0:00
Prawa autorskie: Jedrzej Nowicki / Agencja GazetaJedrzej Nowicki / Ag...
16 lutego 2020

Szwajcaria karze za homofobię. Gdyby w Polsce wprowadzić taki zapis, kłopoty mieliby Jędraszewski, Jaki i TVP

Konserwatyści o pomyśle zakazu dyskryminacji i mowy nienawiści wobec osób nieheteroseksualnych mówili "cenzura". Zaproponowali, by o tak kontrowersyjnej - w ich opinii - sprawie zdecydowali obywatele. Liczyli, że pomysł przepadnie i boleśnie się pomylili: 63,1 proc. zagłosowało za penalizacją homofobii

Wydrukuj

Konserwatyści o pomyśle zakazu dyskryminacji i mowy nienawiści wobec osób nieheteroseksualnych mówili "cenzura". Zaproponowali więc, by o tak kontrowersyjnej - w ich opinii - sprawie zdecydowali obywatele. Zebrali 50 tys. podpisów pod wnioskiem o narodowe referendum. Głosowanie miało wisieć na włosku i podzielić kraj na pół. Ale eksperci i politycy źle ocenili Szwajcarów. W niedzielę 9 lutego 2020

za penalizacją homofobii opowiedziało się 63,1 proc. głosujących. Przeciwko - 36,9 proc.

"W Szwajcarii każdy może powiedzieć »geje do gazu« lub »zgwałcić lesbijkę« i nie spotkają go za to żadne konsekwencje" - mówiła przed referendum w komentarzu dla "New York Times" pisarka i badaczka dyskryminacji Caroline Dreuer.

Gdy prawo wejdzie w życie, karalne będą wszystkie przejawy dyskryminacji i mowy nienawiści w przestrzeni publicznej - od komentarzy w telewizji i mediach społecznościowych po te rzucone na ulicy.

Nie chodzi oczywiście o prywatne rozmowy, kiedy ktoś przy piwie ze znajomymi opowie żart operujący uprzedzeniami. Prawo jasno rozdziela granice, między "publicznym" i "prywatnym".

Ten, kto złamie przepisy - np. w rozgłośni radiowej homoseksualność nazwie "zboczeniem" - musi się liczyć z karą pozbawienia wolności do trzech lat. Z ustawy wyłączone są osoby transpłciowe. Prawo chroni tych, którzy mieszczą się w trzech pierwszych literach skrótu LGBT - lesbijki, gejów i osoby biseksualne.

Dziurawe prawo spycha Polskę na peryferia

W Europie penalizacja homofobii jest demokratycznym standardem. Podobne przepisy, choć ujęte w różne ramy, uchwaliły nie tylko Francja, Belgia, Holandia czy Finlandia, ale także bliższe Polsce - Węgry, Litwa i Bułgaria. W 2017 roku o uzupełnienie ustawy chroniącej przed dyskryminacją o przesłankę orientacji seksualnej, apelowały do Szwajcarów ONZ i Rada Europy, a światowe media przed referendum pisały, że

Szwajcaria - mimo renomy postępowej - znajduje się w europejskim ogonie. Jak więc nazwać miejsce, w którym na równościowej mapie leży Polska?

Gdy popatrzymy na doroczne rankingi równouprawnienia osób LGBT, zobaczymy, że Polska konsekwentnie przesuwa się w dół. Od 2017 roku jesteśmy drudzy od końca wśród krajów Unii Europejskiej, gorzej jest tylko na Łotwie. W Europie lepszym wynikiem mogą pochwalić się za to Ukraina, Węgry czy Bułgaria.

Niebezpiecznie blisko - biorąc pod uwagę pulę zgromadzonych punktów - jest też putinowska Rosja, w której obowiązuje "zakaz homoseksualnej propagandy". Skąd tak niska pozycja Polski? Państwo nie dość skutecznie chroni osoby LGBT przed dyskryminacją, a przed przestępstwami z nienawiści (w tym mową nienawiści) nie chroni wcale.

Polska dzieli nienawiść na lepszą i gorszą

To nie znaczy, że polskie prawo w ogóle nie rozpoznaje, czym jest mowa nienawiści. Penalizacji w kodeksie karnym podlegają:

  • nawoływanie do nienawiści na tle różnic narodowościowych, etnicznych, rasowych, wyznaniowych, lub ze względu na bezwyznaniowość (art. 256 kk);
  • publiczna zniewaga grupy ludności lub poszczególnej osoby z powodu jej przynależności etnicznej, rasowej, wyznaniowej, lub z powodu bezwyznaniowości, naruszanie nietykalności cielesnej z tych samych powodów (art. 257 kk).

Problemem jest niepełny katalog przesłanek, które uprawniają do ścigania za nienawiść. Nie ma w nim ani orientacji seksualnej, ani tożsamości płciowej (ani np. niepełnosprawności czy wieku, ale to temat na inną opowieść).

We wrześniu 2017 roku, na posiedzeniu Rady Praw Człowieka ONZ w Genewie rząd PiS - upomniany przez międzynarodową instytucję - zobowiązał się do nowelizacji kodeksu karnego w zakresie ścigania przestępstw z nienawiści. Dziś wiemy, że była to obietnica bez pokrycia.

W listopadzie 2019 roku poseł Lewicy Krzysztof Śmiszek w interpelacji poselskiej zapytał Ministerstwo Sprawiedliwości, czy trwają prace nad uzupełnieniem przepisów. W odpowiedzi pracownicy MS poinformowali, że nie dzieje się nic i dziać się nie będzie, bo już dziś - według resortu - ochrona, którą gwarantują ogólne przepisy kodeksu karnego, jest wystarczająca.

To częsty argument administracji PiS w ostatnich pięciu latach. Gdy w maju 2017 roku, po raz czwarty w ciągu 14 miesięcy, ktoś rozbił szyby w siedzibie warszawskiej organizacji LGBT Kampania Przeciw Homofobii, Ministerstwo Sprawiedliwości uznało, że to "przestępstwo pospolite", które nie wymaga szczególnej ochrony.

PiS rośnie wraz z homofobią, po co ma z nią walczyć?

I może nie ma się co dziwić, że rządzący stosują taką wykładnię. Gdyby przestępstwa z nienawiści wobec osób LGBT w Polsce były penalizowane, wiele wypowiedzi hierarchów Kościoła katolickiego, polityków PiS, samorządowców po prostu by nie było.

Na bezkarność nie mogłaby też liczyć prawicowa forpoczta władzy: przedstawiciele mediów publicznych, prawnicy z "Ordo Iuris" czy eksperci-homofobi jak prof. Nalaskowski. A to oznacza, że wojna kulturowa, którą od roku rozgrywa PiS, licząc na mobilizację konserwatywnego, przywiązanego do etyki katolickiej elektoratu w kolejnych wyborach, albo w ogóle by się nie rozegrała, albo przynajmniej nie byłaby tak brutalna.

Kto dokładnie mógłby mieć problemy? Lista niestety jest długa, dlatego OKO.press, wymieni najbardziej spektakularne przykłady, z ostatnich kilkunastu miesięcy:

Póki co osoby LGBT mogą bronić się przed homofobią w postępowaniach cywilnych. Tak stało się m.in. w sprawie słynnych naklejek "Gazety Polskiej", gdzie sąd po pozwie o naruszenie dóbr osobistych Barta Staszewskiego (aktywisty LGBT), nakazał wstrzymanie ich dystrybucji do zakończenia procesu.

Czy referendum to dobry pomysł?

Polscy politycy pytani o związki partnerskie czy równość małżeńską często robią unik i mówią: zróbmy referendum. Tak sprawę stawiał Władysław Kosiniak-Kamysz, a ostatnio chętnie mówi o tym obywatelski kandydat na prezydenta Szymon Hołownia. Jednak w polskich warunkach pomysł referendum jest wyjątkowo nietrafiony, zarówno w przypadku związków czy - jak w Szwajcarii - ochrony przed dyskryminacją i przestępstwami z nienawiści.

Po pierwsze, organizowanie plebiscytu w kwestii praw człowieka, jest ucieczką polityków od odpowiedzialności. Prawo do życia rodzinnego czy bezpieczeństwa powinno być czymś, co nie podlega "widzimisię" większości.

Po drugie, w warunkach polskiej debaty publicznej vox populi zamiast łączyć i sprowadzać dyskusję na merytoryczne tory, antagonizuje i ustawia w prostej dychotomii "za" albo "przeciw". A to sprawia, że głosy marginalne, najbardziej homofobiczne, wybijają się jako dominujące.

I tak koło się zamyka: dopóki polska debata publiczna nie przybierze bardziej cywilizowanych kształtów, referendum w sprawie wprowadzenia standardów praw człowieka dla osób LGBT zmieni się w festiwal homofobicznej propagandy. A jeśli zapisy ustawowe się nie zmienią, spory światopoglądowe w Polsce będę wyglądały tak jak dotychczas.

Udostępnij:

Anton Ambroziak

Dziennikarz i reporter. W OKO.press od 2017 roku. Wcześniej pracował w kulturze i współtworzył trzeci sektor. Za pracę dziennikarską uhonorowany nagrodami: Amnesty International „Pióro Nadziei” (2018), Kampanii Przeciw Homofobii “Korony Równości” (2019). Najchętniej pisze o usługach publicznych i prawach człowieka. Entuzjasta data journalism i human stories

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne