0:00
Prawa autorskie: Slawomir Kaminski / Agencja GazetaSlawomir Kaminski / ...
20 maja 2020

W kryzysie rząd oddał politykę gospodarczą lobbystom korporacji i organizacjom pracodawców

"Przepisy pomagają dużym przedsiębiorcom, korporacjom, by nie zmniejszyła się ich stopa zysku. By mogły przejść przez kryzys w miarę suchą stopą, ale kosztem wynagrodzeń pracowników" - mówi OKO.press Łukasz Jaskuła z Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Inicjatywa Pracownicza

Wydrukuj

Kryzys spowodowany epidemią koronawirusa i środkami zapobiegawczymi podjętymi przez rządy to gigantyczne wyzwanie dla społeczeństwa i gospodarki. Po trzech dekadach nieprzerwanego wzrostu czeka nas recesja i - najprawdopodobniej - wysokie bezrobocie.

O rządowej "tarczy antykryzysowej" i jej kolejnych odsłonach piszemy w OKO.press regularnie. Analizujemy pakiet ustaw antykryzysowych zarówno z perspektywy przedsiębiorców, jak i pracowników.

O tym, jak zmieniła się sytuacja świata pracy po ponad dwóch miesiącach częściowej hibernacji gospodarki i po kolejnych ustawach antykryzysowych rozmawiamy z Łukaszem Jaskułą z Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Inicjatywa Pracownicza.

Maria Pankowska, OKO.press: Rozgłos medialny zyskuje "Strajk przedsiębiorców", o protestach pracowniczych jest ciszej. Dlaczego?

Łukasz Jaskuła, OZZ „Inicjatywa Pracownicza”: Strajk zwany strajkiem przedsiębiorców, który wydarzył się w piątek 8 maja, a następnie 16 maja na ulicach Warszawy, faktycznie był szeroko komentowany w mediach. Na grupie na Facebooku zebrał ponad 240 tys. osób. Media zignorowały natomiast inne, mniejsze protesty, które dzieją się w całym kraju.

Być może ten konkretny protest był tak głośny, bo dział się w Warszawie, był organizowany przez kandydata na prezydenta, mieliśmy do czynienia z gwałtownymi reakcjami policji. Wiemy z doświadczeń np. Ogólnopolskiego Strajku Kobiet, że policja dość stanowczo reaguje w przypadku prób zgromadzeń w stolicy. Nie mieliśmy tego np. w przypadku protestu pracowników transgranicznych w Cieszynie. Tam funkcjonariusze nie reagowali.

Z relacji dziennikarzy wynika, że w proteście "przedsiębiorców" brali udział bezrobotni, pracownicy gastronomii, którzy teraz stracili pracę, właściciele drobnych przedsiębiorstw, ale również różnego rodzaju uliczni aktywiści. To spora, niezbadana jeszcze grupa ludzi.

Skąd pracownicy gastronomii wzięli się na strajku przedsiębiorców?

To kwestia braku uzwiązkowienia.

Związki zawodowe jak na razie nie są w stanie zagospodarować tej grupy osób, która w dużej mierze pracuje na śmieciówkach lub w drobnych przedsiębiorstwach.

Jak na razie, jak widzimy, te emocje rozgrywa więc jeden z kandydatów na prezydenta i jedna z partii politycznych.

Nie chcę krytykować bezczynności związków. Związki zajmują się teraz monitorowaniem kolejnych przepisów tarczy antykryzysowej, pomocą w zakładach pracy, gdzie istnieją, mają pełne ręce roboty. Ale to one powinny zagospodarować gniew pracowników, którzy doświadczają antypracowniczych skutków tarczy.

Stąd np. protesty pracowników skarbówki, zakładów Chemar, pielęgniarek, protesty stricte pracownicze. To w dużej mierze reakcja na działanie tarczy antykryzysowych. Albo jej przepisów, albo luk w tych przepisach, które nie obejmują poszczególnych kategorii pracowników. Np. pracowników transgranicznych.

Ostatnio protestowali np. pracownicy transgraniczni w Lubieszynie.

Tak. Po wcześniejszych protestach rząd ugiął się i zmienił przepisy. W tym momencie pracownicy transgraniczni mogą pracować bez odbywania 14-dniowej kwarantanny przy przekroczeniu granicy. Ale przepisy te nie objęły pracowników medycznych i opieki społecznej. Stąd kolejny protest.

Przepisy z jednej strony nie pozwalały im pracować, z drugiej nie dawały możliwości rekompensaty, współfinansowania pensji, bo nie byli zatrudnieni w Polsce. Minister Pracy niefortunnie powiedziała, że mogą zarejestrować się jako bezrobotni. Po protestach rząd zmienił zdanie i od poniedziałku została zniesiona kwarantanna dla pracowników medycznych.

W jakich jeszcze przypadkach tarcza antykryzysowa nie działa?

Tarcza wprowadziła mechanizm, w ramach którego przedsiębiorcy mogą ubiegać się o współfinansowanie pensji pracowników, ale najpierw te pensje należy obniżyć o 20 proc.

Pracownicy wielu zakładów, którzy wiedzieli, że szefostwo ma zgromadzone duże zapasy gotówki, a spadek obrotów w ich branży jest wyłącznie chwilowy, nie zgadzali się na te przepisy. Stąd np. strajk ostrzegawczy pracowników Odlewni Chemar w Kielcach czy protest pracowników Avonu w Garwolinie.

Ludzie obawiają się, że zmniejszenie pensji będzie wprowadzone na stałe. Że firma przetrwa kryzys, zrzucając jego koszty wyłącznie na pracowników, ich pensje.

Tarcza nie rozwiązuje także problemu niskich pensji w ochronie zdrowia. W tym momencie pielęgniarki i lekarze są na pierwszej linii frontu. Ich wynagrodzenia nadal są niewspółmierne do wysiłku. Stąd przemęczone pielęgniarki ze szpitala zakaźnego w Łodzi masowo poszły na zwolnienia lekarskie. Odmówiły pracy ponad siły przy wynagrodzeniu w wysokości 15 zł za godzinę.

"Tarcza 2.0" wprowadziła też bardzo niebezpieczne przepisy o możliwości zwolnień w administracji rządowej. Te przepisy niepokoją pracowników budżetówki, służby cywilnej. Stąd protest osób zatrudnionych w urzędach skarbowych. 7 maja w całym kraju o godzinie 10.00 wyłączyli komputery na 15-minutową, regulaminową przerwę. Zawiązali Komitet Protestacyjny. Domagają się obiecanych podwyżek, bo pensje w Urzędach Skarbowych są bardzo niskie, urzędy zmagają się z niedoborem kadry. Zapowiedź zwolnień w sytuacji, gdy już brakuje pracowników, jest absurdem.

Dlaczego zwolnienia w sektorze publicznym są tak niebezpieczne?

Czeka nas fala bezrobocia i gospodarczej recesji. W sytuacji kryzysu to właśnie praca w sektorze publicznym, choć nisko płatna, ma walor stabilności. Tworzy podstawę, grupę osób o stabilnych dochodach, która może utrzymać popyt na rynku. Rząd idzie natomiast w przeciwną stronę. Przecieki z mediów są takie, że to rozwiązanie dotyczące zwolnień w administracji ma być poszerzone o kolejne grupy pracowników sektora publicznego.

Władze samorządowe już podążają za przepisami tarczy i działają analogicznie. Również tną wynagrodzenia.

W ankiecie przeprowadzonej przez Związek Nauczycielstwa Polskiego wyszło, że 62 proc. nauczycieli nie otrzymuje pełnego wynagrodzenia. Mamy informacje o ciętych wynagrodzeniach pracowników socjalnych w Toruniu, o zmniejszanych etatach urzędników samorządowych w mniejszych miastach. Tarcza wywołała tu efekt domina.

Pracownicy skarbówki mają słuszność, że protestują. Mam nadzieję, że pójdą za nimi kolejne grupy zatrudnione w sektorze publicznym.

To komu w takim razie tarcza pomaga?

Przepisy pomagają dużym przedsiębiorcom, korporacjom, by nie zmniejszyła się ich stopa zysku. By mogły przejść przez kryzys w miarę suchą stopą, ale kosztem wynagrodzeń pracowników. Pracowników nie chronią.

Żeby skorzystać z współfinansowania wynagrodzeń, pomocy państwa wraz z ograniczeniem pensji należy ograniczyć czas pracy. Dotyczy to przede wszystkim pracowników gorzej zarabiających - produkcyjnych, magazynów. Najczęściej nie dotyczy kadry zarządzającej ani zarządów. Koszty rozłożone są niesprawiedliwie.

Tarcza wydłuża także okres rozliczeniowy - do 12 miesięcy. Oznacza to, że pracownicy np. sieciówek odzieżowych w centrach handlowych, którzy do niedawna nie pracowali i mieli obniżone wynagrodzenie, będą musieli cały ten czas odpracować w nadchodzących miesiącach. Przy 12-godzinnym dniu pracy. Paradoksalnie, w branżach, które przez jakiś czas nie mogły funkcjonować, czas pracy pracowników się wydłuży mimo mechanizmu obniżki wynagrodzeń i czasu pracy.

Co mógłby zrobić rząd, by pomóc pracownikom już teraz?

Jeśli mówimy o krótkiej perspektywie, to w pierwszej kolejności w branżach, które nie mogą wciąż prawidłowo funkcjonować, czyli np. hotelarstwo, gastronomia, branża rozrywkowa, w większym stopniu współfinansować pensje. Tak, żeby nie stracić tych miejsc pracy.

Jednocześnie zwiększyć zasiłek dla bezrobotnych i złagodzić warunki jego otrzymania tak, aby te osoby, które stracą pracę, miały środki do przeżycia i stymulowania popytu.

W trzeciej kolejności powinni wycofać się z przepisów ułatwiających zwolnienia, w tym zwolnienia w administracji rządowej.

Dlaczego rząd PiS, który chwalił się nakręcaniem popytu przez np. program 500+ w tym momencie zapomina?

Obawiam się, że w czasie kryzysu rząd oddał politykę gospodarczą lobbystom korporacji i organizacjom pracodawców.

Obserwujemy, że organizacje takie jak Pracodawcy RP i czy Konfederacja "Lewiatan" intensywnie przyjmują w swoje szeregi kolejnych członków. Sławomir Dudek, główny ekonomista Pracodawców RP przyznał w debacie Krytyki Politycznej: „Firmy rzeczywiście się zintegrowały. Na początku osobna każda organizacja występowała, ale później powstała Rada Przedsiębiorczości reaktywowana, gdzie wszystkie te postulaty zgłaszamy razem”. Niewspółpracujące ze sobą centrale związkowe, nieuzwiązkowieni pracownicy czy pozbawieni reprezentacji mali przedsiębiorcy mogliby tylko brać z nich przykład.

Organizacje dużych pracodawców zatrudniają jako lobbystów, ludzi, którzy przez wiele lat byli wysoko postawionymi urzędnikami np. Ministerstwa Finansów czy Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej. Z ich kontaktów i kapitału społecznego mogą w tej chwili korzystać.

Dlatego często coś, co początkowo jest apelem organizacji pracodawców, znajduje się potem w kolejnych przepisach tarcz antykryzysowych.

Wydaje się poza tym, że część rządu jest w tym momencie bardziej zajęta organizacją wyborów i przepychankami politycznymi niż losem pracowników. Korporacje na tym korzystają.

Warto zauważyć, że część rozwiązań jest zaczerpnięta wprost z ustaw z czasów poprzedniego kryzysu i rządów Platformy Obywatelskiej jak "Ustawy o szczególnych rozwiązaniach związanych z ochroną miejsc pracy" czy "Ustawy o racjonalizacji zatrudnienia w państwowych jednostkach budżetowych".

Rozwiązania dobre dla korporacji są zarazem antypracownicze?

Tak, np. zgłaszany postulat jeszcze większego uelastycznienia warunków zatrudnienia, czyli de facto zwiększenia liczby umów śmieciowych, możliwości zatrudniania przez dłuższy okres przez agencje pracy tymczasowej czy wydłużenia dopuszczalnego okresu zatrudnienia na czas określony. Organizacje pracodawców twierdzą, że pozytywnie wpłynie na stabilność zatrudnienia i jakość pracy. Badania pokazują, że jest wprost przeciwnie.

Ten kryzys pokazał, że im bardziej mamy uśmieciowiony rynek pracy, tym pracownicy gwałtowniej tracą dochody, poczucie bezpieczeństwa, miejsca pracy.

To rozwiązania dla korporacji, by miały większą władzę nad pracownikami. Dlatego Amazon otwierając teraz kolejne centra, zatrudnia ludzi w Polsce przez agencje pracy tymczasowej, proponując im umowy na miesiąc lub dwa tygodnie. Takie osoby nie będą zainteresowane wstępowaniem do związków zawodowych i walki o swoje prawa. Bo będą się obawiać, że w przyszłym miesiącu nie dostaną kolejnej umowy.

Najskuteczniejszym narzędziem wywierania wpływu przez pracowników pozostaje odmowa pracy. To właśnie jest testowane teraz na poziomie poszczególnych zakładów. Czy to w ramach dwugodzinnego strajku w Odlewni Chemar, czy pójścia na L4 przez pielęgniarki w Łodzi, skorzystanie z 15-minutowej przerwy przez pracowników skarbówki w całym kraju, wciąż okazuje się, że jest to najskuteczniejsze narzędzie. Postulaty pracowników są wtedy choćby częściowo spełniane.

Gdy nie ma pracy, to zostaje ulica. Pojawia się pytanie, kto zagospodaruje ten wściekły tłum.

Czy ten gniew jest do zagospodarowania w pozytywny sposób?

W zasadzie każda grupa polityczna mogłaby te emocje zagospodarować - prawica, lewica, rząd. Ale powinny związki zawodowe. Duże centrale związkowe powinny zacząć współpracować. To nie jest koniec antypracowniczych pomysłów partii rządzącej.

Udostępnij:

Maria Pankowska

Dziennikarka OKO.press, absolwentka ILS UW i College of Europe. Wcześniej pracowała m.in. w Komisji Europejskiej w Brukseli, na Uniwersytecie Narodów Zjednoczonych w Tokio oraz w Polskim Instytucie Dyplomacji.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne