Serbski demokratyczny eksperyment. Czy jest gdzieś haczyk?
Serbscy studenci obalili autokratę Vučicia. Wygląda to zbyt pięknie, dlatego mnożą się pytania – o nacjonalizm, o niestabilność oddolnych ruchów, o to, czy Vučić naprawdę stracił władzę. A może to liberalne demokracje, dziś w kryzysie reprezentacji, powinny odrobić lekcję z Serbii?
Dawno nie miałam w „Drugim Rzucie Oka” tak optymistycznej rozmówczyni. Zwykle rozmowy o świecie kończą na tym, że sytuacja jest coraz bardziej skomplikowana i nie wiadomo, co będzie dalej. Teraz też tego nie wiemy, ale to, co stało się w Serbii w ostatnich tygodniach – zdecydowane w zwycięstwo w wyborach parlamentarnych opozycyjnej listy stworzonej przez pragnących naprawiać skorumpowany i klientystyczny system studentów – jest wydarzeniem wyjątkowym.
„Serbów przez lata mobilizowano przeciw komuś: Bośniakom, Kosowianom i innym rzekomym wrogom. Teraz natomiast zmobilizowali się po to, by działać razem w imię wspólnego celu — demokracji. Pod tym względem daje to mimo wszystko pewną nadzieję" – mówi Marta Szpala z Instytutu Studiów Politycznych Polskiej Akademii Nauk. Poniżej transkrypcja naszej rozmowy.
Przeczytaj także:
Miłada Jędrysik: Dzień dobry. Naszą gościnią jest dzisiaj Marta Szpala z Instytutu Studiów Politycznych PAN. Porozmawiamy o tym, co dzieje się w Serbii, a dzieje się tam ostatnio bardzo dużo. Najpierw zachęcę państwa do subskrybowania OKO.press i wspierania nas finansowo, żebyśmy mogli coraz częściej nagrywać takie podcasty o różnych częściach świata.
Marta Szpala: Dzień dobry.
Miłada Jędrysik: Co dzieje się w Serbii? Zacznijmy od wydarzeń sprzed dwóch lat. 1 listopada 2024 roku w Nowym Sadzie, w Wojwodinie na północy Serbii, doszło do dramatycznej katastrofy.
Zawaliło się zadaszenie dworca kolejowego. Zginęli ludzie, co wywołało ogromne oburzenie części serbskiej opinii publicznej.
Remont wykonywała chińska firma i najwyraźniej został przeprowadzony źle. Potem próbowano zamieść sprawę pod dywan, zamiast rozliczyć winnych. Wtedy na ulice zaczęli wychodzić młodzi ludzie, przede wszystkim studenci.
Tak narodził się ruch studencki, który przed kilkoma tygodniami, ku zaskoczeniu wielu obserwatorów, zdecydowanie wygrał wybory parlamentarne w Serbii. Zdobył 140 mandatów w 250-osobowym parlamencie, a więc większość. Jak do tego doszło?
Marta Szpala: Studenci rzeczywiście wyszli wtedy na ulice. Spędziłam w Serbii cały listopad 2024 roku. Przygotowuję w Instytucie Studiów Politycznych PAN doktorat o oddolnych ruchach protestu w Serbii i prowadziłam wtedy badania. Początkowo studenci chcieli przede wszystkim wyrazić żałobę po katastrofie. Gniew był jednak ogromny, bo chodziło o stację, którą dopiero co wyremontowano za wielkie pieniądze.
Jak to możliwe, że doszło do takiej katastrofy na nowo wyremontowanej stacji? Okazało się, że otwierano ją trzy razy, bo politycy, zwłaszcza przed wyborami, lubią uczestniczyć w takich uroczystościach. Co więcej, stację oddano do użytku bez wymaganych pozwoleń. Eksperci mieli wątpliwości dotyczące sposobu przeprowadzenia remontu.
Serbskie odpowiedziały jednak agresją na żądanie studentów, by osoby odpowiedzialne za katastrofę poniosły konsekwencje.
Zbliża się druga rocznica tragedii, a właściwie nikt nie został dotąd rozliczony.
Trzeba przy tym pamiętać, że młodzież nie tylko w Serbii, lecz także na całych Bałkanach, na ogół deklarowała apolityczność. To częściowo rezultat strategii przywódców politycznych, przede wszystkim Aleksandra Vučicia, byłego już prezydenta Serbii, który zapewne zostanie zwykłym posłem. Przekonywano młodych ludzi, że polityka jest brudna i nie powinni się w nią angażować
Miłada Jędrysik: My pobrudzimy sobie ręce za was, a wy na nas głosujcie.
Marta Szpala: Przekaz był prosty: nie angażujcie się, skupcie się na życiu prywatnym i indywidualnym sukcesie, bo zmiana i tak nie jest możliwa. Widać to także w sposobie odrzucania postulatów protestujących. Serbowie intensywnie protestowali już od 2016 roku. Na ulice wychodziły różne grupy społeczne, z różnych powodów.
Władze rozgrywały te protesty, przedstawiając je jako reakcje na odosobnione albo lokalne problemy. Sytuacja zaczęła się zmieniać około 2021 roku, gdy wybuchły duże demonstracje przeciw planowanej kopalni litu. Różne środowiska protestujące zrozumiały wtedy, że problemy mają charakter systemowy, a nie dotyczą jedynie poszczególnych inwestycji.
Nie chodzi więc tylko o dworzec w Nowym Sadzie. Problemem jest państwo zawłaszczone przez rządzących.
Młodzi ludzie wcześniej raczej nie angażowali się politycznie. Dlatego ich mobilizacja była zaskoczeniem. Badania pokazywały przecież, że młodzież woli aktywność w mediach społecznościowych od wychodzenia na ulice.
Tymczasem studenci wyszli na ulice, najpierw po to, by uczcić pamięć ofiar, a potem, w odpowiedzi na agresywne działania władz, by domagać się odpowiedzialności za katastrofę. Dochodziło do sytuacji, w których samochody wjeżdżały w protestujących. Używano przeciw nim także przemocy ze strony grup, które w Serbii określa się mianem „batinaši”. Czasem posługujemy się również rosyjskim słowem „tituszki”.
Chodzi o półformalne grupy wywodzące się ze środowisk przestępczych, swoiste prywatne armie partii politycznych. Na życzenie rządzących pacyfikują protesty i prowokują incydenty.
Po trzech czy czterech miesiącach studenci zrozumieli to, co wcześniej dostrzegły inne środowiska aktywistyczne: w tym kraju nie da się pociągnąć nikogo do odpowiedzialności. Władza nie tylko opiera się na klientelizmie i kontroluje media. Jej fundamentem jest lojalność, w zamian za którą gwarantuje uczestnikom systemu bezkarność. To przypomina mechanizm mafijny: jeśli jesteś z nami, otrzymasz nie tylko korzyści ekonomiczne, lecz także ochronę przed odpowiedzialnością.
Jeden z serbskich policjantów powiedział mi kiedyś, że w tym kraju nikt za nic nie odpowiada: ani za nadużycia gospodarcze, ani za przestępstwa urzędnicze, pobicia czy katastrofy, do których przyczynili się urzędnicy albo politycy. Z tego doświadczenia wyrósł ruch studencki.
Media skupiają się zwykle na wielkich manifestacjach. Taka wielka manifestacja odbyła się 15 marca 2025 roku, ale moim zdaniem ważniejsze było budowanie oddolnej sieci oporu przez te dwa lata. Studenci działali nie tylko w dużych miastach. Odwiedzali mniejsze miejscowości, także zamieszkane przez mniejszości, między innymi przez Bośniaków na południu kraju. W ramach akcji „Student w każdej wsi” przemieszczali się pieszo i rowerami. Chcieli przekonać społeczeństwo, że problem z władzą nie dotyczy tylko jednej grupy: dotyczy nas wszystkich, bo tkwi w systemie.
Połączenie istniejących sieci aktywistycznych z energią studentów, którzy poświęcili temu mnóstwo czasu, dało Serbom nadzieję, że zmiana jest możliwa. Studenci stworzyli też polityczną alternatywę, choć sami nadal dystansują się od tradycyjnej polityki. To paradoks: wygrali wybory, ale to nie oni osobiście wystartowali. Zamiast tego wypracowali bardzo interesujący jak na współczesne demokracje sposób wyłaniania kandydatów do parlamentu.
Przeczytaj także:
Cały ruch studencki jest niezwykle interesujący. Widzimy dziś nowe ruchy bez wyraźnych liderów, choćby wcześniej w Iranie. Ich siłą jest kolektyw i wspólnota. Działacze rozumieją, że pojedynczego lidera można zabić, przekupić albo skompromitować. Gdy decyzje podejmuje się wspólnie, poszczególne osoby są bezpieczniejsze, a cały ruch trudniej przejąć.
Serbia zna przypadki, gdy liderzy porozumiewali się z władzą i kierowali protest w inną stronę. Kolektywne podejmowanie decyzji ma przed tym chronić.
Studenci przez trzy miesiące debatowali nawet nad samymi zasadami podejmowania decyzji, co dziwiło wielu komentatorów. Ostatecznie stworzyli system zgromadzeń na wydziałach, tak zwanych plenów. W ten sposób podejmowali kolejne decyzje i wyłonili listę wyborczą. Być może dlatego sami nie chcieli kandydować. W Serbii wiele ruchów protestu stawało się trampoliną do kariery politycznej, a późniejsze zachowanie ich liderów często rozczarowywało uczestników.
Miłada Jędrysik: Przychodzi mi na myśl Albania. Lider tamtejszego ruchu studenckiego, kilkanaście lat temu bardzo obiecujący, został później burmistrzem Tirany, a obecnie przebywa w więzieniu, oskarżony o korupcję na wielką skalę.
Marta Szpala: Tak, Erion Veliaj jest tu chyba dobrym przykładem.
Miłada Jędrysik: Kiedyś rzeczywiście robił świetne wrażenie. Wróćmy jednak do Serbii. Kto znalazł się na liście studenckiej i kto wszedł do parlamentu?
Marta Szpala: To bardzo różnorodna lista, skupiająca przedstawicieli wielu środowisk. Są na niej przedstawiciele mniejszości etnicznych i ludzie z różnych regionów kraju. To istotne, ponieważ Serbia jest silnie scentralizowana, również pod względem systemu wyborczego: cały kraj stanowi jeden okręg wyborczy.
Co więcej, obowiązują tam zamknięte listy wyborcze. Wyborcy nie wskazują konkretnych kandydatów z listy, lecz głosują na całą listę, a mandaty przypadają osobom zgodnie z ustaloną wcześniej kolejnością. Przez lata to przywódcy partyjni decydowali więc, kto trafi do parlamentu. Posłowie byli słabo rozliczani z własnej działalności, ponieważ bardziej opłacała im się lojalność wobec lidera niż budowanie osobistego poparcia.
Studenci starali się włączyć na listę ludzi cieszących się zaufaniem także w niewielkich społecznościach. Są tam aktywiści, profesorowie i przedstawiciele różnych zawodów.
Ktoś wyliczył nawet, że to wyjątkowo inteligencki parlament, z rekordową liczbą osób mających doktorat lub wyższy stopień naukowy.
Serbska inteligencja różni się zresztą od polskiej. Od lat mocno angażuje się w sprawy polityczne i społeczne oraz działania praktyczne. W Polsce akademików kojarzy się częściej z badaniami, które nie zawsze przekładają się na codzienne życie. W Serbii naukowcy tradycyjnie uczestniczą także w debacie i działaniach publicznych.
Na liście znaleźli się prawnicy broniący studentów i aktywistów, a także lekarze. Są to osoby zaufania publicznego, często mało znane w skali kraju, ale bardzo cenione w swoich lokalnych społecznościach.
Lista jest też różnorodna politycznie: są na niej ludzie o poglądach lewicowych i prawicowych. Przypomina to szeroki front społeczny. Czasami porównuję te wybory z polskim rokiem 1989.
Miłada Jędrysik: Właśnie o to chciałam zapytać, bo zastanawiam się, gdzie jest haczyk. Kiedy przypominamy sobie naszą najnowszą historię, widzimy wiele podobieństw. Może z tą różnicą, że na naszych listach byli także działacze opozycyjni, a nie wyłącznie osoby cieszące się społecznym zaufaniem.
Bardzo szybko doszło jednak do głębokiej polaryzacji, której skutki odczuwamy do dziś. Z drugiej strony transformacja jednak nam się udała. Czy taki model może zadziałać w Serbii?
Marta Szpala: Rozumiem, że pyta pani, czy to się uda. Myślę, że taki eksperyment może się powieść.
Ktoś już mnie pytał, jak może funkcjonować ruch bez liderów, który wysyła do parlamentu ludzi bez politycznego doświadczenia. Mam wrażenie, że w Europie, a może i na świecie, przeżywamy kryzys polityki elit, mocno oderwanych od rzeczywistości.
To właśnie elity doprowadziły wiele państw, w tym Serbię, do obecnej sytuacji. Być może taki demokratyczny eksperyment wskazuje ciekawą drogę. Nie potrafię dziś przewidzieć, jak będzie współpracować 140 tak różnych osób.
