Minister Waldemar Żurek, który był ofiarą afery hejterskiej siedział w jednej ławie z Łukaszem Piebiakiem, główną postacią w tej aferze. A naprzeciwko nich siedział sędzia TK Krystian Markiewicz, główna ofiara afery hejterskiej. Po raz pierwszy wszyscy jawnie zeznawali.
Drogi ofiar i głównych sprawców afery hejterskiej w wymiarze sprawiedliwości, która wstrząsnęła Polską w 2019 roku, po blisko siedmiu latach przecięły się w Sądzie Okręgowym w Warszawie.
W środę 22 kwietnia 2026 roku w jednej ławie sądowej usiedli minister sprawiedliwości Waldemar Żurek (były sędzia) oraz sędziowie Łukasz Piebiak oraz Jakub Iwaniec. Pierwszy był jednym z celów afery hejterskiej, która polegała na atakach i hejtowaniu sędziów, którzy bronili praworządności. Ataki były inspirowane z resortu Ziobry i przy wykorzystaniu informacji z teczek personalnych sędziów – tzw. zielone teczki -, znajdujących się w resorcie.
Piebiak był wtedy wiceministrem w rządzie PiS, czyli zastępcą Ziobry. To on był najważniejszym aktorem w tej aferze. Skupieni wokół niego sędziowie zwracali się do niego „Herszcie”. Postacią numer dwa był zaś pracujący wtedy z Piebiakiem w ministerstwie sędzia Jakub Iwaniec. W sądzie siedział obok Piebiaka. Minister siedział za nimi, w drugim rzędzie.
Naprzeciwko nich siedział zaś były sędzia Sądu Okręgowego w Katowicach i były prezes Iustitii Krystian Markiewicz, obecnie sędzia TK. On był głównym celem afery hejterskiej. W 2018 roku chciano go skompromitować paszkwilem rozesłanym do sędziów w całej Polsce.
Markiewicz podobnie jak Żurek mieli być oczernieni i zniszczeni, bo byli liderami na polu obrony wolnych sądów. A te sądy chciał przejąć minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro przy pomocy sędziów, którzy mu pomagali.
Ziobro, który uciekł na Węgry jest wielkim nieobecnym w sprawie, która na kilka godzin połączyła w Sali Sądu Okręgowego w Warszawie Markiewicza, Żurka, Piebiaka i Iwańca. Być może on też powinien siedzieć na ławie sądowej, bo są mocne poszlaki wskazujące, że wiedział o aferze i być może też za nią odpowiada.
To niecodzienne spotkanie sędziów, którzy za władzy PiS stali po dwóch różnych stronach – jedni ich bronili, a drudzy atakowali – to nie przypadek. W stołecznym sądzie okręgowym od kilku lat toczy się pierwszy w Polsce proces o ochronę dóbr osobistych, za aferę hejterską.
Wytoczył go już w 2019 roku – krótko po ujawnieniu afery przez portal Onet – Krystian Markiewicz, wówczas prezes Iustitii. Pozwał o zadośćuczynienie Piebiaka, Iwańca i Skarb Państwa reprezentowany przez ministra sprawiedliwości (pozwany jest organ). Pozwane jest ministerstwo, bo tam pracował Piebiak i Iwaniec gdy w latach 2017-19 atakowano sędziów broniących praworządności. I resort odpowiada za ich działania jako funkcjonariuszy publicznych.
Użyto do tego Emilii Szmydt vel Małej Emi, która rozprowadzała w internecie hejt na sędziów broniących praworządności. Potem zastąpiono ją hejterskim kontem na Twitterze KastaWatch, które założono z komputera w resorcie sprawiedliwości.
Markiewicz ostatecznie zażądał od Iwańca i Piebiaka oraz Skarbu Państwa przeprosin w mediach, 50 tysięcy na cel społeczny i 75 tysięcy zadośćuczynienia. Ministerstwo sprawiedliwości nadal jest pozwane, mimo zmiany władzy w 2023 roku. Do dziś bowiem nie udało się zawrzeć ugody pomiędzy Markiewiczem i resortem.
Nie udało się to byłemu ministrowi sprawiedliwości Adamowi Bodnarowi i jak dotąd ministrowi Waldemarowi Żurkowi, który też jest ofiarą tej afery. Sporna jest cały czas kwestia odpowiedzialności ministerstwa za działania Piebiaka i Iwańca. By to w pełni przesądzić, sąd musi dostać z Prokuratury Regionalnej we Wrocławiu akta ze śledztwa ws. afery hejterskiej. Prokuratura nie chce przesłać całych akt, bo cały czas trwa śledztwo. Prosi o wytypowanie konkretnych dokumentów.
Dlatego sąd ponownie wystąpił do prokuratury o akta. A ministerstwo cały czas zastanawia się nad ugodą, w której ma przyjąć odpowiedzialność cywilną za aferę i zapłacić za nią zadośćuczynienie oraz przeprosi Markiewicza. I dlatego też w środę 22 kwietnia Żurek – jako reprezentant pozwanego organu – usiadł w tej samej ławie sądowej z Piebiakiem i Iwańcem. Choć naprawdę dzieli ich wszystko. I teraz Piebiak jest głównym buntownikiem w sądach przeciwko przywracaniu praworządności przez rząd Tuska.
Zakończenie tej sprawy komplikuje brak decyzji Izby Odpowiedzialności Zawodowej SN ws. uchylenia immunitetów Piebiakowi, Iwańcowi, ale też sędziom Rafałowi Puchalskiemu i Przemysławowi Radzikowi (to on przekazywał Piebiakowi materiały z postępowań dyscyplinarnych do przygotowania ataku na Żurka).
Immunitetu chce im uchylić prokuratura, by postawić zarzuty za aferę. Ale Izba, w której większość mają neo-sędziowie SN – prokuratura wnosi o ich wyłączenie – od blisko 2 lat nie wydaje decyzji. Najbliżej takiej decyzji był Iwaniec, ale po roku procedowania sprawa zacznie się od nowa, bo prowadzący ją legalny sędzia SN Wiesław Kozielewicz przeszedł w stan spoczynku.
Sprawa jeszcze bardziej się komplikuje. Bo minister Żurek sam – jako ofiara afery hejterskiej – też pozwał w odrębnym procesie Piebiaka, Iwańca i Radzika. Żąda od nich przeprosin i 100 tysięcy zadośćuczynienia. Ta sprawa czeka na termin.
To nie koniec. Proces z pozwu Markiewicza prowadzi Piotr Królikowski, który jest neo-sędzią. Zarówno Żurek, jak i Markiewicz kwestionowali status neo-sędziów. Ale Królikowski proces prowadzi bez zastrzeżeń z obu stron. Na sali rozpraw mimo wysokiej temperatury sprawy jest spokój.
Na zdjęciu o góry proces za aferę hejterską. W drugim rządzie od prawej siedzi minister sprawiedliwości Waldemar Żurek, a obok niego siedzi pełnomocnik ministerstwa sprawiedliwości, radca prawny Marek Lewandowski. W pierwszym rzędzie od prawej siedzi sędzia Łukasz Piebiak, mec. Krzysztof Wąsowski i sędzia Jakub Iwaniec. Fot. Mariusz Jałoszewski.
Pierwszy proces za aferę hejterską dobiega końca. W środę 22 kwietnia 2026 roku sąd wysłuchał stron procesu, co zajęło cały dzień. Czyli Markiewicza, Żurka (jako reprezentanta ministerstwa), Piebiaka i Iwańca. Po raz pierwszy zeznawali oni jawnie o aferze hejterskiej.
Sąd nie zgodził się na zawieszenie procesu do czasu zakończenia sprawy karnej, bo nie wiadomo, czy ta kiedykolwiek się zakończy. Wnioskował o to pełnomocnik Iwańca i Piebiaka. Są szanse, że za kilka tygodni lub miesięcy w tej sprawie zapadnie wyrok. Stołeczny sąd będzie czekał jeszcze tylko na akta dwóch spraw karnych.
Z Prokuratury Regionalnej we Wrocławiu, która prowadzi śledztwo ws. afery hejterskiej. I z Sądu Rejonowego w Bochni, który w I instancji skazał Małą Emi za hejt na Twitterze na sędziego Żurka. W tej sprawie było odrębne śledztwo w prokuraturze w Kielcach. I do skazania Małej Emi doprowadził Żurek.
To jednocześnie Mała Emi pomogła ujawnić aferę hejterską i potem jako sygnalistka opowiadała o jej szczegółach. Stołeczny sąd wystąpi o te akta, bo w procesie Małej Emi sąd w Bochni orzekł, że nie działała ona sama, że działała cała grupa ws. hejtu sędziów.
Po otrzymaniu tych akt sąd zdecyduje czy wydać wyrok na posiedzeniu niejawnym, czy też konieczne są dodatkowe czynności.
Na rozprawie w ramach wysłuchania stron procesu pierwszy zeznawał sędzia TK Krystian Markiewicz. To w niego uderzył paszkwil wysłany do sędziów przez Małą Emi w czerwcu 2018 roku. W paszkwilu były rzeczy dotyczące prywatnego życia sędziego i jego spraw zawodowych. Markiewicz zaprzecza pomówieniom.
W rozesłaniu paszkwilu pomógł Małej Emi sędzia Iwaniec. Był on z nią w kontakcie, nie był zwolennikiem atakowania Markiewicza paszkwilem. Ale udostępnił jej maile do sędziów. O paszkwilu Mała Emi pisała też z Piebiakiem i według prokuratury to oni podjęli decyzję, by go rozesłać. Piebiak przekazał jej m.in. prywatny adres Markiewicza.
Jak ustaliła prokuratura autorem pliku z paszkwilem był obecny neo-sędzia NSA Rafała Stasikowski (znał Markiewicza), a pomógł jej go redagować obecny członek neo-KRS Rafał Puchalski.
Ale Staiskowski i Puchalski nie zostali pozwani przez Markiewicza. Składali w tym procesie zeznania jako świadkowie.
Prowadzący proces Piotr Królikowski zastrzegł, że będzie uchylał pytania dotyczące treści zawartych w paszkwilu, bo dotykają one sfery prywatnej. Markiewicz podtrzymał swoje zeznania złożone na początku procesu. Podkreślił, że rewelacje z paszkwilu dotyczące jego życia prywatnego oraz dotyczące kariery zawodowej nie są prawdziwe.
Zeznał, że paszkwil wpłynął na jego życie. Bo trafił do sędziów, prawników i akademików. Wszyscy chcieli wiedzieć, czy zawarte w nim informacje są prawdziwe. A po ujawnieniu afery hejterskiej mówiła o nim cała Polska. Cały czas pytają go o to znajomi. „Mogę pogratulować. Afera się udała, dotyka mnie do dziś. Super” – mówił Markiewicz stojąc za barierką dla świadków. Mówiąc to zwrócił się do Iwańca i Piebiaka.
Jego pełnomocnik, adwokat Michał Jabłoński pytał: „Czy ma pan poczucie, że państwo pana chroni?”.
Markiewicz: „Zobaczymy, jaki będzie finał. To postępowanie trwa długo”.
Zeznał, że aferę mocno przeżyła jego rodzina. Markiewicz wytypowanie go jako cel afery hejterskiej powiązał z sędzią Iwańcem. Na sali rozpraw przeczytał SMSa, którego od niego dostał w lipcu 2018 roku. Iwaniec napisał do niego: „Jakim prawem sędzio szmaciarzu wypowiadasz się w moim imieniu”. Zdaniem Markiewicza to pokazuje nastawienie Iwańca do niego.
Po Markiewiczu zeznawał minister sprawiedliwości Waldemar Żurek. Dużo mówił o aferze hejterskiej – w ramach swobodnej wypowiedzi i podczas przesłuchania. Mówił, że była grupa, która deprecjonowała i niszczyła sędziów.
Zapewniał, że nie wyklucza jako minister uznania pozwu, ale musi mieć pełną wiedzę o tym, co robili sędziowie pracujący w resorcie Ziobry. Narzekał, że Izba Odpowiedzialności Zawodowej zablokowała wnioski o uchylenie immunitetu za tę aferę.
Wskazywał, że Mała Emi miała powiązania z Iwańcem i Piebiakiem, z którymi była w częstym w kontakcie. Ocenił, że Mała Emi była tylko wykonawcą hejtu wobec sędziów.
Pytał, w jakim celu Piebiak – jako wiceminister sprawiedliwości – wielokrotnie telefonował do Małej Emi. I o czym rozmawiali. Przypomniał, że Piebiak pisał do niej, że „szef [Ziobro? – red.] też się ucieszy”.
To fragment korespondencji pomiędzy Piebiakiem i Małą Emi po ataku w pro rządowej TVP na sędziego Piotra Gąciarka. Mała Emi wyrażała w korespondencji nadzieję, że nie zawiodła. Piebiak odpisał, że może być tylko wdzięczny „za tak pięknie i z rozmachem prowadzone czynności”.
Żurek w sądzie podkreślał, że część maili dotycząca afery trafiła na prywatną skrzynkę Zbigniewa Ziobry.
Dalej zeznawał, że ws. afery; była cała grupa, która kontaktowała się na komunikatorach. Że sędziowie z tej grupy mieli pseudonimy. Że w ministerstwie udostępniano tzw. zielone teczki; w których były informacje dotyczące sędziów. Wykorzystano je potem do ataków na nich. Prokuratura chce za przetwarzanie danych z tych teczek stawiać zarzuty Piebiakowi i Iwańcowi.
Minister Żurek pytał, kto inspirował Małą Emi i dostarczał jej informacji do hejtu. Uznał, że sama by ich nie zebrała, nie działała w próżni. Mówił, że Małej Emi imponowało, że może rozmawiać z wiceministrem sprawiedliwości, kiedy chce. Że utwierdzano ją w przekonaniu, że to, co robi jest słuszne i patriotyczne.
Żurek: „Wykorzystano ją do brudnej roboty. A potem została sama”. Małą Emi kuszono stałą pracą dla ministerstwa, ale nigdy do tego nie doszło. Ostawiono ją potem na tor boczny, a po tym gdy ujawniła aferę hejterską dyskredytowano ją jako niewiarygodną osobę. Rozwód z nią wziął były już sędzia Tomasz Szmydt (też pracował w resorcie Ziobry), który ma teraz azyl polityczny na Białorusi.
Minister zeznał, że działania sędziów w resorcie Ziobry nie były prywatnym ekscesem. Że ministerstwo odpowiada za podległych jej funkcjonariuszy publicznych.
Po ministrze sprawiedliwości zeznawał sędzia Jakub Iwaniec. W jego przypadku sąd pouczył go o odpowiedzialności karnej za składanie fałszywych zeznań.
Na pytania swojego pełnomocnika, adwokata Krzysztofa Wąsowskiego odpowiedział, że nie brał udziału w żadnych przygotowaniach paszkwilu uderzającego w Markiewicza. Nikogo nie instruował jak go napisać.
Potwierdził, że była grupa dyskusyjna Kasta/Antykasta na WhatsAppie, do której należał Piebiak i skupieni wokół niego sędziowie. Mówił, że należy do wielu grup dyskusyjnych. Kasta/Antykasta była dla nowych prezesów sądów powołanych przez Ziobrę. Miała ich wspierać, bo rzekomo wylał się na nich hejt, że są „sędziami od Ziobry”.
Iwaniec nie dodał, że w tej grupie byli też członkowie neo-KRS – Nawacki, Puchalski, Drajewicz, Dudzicz, Mitera -, którzy dawali nominacje sędziom oraz zastępcy rzecznika dyscyplinarnego Przemysław Radzik i Michał Lasota, którzy ścigali sędziów broniących praworządności.
Na grupie często dyskutowano o nominacjach w neo-KRS i o tym, kogo należy ścigać na drodze dyscyplinarnej. Na tej grupie też był neo-sędzia SN Konrad Wytrykowski, prokurator i notariusz. OKO.press opisało działania tej grupy.
Iwaniec zeznał: „Ta grupa miała sobie pomagać, byłą do wymiany doświadczeń. To była grupa towarzyska. Wymienialiśmy zdjęcia, linki do artykułów. My sędziowie mamy również prawo do prywatności”. Dodał: „Ta grupa dyskusyjna nie miała ścisłego celu. Nie było, że jedziemy na kaścików z Iustitii”.
Zapomniał jednak, że na tej grupie zagrzewano do rozprawienia się z kaściakami. Piebiak polecał nawet rzecznikom dyscyplinarnym „ubić kaściaka”, a oni sami o swojej pracy pisali „kastownia”. Radzik zaś pisał o sobie i Lasocie „okrutnicy”.
Mec. Wąsowski: „Czy Zbigniew Ziobro kazał hejtować Markiewicza?”.
Iwaniec odpowiedział, że spotkał się z nim tylko dwa razy, oficjalnie. Że miał zaszczyt uścisnąć jego dłoń. Iwaniec: „Nie miałem z nim kontaktu mailowego i telefonicznego. Nic mi nie zlecał”.
Minister Żurek zapytał go, jak często kontaktował się z Małą Emi.
Iwaniec: „Widziałem się z nią 4 razy [w tym na imprezie – red.]. Zapoznał mnie z nią Tomasz Szmydt na papierosie pod ministerstwem. Mówił, że ma ona dobry kontakt z mediami. A wtedy polityka informacyjna ministerstwa to był obraz nędzy i rozpaczy. Chcieliśmy zaprezentować naszą reformę, bo w mediach był jednostronny przekaz. KRS pogardzano”.
Iwaniec zeznał, że potem zapaliła mu się czerwona lampka. Określił Małą Emi jako „prostą babę” powołującą się na znajomości. Iwaniec, który sam wyznał, że pił z sędziami alkohol zarzucał Małej Emi: „okazało się, że chla patologicznie (..) jest elektryczna”.
Dalej zeznał, że w rozmowie telefonicznej sprzeciwił się paszkwilowi. Że to niestosowne. A ona miała się na niego obrazić. A potem zerwał z nią kontakty. Iwaniec: „Byliśmy trochę jak dzieci w piaskownicy”.
Zeznał, że oprócz spotkań kilkanaście razy rozmawiał z Małą Emi telefonicznie i kilkanaście razy wymieniał z nią korespondencję na komunikatorach.
Prokurator Anna Pamrowska z Prokuratury Okręgowej Warszawa-Praga (prokuratura bierze udział w tym procesie jako strażnik praworządności, siedzi w ławie z Markiewiczem): „Zeznał pan, że była to „prosta baba”. Kto więc zlecił jej funkcję promowania ministerstwa sprawiedliwości? Jakie cechy jej osobowości skłoniły do forsowania jej kandydatury?”.
Iwaniec: „Ja to przekazałem dalej i potoczyło się własnym losem. Powiedziałem ministrowi [Piebiakowi?-red.], że pomogła zorganizować wywiady dla nowych członków KRS. To była prośba, że ktoś taki jest i może pomóc. I ona wprowadziła się do towarzystwa. Nie przekazywałem jej materiałów dla mediów”.
Prokurator: „Czy miał pan dostęp do teczki personalnej Markiewicza?”.
A wtedy Iwaniec sam z siebie wyznał: „Miałem dostęp do innych teczek”. To ważne wyznanie, bo prokuratura chce mu postawić zarzuty za przetwarzanie danych sędziów z tych teczek. Iwaniec sam potwierdził, że miał do nich dostęp. Uważa jednak, że było to legalne, bo zlecał mu zadania przełożony, czyli ówczesny wiceminister Piebiak.
Ostatni zeznawał sędzia Łukasz Piebiak, obecnie prezes stowarzyszenia Prawnicy dla Polski skupiającego beneficjentów „reform” Ziobry. Stowarzyszenie jest ostrym krytykiem przywracania praworządności przez rząd Tuska. Uderza w ministra Żurka.
Podobnie jak Iwańca sąd pouczył Piebiaka o odpowiedzialności karnej za składanie fałszywych zeznań.
Na pytanie swojego pełnomocnika mec. Wąsowskiego, czy inspirował powstanie paszkwilu na Markiewicza odpowiedział „nie”. Zaprzeczył też, by brał udział w hejcie na niego.
Mec. Wąsowski: „Czy przekazał pan poufne dane z teczek sędziów osobie nieuprawnionej?”. Piebiak: „Nie”.
Prokuratura zarzuca mu, że udostępniał zielone teczki Iwańcowi, z których przygotowywał on notatki. W śledztwie ustalono też, że dokumenty z teczek trafiały na konto Kasta Watch na Twitterze, a fotokopie tych dokumentów wykonano w Parku Ujazdowskim, który jest obok ministerstwa sprawiedliwości. Piebiak jako wiceminister miał dostęp do tych teczek, co potwierdził w sądzie.
Pełnomocnik Markiewicza, mec. Jabłoński pytał, na jakich zasadach Mała Emi współpracowała z ministerstwem: „Jaka była rola Małej Emi w komunikacji ministerstwa? Miała zlecenie, to był wolontariat?”.
Piebiak: „Wiem, że w domenie publicznej funkcjonowała na platformie X jako Mała Emi. Ja jej nie zlecałem działań”.
Mec. Wąsowski: „Czy kontaktował się pan z nią”. Tu Piebiak zastrzegł, że nie może o wszystkim mówić, bo trwa śledztwo i może grozić mu odpowiedzialność za ujawnienie informacji ze śledztwa, które zna. Bo zapoznał się z wnioskiem o uchylenie mu immunitetu.
Z publikacji Onetu i OKO.press wynika, że Piebiak kontaktował się z nią, w tym ws. paszkwilu. Byli nawet razem w grupie dyskusyjnej na Signalu pod nazwą Niezłomni-Grupa małego sabotażu. Byli w niej też członkowie neo-KRS Dariusz Drajewicz i Jarosław Dudzicz.
Pełnomocnik Markiewicza zapytał, czy zlecał on Iwańcowi współpracę z Małą Emi.
Piebiak odmówił odpowiedzi, powołując się na tajemnicę śledztwa. Podobnie odpowiedział, gdy pełnomocnik zapytał go o przygotowanie ataku medialnego na sędziego Żurka.
Pełnomocnik pytał dalej, czy miał w rękach teczkę Markiewicza. Piebiak: „Być może, jeśli były czynności w jego sprawie jako sędziego”. Dodał lekceważąco: „Dziś nie wiem jakiego sądu jest sędzią”. Choć cała Polska wie, że Markiewicz jest sędzią TK.
Minister Żurek pytał: „Komuś udostępniał pan te teczki?”. Piebiak odmówił odpowiedzi. Ale w odpowiedzi na kolejne pytanie przyznał, że miał z Małą Emi kontakty „incydentalne”.
Żurek: „Jak długo się pan z nią kontaktował?”. Piebiak: „Nie wiem. Może to trwało kilka miesięcy, rok. Widziałem ją osobiście raz, podczas imprezy towarzyskiej. Rozmawiałem z nią 1-2 minuty, gdy przedstawił ją mąż [Tomasz Szmydt – red.]”. Zapewniał: „A potem był kontakt telefoniczny na prośbę jej męża, żeby od czasu do czasu odebrać od niej telefon”.
Żurek: „O czym rozmawialiście?”.
Piebiak: „Nie pamiętam”.
Żurek pytał, o co chodziło w jego wiadomości do Małej Emi, gdy pisał, że szef będzie zadowolony. Piebiak odmówił odpowiedzi. Odmówił też odpowiedzi na pytania dotyczące korespondencji mailowej, w której rozmawiano w resorcie o ataku medialnym na Żurka.
Odmówił również odpowiedzi na pytanie pełnomocnika ministerstwa, czy pisał do Małej Emi, że „za czynienie dobra nie wsadzamy”. Taka korespondencja była ws. paszkwilu na Markiewicza. Mała Emi pisała, że boi się, że za to ją wsadzą.
Żurek: „Czy miał pan nick na grupie Kasta/Antykasta Herszt?”.
Piebiak: „Być może”.
Pełnomocnik ministerstwa, radca prawny Marek Lewandowski pytał: „Czy przekazywał pan maile na prywatną skrzynkę Zbigniewa Ziobry?”. Na to Piebiak odmówił odpowiedzi.
Pierwsze takie jawne zeznania w sprawie afery hejterskiej trwały cały dzień. OKO.press dalej będzie pilnować tej sprawy i ją opisywać.
Afery
Sądownictwo
Zbigniew Ziobro
Waldemar Żurek
Krajowa Rada Sądownictwa
Ministerstwo Sprawiedliwości
Prokuratura
Sąd Najwyższy
afera hejterska
Jakub Iwaniec
Krystian Markiewicz
Łukasz Piebiak
Mała Emi
praworządność
rozliczenia
Sąd Okręgowy w Warszawie
Absolwent Wydziału Dziennikarstwa i Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego. Od 2000 r. dziennikarz „Gazety Stołecznej” w „Gazecie Wyborczej”. Od 2006 r. dziennikarz m.in. „Rzeczpospolitej”, „Polska The Times” i „Gazety Wyborczej”. Pisze o prawie, sądach i prokuraturze.
Absolwent Wydziału Dziennikarstwa i Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego. Od 2000 r. dziennikarz „Gazety Stołecznej” w „Gazecie Wyborczej”. Od 2006 r. dziennikarz m.in. „Rzeczpospolitej”, „Polska The Times” i „Gazety Wyborczej”. Pisze o prawie, sądach i prokuraturze.
Komentarze