Prawa autorskie: AFPAFP
09 listopada 2022

Nie mają hełmów, karabinów i opału. Rosja wysyła takich poborowych na ukraiński front

"W rosyjskiej armii można dostać atrapę hełmu, która składa się z owiniętych w materiał metalowych połówek, przypominających miski. Albo zardzewiały karabin" - relacjonuje Witold Głowacki. "Ukraińcy pozbawili Rosję niemal całego potencjału ofensywnego. A magazyny są puste"

"Wojna w Ukrainie nie tyle drastycznie zwiększyła prawdopodobieństwo rosyjskiego ataku na Polskę, co radykalnie i drastycznie je zmniejszyła" - przekonuje Witold Głowacki, dziennikarz OKO.press, odpowiadając na pytania słuchaczek podcastu "Powiększenie". "Ukraińska armia była w stanie wstrzymać w zasadzie cały obecnie istniejący potencjał wojsk lądowych armii Federacji Rosyjskiej. Siły zbrojne Ukrainy zatrzymały Rosjan i w dużej mierze po prostu zniszczyły ich potencjał ofensywny".

"Kaliningrad został niemal opróżniony z wojsk lądowych" - wskazuje Głowacki w rozmowie z Agatą Kowalską. "Rosjanie przez długie lata nie będą mieli jak zaatakować, czy to naszego kraju, czy krajów bałtyckich. I czym". Czy filmiki o rosyjskich poborowych dostępne w internecie pokazują prawdę? "Tak, poborowym zostało dostarczone minimum środków do walki i przetrwania. Albo po prostu nie zostały im dostarczone. Stąd też te bunty żołnierzy, którzy nie mają butów, którym wydano zardzewiałe karabiny z zakrzywionymi lufami, którzy mają albo hełm, albo kamizelkę, ale żaden z danej jednostki nie ma kompletu sprzętu" - tłumaczy Głowacki. A jednocześnie, zdaniem dziennikarza "odsetek takich poborowych na linii frontu w Ukrainie będzie stale rósł".

Więcej pełnych nadziei analiz Witolda Głowackiego w podcaście "Powiększenie". Posłuchaj albo przeczytaj!

„Powiększenie” to podcast Agaty Kowalskiej, dziennikarki OKO.press. Dwa razy w tygodniu autorka zadaje doskonale przygotowane, precyzyjne pytania politykom, ekspertkom, a czasem uczestnikom wydarzeń. Postanowiliśmy publikować także zapis tekstowy podcastów, żeby podkreślić ich wartość, bo informują, objaśniają i skłaniają do myślenia. Liczymy także na to, że osoby, które wolą czytać niż słuchać, zachęcimy do zmiany tego nastawienia i sięgną po podcasty Kowalskiej. Czyta się je dobrze, ale słucha jeszcze lepiej.

Agata Kowalska: Jak słyszycie, „Powiększenie” zaczynamy dzisiaj od piosenki, a nawet kilku. (rosyjska muzyka w tle) Te pienia to występy artystów zorganizowane dla świeżo zmobilizowanych rosyjskich żołnierzy. Niby nic nadzwyczajnego: надо podnosić morale. Tyle tylko, że reżimowa telewizja „Zwiezda News”, która przygotowała ten materiał, nieopacznie uwzględniła w nim wszystko. W tym potężne błocko, na którym - wyobraźcie to sobie - stoją zmarznięci poborowi. Część obniża na dodatek morale, chowając ręce do kieszeni, bo nie mają rękawiczek; mało też, który podryguje albo śpiewa. Bardzo niemrawo klaszczą. A kamerzysta „Zwiezda News” kadrował zupełnie nieodpowiedzialnie, bo główną bohaterką filmu stała się kupa siana, usypana na tym błocie i służąca za scenę dla muzyków. Właśnie w tej słomie podrygują artyści, starając się wzbudzić entuzjazm żołnierzy.

View post on Twitter

Ten filmik o koncercie na słomie i w błocie to jeden z wielu. Inne pokazują na przykład bunty poborowych - jak w Kazaniu - którzy nie mają butów, jedzenia i opału i każą swoim dowódcom "wy...lać". Widzieliśmy też filmiki, w których poborowi wyrażają swoją opinię o rosyjskiej armii, upijając się do nieprzytomności.

View post on Twitter

Pytanie, czy to pijaństwo, brak butów, opału i ogólny brak morale to jest obraz całej rosyjskiej armii? Bo może jest to obraz tylko tej części, która składa się z nowych poborowych? A może w ogóle to są wyjątki? I co by to oznaczało dla Ukrainy, która broni się przed agresorem? Czy to dobre wieści? I czy nie jest tak, że najwyższą skuteczność Putin osiąga, walcząc nie z żołnierzami, a z cywilami, odcinając ich od prądu i od ciepła? To sprawdzimy dzisiaj w Powiększeniu. Zapraszam!

A naszym gościem jest Witold Głowacki, dziennikarz OKO.press, który od 24 lutego śledzi sytuację na ukraińskim froncie. Dzień dobry, Witku.

Witold Głowacki: Dzień dobry, Agato, dzień dobry państwu.

Czy jesteś w stanie oszacować, na ile te filmiki o pijaństwie poborowych, o buntach, o braku zaopatrzenia, opału, rękawic to jest obraz rosyjskiego wojska? Czy też jednak to są wpadki przy pracy i sytuacja w rosyjskiej armii – jakkolwiek chcielibyśmy pewnie, żeby tak wyglądała – ale jednak nie jest aż tak zła?

Pierwsze, co musimy powiedzieć, to że te filmiki to już w tej chwili jest zjawisko masowe. Ja widziałem kilkadziesiąt takich nagrań. Sam fakt, że kilkadziesiąt takich nagrań przebiło się przez rosyjską infosferę na tyle mocno, że i my możemy je oglądać, świadczy o tym, że to jest zjawisko masowe. I na to propaganda rosyjska odpowiada właśnie eventami w rodzaju tego koncertu na słomie, który sam w sobie pokazuje, jak to strasznie przaśnie, paździerzowo, ale też pod każdym względem niebezpiecznie dla rosyjskich poborowych, wygląda na froncie. Im zostało dostarczone minimum środków do walki i przetrwania w tych coraz też trudniejszych warunkach atmosferycznych. Albo one po prostu nie zostały im dostarczone.

Stąd też te bunty żołnierzy, którzy nie mają butów, którym wydano zardzewiałe karabiny z zakrzywionymi lufami, którzy mają albo hełm, albo kamizelkę,

jednak żaden z danej jednostki nie ma kompletu sprzętu. Tego jest mnóstwo i oglądamy to coraz częściej i w coraz różniejszych, choć podobnych do siebie wersjach. Ale...

Pozwól, że ci tu przerwę i przypomnę, że również w OKO.press pisaliśmy o tym, że całe wsie, a nawet okręgi zrzucają się na wyposażenie dla swoich poborowych, tj. dla chłopaków, którzy właśnie ruszają na front. Robią zbiórki na ich buty, plecaki, sprzęt, ponieważ nieoficjalna informacja jest taka, że jak sobie tego nie kupią, to po prostu tego nie dostaną i będą biegać na bosaka.

Oczywiście. Co więcej, część tych lepiej sytuowanych poborowych kupuje sobie wszystko sama. Bo

w rosyjskiej armii można dostać atrapę hełmu, która składa się z owiniętych w materiał takich dwóch metalowych, przypominających miski połówek,

a pośrodku nie ma nic. Demontaż takiego hełmu, w wykonaniu zresztą samych Rosjan, oglądałem na kanale Telegram.

View post on Twitter

Więc nic dziwnego, że oni sami kupują podstawowe środki wyposażenia i ochrony osobistej. Ale pytałaś i to jest bardzo istotne pytanie, czy to obraz sytuacji wśród poborowych, czy obraz w rosyjskiej armii. Na razie jest to obraz wśród poborowych, który jednakże z czasem będzie coraz bardziej stawał się obrazem całej rosyjskiej armii walczącej w Ukrainie.

Dlaczego?

Dlatego, że zmobilizowani, których liczba przekroczyła 320 tys., są przede wszystkim kierowani do bieżących uzupełnień w jednostkach walczących na froncie. Lub tworzy się w trybie ad hoc takie oddziały poborowych, które rotują siły walczące na froncie.

Odsetek poborowych na linii frontu w Ukrainie będzie stale rósł

i z czasem oni zastąpią niemal wszystkich walczących tam żołnierzy. Takie jest zresztą założenie tej – zdaniem Kremla ograniczonej, a w rzeczywistości raczej masowej – mobilizacji prowadzonej przez Rosję.

Czy ten brak zaopatrzenia, brak opieki nad żołnierzami wynika z tego, że nikt się tej mobilizacji nie spodziewał? Bo sam Putin zapewniał wielokrotnie, że absolutnie do niej nie dojdzie, później opowiadał bajki o częściowej mobilizacji. I w związku z tym tego sprzętu po prostu nie ma, ale za chwilę zostanie uzupełniony produkcją z rosyjskich fabryk? Czy też ten poziom, no nie mogę użyć brzydkich słów w podcaście, ale poziom bałaganu będzie się utrzymywał aż do wiosny, kiedy już można biegać w sandałach?

O wiele prędzej to drugie, dlatego że doktryna rosyjskiej armii zakłada, że w przypadku realnego zagrożenia, gdyby np. Rosja miała zostać zaatakowana przez kraje NATO, to wojsko opierać się będzie o rozwinięcia mobilizacyjne. Czyli armia zyskałaby wszystkie swoje możliwości obronne dopiero po przeprowadzeniu pełnej mobilizacji. A taka konstrukcja armii musi zakładać, że w magazynach znajduje się odpowiednia ilość, odpowiednich typów sprzętu i wyposażenia dla kolejnego, zmobilizowanego miliona żołnierzy. Bo mniej więcej takie są te maksymalne rosyjskie plany mobilizacyjne na wypadek wielkiej, światowej wojny.

To, że sprzętu nie starczyło dla 320 tys. ludzi, z których dopiero jakieś 50 – 60 tys. trafiło na linię frontu i stamtąd raportują braki w wyposażeniu, to wszystko świadczy o tym, że

poziom zapasów magazynowych w Rosji na wypadek mobilizacji musiał być jedną wielką fikcją.

To już jest osobna historia, czy to zostało rozkradzione, czy może nigdy nie istniało, bo pieniądze na te cele zostały po prostu wcześniej rozkradzione. To wszystko jest fascynujące, ale efekt jest taki, jaki jest: ci poborowi otrzymują niewystarczające wyposażenie, które w części nie spełnia w ogóle współczesnych standardów.

I tu płynnie przechodzimy do pytania, gdzie tak naprawdę toczy się ta wojna i w jakim stopniu zaopatrzenie poborowych jest istotne dla przebiegu tej wojny. Bo to, co najbardziej nas teraz niepokoi, to nie jest starcie dwóch armii, tylko ataki rosyjskie na cele cywilne. Szczególnie na elektrownie, na ciepłownie, co utrudni życie Ukrainkom i Ukraińcom. Na ile ta część armii, odpowiedzialna za ataki rakietowe i dronami, działa skutecznie? Pamiętam, że w poprzedniej naszej rozmowie, w październiku, mówiłeś dość optymistycznie, że Rosjanie owszem atakują elektrownie, ale niecelnie trafiają; było w tobie więcej nadziei. A później widziałam, że w swoich tekstach ubolewałeś, że ta ofensywa Rosjan, nazwałeś ją rakietowo-dronową, jest niestety skuteczna.

Z całą pewnością ta uruchomiona 10 października ofensywa rakietowo-dronowa okazała się mocno skuteczna, jeżeli chodzi o niszczenie ukraińskiej infrastruktury energetycznej i ciepłowniczej. To stwarza bardzo poważne zagrożenie dla ludności cywilnej w skali właściwie całego kraju, ale w szczególności w dużych miastach – przed nadchodzącą zimą. Szczęśliwie od kilkunastu już dni można mówić o tym, że

natężenie tej powietrznej dronowo-rakietowej ofensywy słabnie.

Liczba ataków przeprowadzonych średnio w ciągu jednego dnia powolutku, powolutku maleje. I jest nadzieja, że zasoby sprzętu, którym Rosjanie dysponują, zarówno pocisków manewrujących, jak i dronów-kamikadze, po prostu maleją. Czy może się zbliżać to do poziomu, który jest niemal pewny w przypadku Iskanderów, czyli pocisków balistycznych, których zostało Rosjanom niewiele ponad sto? Tak, i tu jest szansa, że te zasoby stają się na tyle ograniczone, że kontynuowanie tej bardzo groźnej ofensywy na dłuższą metę nie będzie możliwe.

Natomiast oczywiście nie da się ukryć, że skutki tej całej operacji dronowo – rakietowej są poważne, bardzo poważne. W kolejnych ukraińskich komunikatach często pojawiają się liczby 30 - 40 proc. wyłączeń infrastruktury energetycznej. Jednak warto zauważyć, że one już przestały rosnąć i to się wiąże z tym, że ukraińscy energetycy na bieżąco dokonują licznych napraw. Ale są też takie elementy sieci energetycznej, które zostaną naprawione dopiero za kilka tygodni lub miesięcy ze względu na to, że niektóre urządzenia zniszczone przez Rosjan trzeba zamawiać w bardzo wyspecjalizowanych zakładach, gdzieś na Zachodzie, czekać aż one powstaną i zostaną dostarczone na Ukrainę. Tak jest z niektórymi typami transformatorów, o czym można przeczytać w świetnym wywiadzie, który z ważnym ukraińskim energetykiem zrobiła dla OKO.press Krystyna Garbicz.

To odsyłamy wszystkich na portal OKO.press, tam teksty ukraińskie w dużej ilości i wszystkie dobre – mówię to absolutnie poważne. A tymczasem obiecałam słuchaczowi, panu Pawłowi, że dokonamy wspólnie przeglądu frontów. A to dlatego, że pan Paweł pytał na Twitterze o bardzo konkretny punkt na mapie, o miasto Bachmut i pisał: „Czy nieustanne ataki na Bachmut mają jakąkolwiek wartość strategiczną, biorąc pod uwagę ilość poniesionych strat?” Rozumiem, że pan Paweł troszczy się tu o rosyjską strategię (śmiech). Czy Bachmut jest teraz kluczowy? Które punkty Ty byś wyznaczył jako istotne na froncie?

Bachmut pozostaje trochę niewyjaśnioną, trochę irracjonalną rosyjską obsesją od pierwszych dni lipca...

Powiedzmy najpierw, gdzie to miasto leży. Może ma jakieś strategiczne znaczenie?

Miał, miał zdecydowanie znaczenie strategiczne, dlatego że Bachmut, tak w ogromnym przybliżeniu, leży w połowie drogi od Łysyczańska do Słowiańska.

Czyli znowu wędrujemy na koniuszek Ukrainy, niedaleko Doniecka.

Tak, tak, to jest wszystko teren na południe od rzeki Doniec, na pograniczu obwodów ługańskiego i donieckiego, przy czym Bachmut jest już w obwodzie donieckim. Dopóki Rosjanie kierowali się tą oto wizją, że spod Iziumu uda im się zaatakować i zdobyć Słowiańsk i Karmatorsk, a następnie wejść na tyły ukraińskich wojsk w Donbasie i jednocześnie atakowali z drugiej strony od wschodu, od Sewierodoniecka i Łysyczańska, dopóty uderzenie na Bachmut od wschodu miało jak najbardziej sens. To była jakaś szansa na rozbicie ukraińskiej obrony Donbasu przez wzięcie jej w pancerne kleszcze z dwóch stron i w ten sposób w zasadzie przebicie się przez całe ukraińskie ugrupowanie w Donbasie. Od czasu, jednak, kiedy Ukraińcy odbili Izium i przekreślili te rosyjskie szanse na zdobywanie Donbasu, od tego momentu Bachmut jest takim samym miastem przy linii frontu, jak wszystkie inne.

To, że Rosjanie tak uporczywie starają się to miasto zdobyć, wiąże się chyba przede wszystkim z rosyjską polityką i kremlowskimi rozgrywkami, które toczą się w Moskwie pomiędzy różnymi grupami siłowików i rosyjskich polityków. Bachmut ma tę oto tajemnicę, że za ten kierunek odpowiada Grupa Wagnera, czyli wagnerowcy, najemnicy ze stajni Jewgienija Prigożyna. Czyli inaczej od pozostałych odcinków frontu, za które w Donbasie odpowiada regularna armia.

Jakie jest zatem uzasadnienie dla tych niekończących się wysiłków Rosjan? Bo od pierwszych dni lipca do dzisiaj cały czas trwają próby zdobycia tego miasta i ono cały czas pozostaje niezdobyte.

Jedyne, co tam Rosjanom się udało, to wejść na obrzeża Bachmutu i zająć obiekt strategiczny w postaci bachmuckiego wysypiska śmieci.

Kosztowało to już życie już tysięcy rosyjskich żołnierzy. Tam podczas jednego natarcia potrafiło ich zginąć, w najbardziej pechowych dla Rosjan momentach, kilkudziesięciu, albo stu, a natarć było już kilkadziesiąt, jeżeli nie powyżej setki. To jest miejsce bardzo krwawych dla Rosjan walk.

Jedyne wytłumaczenie, dla którego oni wciąż upierają się na ów Bachmut, chociaż ten atak stracił już strategiczny sens, wiąże się z tym, co się dzieje między Prigożynem, a dowództwem armii, szefostwem MON. Czyli z jakimś rodzajem rywalizacji, konkurencji. Zapewne ludzie Prigożyna chcą pokazać w ten sposób, że walczą w sposób bardziej efektywny i są bardziej wartościowi od regularnych żołnierzy, co zresztą jest jasne, również dla samych Rosjan.

Jakie inne punkty na frontach powinniśmy w tym miesiącu, w listopadzie szczególnie obserwować?

Zdecydowanie powinniśmy obserwować to, co dzieje się jeszcze dalej, na północ od Bachmutu i w ogóle linii rzeki Doniec, czyli to, co się dzieje wzdłuż drogi R66 łączącej Rubiżne, Kreminną, Swatowe. Tam ciągle trwa bardzo powolna, ale skuteczna ukraińska ofensywa. W jej wyniku Ukraińcy zdążyli się już do tej strategicznie ważnej dla Rosjan drogi bardzo mocno zbliżyć. Już nawet pojawiały się doniesienia o jej przecięciu. Tam decydują się losy obecności Rosjan w północnej części obwodu ługańskiego i oczywiście także na pograniczu z obwodem charkowskim. I tam mogą się też z czasem zdecydować losy wojny w Donbasie. Gdyby Ukraińcy zdołali się wedrzeć jeszcze kilkadziesiąt kilometrów dalej niż obecnie, to wówczas Rosjanie na południu, czyli we właściwym zagłębiu donieckim byliby coraz bardziej narażeni na manewry okrążające od północy. Więc to jest bardzo ważny obszar frontu.

Nieodmiennie bardzo ważnym obszarem frontu pozostaje północna część prawobrzeżnej chersońszczyzny i cała prawobrzeżna chersońszczyzna z Chersoniem włącznie. Tam ciągle jest możliwe, że albo Rosjanie wycofają się na lewy, czyli wschodni brzeg Dniepru, albo zostaną do tego zmuszeni przez nacierających Ukraińców. Obecnie na tym odcinku frontu trwa rodzaj pauzy operacyjnej po stronie Ukraińców, co jednak nie zmienia faktu, że toczą się tam intensywne, pozycyjne walki.

Od redakcji: rozmowa odbyła się jeszcze zanim rosyjskie dowództwo oznajmiło, że wycofuje wojska na lewy brzeg Dniepru. Więcej o tym tutaj:

A porty czarnomorskie, Krym? Czy powinniśmy w tym miesiącu również liczyć na jakieś spektakularne, udane ataki?

Ja myślę, że jest to jak najbardziej możliwe, zwłaszcza po tym, co zademonstrowali Ukraińcy, atakując port w Sewastopolu. Co prawda do dziś nie przyznali się jednoznacznie do przeprowadzenia tego ataku, ale taki atak miał miejsce. To był kombinowany atak dronów nawodnych i powietrznych; bardzo skuteczny, bo skutkował uszkodzeniami czterech rosyjskich okrętów i był policzkiem wymierzonym w twarz floty czarnomorskiej i zdaje się nawet w jej okręt flagowy. Więc Ukraińcy zademonstrowali, że mają takie możliwości i że żaden rosyjski okręt czy w portach, czy na Morzu Czarnym nie może się już czuć bezpieczne.

Jednocześnie Ukraińcy pokazali w ten sposób, że mają odpowiednią technologię nie tylko do samego przeprowadzenia ataku, ale też do pokierowania nim. Bo oto w jakiś sposób drony przebywające bardzo daleko od kontrolowanych przez Ukrainę wybrzeży zachowały łączność z operatorami. Być może został do tego użyty jeszcze inny rodzaj drona, nazwijmy go dronem kierowania ogniem, który w tym czasie znajdował się gdzieś wysoko, np. w przestworzach. I to świadczy o tym, że taki atak można w tej chwili przeprowadzić na przykład na okręt znajdujący się na morzu i szykujący się akurat do odpalenia rakiet przeciwko Ukrainie.

Na dodatek w ostatnim czasie bardzo zmalało wykorzystanie pocisków manewrujących odpalanych z rosyjskich okrętów na Morzu Czarnym, co też może być skutkiem tego ataku. Czy Ukraińcy mogą jeszcze coś podobnego pokazać i nas zaskoczyć? Z całą pewnością tak, zwłaszcza że ten atak na port w Sewastopolu był zaskakujący również dla ekspertów i zewnętrznych obserwatorów tej wojny. To było coś, co do tej pory na polach bitew i wojen współczesnego świata nie miało jeszcze miejsca.

Ukraińcy okazują bardzo daleko idącą inwencję w planowaniu tego typu operacji.

A ja tutaj w tym czasie próbuję wyznaczyć trasę do miasta Kercz, ale tak, żeby przejechać mostem krymskim. [słychać stukot klawiatury] I Google Maps, z których akurat teraz korzystam, uparcie kieruje mnie i mój wymyślony, wirtualny samochód na prom. Jak to jest z tym mostem? Czy Rosjanie go naprawili? Twierdzili przecież, że nie został zbyt poważnie uszkodzony. Dlaczego Google Maps nie chce mnie nim prowadzić?

Bo most pozostaje nieczynny. Rosjanie rozebrali spory kawałek tej kompletnie zniszczonej nitki drogowej, a druga nitka jest mocno naruszona i prawdopodobnie też wymaga bardzo daleko idących remontów. Rosjanie już sami zapowiedzieli, i to miało miejsce ze dwa tygodnie temu, że remont mostu może potrwać do lipca przyszłego roku.

No to slava Ukraini! (śmiech). Wracając do głosów słuchaczy, to pani Maria ma nie tyle pytanie, co pomysł na cały odcinek „Powiększenia”. Ale ty jej obiecałeś na Twitterze, że damy radę odpowiedzieć już teraz. Czytam zatem zamówienie słuchaczki: „Jakie są wnioski dla cywilów z tej inwazji Rosji na Ukrainę? Gdzie jest bezpieczniej, w mieście, czy na wsi? Jak postępować wobec okupantów: współpraca czy partyzantka? Jak przygotować się do ewentualnej ewakuacji (plecak ewakuacyjny)?” Co byś jej odpowiedział?

Skupiłbym się na wnioskach dla Polski i dla polskich cywilów. I tutaj musimy zacząć od jednej zasadniczej rzeczy:

wojna w Ukrainie nie tyle drastycznie zwiększyła prawdopodobieństwo rosyjskiego ataku na Polskę czy inny kraj NATO, co radykalnie i drastycznie je zmniejszyła.

My w tej chwili nie powinniśmy specjalnie przejmować się perspektywą tego, że Rosja mogłaby zaatakować nasz kraj lub kraje bałtyckie w konwencjonalny sposób, w taki, w jaki zaatakowała Ukrainę.

Chcesz powiedzieć, że nie mają tych butów i hełmów, że nie mają jak nas atakować? Czy masz na myśli coś zupełnie innego?

Mam na myśli to, że ukraińska armia była w stanie wstrzymać w zasadzie cały obecnie istniejący potencjał wojsk lądowych armii Federacji Rosyjskiej. Siły zbrojne Ukrainy zatrzymały Rosjan i w dużej mierze po prostu zniszczyły ich potencjał ofensywny, czego sztandarowym przykładem pozostają przygotowywane do ewentualnej konfrontacji z Zachodem jednostki I armii pancernej, które zostały rozbite do szczętu.

Pojawiło się też wśród głosów słuchaczy pytanie o Kaliningrad, który rzeczywiście został niemal opróżniony z wojsk lądowych. Rosjanie przez długie lata nie będą mieli jak zaatakować, czy to naszego kraju, czy krajów bałtyckich i czym. Więc prawdopodobieństwo tego, że zostaniemy zaatakowani drastycznie maleje.

Pytanie pani Marii o plecak ewakuacyjny - oczywiście jest o tym mnóstwo materiałów w internecie. To są wszystko ciekawe teoretycznie zagadnienia, ja sam mam w domu ogromny arsenał rozmaitego sprzętu turystycznego, także takiego dość zaawansowanego, bo lubię sobie kilkaset kilometrów przejechać na rowerze, lubię uderzyć w góry zimą, zdarza mi się spać zimą w terenie i bardzo to lubię. Mam do tego wszystko, co potrzeba, ale nie spakowałem żadnego plecaka ewakuacyjnego i nie spakuję. Dlatego że nie chcę sobie robić w tym sprzęcie bałaganu. Jest bardzo, bardzo wysokie prawdopodobieństwo, że tej zimy odbędą jakąś fajną rundkę po Tatrach, a jest zerowe prawdopodobieństwo, że będę przed czymkolwiek uciekał.

Jest natomiast jeden rodzaj zagrożenia, z którym w Polsce powinniśmy się bardzo poważnie liczyć. To pokazały nam doświadczenia ostatnich miesięcy powiązane z wojną w Ukrainie, choćby atak na gazociąg Nord Stream. Nie wykluczałbym absolutnie takiej oto możliwości, że Rosja dokona jakiegoś rodzaju ataku na infrastrukturę energetyczną, czy to Polski, czy w ogóle krajów europejskich, czy krajów z wschodniej flanki NATO, który spowodowałby na przykład przejściowe blackouty w dużych miastach.

Nie mam tu na myśli ataku rakietowego, czy z pomocą dronów kamikadze, tylko kombinację ataku cybernetycznego z jakimiś aktami sabotażu dokonanymi na przykład w lesie przeciwko kilku kluczowym liniom energetycznym. To niestety ciągle jest do zrobienia i długo będzie, bo nie sposób tych setek i tysięcy kilometrów linii energetycznych upilnować. I w tym, że mogłyby nastąpić jakieś przejściowe, kilkudniowe sytuacje blackoutowe w dużych miastach zwłaszcza, tak, z tym bym się jak najbardziej liczył. I do tego nie jest nam potrzebny żaden plecak ewakuacyjny, ani nie jest nam potrzeby sprzęt survivalowy, ani sprzęt do nocowania w terenie, itd., ale kilka rzeczy w domu zawsze warto mieć.

To wymieńmy taki zestaw.

To są rzeczy, które przydadzą nam się w codziennym życiu i które nie oznaczają żadnych zbędnych, dodatkowych inwestycji. Po pierwsze musimy mieć w domu latarkę i mały, ale wystarczający na kilka dni zapas świec. To jest to, co z całą pewnością powinniśmy mieć w domu nie tylko w przypadku blackoutu, świece mogą w razie czego nam dać miły nastrój, również poza sytuacją jakiegokolwiek zagrożenia. Powinniśmy pamiętać żeby mieć powerbank lub powerbanki dla członków rodziny. Idą akurat Mikołajki, to jest idealny prezent, więc dawajmy sobie powerbanki, one się przydają również w życiu codziennym.

Ostatnia rzecz, o której warto myśleć, do której jesteśmy doskonale wyćwiczeni przez czasy pandemii, to jakieś dwie paczki ryżu więcej. Albo makaronu. W razie czego miejmy taki zapas na czarną godzinę, gdyby przez dwa, trzy dni miało w dużym mieście nie być prądu. Jak ktoś bardzo chce albo jest w pełni uzależniony od energii elektrycznej, jeżeli chodzi o gotowanie, to można sobie kupić niedrogi, turystyczny palnik gazowy, jedną, czy dwie butle. Możemy to wykorzystać w codziennym życiu, na dworze, na wycieczka, przemiło jest na takim palniku ugotować herbatkę. Na czarną godzinę warto ewentualnie coś takiego mieć. To w zasadzie tyle. Może jeszcze pięciolitrowy baniak z wodą na każdego mieszkańca domu. Naprawdę nie musimy z tym przesadzać.

To, co nam w najgorszym razie grozi, to na przykład dwu – trzydniowy blackout, w trakcie którego i tak niezbędną pomoc zorganizują władze państwa i samorządy. Na ulicach pojawią się beczkowozy z wodą, a jeżeli sytuacja będzie bardzo trudna to pojawią się też żołnierze rozdający konserwy i makaron.

I najważniejsze, czyli wiadra z internetem . A bardziej serio, to mnie zawsze ciekawi, jak będziemy dowiadywać się o pomocy. Może warto mieć w domu zwykłe radio, takie na baterie?

Tak, raczej warto, oczywiście.

I tym radiowym akcentem kończymy ten odcinek "Powiększenia". Witold Głowacki, dziennikarz OKO.press odpowiadał na Wasze pytania. Ciąg dalszy w następnym takim odcinku, do tego czasu czekam na kolejne Wasze komentarze, pomysły i wątpliwości. Na Twitterze i pod adresem: [email protected] Do usłyszenia!

Udostępnij:

Agata Kowalska

Autorka podcastów „Powiększenie”. W OKO.press od 2021 roku. Wcześniej przez 14 lat dziennikarka Radia TOK FM. Wielbicielka mikrofonu, czyli spotkań z ludźmi, sporów i dyskusji. W 2016 roku za swoją pracę uhonorowana nagrodą Amnesty International „Pióro Nadziei”.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne