczeństwa – między innymi pomysł stowarzyszenia Kanady z UE czy utworzenia Europejskiej Rady Bezpieczeństwa.
Jednocześnie bardzo różne redakcje – od „taz” po „FAZ” – zwracały uwagę, że pomysłów było tak wiele, iż zabrakło zarówno spójnej opowieści, jak i odpowiedzi na pytanie, które z nich da się rzeczywiście zrealizować.
Anna Wallner: Von der Leyen przetrwała już kilka wniosków o wotum nieufności. Jak stabilne jest dziś jej zaplecze i co to oznacza dla drugiej połowy kadencji?
Nicolai von Ondarza: Wśród niemieckich partii jej pozycja jest dość stabilna. Większym zagrożeniem może być wyborczy super rok 2027 – wybory we Francji, Włoszech, Hiszpanii i Polsce. Mogą one jeszcze bardziej przesunąć polityczny środek ciężkości w państwach członkowskich na prawo.
Im silniejsza będzie skrajna prawica w europejskich stolicach, tym trudniej będzie von der Leyen prowadzić politykę opartą na szerokim centrum. Z czasem może tracić poparcie zarówno rządów państw członkowskich, jak i Parlamentu Europejskiego. Pod koniec kadencji grozi jej więc polityczne osłabienie – zwłaszcza że nie zamierza ubiegać się o trzecią kadencję.
Anna Wallner: Bardzo dziękuję za rozmowę.
Nicolai von Ondarza: Dziękuję.
***
Anna Wallner: To był 13. odcinek LensEU. Przyjrzeliśmy się Ursuli von der Leyen z perspektywy Brukseli, Zagrzebia, Warszawy i Berlina.
Dwie z tych perspektyw okazały się do siebie bardzo podobne. W Chorwacji i Polsce ocena von der Leyen zależy w dużej mierze od tego, po której stronie krajowego sporu politycznego stoi dana osoba.
Bruksela i Berlin pokazują nieco inny obraz.
Więcej na ten temat przeczytacie w naszym newsletterze, za który w tym tygodniu odpowiada w wiedeńskiej redakcji „Die Presse” Tina Stani.
Jeśli podobał wam się ten odcinek, powiedzcie o nim innym.
A jeśli interesują was podobne tematy, regularnie zaglądajcie do LensEU. Nasze podcasty i newslettery znajdziecie po niemiecku, chorwacku, polsku i łotewsku.
W przyszłym tygodniu ukaże się 14. odcinek, przygotowany przez CORRECTIV Europe.
Nazywam się Anna Wallner. Dziękuję za wysłuchanie.
Do usłyszenia.
A jeśli wolisz czytać, zasubskrybuj nasz newsletter LensEU. Znajdziesz w nim informacje na tematy europejskie z pięciu krajów biorących udział w projekcie.

Komentarze