Witaj w sekcji depeszowej OKO.press. W krótkiej formie przeczytasz tutaj o najnowszych i najważniejszych informacjach z Polski i ze świata, wybranych i opisanych przez zespół redakcyjny
Trzynaścioro nowych sędziów z Krajowej Rady Sądownictwa chciało porozmawiać z sześciorgiem sędziów wybranych w marcu do Trybunalu Konstytucyjnego. Nie zostali jednak wpuszczeni do budynku TK. Sędziowie musieli się spotkać przed budynkiem
Trzynaścioro sędziów wybranych do KRS z rekomendacji koalicji rządzącej pojawiło się w środę 20 maja przed budynkiem Trybunału Konstytucyjnego. Chcieli spotkać się z szóstką sędziów Trybunału Konstytucyjnego wybranych w marcu, by porozmawiać z nimi o aktualnej sytuacji w Trybunale. „ Chcemy zobaczyć, jak sytuacja faktycznie w Trybunale wygląda, bo to tej pory mieliśmy tylko medialne informacje na ten temat” – mówił jeden z sędziów z KRS Dariusz Zawistowski.
Sędziowie z KRS nie zostali jednak wpuszczeni do budynku Trybunału. Zeszła do nich rzeczniczka TK Weronika Ścibor – ale tylko po to, by ich wyprosić. „Nie ma zgody na odbywanie jakiegokolwiek spotkania w tym momencie, trwają narady – mówiła sędziom z KRS Ścibor. Dorzuciła, że ”w tym momencie Trybunał Konstytucyjny nie organizuje żadnych spotkań".
Za tą decyzją stoi prezes TK Bogdan Święczkowski.
„Powiedział zdenerwowany, że jeżeli chodzi o naszą czwórkę, to my nie możemy nikogo zapraszać, jeżeli zaś chodzi o pozostałą dwójkę, to teoretycznie, mogą zapraszać, ale za zgodą prezesa, zaś on nie wyraża zgody. Więc efekt tego jest taki sam. Żadnej podstawy nie wskazał” – tak relacjonował tę sytuację jeden z niedopuszczonych do orzekania przez Święczkowskiego nowych sędziów TK Krystian Markiewicz.
Szóstka nowych sędziów TK ostatecznie spotkała się z kolegami z KRS przed budynkiem TK. Następne spotkanie ma się odbyć w siedzibie KRS.
W zeszłym tygodniu Sejm wybrał 15 nowych sędziów do Krajowej Rady Sądownictwa. Trzynaścioro z nich to sędziowie rekomendowani przez kluby koalicji rządzącej, a dwóch — przez kluby PiS i Konfederacji. Przed Trybunałem Konstytucyjnym w środę pojawiła się tylko pierwsza trzynastka, sędziowie wybrani z rekomendacji PiS i Konfederacji nie uczestniczyli w spotkaniu.
Przeczytaj także:
W marcu z kolei Sejm wybrał sześcioro nowych sędziów Trybunału Konstytucyjnego. Tylko dwoje z nich zostało zaproszonych do Pałacu Prezydenckiego na ślubowanie. Pozostała czwórka składała ślubowanie przed Marszałkiem Sejmu. Dla prezesa TK Bogdana Święczkowskiego był to pretekst, by dopuścić do orzekania tylko dwoje sędziów zaprzysiężonych przez Karola Nawrockiego. Plan poróżnienia w ten sposób nowych sędziów TK się jednak nie powiódł – Magdalena Bentkowska i Dariusz Szostek (czyli sędziowie zaprzysiężeni przez Nawrockiego) zapowiedzieli, że nie będą orzekać w składach sędziowskich, w których mieliby być obecni również tzw dublerzy. Sprawę opisywał w OKO. press Mariusz Jałoszewski.
Przeczytaj także:
W przygotowanym przez Konfederację projekcie ustawy czytamy wprost nie tylko o zakazie adopcji, ale i prawnym uniemożliwieniu przysposobienia dziecka małżonka lub małżonki. Podobny projekt, jak pisała WP.pl, miał przygotowywać też rząd Donalda Tuska.
Krzysztof Bosak, wicemarszałek Sejmu i jeden z liderów Konfederacji, poinformował w środę 20 maja o złożeniu w Sejmie projektu ustawy o „zakazie adopcji homoseksualnych”.
Bosak i Konfederacja postulują zmiany w kodeksie rodzinnym i opiekuńczym. Chcą dodać zapis, który zakazywałby przysposobienia dziecka osobom, które są w związku (formalnym lub nie) z osobą tej samej płci. Projekt ustawy zakłada wprowadzenie zakazu nie tylko adopcji dziecka przez parę, ale i przysposobienia dziecka partnera lub partnerki.
Bosak pisze: „Do tej pory [zakaz — przyp.red.] nie był potrzebny, bo sprawa była oczywista. Teraz już oczywista nie jest”.
Skrajnie prawicowy polityk powołuje się na przygotowywany projekt rozporządzenia umożliwiającego transkrypcję aktów małżeństw par jednopłciowych zawieranych za granicą, zgodnie z wyrokami Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej oraz polskich sądów nazywając go „realizowaniem lewicowej agendy ideologicznej”.
Bosak w swoim krótkim wpisie powołuje się też na konieczność uchwalenia „jasnych przepisów chroniących dzieci”, kłamliwie twierdząc, że wychowanie dziecka w tęczowej rodzinie miałoby negatywnie wpłynąć na jego rozwój.
„Ten projekt nie ma na celu ochrony, tylko atak na rodzinę. W imię walki z wyimaginowaną ideologią Konfederacja chce odebrać parom prawo do budowania rodzin, w których dzieci byłyby otoczone opieką, troską, i bezpieczeństwem. To projekt na wskroś zły, bo podszyty hipokryzją i chęcią zdemonizowania i odczłowieczenia osób LGBT+” – komentuje dla OKO.press Przemek Walas, kierownik programowy Kampanii Przeciw Homofobii.
Projekt zostanie przekazany do Sejmu i tam będzie rozpatrywany w trzech czytaniach. Dopiero później, kiedy ewentualnie zyska większość wśród posłów, projekt zostanie przekazany do Senatu i po ostatecznym uchwaleniu mógłby zostać przekazany prezydentowi do podpisu.
Konfederacja ma szansę na przepchnięcie swego projektu dalej tylko, gdy zagłosowałaby za nim cała prawica (od PiS po Konfederację Korony Polskiej) oraz PSL, które otwarcie opowiada się przeciwko adopcji dzieci przez pary jednopłciowe.
Polska przygotowuje się do regulacji systemowych umożliwiających transkrypcję aktów małżeństwa parom jednopłciowym, które pobrały się za granicą. Premier Donald Tusk przed tygodniem zapowiedział intensyfikację prac nad projektem rozporządzenia. Dziś jest on po konsultacjach międzyresortowych i powinien zostać podpisany w tym tygodniu.
Premier od razu uciął wówczas spekulacje, jakoby nowe regulacje miałyby ułatwić adopcje parom LGBT+. „To nie jest droga do możliwości adopcji. Tutaj jesteśmy jednoznaczni i chciałbym, żeby nie było to przedmiotem dyskusji” – orzekł premier.
Jak wynika z informacji Wirtualnej Polski, rząd sam chciał przygotować projekt nowelizacji Kodeksu rodzinnego i opiekuńczego wskazującego, że przysposobienia dzieci mogą dokonać tylko pary z heteroseksualnych związków. Projekt ten miał jednak dotyczyć wyłącznie kwestii adopcji.
Szczegółów tego projektu jednak nie ma, co Bosak wykorzystał, cynicznie wskazując: „Wszystkie partie rządowe (poza Lewicą) deklarują, że są przeciwko adopcjom homoseksualnym, więc nie powinno być problemu z zebraniem większości, prawda? Sprawdźmy, czy politycy rządu zagłosują zgodnie z własnymi deklaracjami!” – napisał polityk w mediach społecznościowych.
Jak wylicza Kampania Przeciw Homofobii, w Polsce nawet ok. 50 tysięcy dzieci wychowuje się w tęczowych rodzinach, czyli ma rodziców tej samej płci. „Dzieci wychowywane w tych rodzinach to najczęściej biologiczne dzieci jednej z kobiet. Druga mama, nazywana też czasem „mamą społeczną”, w świetle polskiego prawa nie ma wobec wychowywanych przez siebie dzieci ani żadnych obowiązków, ani żadnych praw” – podkreśla KPH.
Przeczytaj także:
Przeczytaj także:
Przeczytaj także:
Niecały tydzień po wizycie Trumpa, porównania narzucają się same. Zbyt wiele dzieje się jednak za kulisami, by łatwo ocenić skutki obu spotkań
Władimir Putin odwiedza dziś Pekin. Rosyjski przywódca spotyka się z Xi Jinpingiem niecały tydzień po tym, jak w stolicy Chin wizytę składał Donald Trump.
Putin przyleciał do Pekinu wczoraj. Dziś Xi i Putin najpierw spotkali się w wąskim formacie, z niewielką liczbą obecnych delegatów, by omówić delikatne kwestie. Dopiero później przeprowadzono szerokie rozmowy obu delegacji, które zakończyły się o 14 czasu lokalnego. Następnie przywódcy wzięli udział w ceremonii podpisania dokumentów, które obejmowały bardzo szeroki zakres tematów: handel, technologię, rozwój naukowy czy własność intelektualną.
W przemowach padło wiele słów podkreślających bliskość relacji obu państw.
„Pomimo niekorzystnych zewnętrznych warunków, nasze interakcje i współpraca ekonomiczna wskazuje na dobry trend. Obszerna współpraca i strategiczna między Rosją a Chinami w nowej erze to model dla międzyrządowych relacji w całym nowoczesnym świecie” – mówił Putin kierując te słowa do Xi Jinpinga.
Podobny czas i format wizyty sprawia, że wizyty Putina i Trumpa w Pekinie są szeroko porównywane do siebie. Komentarorzy szybko zauważyli, że na lotnisku w Pekinie to Putina witał wyższy rangą urzędnik – był to minister spraw zagranicznych Wang Yi. Trumpa natomiast powitał Han Zheng, który nie jest już członkiem Biura Politycznego Komunistycznej Partii Chin.
Pytany o porównanie obu spotkań rzecznik Kremla Dimitrij Pieskow powiedział, że „nie zawsze łatwo to porównać, główna wartość leży w treści spotkania, a nie w aspektach ceremonialnych”.
Chiny i Rosja od lat wzmacniają wzajemne partnerstwo, Trump przylatywał do Pekinu jako rywal, z którym trzeba się liczyć. W tandemie Chiny-Rosja dziś to państwo Xi Jinpinga jest znacznie silniejsze
„Chiny są zdecydowanie silniejsze od Rosji i jest to relacja patron-klient, gdzie Chiny są patronem, a Rosja jest klientem” – mówił OKO.press w 2024 roku prof. Michał Lubina.
„Mają wspólnego wroga – Amerykanów. Oba kraje podobnie odczytują sytuację międzynarodową – widzą słabnącą dominację amerykańską i w nowym porządku międzynarodowym chcą odgrywać czołowe role”.
Według „Financial Times” Xi miał w zeszłym tygodniu powiedzieć Donaldowi Trumpowi, że Putin może pewnego dnia pożałować swojej decyzji o ataku na Ukrainę. Według tych samych źródeł Trump miał zasugerować, że wszyscy trzej liderzy – Trump, Putin i Xi – powinni współpracować przeciwko Międzynarodowemu Trybunałowi Karnemu. Trump doniesieniom „FT” zaprzeczył. Jeśli doniesienia te są prawdziwe, pokazują one, jak skomplikowane są relacje na linii tych trzech krajów. A także, że Chiny nie traktują Rosji tylko jako ideologicznego sojusznika, ale także jak zwykłego politycznego gracza
Przeczytaj także:
USA zmniejszają siły wojskowe, które będą dostępne dla NATO – poinformowała agencja Reutera, powołując się na trzy źródła w amerykańskiej administracji. Informacje w tej sprawie mają zostać przekazane sojusznikom jeszcze w tym tygodniu.
Wycofanie 5 tysięcy żołnierzy z Europy, w tym anulowanie wysłania batalionu dalekiego rażenia do Niemiec, opóźnienie wysłania do Polski rotacyjnej brygady bojowej, obniżenie rangi dowództwa amerykańskich sił w Europie – to nie koniec zmian zaangażowania USA w NATO. Jak wynika z doniesień agencji Reutera, USA mają poinformować w tym tygodniu sojuszników o zmniejszeniu amerykańskich sił dostępnych dla NATO w ramach tzw. modelu sił NATO (z ang. NATO Force Model), czyli do dyspozycji w sytuacji kryzysu, np. ataku na któreś z państw NATO.
Model sił NATO to ramy organizacyjne udostępniania Sojuszowi sił krajowych. Daje on przywódcom politycznym i wojskowym NATO wiedzę o tym, jakie siły krajowe mogą być udostępnione dla Sojuszu w czasie pokoju, kryzysu i konfliktu w celu wsparcia trzech podstawowych zadań NATO: odstraszania i obrony, zapobiegania kryzysom i zarządzania nimi oraz obrony zbiorowej. Opiera się on na trójstopniowym systemie gotowości:
Jak wynika z informacji od trzech źródeł z amerykańskiej administracji, USA planują zmniejszenie sił amerykańskich, które będą do dyspozycji Sojuszu. Nie wiadomo, czy chodzi tylko o te siły, które mają zostać wycofane z Europy, czy o kolejne jednostki.
Informacje w sprawie mają zostać przekazane europejskim sojusznikom pod koniec tygodnia. Prawdopodobnie podczas spotkania ministrów spraw zagranicznych państw NATO, które jest zaplanowane na 21 i 22 maja w Szwecji. Polskę na spotkaniu będzie reprezentował minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski. Stany Zjednoczone sekretarz stanu Marco Rubio.
Administracja Donalda Trumpa dokonuje „dostosowania” swojej obecności wojskowej w Europie. Proces jest jednak komunikowany w taki sposób, że więcej nie wiadomo, niż wiadomo.
Zgodnie z informacjami przekazanymi we wtorek 19 maja przez generała Alexusa G. Grynkewicha, naczelnego dowódcę sił sojuszniczych NATO w Europie i dowódcę sił USA w Europie, USA zamierzają wycofać z Europy w najbliższym czasie w sumie 5 tysięcy żołnierzy, ale na tym najpewniej się nie skończy.
„W miarę jak sojusznicy będą rozwijać swoje zdolności, Stany Zjednoczone mogą wycofywać część własnych sił i wykorzystywać je do innych globalnych priorytetów. Należy się więc spodziewać, że z czasem nastąpi kolejne przegrupowanie sił amerykańskich” – mówił Grynkewich.
Tego samego dnia Pentagon informował, że USA planują zmniejszyć z 4 do 3 liczbę brygad bojowych stacjonujących w Europie. Nie wiadomo jeszcze, których konkretnie, choć ze słów Grynkewicha wynikało, że tej w Polsce. W środę 20 maja w Waszyngtonie są wiceministrowie obrony Cezary Tomczyk i Paweł Zalewski, którzy mają dowiedzieć się więcej o planach USA.
Temat zmniejszenia zaangażowania USA w obronę kontynentu europejskiego, a także szerszych wątpliwości Donalda Trumpa co do sensu amerykańskiej obecności w NATO obecny był w debacie podczas pierwszej kadencji Donalda Trumpa, a szczególnie nasilił się w kampanii przed drugą kadencją oraz po objęciu władzy przez Trumpa po raz drugi w styczniu 2025.
Trump cyklicznie podważał w swoich wypowiedziach obowiązywanie artykułu 5 NATO o kolektywnej obronie, by następnie uspokajać sojuszników, że USA traktują zobowiązania wobec sojuszników NATO poważnie.
Podczas szczytu NATO w Hadze w czerwcu 2025, na skutek wymogów prezydenta Trumpa, sojusznicy zobowiązali się do znacznego podniesienia wydatków na obronę – z obowiązujących od 2014 roku 2 proc. PKB (większość sojuszników zrealizowała to zobowiązanie dopiero w 2025 roku), do w sumie 5 proc. PKB do 2035 roku (3,5 proc. na obronność i 1,5 proc. na technologie podwójnego zastosowania). Ale faktem jest, że przez lata Europa wydawała na obronność ułamek tego, co wydawały Stany Zjednoczone. To spowodowało zastój w europejskim przemyśle zbrojeniowym i wygenerowało braki w kluczowych zdolnościach obronnych, które do tej pory były zaspokajane przez USA.
Ostatnie decyzje amerykańskie dotyczące zaangażowania w NATO są realizacją ogłoszonych pod koniec zeszłego roku amerykańskich strategii bezpieczeństwa narodowego i obrony.
Amerykańskie media donosiły także w grudniu, że USA oczekują, że Europa przejmie odpowiedzialność za konwencjonalną obronę kontynentu już w 2027 roku. USA mają wciąż zapewniać Europie parasol nuklearny oraz wspierać armie europejskie w zapewnianiu tych zdolności, w których Europa ma braki.
Niepokojący jest jednak czas ogłaszania zmian przez administrację Trumpa.
Eksperci ds. bezpieczeństwa, w tym służby europejskiego wywiadu alarmują, że Europa znajduje się obecnie w „oknie podatności” na atak. Jeśli wojna w Ukrainie ulegnie wygaszeniu, Rosja może potrzebować zaledwie roku na to, by odbudować swoje zdolności na tyle, by być w stanie zaatakować któreś z państw NATO. Najważniejsze europejskie inwestycje zbrojeniowe mają zostać zrealizowane do 2030 roku – przede wszystkim w ramach programu SAFE. Jedynym krajem, który może cieszyć się z tego, jaki moment administracja Trumpa wybrała na dokonywanie zmian w zakresie swojej obecności w NATO, jest Rosja.
Ale władze Polski uspokajają też, że ogłoszone przez Amerykanów zmiany są niewielkie i nie będą dotyczyć bezpośrednio Polski. Na kontynencie stacjonuje w sumie około 84 tysięcy amerykańskich żołnierzy, w tym siły rotacyjne. Wielkość amerykańskiej obecności w Europie fluktuuje – po wybuchu wojny w Ukrainie w 2022 roku był nawet moment, że w Europie było 100 tysięcy amerykańskich żołnierzy. Wycofanie w tej chwili 5 tysięcy to w tej perspektywie wciąż nieduża korekta.
To nie pierwszy raz, gdy Donald Trump zapowiada wycofanie amerykańskich żołnierzy z Europy – informuje PAP. W 2020 r. Trump zapowiedział wycofanie 9,5 tys. żołnierzy z Niemiec, zarzucając Berlinowi niewypełnianie zobowiązań wobec NATO. Berlin nie przeznaczał bowiem wówczas na obronność 2 proc. PKB. Część wojsk miała trafić do Polski, ale te plany nie zostały wówczas zrealizowane.
Zapowiedzi Waszyngtonu są tak chaotyczne, że wciąż jeszcze nie można mieć pewności, na czym ostatecznie stanie.
Przeczytaj także:
Zaledwie kilka godzin po tym, jak generał Alexus G. Grynkewich, naczelny dowódca sił sojuszniczych NATO, oznajmił, że USA wstrzymują rozmieszczenie w Europie pancernej brygady bojowej, a taka rotacyjnie stacjonuje w Polsce, Pentagon uściśla: zmaleć ma liczba brygadowych grup bojowych, niekoniecznie w Polsce.
Generał Alexus G. Grynkewich, naczelny dowódca sił sojuszniczych NATO w Europie i dowódca sił USA w Europie, podczas konferencji prasowej po posiedzeniu Komitetu Wojskowego NATO we wtorek 19 maja potwierdził, że USA zmniejszają obecność wojskową w Europie. Tłumacząc wiele niejasności, które narosły wokół tematu w ciągu ostatnich tygodni ze względu na chaotyczną komunikację z Waszyngtonu, Grynkewich wyjaśnił, że chodzi o wycofanie z Europy w sumie 5 tysięcy żołnierzy poprzez:
„Zmiany w amerykańskiej obecności wojskowej w Europie nie wpłyną jednak na zdolność NATO do realizacji regionalnych planów obronnych” – zapewniał generał we wtorek 19 maja.
Oświadczenie generała Grynkewicha wywołało żywe reakcje, także w amerykańskich mediach, bo oznaczałoby, że znaczna większość żołnierzy wycofywanych obecnie przez USA z Europy, zostanie wycofana z Polski, a nie z Niemiec, jak jeszcze na początku maja zapowiadał sekretarz wojny Pete Hegseth.
OKO.press również pisało o tym scenariuszu tuż po konferencji generała Grynkewicha w tym tekście.
Ale we wtorek wieczorem czasu polskiego Pentagon wydał oświadczenie, w którym wyjaśnia, że w Waszyngtonie zapadła decyzja o zmniejszeniu z 4 do 3 liczby brygadowych zespołów bojowych (tzw. BCT – od Brigade Combat Teams) w Europie, a nie o tym, że będzie to dotyczyło akurat tej konkretnej pancernej brygadowej grupy bojowej (tzw. ABCT – od Armed Brigade Combat Teams), która ma zostać w tej chwili zrotowana w Polsce.
To oznacza, że Amerykanie mogą jednak podjąć decyzję o zmniejszeniu obecności amerykańskiej w Niemczech.