Mogę natomiast powiedzieć, co widziałam w kampanii wyborczej.
Wynik nie był cudem. To efekt bardzo dobrze przygotowanej kampanii.
Prowadzono ją niskim kosztem, metodą od drzwi do drzwi, z przekazami dostosowanymi do różnych grup społecznych. Zobaczyłam coś, czego wcześniej w Serbii nie widziałam: studenci i aktywiści odwiedzali nawet osiedla romskie.
Akcja „Student w każdej wsi” była odpowiedzią na kontrolę mediów przez rząd. Ktoś porównywał ją z kampanią Pétera Magyara na Węgrzech, ale Magyar sam podróżował po kraju.
Tutaj kampania była zdecentralizowana. Docierała do wszystkich grup społecznych z odpowiednio dobranymi komunikatami. Drugi ważny czynnik to niezwykle szeroka kontrola wyborów. W Serbii od dawna dochodziło do fałszerstw. Tym razem dzięki pracy obserwatorów udało się wielu nadużyciom zapobiec i obronić wynik.
Nieprawidłowości jednak występowały; zapowiedziano powtórzenie głosowania w części lokali wyborczych. W Serbii znany jest mechanizm nazywany „bułgarskim pociągiem”, polegający na wielokrotnym oddawaniu głosów przez te same osoby w różnych lokalach. Są też problemy ze spisami wyborców i silna presja wywierana na głosujących. Wydaje się, że rozbudowana sieć kontroli pozwoliła ograniczyć skalę takich praktyk.
Kampania pokazała też, że kandydaci mają różne poglądy i tego nie ukrywają. Jedni chcieliby szybkiego wejścia do Unii Europejskiej, inni są bardziej patriotyczni, czasem prorosyjscy, choć ci ostatni stanowią mniejszość. Łączy ich jednak jeden cel.Tym celem jest odbudowa państwa prawa i odzyskanie instytucji. Wszyscy zgadzają się, że instytucje trzeba zreformować, by znów służyły obywatelom.
Konieczne jest także rozliczenie przeszłości. W Serbii nie przeprowadzono lustracji ani okresu komunizmu, ani czasów Miloševicia w latach dziewięćdziesiątych. Trzeba to wszystko wyjaśnić.
Jak dotąd ruch działał skutecznie, choć jego sposób podejmowania decyzji budzi zdziwienie. Teraz w parlamencie zasiądą wybrani posłowie, ale ruch studencki nadal będzie działał. Studenci podkreślają, że nie chodzi im o osobiste wejście do parlamentu, lecz o stworzenie społeczeństwa aktywnych obywateli, którzy kontrolują władzę.
Myślę, że odpowiedzialność wobec własnej społeczności będzie skłaniała nowych posłów do realizowania zapowiedzianych reform. Ryzykują przecież własną reputacją i honorem, a to w Serbii wciąż wiele znaczy. Studenci mówią: uczono nas bierności i skupiania się na konsumpcji, ale my będziemy was kontrolować. Nie chodzi o ocenianie każdej pojedynczej decyzji, tylko o to, by politycy rzeczywiście zajęli się reformowaniem państwa.
Miłada Jędrysik: Jeżeli ten eksperyment się powiedzie, może być ciekawą lekcją dla innych państw: jak tworzyć politykę bliższą ludziom i ich potrzebom. Cała demokratyczna Europa mierzy się dziś z kryzysem reprezentacji. Wciąż o nim rozmawiamy, analizujemy go i próbujemy zrozumieć.
Nikt jednak nie znalazł dobrego sposobu na jego przezwyciężenie. Zamiast tego widzimy wybuchy społecznego gniewu, choćby we Francji czy Albanii. Albania może nie jest dziś w pełni demokratyczna, ale rozwój sytuacji jest tam bardzo interesujący. Protesty trwają i stają się coraz gwałtowniejsze, a premier Edi Rama nie zamierza ustępować. Protestujący zarzucają mu podobne rzeczy jak Vučiciowi i jego otoczeniu. Wróćmy jednak do dnia wyborów w Serbii. Dlaczego Aleksandar Vučić zdecydował się uznać porażkę? Widzieliśmy wtedy pojazdy opancerzone i żandarmerię otaczającą budynki ważne dla władzy.
A potem ogłoszono wyniki i Vučić przyznał: przegraliśmy. „The Times” pisał, że do uznania wyniku mieli go przekonać europejscy przywódcy, a konkretnie Viktor Orbán. Brzmi to dość zaskakująco. Są jednak również głosy sceptyczne wobec tej wersji wydarzeń.
Jak pani sądzi, co się wydarzyło? Czy wiadomo już coś więcej?
Marta Szpala: Odpowiedziałabym inaczej: Vučicia być może przekonano do uznania wyników wyborów. Czy przekonano go również do oddania władzy, tego jeszcze nie wiemy.
W dniu wyborów od rana widoczna była ogromna mobilizacja. Frekwencja, która miała kluczowe znaczenie, okazała się bardzo wysoka. Spodziewano się zwycięstwa opozycji, choć może nie aż tak wyraźnego: przewaga nad partią rządzącą wyniosła ponad dziesięć punktów procentowych. Obawiano się, że władza spróbuje podważyć wynik, ale na razie tak się nie stało.
W Belgradzie krąży plotka, że Viktor Orbán zadzwonił do Vučicia i powiedział mu, żeby nie robił głupstw, tylko uznał wynik. Serbia nadal przeżywa jednak poważny kryzys i znalazła się w instytucjonalnej próżni. Aleksandar Vučić zrezygnował z urzędu prezydenta, żeby wystartować w wyborach parlamentarnych.
Jego kadencja miała się zakończyć w kwietniu następnego roku. W partii rządzącej uznano jednak, że lepiej przyspieszyć wybory parlamentarne. Przedterminowe wybory łatwiej było politycznie rozegrać.
Wybory prezydenckie stałyby się plebiscytem między obozem studentów a dotychczasową władzą, a rządzący obawiali się przegranej. Serbia nie ma teraz prezydenta wybranego w wyborach. Obowiązki głowy państwa pełni przewodnicząca parlamentu Ana Brnabić, wieloletnia premierka związana z partią rządzącą.
Nie ma też działającego parlamentu: poprzedni zakończył pracę, a nowy jeszcze się nie ukonstytuował. Społeczeństwo nie ufa instytucjom, policji ani sposobowi funkcjonowania państwa. Zarówno władza, jak i ruchy protestu uczą się na wcześniejszych doświadczeniach. Rządzącym może zależeć na przedłużaniu procesu wyborczego, ponieważ nie kończy się on w dniu głosowania, lecz dopiero po oficjalnym ogłoszeniu wyników.
Wiemy, że w piętnastu lokalach wyborczych trzeba będzie powtórzyć głosowanie, ale nie wiemy, jak długo potrwa cała procedura.
Po poprzednich wyborach władza przeciągała powtórne głosowania przez pół roku i nie przekazywała władzy. Brak parlamentu stanowił też wygodną wymówkę przed podejmowaniem trudnych decyzji. Tymczasem komisja wyborcza i najwyższe instytucje sądownicze pozostają pod wpływem ludzi związanych z obozem rządzącym.
Państwo zostało podporządkowane ludziom Vučicia. Pozostaje pytanie, czy nie dojdzie do obstrukcji, która opóźni przekazanie władzy. Wiemy, że przy takich zmianach kluczowe jest szybkie objęcie rządów i rozpoczęcie reform.
Tak mógł działać Péter Magyar na Węgrzech. Nie wiem więc, co Orbán miałby w tej sytuacji doradzać Vučiciowi. Węgry są krajem unijnym, co moim zdaniem zniechęcało Orbána do wykorzystywania pewnych kruczków prawnych. Nie wiemy natomiast, czy w Serbii władza nie spróbuje właśnie takiej strategii.
Równolegle zachodzi jeszcze jeden interesujący proces. Protestujący spontanicznie próbują przejmować kontrolę nad instytucjami państwowymi. Obawiają się, że formowanie nowego parlamentu i przekazywanie władzy potrwa długo. Po zwycięstwie wyborczym w różnych miastach zaczęto domagać się dymisji burmistrzów.
Doszło też do działań wymierzonych w telewizję publiczną i najbardziej radykalne tabloidy, które prowadziły agresywne kampanie przeciw protestującym. Serbskie i szerzej bałkańskie tabloidy są znacznie brutalniejsze od polskich. W kampaniach kompromitujących publikuje się nawet intymne zdjęcia, a cała machina państwowa potrafi uderzyć w jedną osobę. Na tym tle nasze krajowe spory medialne mogą wyglądać niewinnie.
Ludzie próbują więc przyspieszyć zmianę, wywierając nacisk na instytucje i domagając się choćby rezygnacji komendantów policji w różnych miastach. Przekaz jest prosty: dotychczasowa władza musi odejść, a państwo trzeba odzyskać.
Wciąż jednak bardzo silne jest serbskie „głębokie państwo”: służby, policja i gospodarcze wpływy partii rządzącej. Pytała pani, czy brak lidera może utrudnić ruchowi działanie. Myślę, że jeszcze większym wyzwaniem będzie odziedziczony po trzynastu latach rządów Vučicia stan instytucji. Mówiąc kolokwialnie, w wielu miejscach nie ma czego zbierać.
Te instytucje trzeba właściwie zbudować od nowa.
Miłada Jędrysik: Warto przypomnieć, że Slobodan Milošević stracił władzę w 2000 roku nie tylko wskutek wyborów i protestów. Opuścił go również aparat przymusu, który przeszedł na stronę opozycji. Dopiero wtedy nie miał już pola manewru. Później wydano go do Hagi, gdzie był sądzony i gdzie zmarł. Dziś nie wiemy, jak zachowa się serbski aparat siłowy.
Na koniec chciałabym porozmawiać o słoniu w salonie. Zacznę od słów przyjaciółki, która wychowała się w Belgradzie, ma serbskie korzenie i od lat mieszka na Zachodzie. Wyjechała między innymi dlatego, że nie mogła znieść sytuacji w Serbii za czasów Miloševicia. Napisałam jej, że cieszę się z porażki Vučicia. Odpowiedziała: „Zamiast radości czuję tylko ogromny smutek. Serbia jest śmiertelnie chora i jest to tylko kolejny etap choroby”.
Miała na myśli nacjonalizm. Trwa dyskusja o poglądach serbskich studentów i o tym, czy ich zwycięstwo naprawdę zmieni kraj. Co pani o tym sądzi?
Marta Szpala: Warto porównać obecne protesty z wydarzeniami z 2000 roku. Tamta transformacja wyglądała inaczej, bo ruch miał przywódców i częściowo negocjował zmianę z aparatem państwowym. Miloševicia odsunięto z jednej strony dlatego, że społeczeństwo domagało się demokratyzacji, a z drugiej dlatego, że część aparatu państwowego uznała go za nieskutecznego przywódcę. Nie odrzuciła jednak koniecznie jego polityki. W tamtym ruchu silny był też nacjonalizm.
Co zatem różni oba protesty? W 2000 roku wciąż żywa była wiara w Unię Europejską i wartości liberalne. Istniała nadzieja, że Serbia rozliczy przeszłość, wyda Miloševicia i Mladicia oraz będzie mogła dołączyć do Unii.
Wierzono w szybką drogę do Europy i zachodnich wartości. Podobna wiara napędzała polską transformację: liberalna demokracja i kapitalizm miały zapewnić dobrobyt. Jakby samo otwarcie na Zachód miało rozwiązać wszystkie problemy Serbii.
Ważna różnica polega też na tym, że rewolucja z 2000 roku była mocno wspierana przez Zachód. To nie teoria spiskowa: ruch otrzymywał wsparcie finansowe między innymi z amerykańskich źródeł i środowisk związanych z George’em Sorosem. Obecny ruch w dużej mierze finansuje się sam.
Jest więc ruchem rzeczywiście serbskim. Jeśli jednak spojrzymy na jego ideologię, zobaczymy społeczeństwo, a szczególnie młodych ludzi, wychowywanych w skrajnie nacjonalistycznej i antyeuropejskiej retoryce mediów państwowych, w atmosferze podziwu dla Rosji i Chin.
Można powiedzieć, że każdy ma dostęp do internetu i może sam sprawdzić informacje. Badania, także prowadzone wcześniej w Macedonii, pokazują jednak, jak silnie codzienna propaganda wpływa na postrzeganie rzeczywistości. Jeśli władza nieustannie powtarza, że Kosowo jest serbskie, Unia się rozpada, Rosja jest jedynym ratunkiem, a wszyscy sąsiedzi stanowią zagrożenie, trudno pozostać na to obojętnym.
Szczególnie dotyczy to Kosowa. Młodzi Serbowie nie pamiętają Jugosławii. Starsze pokolenie mogło porównywać oficjalną narrację z własnymi doświadczeniami, młodsi często nie mają takiej możliwości. W Polsce upadek komunizmu oznaczał otwarcie granic; dla wielu Serbów było odwrotnie. Zniknął jugosłowiański paszport, który wcześniej umożliwiał podróżowanie do wielu krajów. Znam ludzi, którzy nigdy nie wyjechali z Serbii.
Od około piętnastu lat obowiązuje ruch bezwizowy, więc sytuacja zaczęła się zmieniać. Przez długi czas brakowało jednak pieniędzy na podróże. Serbowie wyjeżdżali głównie do pracy. Dawniej społeczeństwo było znacznie bardziej kosmopolityczne. Z biegiem czasu nacjonalistyczna narracja stała się wszechobecna.
Dostrzegam jednak ważną pozytywną zmianę: pewne zbliżenie między Serbami i Bośniakami, choć nasi koledzy z Sarajewa mogą uznać taką ocenę za zbyt optymistyczną.
Na listach studenckich znalazły się choćby młode kobiety z Novego Pazaru, miasta na południu kraju zamieszkanego przez znaczną społeczność bośniackich muzułmanów.
Pojawiły się również gesty potępienia wydarzeń z wojny w Bośni. Niektórzy jej uczestnicy mówili, że zostali oszukani. Symboliczne stało się też zdjęcie, które być może państwo widzieli. Widać na nim chłopaka w tradycyjnej serbskiej czapce i dziewczynę w chuście. To obraz innej, nowej Serbii. Pod tym względem rzeczywiście coś się zmieniło.
Włączenie przedstawicieli mniejszości do ruchu politycznego jest ważnym przełomem. Vučić przez lata stosował strategię straszenia zewnętrznymi wrogami. Nazywamy to czasem „weekendowymi wojnami”: kiedy wybuchał kryzys wewnętrzny, nagle okazywało się, że Chorwaci próbują obalić rząd, Kosowo atakuje, a dookoła czają się nieprzyjaciele. Ta narracja przestała działać.
Ludzie mają dość nacjonalistycznej mobilizacji. Brakuje jednak dawnego eurooptymizmu. Młodzi, którzy dziś pokonali Vučicia w wyborach, urodzili się mniej więcej w 2000 roku, gdy nadzieje Serbii na wejście do Unii były największe.
Miłada Jędrysik: Ich rodzice mają więc prawo czuć rozczarowanie, zwłaszcza jeśli wierzyli w europejską przyszłość kraju. Młodzi również mogą podchodzić do Unii sceptycznie. Czy po 2000 roku istniała szansa, by przyspieszyć akcesję Serbii? I czy Unia, zwlekając, ponosi część odpowiedzialności za to, że tak się nie stało?
Marta Szpala: Jest takie złośliwe powiedzenie, że Unia nigdy nie przepuści okazji, żeby przepuścić okazję. W przypadku Serbii popełniono szereg błędów politycznych. Jednocześnie Serbowie mieli wtedy, podobnie jak Polacy, dość naiwną wizję Unii. Tymczasem postulaty obecnego ruchu — praworządność, demokracja, sprawne instytucje i odbudowa służby cywilnej — są na wskroś europejskie.
Przedstawiciele Brukseli pytają czasem protestujących: dlaczego krytykujecie Unię, a nie krytykujecie Rosji ani Chin? Nawet bardziej patriotycznie nastawieni działacze odpowiadają, że od Rosji niczego nie oczekują.
Nie oczekują też, że Chiny będą broniły demokracji. Od Unii Europejskiej natomiast tego oczekują. I tu pojawiają się dwa problemy. Po pierwsze, część serbskiego społeczeństwa postrzega Unię jako sojusznika Vučicia. Uważa, że w imię stabilności poświęcono serbską demokrację, a europejscy przywódcy układali się z prezydentem. Ursula von der Leyen odwiedzała Serbię i zwracała się do niego jak do przyjaciela nawet wtedy, gdy obywatele protestowali i alarmowali o naruszeniach demokracji.
Po drugie, dochodzą interesy gospodarcze, zwłaszcza planowana kopalnia litu, popierana przez część państw Unii, w tym Niemcy. Serbowie mają poczucie, że ich demokrację i walkę o jej wartości poświęca się dla dostępu do surowców. Ich zdaniem Niemcy, Włosi i Francuzi w zamian za kontrakty i dostęp do rynku przymykali oczy na sytuację polityczną.
Jeszcze około pół roku temu Francja i Włochy opowiadały się za otwarciem kolejnych klastrów negocjacji akcesyjnych z Serbią, mimo protestów i problemów z demokracją. Serbowie popierają europejskie wartości, ale doświadczyli interesownej polityki unijnej. Dlatego na manifestacjach było bardzo niewiele flag Unii albo nie było ich wcale.
Podobnie wygląda sytuacja w Albanii, choć tamtejsze protesty mają inną dynamikę. Serbowie przez dekady uczyli się protestować i wyciągali wnioski z kolejnych rozczarowań. Albańczycy nie mają podobnej tradycji, ale również nie eksponują unijnych symboli. Tymczasem Albania jest w Brukseli przedstawiana jako kraj modelowy; w ostatnim roku otwarto wiele klastrów negocjacyjnych i przeprowadzono ocenę postępów w dziedzinie praworządności.
Albańskie społeczeństwo liczyło, że Unia wymusi na premierze Edim Ramie reformy. Okazało się jednak, że ważniejsze bywają szybkie sukcesy polityczne oraz interesy inwestorów, wśród których jest Jared Kushner. Relacje Serbii z Unią są bardziej skomplikowane niż relacje Albanii, ale brak europejskich flag w obu krajach świadczy o podobnym rozczarowaniu.
Dawniej mieszkańcy Bałkanów chcieli dołączyć do Zachodu, który wyobrażali sobie jako wzór. Dziś wielu z nich czuje się przez Zachód wykorzystywanych.
Uważają, że europejskie wartości dobrze wyglądają na papierze, ale Unia nie zawsze stosuje je konsekwentnie na Bałkanach. Zarazem protestujący chcą naprawić własne państwa. To paradoks, bo właśnie do tego Unia od lat ich wzywała: reformy należy przeprowadzać przede wszystkim we własnym interesie.
Można pytać, czy ten ruch jest nacjonalistyczny. Widzę w nim raczej patriotyzm, również pewien suwerenizm. Młodzi chcą sami, na własnych zasadach, uporządkować sytuację w kraju i odbudować demokratyczne państwo. Nie byłabym więc tak pesymistyczna.
Serbów przez lata mobilizowano przeciw komuś: Bośniakom, Kosowarom i innym rzekomym wrogom. Teraz natomiast zmobilizowali się po to, by działać razem w imię wspólnego celu — demokracji. Pod tym względem daje to mimo wszystko pewną nadzieję.
Miłada Jędrysik: Słucham pani z uśmiechem, bo dawno nie miałam w „Drugim Rzucie Oka” tak optymistycznej rozmówczyni. Zwykle kończyłyśmy na tym, że sytuacja jest coraz bardziej skomplikowana i nie wiadomo, co będzie dalej. Teraz też tego nie wiemy, ale bardzo życzymy Serbii tego światełka w tunelu.
Marta Szpala: Przyszłość jest niepewna i na pewno będzie trudno. Warto jednak podkreślić, że Zachód mógłby przynajmniej nie przeszkadzać i mądrze doradzać w sprawie reform.
Nie wiemy, czy tak się stanie, bo Vučić był bardzo silnie związany z elitami Unii Europejskiej, a sygnały z Zachodu są niejednoznaczne. Mimo to pojawiła się nadzieja na zmianę. Gdyby studenci przegrali albo wybory zostały sfałszowane, Serbia mogłaby podążyć w kierunku Białorusi, ku całkowicie zamkniętemu systemowi autorytarnemu.
Zmiany będą trudne. Vučić nie odda łatwo swoich wpływów i zapewne będzie próbował zablokować reformy. Do tego Serbia znajduje się w trudnej sytuacji gospodarczej.
Miłada Jędrysik: Gdy obalano Miloševicia, kraj miał za sobą dekadę gospodarczej zapaści i sankcji.
Marta Szpala: Dziś sytuacja jest inna. Mimo korupcji, związków władzy z przestępczością i skali prania pieniędzy poziom życia Serbów w ostatnich latach wyraźnie się poprawił. Paradoksalnie walka z korupcją i przestępczością zorganizowaną może więc w krótkim okresie negatywnie wpłynąć na gospodarkę.
Wyzwań będzie wiele. Nie jestem naiwną optymistką, ale uważam, że to, co się wydarzyło, może rzeczywiście zmienić bieg historii Serbii.
Miłada Jędrysik: Dziękuję bardzo. Naszą gościnią była Marta Szpala z Instytutu Studiów Politycznych PAN. Zachęcam do subskrybowania OKO.press, dzięki czemu będziemy mogli zapraszać do studia więcej takich ciekawych gości.
Marta Szpala: Dziękuję bardzo.
Miłada Jędrysik: To był podcast „Drugi Rzut Oka”.
Miłada Jędrysik: Do usłyszenia w kolejnym odcinku.

Komentarze