Tam też stacjonują bowiem BCT-sy, czyli brygadowe zespoły bojowe. Jest nim np. stacjonujący w Vilseck w Bawarii 2. Pułk Kawalerii, który także jest brygadą bojową, ale tzw. Brygadą Bojową Stryker (głównym elementem tej formacji są ośmiokołowe transportery opancerzone Stryker). To ta formacja była już wskazywana przez media jako możliwy kandydat do wyprowadzki.
Departament Obrony podkreślił w oświadczeniu opublikowanym przez Seana Parnella, rzecznika Pentagonu, że „decyzja o zmniejszeniu łącznej liczby brygadowych zespołów bojowych (BCT) przydzielonych do Europy z czterech do trzech” skutkuje
tymczasowym opóźnieniem rozmieszczenia sił amerykańskich w Polsce, która jest wzorcowym sojusznikiem Stanów Zjednoczonych".
Pentagon podkreślił także, że szef Departamentu, Pete Hegseth, rozmawiał wcześniej z wicepremierem Polski Kosiniakiem-Kamyszem, a Departament „będzie pozostawał w ścisłym kontakcie z naszymi polskimi partnerami w miarę postępów tej analizy, w tym w celu zapewnienia, że Stany Zjednoczone zachowają silną obecność wojskową w Polsce”.
„Polska wykazała zarówno zdolność, jak i determinację do obrony własnej. Inni sojusznicy z NATO powinni pójść w jej ślady” – napisano w oświadczeniu.
O tym, że nie ma na razie planu wycofania żołnierzy z Polski, tylko dochodzi do opóźnienia wysłania brygady rotacyjnej, we wtorek po południu mówił też wiceprezydent J.D. Vance.
„Nie zmniejszyliśmy liczebności kontyngentu w Polsce o 4000 żołnierzy. To, co zrobiliśmy, to opóźniliśmy wysłanie kontyngentu, który miał trafić do Polski – to nie jest redukcja, a jedynie standardowe opóźnienie w rotacji, które czasami ma miejsce w takich sytuacjach” – powiedział Vance.
Wiceprezydent podkreślał także, że to nie jest tak, że USA chcą wycofać z Europy każdego żołnierza, tylko chcą zmodyfikować nieco swoją obecność.
„Nie chodzi nam o wycofanie wszystkich amerykańskich żołnierzy z Europy. Chodzi nam o takie przesunięcie niektórych zasobów, które zapewni maksymalne bezpieczeństwo Stanom Zjednoczonym. Nie sądzę, żeby było to niekorzystne dla Europy” – powiedział J.D. Vance.
Co z tego wynika? Wciąż nie wiadomo, skąd dokładnie wycofane zostaną wojska amerykańskie z Europy. Pentagon deklaruje, że „przekaże więcej informacji w odpowiednim czasie i w odpowiednich okolicznościach”.
Od początku maja w amerykańskich mediach oraz w wypowiedziach członków amerykańskiej administracji, w tym prezydenta Donalda Trumpa, pojawiały się zapowiedzi dotyczące ograniczenia amerykańskiej obecności wojskowej w Europie. Dotyczyły one:
Te decyzje podjęte w zbliżonym czasie, ale komunikowane osobno, zrodziły wiele wątpliwości:
Wtorek 19 maja przyjął rozstrzygnięcie tylko w jednej kwestii:
Amerykanie mają na razie planować wycofanie w sumie 5 tysięcy żołnierzy.
Choć jak mówił po spotkaniu Komitetu Wojskowego NATO generał Alexus G. Grynkewich, to może nie być ostatnie słowo w tym temacie.
„W miarę jak europejski filar NATO staje się coraz silniejszy, Stany Zjednoczone mogą pozwolić sobie na ograniczenie obecności w Europie i skupienie się wyłącznie na zapewnianiu tych kluczowych zdolności, których sojusznicy nie są jeszcze w stanie zapewnić samodzielnie” – mówił generał.
Podkreślał, że w miarę jak sojusznicy będą rozwijać swoje zdolności, "Stany Zjednoczone mogą wycofywać część własnych sił i wykorzystywać je do innych globalnych priorytetów”.
„Należy się więc spodziewać, że z czasem nastąpi kolejne przegrupowanie sił amerykańskich, w miarę jak sojusznicy będą rozbudowywać swoje potencjały” – mówił Grynkewich.
Przeczytaj także: